RSS
poniedziałek, 09 stycznia 2012
7339 kropel miodu tygodniowo.

Piszę bloga bo stale nachodzi mnie chęć pisania. Piszę, bo lubię krótkie formy. Piszę w końcu, bo przy całym swoim egoizmie czuję jakimś strzępkiem altruistycznych wzlotów, że ktoś tam czeka na kolejną porcję wieści z włoskiego podwórka.

Pisanie bloga sprawia mi autentyczną uciechę, kto wie, czy nie większą niż czytanie miłych dla mego zblazowanego oka komentarzy. Zresztą, moi drodzy czytelnicy nie rozpieszczają mnie w tej kwestii - komentów tu mało, prawie jak kwiatów w zimowym sadzie. Wygląda na to, że szanownych czytaczy czytanie kręci bardziej niż pisanie, co jest zrozumiałe, bo każdy robi to co lubi. Myślę nawet, że przypadkiem tym swoim blogiem trafiam w podobny do siebie target: z lekka leniwych, czerpiących garściami z ulubionych źródeł i mruczących z egoistycznej rozkoszy obywateli. Dostawać i dawać to co się lubi - czy to jest powód do narzekań?

Nie jest.

Tym bardziej, że mimo ewidentnego samolubstwa, zimowej pory i parszywie pesymistycznej atmosfery na świecie w ostatnim tygodniu odwiedziło mnie już 7339 osób, a każda z nich jedyna, niepowtarzalna i słodząca duszę jak złota kropla miodu.

Dla osoby nieśmiałej, niepewnej swoich możliwości, delikatnej i nieco infantylnej jest to wielki powód do wzruszenia i łez, prawda?

A dla mnie? Ja proszę Państwa otwieram włoskie spumante i piję za zdrowie wszystkich ze 7339 i za każdego z osobna i śpiewam na całe gardło: la la la, dziękuję, moje drogie pszczółki, la la la...

18:47, anitaes
Link Komentarze (21) »
czwartek, 05 stycznia 2012
Człowiek - istota społeczna czyli coś za coś.

Znajomości, jak powietrze, są podstawą istnienia. Dawno temu dawały szansę na zakup papieru toaletowego i zjedzenie kawałka kiełbasy. Obecnie w swojej najbardziej prostej formie dają fