RSS
poniedziałek, 21 listopada 2011
Una storia magica /Parte Terza e ultima/*

*Historia magiczna /część trzecia i ostatnia/.

foto

09:05, anitaes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 listopada 2011
Una storia magica /Parte Seconda/.*

*Historia magiczna. Część druga.

W pierwszej chwili wydawać się może, że to zdjęcie nie ma bohatera. W samym środku gorącego, letniego dnia, na wyłożonym kamieniami dziedzińcu stoją wieśniacy, oderwani przez chwilę od swojej pracy. Nikt z nich nawet nie przypuszcza, że w przyszłości będą mi towarzyszyć co dnia swoją milczącą obecnością. Cienie są krótkie, słońce pada z góry, prawie czuć nagrzane powietrze. Tło obrazu stanowią dwa zniszczone, kamienne domy stojące po obydwu stronach kadru oraz centralnie usytuowane, kilkunastoletnie drzewo figowe. Wyrosło w dziwnym miejscu, na zewnętrznym podeście schodów prowadzących do jednego z domów. Trudno powiedzieć, czy zasadzono je tu celowo, by dawało cień czy to samosiejka, pozostawiona przez niedbalstwo. Tak czy owak, daje wytchnienie w tak gorący dzień, jak ten dzisiaj. Pewnie dlatego skryło się pod nim kilka osób z małymi dziećmi; a może są zbyt onieśmieleni by podejść bliżej i wolą pozostać w ukryciu. Mężczyźni i pracujące dzieci mają na głowach słomkowe kapelusze, kobiety ciemne chustki. Ubrania, zwłaszcza kobiet pozwalają w przybliżeniu określić, kiedy zdjęcie zostało zrobione: wysoko zapięte pod szyją sukienki, górą dopasowane, szerokie od pasa w dół, długie aż do ziemi, rękawy zakrywające ramiona, skromne upięte włosy. Mężczyźni mają białe koszule, prawdopodobnie lniane, z podwiniętymi niedbale rękawami, wysoko podciągnięte bezkształtne spodnie i zniszczone buty. To pewnie początek XX wieku, może trochę wcześniej. Na włoskiej wsi, zwłaszcza biednej, tak ubierano się jeszcze w latach dwudziestych.

Trwają żniwa. W kilku miejscach, na przykurzonych kamieniach dziedzińca leży rozrzucone zboże, powiązane w lekkie snopki, na tyle lekkie, że mały chłopiec na pierwszym planie jest w stanie unieść bez specjalnego wysiłku aż dwa i to jedną ręką. Wszyscy są w trakcie pracy, zatrzymali się tylko po to, by fotograf mógł zrobić to ujęcie i zaraz powrócą do swoich obowiązków: kobieta z miotłą, zgarniająca prawdopodobnie ziarno, dwie inne kobiety, trzymające drewniane pałki do młócenia, czterej mężczyźni w kapeluszach i jeden na schodach, stojący w cieniu, z wysoko uniesionym podbródkiem, w dwurzędowej kamizelce zapiętej na ostatni guzik, który najwyraźniej ma tu inne zadania, niż pozostali. Drewniane stoły do młócenia wykonano z grubych, surowych desek, które mają nawiercone na krótszych końcach otwory. Wystarczy w nie włożyć cienkie pale i w ten sposób można zrobić dowolnej wysokości ławę.

Tylko kobiety, ciekawskie dzieci i mężczyzna w kamizelce mają dość śmiałości, by patrzeć prosto w obiektyw. Reszta schyla głowy lub spróbuje zerkać na boki. Stojący w środku kadru wieśniak, starszy mężczyzna z ciemnym zarostem na twarzy wydaje się być najbardziej skrępowany obecnością aparatu: podniósł rękę, być może tylko by poprawić kapelusz a może, by zasłonić się przed natrętnym okiem kamery. Kilkunastoletni chłopiec, który kuca na ziemi i z wprawą wiąże snopki, zerka w obiektyw z wyrzutem i bez cienia uśmiechu na szczupłej buzi. Zresztą, żaden z mężczyzn się nie uśmiecha, wszyscy są spięci i niepewni, a może po prostu poirytowani obecnością obcego człowieka z dziwnym urządzeniem. Nie dość, że kazał im przerwać pracę to jeszcze wydaje polecenia. Kobiety wydają się być zaintrygowane, na ich ustach błąka się ślad uśmiechu. Dla nich odwiedziny fotografa to powód wielu przyszłych rozmów i wspomnień. Kucający chłopak ubrany jest już jak większość pracujących dorosłych, dostąpił prawa chodzenia w długich spodniach, choć te jego mają naszyte na kolanach duże, mocne łaty, świadectwo ostatnich, wciąż dziecinnych zabaw.

Budynki, tworzące tło dla stojących na pierwszym planie ludzi są kamienne, typowe dla krajobrazu Toskanii i Umbrii: na dole znajdują się piwnice i pomieszczenia gospodarcze, u góry na piętrze, na które prowadzą zewnętrzne schody, część mieszkalna. Kiedyś te domy były otynkowane i ozdobione obmalowaniami. Na zdjęciu widać jeszcze fragmenty farby, zachowane pod wystającym dachem, tam gdzie nie docierał deszcz. Toskania i Umbria nie były tak bezpardonowo kamienne jak teraz ale swoje zrobił czas, nietrwała wapienna zaprawa, bieda i romantyczne uniesienia przyszłych cudzoziemskich właścicieli, którzy pojawią się tutaj za wiele lat i potraktują zastany stan jak świadectwo przeszłości. Bo wtedy po resztkach obmalowań i tych co je pamiętają nie będzie już najmniejszego śladu.

Budynki na zdjęciu mają już czas świetności za sobą. Wyraźnie popadają w ruinę a tynk sypie się  płatami, odsłaniając solidną strukturę z kamienia. Jest lato i wszystkie okna są otwarte. Na zdjęciu widać ich marną kondycję, zniszczone drewno, brak szyb. Od dawna nikt nie konserwuje ich olejem lnianym, by chronić stolarkę przed wodą. Czy ludzie tutaj są aż tak biedni, czy może tak zapracowani? Te drobne szczegóły tworzą wrażenie opuszczenia, przekonują, że w środku nikt nie mieszka. Ale to nieprawda, w domu po lewej stronie z okna wychylają się dwie kobiety - jedna z nich śmieje się szeroko i jest jedyny wesoły i serdeczny uśmiech utrwalony na tym zdjęciu.

I tak dochodzimy do pewnej dziewczynki. Ma pewnie z dziesięć, może dwanaście lat. Stoi w ostatnim oknie w domu po prawej stronie, cofnięta niepewnie w głąb pokoju. Patrzy prosto w obiektyw. Jest ubrana jak wszystkie kobiety tutaj: ciemna sukienka jasnymi guzikami - ta jej jest w dużą kratę - i fartuch mocno zawiązany w pasie. Ona też, podobnie jak nastolatek wiążący snopki założyła parę lat temu dorosłe ubranie i porzuciła rozbawione dzieciństwo. Na jej głowie widać prosty przedziałek. Ciemne włosy zebrała zapewne w ciasny warkocz, albo dwa. Jest sama. Może pomagała w kuchni albo przy młodszym rodzeństwie i teraz zaciekawiona podeszła bliżej okna, by zobaczyć co się dzieje. Jej sylwetka wyłania się z czarnego tła, dziewczynka patrzy pochmurnie i milcząco a kamienne obramowanie okienne staje się niespodziewanie ramą jej portretu, zawieszonego wysoko na jasnej ścianie. Jej samotność przykuwa uwagę i drażni oczy jak suchy kurz w rozgrzanym powietrzu. Moja bohaterka jest tego nieświadoma, stoi z opuszczonymi ramionami, z dłońmi splecionymi na plecach i spogląda nieruchomo przed siebie. O czym myśli? Fotograf i jego dziwaczny sprzęt to rzeczy nie z jej małego świata. Za kilka lat wyjdzie za mąż, opuści to miejsce, zajmie z mężem jeden z pokoi w domu jego rodziców - o własnym domu nie będzie nawet marzyć - urodzi dzieci i zacznie codziennie zakładać chustkę, jak to robi jej matka. Ta fotografia jest być może pierwszą i ostatnią w jej życiu, jeśli wystarczy pieniędzy, kolejną zrobi sobie w dniu ślubu, choć raczej trzeba założyć, że nie wystarczy. A może będzie zupełnie inaczej? Może widok z okna obudzi w dziewczynce tęsknotę za innym światem, takim, który rozstawia swój magiczny aparat na dziedzińcu a potem wyjeżdża w nieznane? W miejsce, gdzie ziszczają się pragnienia a na papierze pojawiają się ludzie i chwile, które dawno przeminęły?

Zdjęcie zostało zrobione i właśnie zaczyna swoją długą wędrówkę w czasie, by w sierpniu 2011  roku odnaleźć się w szufladzie Renato. By powstało, potrzeba było kilkanaście sekund: wszyscy zamarli w południowym upale, by zaraz potem poruszyć się z ulgą, odetchnąć głęboko i strząsnąć z siebie chwile dusznego bezruchu. Małe dziecko, siedzące na ziemi zamachało ręką podczas naświetlania kliszy i teraz zamiast pięciu palców ma sześć.  Każdy wraca do swojej pracy: mężczyzna pod ścianą zakłada na plecy ławę i przenosi ją w inne miejsce, dziewczynka na wozie zeskakuje z niego i pędzi do matki. Dwie kobiety stojące na dziedzińcu najpierw śmieją się do siebie a potem zaczynają miarowo uderzać w snopki. Te w oknie w domu po lewej cofają się, by w swojej kuchni skomentować dzisiejszą atrakcję. Robotnicy schylają się nad swoimi ławami, zadowoleni, że mogą nareszcie ignorować przybysza z zewnątrz, który zakłócił odwieczny porządek dnia. Mężczyzna stojący na schodach podchodzi do fotografa i pomaga mu złożyć aparat. Dziewczynka z okna robi kilka kroków do tyłu i znika na zawsze.

cdn.

07:16, anitaes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2011
Una storia magica /Parte Prima/.*

*Historia magiczna. Część pierwsza.

To zdjęcie dostałam od Renato kilka miesięcy temu. Pamiętam, że wędrując tego dnia po jego ciemnej, wypełnionej po sufit graciarni, o której myślałam, że znam ją już na wylot, odkryłam kilka nowych niespodzianek. Za szafą na przykład stały dwa stare, mocne rowery w przykurzonym, matowo-czarnym kolorze. Pochodziły chyba z początku lat pięćdziesiątych i jaśniały w ciemności pomarańczowo-brązową barwą skórzanych siodełek, wyświeconych przez wiele podróży. Przy jednym z nich, z tyłu tuż pod siedzeniem wisiała malutka, zapinana na sprzączkę sztywna torebka, idealna rozmiarem na iphona, gdyby wtedy istniał. Czy to o takich rowerach Vittorio De Sica zrobił film? Tuż przy wejściu zobaczyłam ciężki powielacz, ostatni nabytek, który Renato dostał za darmo od kogoś z pobliskiego biura partii komunistów; chyba w końcu uznali, że nie będzie im już potrzebny. Renato pokręcił korbką a powielacz zapachniał zakazaną farbą.

Zaraz obok, na nieładnym kredensie stało kilka glinianych garnków, pokrytych szaro-żółtą  glazurą, łuszczącą się ze starości. Używało się ich dogotowania; ich podstawy wciąż były osmolone i czarne. Miałam ochotę wziąć je do ręki i obejrzeć dokładnie, ale Renato gdzieś znikł. Gapiąc się na garnki dostrzegłam za przeszklonymi drzwiczkami kredensu, wśród srebrnych łyżeczek, korali koralowych i małych puzderek, takich co to niewiadomodoczego małą, pomalowaną karuzelę, z powieszonymi na łańcuszkach sześcioma konikami. Z niej też odpadły kawałeczki kolorowego lakieru, odsłaniając rdzewiejący, ciemny metal i wyglądało to tak, jakby ktoś pod koniec malowania strząsnął na zabawkę resztkę brązowej farby. Nakręcało się ją kluczykiem a wtedy z jej wnętrza dochodził krótki, metaliczny dźwięk. Skrzypiał nieużywany mechanizm i jarmarczna muzyka a konie z trudem próbowały ruszyć do tańca. Na próżno. Nad naszymi głowami, na szerokiej półce pod sufitem stały butle na wino w różnych odcieniach zieleni, schowane w przyszarzałych plecionkach. Kiedyś jedną taką postawię w naszej jadalni, muszę tylko zdecydować którą, co nie jest łatwe, bo wszystkie są ładne. Zainteresowały mnie szafki do sypialni, z uchwytami przy szufladach jak plastikowe, wielkie guziki oraz pomalowane na beżowo secesyjne dziecięce łóżeczko - potrzebuję dokładnie takie na dostawkę - oczywiście pod warunkiem, że Renato da mi kiedyś na nie rozsądną cenę; na razie jednak nie zamierza.

Najbardziej jednak ciekawiło mnie to zdjęcie w kolorze sepii, oprawione w drewnianą, jasną ramkę, które wyciągnęłam przypadkiem z jakiejś nudnej, ciężkiej komody. To co na niej stało też budziło moje emocje. Dwanaście różnych kieliszków do wina, z grubego dmuchanego szkła, które kilka tygodni wcześniej Renato poustawiał w równym rzędzie, zresztą specjalnie dla mnie, na pokuszenie. Kieliszki nie dla perfekcjonistów: nie lśniły zbyt intensywnie, nie miały idealnych, kruchych kształtów i cienkich nóżek, miały za to mocne podstawy, wygodne uchwyty i mszalną przeszłość. Pochodziły z tego samego kościoła, z którego mamy naszą zieloną skrzynię w jadalni, do tej pory pachnącą kadzidłem a wraz z nią wszystkie obrusy i kuchenne serwetki.

Odwiedziliśmy ten kościół latem ubiegłego roku, późnym popołudniem. Stoi na niewielkim wzniesieniu tuż przy drodze z Anghiari do Caprese, po lewej stronie, schowany szczelnie za drzewami i powoduje lekki niepokój i ciekawość, jak opuszczone opactwo odkryte przypadkowo w górach. Z przodu, od strony wejścia, przed którym wysypano niedawno drobny tłuczeń, fasada jest zadbana a wrota błyszczą lśniącą warstwą wosku. Na małej tablicy z ogłoszeniami pojawiają się od czasu nowe informacje i ogłoszenia, co świadczy o tym, że kościelna wspólnota żyje. Natomiast z tyłu, na zniszczonych ścianach, zmywanych, płukanych i suszonych naprzemiennie przez tysiące deszczowych i upalnych dni kamień i cegła murszeje i sypie się na zarośnięty trawą, kamienny dziedziniec. Odsłaniają się przy tym warstwy kolejnych przebudowań i dawnych, niezrealizowanych pomysłów. Spod znikającego tynku wyłaniają się zamurowane w zamierzchłej przeszłości okna, zwykle jedne na drugich, małe nisze, niedokończone portyki i zamknięte na zawsze przejścia. Sprawia to wrażenie, jakby dwie części kościoła, ta z przodu i ta z tyłu żyły odrębnym życiem. Mam przeczucie, że ktoś, kto mieszka z tyłu (choć pozornie wydaje się, że jest to część opuszczona i popadająca w ruinę) jako jedyny potrafi jeszcze wyglądać przez te pojawiające się niespodzianie ślady okien i drzwi i podziwiać widok na dolinę Tybru. Dolinę, która z tej perspektywy wydaje się być prawie niezmienioną od czasów stawiania pierwszych fundamentów. Renato chce dwa i pół euro za kieliszek i nie będę tutaj udawać niewiniątka, byłam gotowa je kupić, na przykład jako idealny rekwizyt jakiegoś przyszłego pijanego wieczoru, jednak wciąż się waham. Nie jestem pewna, czy niebo nadal patrzyłoby na mnie przychylnie, gdybym kupiła te kieliszki z tak oczywistą, bezczelną premedytacją i w tak bezbożnym celu.

Wracam do zdjęcia. Wyjęłam je z najniższej szuflady i przetarłam papierową chusteczką. Było zakurzone, z ciągnącymi się, lepkimi nićmi pajęczyn. Renato powiedział mi, że chce za nie dziesięć euro a potem machnął ręką i dał mi je w prezencie. Czasem tak robi. Rozdaje rzeczy, wyciągnięte z ciemnych zakamarków, jakby nagle poczuł zmęczenie albo wielkoduszność i chciał pozbyć się tego, na co ktoś kapryśnie i na chwilę zwrócił uwagę i równie kapryśnie może to zainteresowanie  stracić. Wzięłam fotografię, nie mogąc oderwać od niej wzroku. To było w sierpniu i od tego czasu prawie codziennie jej się przyglądam, co nie jest trudne, zważywszy, że zdjęcie wisi przy wejściu do kuchni. Ramka jest brzydka i pospolita, ale jakoś trudno jest mi ją zmienić, bo mimo swojego brzydactwa stała się częścią historii i została zaakceptowana, jak niesprzyjające okoliczności, na które w życiu nie mamy wpływu.

cdn.

07:53, anitaes
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 listopada 2011
La pubblicita*.

Jak to się mówiło w pewnej reklamie?

"Numer do kupienia w dobrych kioskach i salonach prasowych na terenie całego kraju". Zapraszam więc wszystkich, nie tylko do dobrych kiosków i salonów, ale też do tych o najgorszej sławie, bo czasem to tam dzieją się rzeczy interesujące, prawdziwe i warte zobaczenia. Swoją drogą, zawsze się zastanawiałam, jak te dobre kioski wyglądają i po czym je rozpoznać, bo ja nie wytropiłam w Sopocie ani jednego. Wszystkie wydawały się ok, jeśli mogłam w nich kupić gazety.

Dziś przypadkiem zobaczyłam niezwykłe miejsce w Anghiari, dom zatrzymany w czasie, który muszę opisać, gdy tylko trochę ochłonę...

A jutro, nie jutro, niebawem na blogu I cześć pewnej prostej, włoskiej historii...

dobre wnętrze

*La pubblicita to po włosku reklama a nie publikacja, jak mogłoby się wydawać. Ładna okładka, prawda?

13:05, anitaes
Link Komentarze (21) »
niedziela, 13 listopada 2011
Sklepik w Anghiari.

Sklepik na Via Mateotti znajduje się tuż obok domu Emmy. Ma nie więcej niż 25 metrów kwadratowych i dawniej był wysoką, długą piwnicą, jakich wciąż wiele w pobliskich kamienicach. Mijam go codziennie, zaglądając na budowę. Nie trudno go dostrzec - zielona markiza wymaga umycia a na zewnątrz stoją dziwy i różności i zajmują pół chodnika. W środku natomiast jest wszystko co potrzebne do włoskiego życia:

karma psia i kocia w wielkich workach stojących tuż przy wejściu. Kosze wiklinowe o różnej fakturze i wielkości wiszące pod sufitem, niektóre o niewiadomym przeznaczeniu. Mydło szare, zwyczajne, ostro pachnące czystością i mniejsze, jasne, które pachnie lawendą. Klamerki drewniane, ściśle zapakowane ze sobą po 10 sztuk, jak małe beżowe szprotki. Bawełniany sznur do wieszania bielizny i grzechocząca w pudełku odżywka dla róż oraz kaktusów. Skrzynki pełne pękatych główek czosnku w trzech rozmiarach. Kasztany w dwóch - te większe z pobliskiego Caprese Michelangelo, lśniące głębokimi brązami - najlepsze w całej Toskanii. Płyn do mycia naczyń, obok drugi, do płukania ust i cieniutkie wykałaczki. Linki z tworzywa, do wyboru i koloru i do wiązania rzeczy niezwiązanych. Jutowe wory z grochem i soczewicą, także tą pomarańczową oraz z gładką jak perły fasolą. Wsuwanie do nich rąk przyprawia o drżenia. Butelki szklane do wina i sosów pomidorowych, z zakrętkami dla nowoczesnych lub z  korkiem - dla tradycyjnych Włochów. Konewki plastikowe i metalowe. Błyszczące stalą pojemniki na oliwę, od tych 3 litrowych, bardziej pamiątkowych niż użytecznych, dla wracających do domów Amerykanów i Niemców by poczuli, że zabierają ze sobą smak włoskiego życia, po wielkie, 100 litrowe, nie do uniesienia, gdy staną w zimnej piwnicy, napełnione w listopadzie nową toskańską oliwą. Zapalniczki do kominków, z długim dzióbkiem. Świece zwyczajne, białe, wąskie, bez niepotrzebnych zdobień. Bulwy hiacyntów i tulipanów, kuszące z kolorowych opakowań doskonałym pięknem. Plandeki do przykrywania i okrywania, 8m x 8m. Siatki w kolorach szarej zieleni lub brązu do rozkładania pod drzewa oliwne podczas zbiorów. Miski do prania. Legowiska dla psów małych i dużych, z jasnej wikliny. Szczotki do szczotkowania i omiatania - jedne twarde i ostre, zatopione w drewnianym uchwycie, inne miękkie jak miotełki do głaskania - związane sznurkiem i równo przycięte jak grzywki pierwszoklasistów. Sadzonki rukoli, pomidorów i brokułów. Oraz cukinii, papryki ostrej, okrągłej i spiczastej i sałaty rzymskiej. Węże do podlewania na coraz częstsze susze. Krem Nivea do ciała i grzebienie w czterech odcieniach, lekko przezroczyste. Słoiki do zapraw - każdy ze złotą zakrętką, jak talarkiem na szczęście, by nie pękały podczas gotowania. Łańcuchy ciężkie i straszne. Krzesełka z wyplatanym siedziskiem, bez oparcia, bardziej pod-nóżki niż pod-siedzenia. Kotły aluminiowe z przykrywką, wyglądające jak kadzie piekielne dla włoskich pokutników - a do tego chochle wielkości zwykłego garnka, do zagarniania i przelewania win. Nici i igły. Ceraty w esy floresy i kratkę szkocką. Spodnie z granatowego, sztywnego drelichu w jedynym rozmiarze L. Gacie męskie bawełniane i zaraz obok agrafki w przezroczystym pojemniku, na ewentualność, gdyby w gaciach pękła guma. Chińskie lusterka z kolorową laką na odwrocie i proszek do prania Sole, ze słonkiem radosnym na opakowaniu. Kalosze zielone, z czarną podeszwą i czarną linią wąskiego paska od pięty do samego zakończenia cholewki dla ozdoby - pachnące gumą i przyszłym deszczem. Scyzoryki w drewnianej oprawie, w wypalonym znakiem producenta i zakrzywionym ostrzem, idealnym do cięcia gałęzi. Biały fartuch kuchenny z czerwonym napisem buongiorno na kieszeni, dla tych co zaczynają dzień od mieszania w garnkach. Trzonki od miotły z szorstkiego drewna, nie wypolerowanego jeszcze codziennym rytuałem. Przykurzone sztuczne kwiaty, stojące w kącie bez szans na prawdziwy dom. Gumki do włosów, leżące tuż zaraz obok czarnych, metalowych spinek, sztywnych mimo lekkiego karbowania na wierzchu. To dla surowych kobiet o gładkich włosach i wąskich ustach, które nie uznają błyskotek. Łapki na myszy i dużo większe, na szczury. Brr. Deski kuchenne, drewniane, z dziurą w uchwycie, do powieszenia na ścianie. Papierowe ręczniki w wielkich rolach, do wycierania tysięcy rąk. Gęsta oliwa wyciśnięta tego ranka w pobliskiej wytwórni, w kolorach zimnego słońca, szarej zieleni i ziemi, zamknięta w przezroczystym szkle. Sprzedawana na wagę, także do przyniesionych z domu butelek - oto sposób, by zaoszczędzić jeden euro i środowisko. Tę właśnie oliwę kupiliśmy w sklepiku na Via Mateotti. Cała reszta musi poczekać aż najdzie nas nieodparta ochota.

oliwaoliwa2

22:55, anitaes
Link Komentarze (13) »
sobota, 12 listopada 2011
Buffone czyli błazen.

Włosi czekają w napięciu na dymisję Silvia. Jeszcze kilka tygodni temu nic nie wskazywało, że "buffone", jak rodacy określają swojego premiera, odejdzie. Uzbrojony w armię prawników, przyjaciół, własne media i w wielkie pieniądze drwił w najlepsze ze swoich przeciwników.

Dziś ma pożegnać urząd i pewnie będzie to pożegnanie ostateczne - jak wieszczą niektórzy, fala kryzysu zmyje ostatnie ślady nieśmiertelnego Silvia, jak zimowe morze posezonowe śmieci na plaży w Rimini. Choć może lepiej nie cieszyć się zbyt entuzjastycznie z cudzych porażek i własnych sukcesów, bo czasem jedno i drugie może mieć niespodziewanie jednakowo gorzki smak.

Ruszyliśmy z remontem domku w Anghiari. Po miesiącach ustaleń, spotkań i rozmów. Wymieliły się młyny biurokracji i zawiązały niełatwe polsko-angielsko-włoskie sojusze. O błotnistych ścieżkach pełnych gnijących kompromisów nie wspomnę.

Nie będę się o tym teraz zbyt szeroko rozpisywać, bo po pierwsze nie mam teraz zupełnie na nic czasu, biegam za sprawami, o których myślałam, że na kilka lat nie przemkną przez moją głowę a przemykają, i to jak. Po drugie historię tego przedsięwzięcia opiszę dokładnie w comiesięcznych reportażach w Dobrym Wnętrzu. Będzie tam wszystko: zdjęcia, opowieść o miasteczku, o nieruchomości, o właścicielce i o pracownikach. Początek, rozwinięcie i koniec. Mam nadzieję, że mówimy o szczęśliwym końcu.

Pierwszy numer prawdopodobnie w lutym, właśnie siedzę nad tekstem i nad zdjęciami. Trudno było Emmę namówić na fotki, ale jakoś ją przekonałam. Pierwszy sukces. Gianni, elektryk przyszedł wczoraj do pracy w czystym, nowiutkim uniformie. Drugi sukces. Wydawało się, że mam powód, by przypisać sobie trzeci sukces: Maurizio, hydraulik, zrobił się punktualny. Przyszedł prawie o czasie i zrobił prawie wszystko.

Miał wyciąć stare kaloryfery. Najpierw opowiedział dwa najnowsze żarty o Berlusconim, ale ich nie przytoczę, bo to byłoby dziś prawdziwym okrucieństwem. Potem pobiegł do samochodu, bo czegoś zapomniał. Poszliśmy z K. na szybką kawę. Gdy wróciliśmy, okazało się, że Maurizia już  nie ma. Jest za to w pokoju na górze ostatni niewycięty kaloryfer o którym nie pamiętał. W sumie były trzy kaloryfery. Tak więc w ponad 60 % mój sukces był murowany, co do pozostałej części, to piekę szarlotkę z renetami i ciemnym cukrem.

22:17, anitaes
Link Komentarze (3) »
środa, 26 października 2011
Jesienna Toskania pachnąca paleniem.

Trzeci dzień bez fajek. Nie powiem, że to mój rekord, bywało że dwa lata potrafiłam wytrzymać, ale trzy dni to też miły jubileusz. Żadnego przygotowywania ani rytuałów nie było. Po prostu w niedzielny wieczór popatrzyłam na swój ulubiony tytoń waniliowy Red Bull, otworzyłam paczuszkę, powąchałam z przyjemnością a potem sru, wrzuciłam do płonącego ognia w kominku. Potem wyszukałam w całym domu filtry i bibułki, część była w jadalni, część na górze, w pierwszej szufladzie komody, poupychane na wszelką potrzebę i też sru. A na koniec do plastikowej saszetki po tytoniu zapakowałam japońską lufkę i japońskie filtry, które ponoć potrafiły z japońską precyzją zatrzymać 30 % smoły i nikotyny i zniosłam to do pojemnika na śmieci. Pojemnik wystawiłam przed dom i następnego dnia rano po japońskiej lufce nie było śladu - panowie sprzątacze sprzątnęli ostatnie moje kuszenie.

Kawę też ograniczyłam, bo wiadomo jak to z nią jest, zwłaszcza z poranną, ręce same szukają papierosa, kawa i papierosy to jak "dzień" i "dobry" co rano, po prostu nierozłączne. Zagryzam jabłkami i marchewkami mój głodek lekko ssący i tylko czasem, wieczorem, gdy sobie czytam albo oglądam jakiś film, przychodzi taka myśl, że dobrze byłoby sobie teraz zapalić, hmmm, jak dobrze. Wtedy z jeszcze większym zapałem /!/ wgryzam się w tę nieszczęsną marchew i jakoś daję radę.

No, ale nie przesadzajmy z tym bohaterstwem, w końcu to tylko był nawyk, cztery - pięć fajeczek, a cóż to jest? Gdybym była naprawdę zapalonym nałogowcem, to pewnie przez ostatnie trzy dni chodziłabym po ścianach i to byłby dopiero prawdziwy wyczyn i powód do chwały. A tak? Marchewka jako substytut  dymka - przyznać trzeba, że to trochę infantylne i trąci przedszkolem.

Krótko mówiąc, wszystko co miałam do palenia poszło z dymem, a do sklepu nie pójdę, nie mam zamiaru truć się papierosami, taki ze mnie właśnie był palacz - wybredny i bezkompromisowy jeśli chodzi o jakość - i z tego wszystkiego palę sobie w kominku. Pora roku mi sprzyja. Na żeliwnej kozie stoi dzbanek ze stale ciepłą herbatą. Herbata ma lekko owocowo-waniliowy smak. Prawie jak spalony w niedzielę Red Bull. Ogień płonie, deszcz za oknem szemrze, muzyczka w radiu sobie szumi, dymek snuje się z komina, drzewa już całkiem żółte, dziś w sklepie widziałam pierwsze kaki, tak, tak, jesień jest wszędzie.

Wieczorami w całym mieście pachnie palonym drzewem. Co za aromat, ech...Włosi zimową porą zaczynają palić na potęgę i to jest zapach, który teraz w Toskanii lubię najbardziej.

19:20, anitaes
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 24 października 2011
Miejsce dla Lotusa.

lotus

za gp.seven.wrzuta.pl

Ten samochód nazywa się Lotus.

Nasz przyjaciel z Gdańska, nazwijmy go S., złożył sobie własnoręcznie Lotusa. Zabrało mu to trochę pieniędzy i bardzo dużo czasu. Ale zrobił to, i zrobił to sam. A że jest chirurgiem i ręce ma przyzwyczajone do drobiazgowej roboty, wyszła mu rzecz piękna. Coś takiego jak jak na zdjęciu, ale ładniejsze. Samochód jest zjawiskowy i perfekcyjny a jazda nim daje dziecięcą radość, poczucie wolności i wrażenie przekraczania czasu. Ubocznym efektem prowadzenia Lotusa, to moja osobista teoria, jest to, że jego właściciel nie jest zbytnio lubiany w pracy, zwłaszcza jeśli ma swoich szefów, którzy Lotusa nie prowadzą.

Pewnego dnia tym swoim czarno srebrnym cabrio S. przyjechał do nas, do Sopotu. Był piękny, letni wieczór. Cisza i spokój. W Górnym Sopot tak właśnie jest, w przeciwieństwie do Dolnego, który nadaje się do uprawiania zabaw i pijaństwa, ale do mieszkania już mniej. S. zaparkował po naszym domem i z żoną, która na tę okazję założyła piękną chustkę w grochy i ciemne okulary weszli do domu. Byli zjawiskowi i jakby z innego świata.

Otworzyliśmy kupione we Włoszech czerwone wino, rozlaliśmy do kieliszków i mieliśmy ochotę zacząć przyjemną konwersację, gdy S. zostawił nasze towarzystwo dla parapetu. Tak, przysiadł na tym parapecie i żadną siłą nie dało się go stamtąd odciągnąć. Ani prośbami, ani kpiną, ani kuszeniem pecorino. Nawet zapewnieniem, że tu u nas spokojnie jak na wsi. Po prostu niczym.

Nasz doktor S. musiał tam siedzieć, bo nie mógł spuścić oczu ze swojego pięknego dzieła. I wcale nie dlatego, że nie dość mu było widoku tego cacka i nie dość zachwytu nad perfekcją własnych rąk. Nie. On się bał, że coś się z jego samochodem stanie. Bo to Lotus i w dodatku kabriolet. I wcale nie chodziło o ewentualną kradzież, bo daleko nie da się odjechać autem, które jest jedynym takim w mieście. Raczej nasz przyjaciel bał się aktów uzewnętrznianej goryczy i frustracji co bardziej wrażliwych na cudze radości, czyli naplucia na tapicerkę lub wrzucenia do środka jakiegoś tlącego się pecika. Pewnie słusznie, w końcu S. skończył już 40 lat i swoje o życiu wie.

Tak więc siedział nasz kolega na tym parapecie, popatrywał na autko i tyle miał z naszej letniej imprezy, że wrócił do domu z nieograbionym i niesprofanowanym samochodem. Wrócił też z  ostatnim, jasnym ostrzeżeniem, że więcej go z tym cudem nie chcemy oglądać. Albo ty, albo on - powiedzieliśmy na odchodne. I przyznam, powiedzieliśmy to z pewnym smutkiem, bo akurat do S. pasuje ten glam i styl, ale stróżowanie to już zdecydowanie nie.

A cała historia przypomniała mi się wczoraj, gdy poszłam z psem na późnowieczorny spacer. Na ciemnym, słabo oświetlonym parkingu, z dala od lamp i monitoringu zobaczyłam pięknego zielonego lotusa, też cabrio, ze skórzaną tapicerką i drewnianą kierownicą. Ktoś go tam zaparkował i spokojnie poszedł do domu spać. I pewnie do głowy mu nie przyszło, że trzeba na swoje auto zerkać i popatrywać, w obawie przed jakimś nieszczęśliwie pijanym przechodniem lub sponiewieraną przez upojne życie grupą młodych mężczyzn. Jedynym zmartwieniem właściciela mógłby być pewnie deszcz, ale ta noc była dość ciepła i bezchmurna.

I wtedy pomyślałam sobie o moich przyjaciołach S., których kocham nad życie. Chciałabym podarować im taką właśnie wolność, prawdziwą wolność posiadania rzeczy ładnych, rzadkich i pełnych fantazji. W końcu S. zasłużył na to, by poczuć niczym nie zmąconą radość z bycia panem niezwykłego Lotusa, w dodatku przecież własnoręcznie poskładanego.

Niestety, nikt nie może mu tego dać i jest to przykra konkluzja z dzisiejszego rozmyślania o prawdziwym bogactwie.

 



19:43, anitaes
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 października 2011
Koniec sezonu.

Dziękuję:

Kasi i Marcinowi za odwagę, bo jako pierwsi zamieszkali w Capella. I za życzliwość bo bez ich samochodu nasza biblioteka czekałaby do dziś w smutnych, zakurzonych kartonach.

Filipowi i Magdzie za zimną krew i dystans do niespodzianek, gdy okazało się, że spełnił się mój czarny sen i pokój nie czekał na nich a nawet wręcz przeciwnie.

Jankowi i Ani za Tiki Taki, Malagi i Kasztanki - to było słodkie z Waszej strony. Ha, i za najlepszy bimberek świata.

Grażynie, Sabinie i Andrzejowi za wielki słój kiszonych ogórków i ciekawe rozmowy.

Wiesiowi i jego rodzince za ekscentryczne doznania i nieustający staroświecki czar.

Basi i Mikołajowi za filmy, które wzruszają serce i miód, który grzeje duszę.

Małemu Jasiowi z Wrocławia i jego rodzince za powiedzonka, które mnie śmieszą do dziś.

Dorocie i Tomkowi za miłe wieczory przy białym winie i za intrygujący styl.

Małgosi, Wojtkowi i dziewczynkom za zachwyt, który zawsze cieszy, a ten cieszył podwójnie.

Jarkowi i jego pięknej żonie za konsekwencję w spełnianiu marzeń.

Agnieszce i Markusowi za najpiękniejszy wpis w księdze gości, który wciąż budzi moją zazdrość i podziw.

Dominice, Tomkowi Julii i Bartkowi za miłe słowa.

Marcelce i jej rodzicom za piękny rysunek na pamiątkę.

Kindze i Pawłowi za serdeczność.

Małgosi, Andrzejowi i chłopcom za to, że czuli się tu jak w domu.

Małgosi ze Sztokholmu i jej licznej rodzinie za przepyszną herbatę, miłe popołudnie i ciepło.

Romkowi i jego wiernym towarzyszkom i towarzyszom za przepędzenie wszystkich złych duchów i wielki, pełen życia harmider.

Natalii i Julii za towarzystwo i inspirujące rozmowy.

Teresie, Ryśkowi, Ewie i Andrzejowi za ciekawość świata.

Basi, Pawłowi, Mai i jej dziadkowi za miły czas i utwierdzenie nas w decyzji.

Michałowi i jego rodzinie za ketchup i niezapomniany wieczór.

Małgosi i jej mężowi za zaproszenie do ulubionego Berlina i za miłość, która z nich promieniowała.

Pani Elżbiecie i jej rodzinie, mimo samochodowych perturbacji, za optymizm i grzybki w occie. Pycha.

Kasi, Tomkowi, Ani i Zuzi za najpiękniej pachnącą kartkę w naszej księdze.

Alicji i Andrzejowi za ciepłą wizytę.

Joasi za dżemy i musztardy z własnej firmy, które stałyby się tu przebojem i za zatrzymanie lata.

Małgosi, za cichą obecność.

Joannie, Albertowi, Basi, Oli i Markowi za gwarne poranki.

Drużynie z Karpacza za cudowną kolację i otwartość.

Joli za niezawodny przepis.

Iwonie i Jackowi za postawienie kropki nad "i" i zamknięcie sezonu.

A, i jeszcze Ewie i Julkowi, mimo, że nie dojechali, za dobre chęci i energetyczne słowa. Czekamy w wielkiej niecierpliwości.

I wszystkim innym, których nie wymieniłam, a którzy odwiedzili nasz dom i podzielili się z nami swoimi wrażeniami.

Dziękuję jeszcze raz za to, że tu byliście.

 

I to byłoby na tyle. Oczywiście po każdym końcu następuje początek. Nasz początek przyjdzie z pierwszymi ciepłymi dniami, czyli w kwietniu. A wtedy postanowiłam serwować wyłącznie tutejsze  sery i salami, pecorino od Dado, riccottę z Montagnia, jajka od łażących kur, pomidory zerwane o poranku, sałatę ze świeżą rosą, nasz chlebek przepyszny, chrupiący, melony i jabłka przywiezione przez zaprzyjaźnionego ogrodnika i konfitury: z pomarańczy, z lawendy, z róży antycznej i tutejszych gruszek. No i jeszcze ciepłe ciasta. Więc do pysznego!

A teraz czas na jedzenie mandarynek i wakacje. Od prasowania, prania, wstawania, przygotowywania, układania, ścierania, słania, odkurzania, pucowania, krojenia, rozlewania i zmywania. Potrzebuję kilka miesięcy, by znów do tego zatęsknić. Tak więc, a dopo!

 

 

 

 



13:30, anitaes
Link Komentarze (8) »
wtorek, 11 października 2011
"Gang Amiszów napadał na innych Amiszów i golił im brody".

Dzisiaj przeczytałam to na gazeta .pl i umarłam ze śmiechu. Przeszła mi depresja i jesienne smutki. Świat to jest naprawdę wesołe miejsce do życia.

A tu dla wszystkich zdołowanych albo ciekawskich zdjęcia gangsterów.

A swoją drogą, myślałam, że gang staruszek z Monty Pytona to wyżyny absurdu. Jakże się myliłam, głupia.

20:00, anitaes
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 października 2011
Znaki.

Zaczęło się przedwczoraj wieczorem: zaparowała szyba nad studnią i nagle skończyło się ciekawskie zaglądanie w jej jedyne oko.

U góry, po pustym tarasie przesuwają się pokurczone liście, zatrzymywane tylko przez rzucony niedbale, zielony wąż. 

Nie wiadomo kiedy dwa plastikowe krzesełka odwróciły się do siebie plecami i przestały razem podziwiać wieczorne niebo.

Owijam szyję chustką i szukam ciepłego swetra.

Rano w Anghiari wiał zimny wiatr i zarzucał mi kaptur na głowę, jakby na przekór sobie pilnował, bym nie zmarzła.

Właśnie zaczęło grzmieć i padać. Ściągam suszące się pranie i zbieram pośpiesznie fruwające ręczniki.

W domu cisza i pusto. Jeden jedyny gość wybrał się do pobliskiego Montercchi i pewnie moknie gdzieś w opustoszałym miasteczku.

Przy stolikach na zewnątrz Kappa Caffe nikt już nie pije kawy.

Deszcz stuka w okiennice a ja myślę o tym, że właśnie skończyła się długa i pełna poświęceń pora podlewania kwiatów.

Na pustych polach w Santa Fiora zostały już tylko pomarańczowe dynie i krzykliwie ostrzegają wszystkich nieuważnych.

Bo właśnie przyszła jesień, jak co roku przygnana nagłym, pojedynczym podmuchem z gór.

Zrobiło się bardzo samotnie. Jakby cieplejsze ubrania chroniły nas nie tylko przed chłodem ale i przed ludźmi.

16:21, anitaes
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 października 2011
Chleb nasz globalny.

chlebek

Tak wygląda upieczony przez nas dzisiaj chleb. Chleb powstaje raz w tygodniu, z powodów egoistyczno-altruistycznych: dzielimy się nim z naszymi gośćmi, w trosce o nasze i ich zdrowie. Tak w każdym razie sądziłam do tej pory.

Pieczywko jest równie dobre jak ładne, pięknie pachnie i idzie jak przysłowiowa woda. Przepis, składniki i podstawowe nauki wypieku dostaliśmy od znajomych z Bydgoszczy, których niniejszym pozdrawiam, choć nie wybaczam /oni już wiedzą czego/.

Wczoraj, gdy zarabialiśmy ciasto, znudzona i zgnębiona jesiennym atakiem toskańskiej depresji zaczęłam czytać opakowania po ingrediencjach chlebowych. I tak na przykład dowiedziałam się, że ziarno sezamowe, które używamy do wypieku pochodzi z Indii. Oczywista oczywistość - pozwolę sobie spuentować mało odkrywczo. Mąka żytnia produkowana jest przez Młyny Gdańskie Sp. z o.o. - też miło i w dodatku budzi ciepłe wspomnienia. Mąkę pszenną wyprodukowano we Włoszech i to też jest chwalebne, tym bardziej, że kupiliśmy ją w sklepiku obok.

Ale dajmy na to pospolite ziarno słonecznika, które przyjechało z Polski i wygląda jakby tam wyrosło zostało sprowadzone wcześniej z Węgier. A takie na przykład siemię lniane, powszechnie znane i uprawiane nad Wisłą zebrano na Ukrainie. W największą konsternację wprawiły mnie przaśne ziarna dyni, wydawać się mogłoby, nic bardziej polskiego, które trafiły na nasz stół via Bydgoszcz z samiuśkich Chin.

Tak, okazało się, że nasz chleb żytni, zdrowy i staropolski to prawdziwie międzykulturowa mieszanina.

A potem sięgnęłam po słoik z miodem, z przymilną pszczołą wydrukowaną na wieczku i straciłam wszystkie złudzenia. Jedni potrafią nazwać rzeczy po imieniu, inni szukają uroczych synonimów. Producent miodu wielokwiatowego napisał na etykiecie, że miód w słoiku to: mieszanka miodów produkowanych w krajach członkowskich UE i spoza Unii. Perełka niedomówień i ukrytych treści. Dużo słów a a cel jeden: uspokoić neurotycznego klienta, bo kto inny będzie męczył wyobraźnię i szukał prawdziwego sensu w tak zgrabnej retoryce?

Oglądam słoik z nieukrywaną ambiwalencją. Pszczoła z wieczka szczerzy się do mnie bezczelnie i mruży małe oczka, zaraz tuż obok fałszywie brzmiącej deklaracji: popieramy życie miodem słodzone. A w środku miodek zapewne aż ciężki od metali z dalekowschodnich hut i fabryk, gdzie życie miodem i mlekiem raczej nie płynie. Bo co by o Chinach nie mówić, jedno jest pewne: to najbardziej zanieczyszczone miejsce na globie i sprowadzanie stamtąd żywności to brzydki nawyk. A ukrywanie tego faktu pod zgrabnym słówkiem "spoza" jeszcze brzydszy.

I nawet niepozorny napis " seria mars" na etykiecie, sugerujący chyba jakieś związki producenta z inną cywilizacją nie jest w stanie poprawić mi humoru. Miodzik wędruje do śmietnika a ja dodaję do ciasta dwie łyżki miodu od Orieli, z pasieki jej ojca. A mimo to jakaś goryczka i niepokój zostaje. Chyba nie lubię globalizacji.

Mimo wszystko smacznego.

11:26, anitaes
Link Komentarze (9) »
niedziela, 02 października 2011
Słowami Tessy Capponi.

Tessa Capponi-Borawska urodziła się w Toskanii, w domu jednego z najważniejszych florenckich rodów. Dorastała w sercu starego miasta, w olbrzymim starym palazzo z widokiem na Arno i pobliskie Ponte Vechio. Wakacje spędzała w rodzinnej posiadłości, wśród należących do rodziny wielkich winnic i gajów oliwnych. Miała angielską nianię i dostała staranne wykształcenie. Opływała w dostatek.

Pewnego dnia poznała Polaka, naukowca z Warszawy. I zakochana po uszy przeniosła się za mężem do Polski. Działo się to w szarych, smutnych latach osiemdziesiątych. Na półkach sklepowych zamiast prosciutto crudo, pomidorów i pachnącej oliwy stał olej rzepakowy, ocet i słodkie jak ulepek, włoskie soki Dodoni w malutkich, kolorowych puszkach. Swoją drogą, co za perfidia smaków.

Tessa została. Zamieszkała w malutkiej kawalerce, urodziła dzieci, zaczęła wykładać na Uniwersytecie Warszawskim, pisze. Poniższy tekst znalazłam w florenckim majowym biuletynie kulturalnym, poświęconym związkom przeszłości z przyszłością. Był po polsku, zaraz obok tekstu po arabsku. Pełna podziwu dla mądrości i prostoty słów autorki, przytaczam go w całości.

I zastanawiam się jeszcze: być na swoim miejscu i nazywać rzeczy po imieniu - czy jest większe szczęście i większa wolność? Za czym tak gonimy, gdy próbujemy nadać swojej rzeczywistości cudze imiona? Tessa uważa, że za pustką i za ułudą a ja się z nią zgadzam.

"Due figlie artigiane felici

Przyznaję się bezwstydnie, mam kryzys. Za każdym razem, gdy wchodzę do auli uniwersyteckiej tutaj, w Warszawie, pytam się sama siebie: co ja tu robię? Po co, powtarzam sobie, stale jeszcze uczysz, kiedy masz świadomość, że twoje wykłady są monologami, których nikt nie słucha, nie ma zamiaru komentować, ani krytykować, nie mówiąc już o  podjęciu dyskusji. Kiedy zadaję pytanie to nikt nie raczy odpowiedzieć. Sztuka sokratejska polegająca na wywoływaniu odpowiedzi (tak jak położna wywołuje poród), pozwala nieraz z trudem wyciągnąć dwa słowa (no bo przecież nie myśli) i to raczej nieskładne, od osobnika, który stoi przede mną. Te wszystkie osoby pewnego dnia wyjdą z tej instytucji z pięknym łacińskim tytułem "magister" (czyli mistrz) filologii włoskiej. Problem polega na tym, że większość z nich z mistrzostwem nie ma nic wspólnego. Obie moje córki postanowiły posiąść "sztukę" co znaczy zdobyć zawód, który łączy umiejętność (tę prawdziwą, a nie tylko poświadczoną na kawałku papieru) łączącą się z osobistym zaangażowaniem, z kreatywną pasją. Starsza będzie krawcową i hafciarką, młodsza uczy się na kucharkę. Wielu spogląda na mnie z lekkim zażenowaniem i stara się poprawiać moje słowa: "no, chyba nie krawcowa, może stylistka", "nie uczy się na kucharkę, ale studiuje nauki gastronomiczne". Nie, nic żeście nie zrozumieli. Jedna dziurawi sobie palce i rujnuje oczy nad haftem, a druga pracuje w kuchni, kroi się, przypala i tak dalej. Obie, jak je spytać twierdzą, że są absolutnie szczęśliwe. I to jest właśnie to, co chciałabym zostawić (nawet, jeśli to nie moja zasługa) w przyszłości, Florencji, Warszawie czy jakiemukolwiek bądź miastu na świecie: dwie kobiety, przyzwoitych rzemieślników, zakochanych w pięknie."

00:07, anitaes
Link Komentarze (19) »
wtorek, 27 września 2011
Lody włoskie kręcą.

Kręcenie lodów to inaczej robienie kasy. W robieniu kasy na naiwnych turystach Włosi są mistrzami. Prawdziwymi mistrzami gatunku. A że sztuka wymaga poświęceń, dobre imię, honor i uczciwość to nie są sprawy, którymi Włoch zaprząta sobie głowę w sezonie letnim. Te kwestie zostawia się na pozostałe pory roku.

A latem? A latem wystarczy wystawić przed swój sklepik mały stolik, przykryć zgrzebnym obrusikiem - im zgrzebniejszy tym lepiej - położyć na nim upakowane w przezroczyste i koniecznie szeleszczące torebki makarony, postawić kilka butelek wina, koszyk suszonych grzybów oraz twardawe panforte a sklepik nagle otaczają turyści. I węsząc naturalne piękno i całą prawdę wyjmują portfele, by kupić te przeterminowane często i przegrzane w słońcu specjały.

To samo wino i makaron w pobliskim markecie kosztuje o połowę taniej, co tam połowę, kosztuje jedną czwartą ceny. Ale kto by o tym myślał, gdy wokół piękno włoskich miasteczek, na dodatek połączone z kieliszkiem wypitego przed chwilą chianti lub pachnącego caffe. Taka mieszanka potrafi zaczadzić najbardziej twardego agnostyka. 

Żaden Włoch nie sprzedaje na tym swoim lichym, choć pełnym po dach stoisku prawdy i godności. Ba, żaden Włoch nie sprzedaje tam nic Włochom. Tu chodzi o duże pieniądze i o spektakl a w jak wiadomo w kwestii pieniędzy i opery Włosi są poważni jak żałobnicy.

Tak, śmiało można powiedzieć, że ceremonia pogrzebu i ceremonia sprzedawania toskańskich pyszności mają wiele wspólnego: jest trup, co leży na stole, są rekwizyty, jest widownia czyli przyszli żałobnicy i jest autentyczny mistrz ceremonii. Nastrój tylko jest inny, choć płakać będzie każdy.

Bo gdy szczęśliwi turyści zataszczą do domu butelczynę wina z TEGO Montepulciano, ser z TEJ Pienzy i oliwę z TEJ Cortony a potem w gronie przyjaciół otworzą te cudownie naturalne i prawdziwe toskańskie smaczności okazuje się, że oto ponieśli niepowetowaną stratę. A że o zmarłych źle się nie mówi, zaczną podawać sobie z ust do ust bajki, że to dlatego wino jest kwaśne, panforte kruszy zęby a makaron klei się do garnka, no bo, kurczę, tylko w tej Toskanii powietrze i  światło i zapach bazylii...a w domu to już nie.

Nie wierzcie w te bajki. Nie kupujcie śmieci w Montepulciano,w Pienzie i Cortonie. To są niejadalne rekwizyty. Zróbcie sobie z nimi zdjęcie, to zawsze zrobi wrażenie na znajomych, pomachajcie wesoło do przemiłego mistrza pochówku /nie waszych na szczęście, drogich euro/, ale nie dajcie mu kręcić lodów, nawet, jeśli są włoskie i kultowe.

No, w każdym razie ostrzegałam.

20:49, anitaes
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 19 września 2011
Jak się pozbyć koszmarów.

Złe sny to żadna wielka sprawa. Dokuczają, gdy nagrzeszymy albo gdy zjemy po 20.00 talerz bigosu staropolskiego. Ten mój zły sen męczył mnie od pierwszych rezerwacji. Zaczynał się niewinnie. Otwieram drzwi naszego domu, w progu obładowani walizkami stoją zmęczeni goście, uśmiechamy się do siebie, przez chwilę, krótką jak moja pamięć a potem mój uśmiech gaśnie, moje usta się otwierają i wydobywa się z nich krzyk, który z reguły budzi mnie w środku nocy. Mnie, nasze koty i sąsiadów z naprzeciwka.

Okazuje się bowiem, że dla tych zdrożonych biedaków nie mam miejsca. Wszystkie pokoje zajęte a ja w swojej lekkomyślności i zakręceniu sprzedałam, jak to się mówi, podwójnie ten sam bilet na finałowy mecz. Ludziom też znikają uśmiechy, bledną białe, nieopalone twarze, dzieci wpadają w histerię, kobiety mdleją a mężczyźni rzucają mięsem.

To był mój koszmar. Conocny.

Aby mi ulżyć, K. wydrukował dla mnie bardzo zmyślne tabelki, z umieszczonymi pionowo dniami, po jednej dla każdego miesiąca, z podziałem na pokoje i z miejscem na wpisywanie rezerwacji. Odrzuciłam więc w kąt mój kalendarz, pokreślony kolorami i dziwnymi znakami, które miały symbolizować pokoje i gości a stały się w pewnym momencie nierozszyfrowywalną plątaniną kresek, kropek i nieczytelnych zapisków. Przeszłam na system prosty i jasny jak włosy szwedzkich pacholąt, gdzie krzyżyk to zajęte a kropka zarezerwowane ale nie potwierdzone. Odetchnęłam.

Do czego zmierzam. A do tego, że przedwczoraj ziścił się mój sen. Z dodatkowymi atrakcjami. Rano wyjechali goście z Appartamento. Potem ci z Capelli. W Piccolo mieszkała moja przyjaciółka z dawnych czasów, z czasów, gdy we dwie ważyłyśmy tyle, co teraz każda z nas. Wydawało się, że wszystko gra i zmierza do szczęśliwego zakończenia dnia. Otóż nie.

Sprzątnęliśmy Appartamento, spodziewając się wieczorem gości z Niemiec. Pogoda, ilość wrażeń, i stos rzeczy do prasowania pozbawiły mnie sił. Była ósma, gdy postanowiłam położyć się do łóżka. Miałam wrażenie, że śmierć jest blisko. Gdy ułożyłam się wygodnie, zadzwonił telefon. Automat odczytał mi głosem równie martwym jak ja taką oto wiadomość: mamy jeszcze do was 200 km, flip. Skąd ten flip, pomyślałam? A potem przyszło mi do głowy, że przecież to tylko technika a ona jak wiadomo zawodzi i biduś automat też może być zmęczony. Po półgodzinie, gdy miałam zamiar odłożyć książkę i przytulić się do mojej podusi zadzwonił dzwonek do drzwi.

Na dole stały cztery osoby - dwoje Niemców i dwoje Włochów. Ale pędziliście, powiedziałam do Niemców. W końcu 200 km w trzydzieści minut to całkiem niezły wynik, tym bardziej że jechali ze strony Ceseny, gdzie objazd po wąskich, krętych drogach nie należy do przyjemności i powoduje u co niektórych odruch wymiotny. Nie zrozumieli żartu. OK, późno, nie każdy ma ochotę na durnoty.

Potem chciałam te dwie pary wpakować do Appartamento i wtedy okazało się, że oni są osobno. Niemcy, rzecz jasna, z rezerwacji, a Włosi skąd? Oczywiście, że z pizzerii, gdzie im polecono nasz B&B. Sprawa się wyjaśniła, ale nie skończyła. Capella świeciła niesprzątniętymi ręcznikami po poprzednikach i skotłowaną pościelą. Włochów to nie przeraziło. Postanowili iść coś zjeść /co robili w pizzerii jeszcze przed chwilą - pytanie za 100 punktów/ i dać nam czas na ogarnięcie pokoju. Niemcy zaczęli się rozpakowywać.

Po pół godzinie, zdyszani i upoceni skończyliśmy. Marta zmieniła pościel, ja wyszorowałam łazienkę, K. odkurzył i umył podłogi. Capella pachniała jak wiosenny poranek w Alpach. Włosi wrócili, zadowoleni, a jakże, pogadali o życiu a gdy skończyli, zeszłam do jadalni napić się wina i odetchnąć. Była prawie dziesiąta. Pyszne białe winko. Wlewałam je z radością do ust, zimne i leciutkie. Pomyślałam: na dobry sen. A wtedy w oknie pokazała się głowa. Polska głowa, co do tego nie miałam wątpliwości. Wychyliłam kolejny kieliszek i tego wieczora zażartowałam po raz drugi: he, he, chyba mamy gości!

Nigdy nie żartujcie z nieszczęścia. Zwłaszcza z własnego.

Ktoś ciężko uderzył kołatką. Miałam wrażenie, że kołatka zakołatała mi w mózgu. Spojrzeliśmy na siebie z K. Zrobiło się niepewnie. Otworzyliśmy drzwi. Filip jestem, powiedziała polska głowa, nareszcie jesteśmy.

Tak. Złe sny się spełniają. Z reguły w najmniej oczekiwanym momencie. Filip w mojej efektownej tabeli figurował jako krzyżyk 19 września. A w mailach 17. Sprytna tabelka mnie nie oszczędziła i pokazała, że to człowiek się myli a nie ona. Nie muszę dodawać, że w Piccolo spała przyjaciółka z dzieciństwa. Jeszcze przyjaciółka, bo po obudzeniu i wyekspediowaniu jej do pracowni nasza przyjaźń przechodzi ciężką próbę.

Nalaliśmy Filipowi wina, wypiliśmy, potem znów nalaliśmy, znów wypiliśmy a kiedy uznaliśmy, że się rozluźnił i nie użyje pięści, wysłaliśmy go na dobrą kolację do Seweria, do pobliskiej enoteki. A sami pognaliśmy na drugie piętro wystawić za drzwi nieprzytomną i pozbawioną makijażu koleżankę i posprzątać pokój. I znów, jak godzinę wcześniej, zespół w zespół, ulokowaliśmy zdrożonych gości.

Poszliśmy spać po północy, wykończeni jak sienieńskie konie. W nocy była burza i nie dało się zasnąć. Koty wyjątkowo perfidnie deptały moje nogi. Pies drapał w drzwi, bo bał się grzmotów. Gryzły komary. Zasnęłam nad ranem. Od 17 września koszmarów już nie mam. A Filip jest fajny.

21:25, anitaes
Link Komentarze (11) »
czwartek, 15 września 2011
Sprostowanie w samą porę.

Zdjęcia naszego domu ukażą się w numerze świątecznym /12/ Dobrego Wnętrza i otworzą nowy cykl redakcyjny, o którego nie mogę, niestety, więcej napisać. Dziękuję pewnym pięknoduchom / co za adekwatne słowo/ z Rzeszowa, którzy przypomnieli mi, bym podała nowy termin i nie narażała co poniektórych na rozczarowanie i niepotrzebny wydatek. Dziękuję im też za to, że uprawiają reklamę szeptaną, ponoć najskuteczniejszą na świecie i rozsiewają dobre wspomnienia o Sansepolcro po całej Polsce.

A ja niebawem napiszę pierwsze sprawozdanie z wizyty w małym domku w Anghiari, który obejrzeliśmy już z elektrykiem i hydraulikiem, podczas gdy nasza inwestorka poleciała na Wyspy Brytyjskie na spotkanie z huraganem Katia.

Kości zostały rzucone - plany wydrukowane, media odnalezione, pierwsze kłody turlają się pod nogami - będzie się działo.

18:58, anitaes
Link Komentarze (3) »
piątek, 09 września 2011
Umowa stoi.

Zaczynamy. W przyszłym tygodniu rozpoczynamy współpracę z angielską inwestorką. Omówiliśmy szczegóły, określiliśmy naszą odpowiedzialność, uzgodniliśmy terminy. Porozmawialiśmy także z przyszłymi podwykonawcami no i mamy już pomysł na domek w Anghiari - teraz możemy ruszać z pracą. W poniedziałek jedziemy z elektrykiem i hydraulikiem na budowę, muszą na podstawie naszego wstępnego projektu zrobić wyceny. Potem wrócimy tam z murarzami, w tym samym celu.

Chciałoby się powiedzieć "nie miała baba kłopotu", ledwo wygrzebaliśmy się z naszego remontu, ledwo opadł kurz i wyschła farba, a my znów pakujemy się w nową budowę. Ale nie będę się fałszywie krygować - naprawdę cała przyjemność po naszej stronie. Zrobimy z tej nieciekawej nory piękną rzecz - małe toskańskie gniazdko dla dwojga. Z kominkiem, ceglanymi podłogami i przytulną kuchnią. Mam nadzieję, że pani E. będzie w pełni usatysfakcjonowana i pełna ciepłych uczuć.

Za trzy, cztery miesiące, jeśli nie pojawią się niespodziewane okoliczności, powinniśmy kończyć prace. Nie omieszkam umieszczać zdjęć z postępu prac. Pokój z kuchnią i łazienką, powiedzmy sobie szczerze, to nie jest wielkie przedsięwzięcie. Nie zakładam żadnej klęski, choć zdaję sobie sprawę, że życie potrafi zaskakiwać. Jeszcze nigdy nie robiliśmy domu dla innych. A że angażujemy się w takie prace bezgranicznie i bez dystansu to tutaj też pewnie nie odpuścimy. Jakie będą efekty? Sami jesteśmy ciekawi. 

Umawiamy się więc za cztery miesiące, 9 stycznia, o tej samej porze. Albo pijemy szampana, albo przełykamy gorzki chleb porażki. Ewentualnie kieliszek zielonego absyntu, gdyby wyszło tak sobie.

A to znalazłam dzisiaj. Nie do spróbowania, raczej do zachwytu nad ludzką przekorą. Mniam.

14:39, anitaes
Link Komentarze (9) »
niedziela, 04 września 2011
Krótka notka do pewnej poprawnej Ewy.

Szanowna Ewo. Z ogromnym poświęceniem wyszukałaś wszystkie błędy ortograficzne, które popełniłam przez te wszystkie miesiące, gdy pisałam bloga. Niepotrzebnie. Gdy myślę o tym, jak pot z Twego czoła kapał na Bogu ducha winną klawiaturę a siódma kawa nie pozwalała zasnąć i powodowała zgagę, jest mi niewymownie przykro. Jak zwykle, gdy spotykam ludzi skupionych na wyszukiwaniu potknięć innych. Tyle dobrej energii poszło w kosmos hybionej /ha, ha/ aktywności. Wykazałaś się wielką determinacją a wszystko to na marne - za chwilę pojawią się nowe błędy i Twój nowy pot i nowa męka.

Tak, wiem, nie jestem doskonała. Robię błędy i pewnie nie przestanę. Taki to już mój pozbawiony zasad /pisowni/ urok. Mimo przeczytanych setek książek i purpurowego ze wstydu edytora. Dlatego apeluję, nie męcz się więcej. Szkoda kawy, klawiatury i Twych zaczerwienionych oczu. Zamiast czytać moje iskrzące się bezczelnymi bykami notki, przyprawiające Cię przecież  o jakże "formalno- strukturalne" palpitacje, przyjdź do lektur mniej obciążających Twoją psychikę. Może czytelnicy zaproponują Ewie coś, co ukoi jej skołatane nerwy?

19:30, anitaes
Link Komentarze (28) »
sobota, 03 września 2011
Small talk.

Kilka tygodni temu odwiedziła nas pewna angielska dama. Przyszła, przyprowadzona przez inną,  włoską damę. Obydwie damy, dość leciwe, szczupłe i dystyngowane poczęstowałam kawą i ciasteczkami od Chieli. Damy obejrzały razem dom, ta włoska po raz drugi a potem wypiły kawę, zjadły po mikroskopijnym ciasteczku i poszły. A teraz angielska dama wróciła. Odwiedziła nas przedwczoraj i zaproponowała współpracę. Okazało się, że dama ma kilka nieruchomości, które kupiła dawno temu, jako lokatę kapitału i teraz chciałaby je wyremontować i sprzedać innym damom, ze dalekich Stanów lub z mglistego Londynu. Z pewną nieśmiałością zapytała, czy odjęlibyśmy się ich aranżacji.

!!!!

Cóż można odpowiedzieć damie? Cała przyjemność po naszej stronie! Robić to, co się lubi i dostawać za to pieniądze. W dodatku robić to cudzymi rękoma, bo naszym zadaniem byłoby tylko zaprojektowanie wnętrza a potem dopilnowanie jego realizacji i zabawa detalami - zakup mebli, dobór kolorów, tkanin i drobiazgów. Pozostawia nam także wybór wykonawców, jej doświadczenia są złe i nie chce ich powtarzać. Nasza angielska dama nie ma czasu ani głowy do takich spraw.Ma własne problemy i potrzebuje pomocy. A my jej tej pomocy rzecz jasna udzielimy. Zaczniemy od małego domku w Anghiari.

Nasze doświadczenia okazały się bezcenne. Warto było uwalać się starymi pajęczynami, najeść się wapna i znosić sterczące od kurzu włosy. Warto było potykać się o gruz, ścierać ręce zaprawami i wykłócać się z Lorenzo. A także marznąć zimą na budowie, machać szpadlem do utraty tchu i przenosić z miejsca na miejsce ciężkie cegły. Zaprawdę mówię Wam, warto - dla takich właśnie rozmów z miłymi damami.

20:56, anitaes
Link Komentarze (14) »
wtorek, 30 sierpnia 2011
Kanadyjska szarlotka.

Ostatnio napisałam, że upiekłam ciasto dla Luigino. Nie będę kłamać: Luigino ciasta nawet nie powąchał. Niezwykłe winogrona Fragola, pachnące i słodkie jak toskańskie lato mają mały defekt: ich pestki są twarde jak małe kamyki i mogą zabić. Jamie Olivier nic o tej przykrej konsekwencji nie wspominał. Trochę straciłam dla niego serce.

Mnie nie zabiły, naszych gości też nie - uprzedziłam ich o niebezpieczeństwie i pokazałam, jak sobie radzić z tym śrutem - ale biedaka Luigino, który zmartwychwstał niedawno i mówić nie może, pokonałyby bez problemu. Tak więc torta di fragola zjedliśmy w domu, w skrytości i ofiarnie, choć bez ofiar. Po wypluciu niejadalnych części ciasta K. stwierdził, że on to chrzani /delikatnie mówiąc/ i w niedzielę zrobi normalną, jadalną drożdżówkę.

Rzecz jest sprawdzona, przetestowana i nie grozi zadławieniem ani połamaniem zębów. Na cały wieczór zniknął w kuchni. Zawołał mnie tylko na zrobienie kruszonki, niestety, moja wychodzi najlepiej, więc musiałam pomóc. Udało się. Marta dostała na urodziny to, co lubi najbardziej. Luigino dostał co mu się należało i zapanowała ogólna szczęśliwość. A że wyszły tego 3 foremki, nie do przejedzenia, to wczoraj,  spontanicznie, bez wyrachowania i pełna szczerych intencji postanowiłam podarować kawałek naszego ciasta przemiłej sąsiadce z naprzeciwka, zresztą bliskiej znajomej Luigino.

Zawinęłam trzy ładne porcyjki w sreberko i zaniosłam jej, gdy wieczorem chłodziła się na swoim tarasie. Jedna dla niej, druga dla jej syna Giovanniego a trzecie dla Marco, jego życiowego partnera /kiedyś myślałam że są braćmi, z racji podobieństwa, ale to był błąd, powiedzmy, statystyczny/.

No i dziś, gdy wracałam z zakupów spotkałam czatującego na mnie Giovanniego, który podbiegł z czymś białym i fruwającym w garści i z wyrazem autentycznej radości na twarzy. Okazało się, że to re-ciasto, brzoskwiniowa tarta włoska, upieczoną przez mamusię dopiero co, zawinięta w powiewającą na wietrze serwetkę. Tarta była rewanżem za moje wczorajsze dobre serce. Jak na nasze zwyczaje, zbyt dużym i szybkim, ale pal sześć. Powykręcałam się trochę kurtuazyjnie a potem wzięłam tacę, bo grzech nie brać czegoś tak pięknego.

Tu dodam, że wracałam z zakupów, bo postanowiłam upiec kanadyjską szarlotkę i zabrakło mi ciemnego cukru. Od kilku dni popycha mnie jakiś nieznany mi wcześniej impuls, jakaś potrzeba ciastowa, w którą uciekam, by zapewne nie robić rzeczy, które powinnam. Coś mnie wzięło na te wypieki, jakby mi się w głowie poprzewracało i straciłam swoją tożsamość. A przecież zawsze wolałam smakować owoce cudzego trudu. 

Ale dajmy spokój wiwisekcjom i zaglądaniu do cudzej lodówki. Upiekłam i wyszło nieźle. Jutro nasi goście się przekonają, czy moja nowa osobowość jest zjadliwa. Na koniec posypałam przyrumienione ciasto cukrem pudrem, o zapachu upajającej wanilii. W przepisie tego nie było, co jest dowodem, że moja pokrętna natura przepisom się nie kłania i uwielbia ryzyko. Popatrzyłam z prawdziwym wzruszeniem na swoje nowe dzieło i już miałam zawinąć kawałek dla naszej przeuroczej sąsiadki, w podzięce za dzisiejszy rarytasik, ale w ostatnim momencie wstrzymałam konie.

Zasada wzajemności, pamiętacie?

Dam jej to ciasto a ona potem całą noc będzie kombinować co upiec w podzięce, tak? I rwać siwe włosy z głowy. A Giovanni znów będzie biegał po zakupy i taszczył siaty z jajkami, cukrem i orzeszkami pinii, zamiast w spokoju kontemplować róże na tarasie. Będą w ten upał rozpalać piec w kuchni, będą pocić się za nie swoje grzechy i martwić, czy nam smakowało. Staruszka, która ledwo chodzi, swój kolejny wyczyn z tartą pewnie ciężko odchoruje. Jej syn będzie się o nią jeszcze bardziej martwił. Czy mogę więc, powodowana własną pychą i żałosnym rozczuleniem dać jej kawałek mojej szarlotki, by potem razem z nią, wspólnie, wpaść w korowód niekończących się rewanży, wciąż nowych i nowych,  aż do całkowitego zatracenia lub szaleństwa? Albo do rychłej śmierci?

No nie. Więc siedzę sobie w kuchni, zjadam kawałek po kawałku mój kanadyjski przysmak - waniliowy cukier-puder okazał się genialnym pomysłem, opłaca się łamać zasady - i myślę o tym, jak to chciwość, wyrachowanie i lodowate serce potrafią uratować komuś życie. Smacznego.

22:50, anitaes
Link Komentarze (3) »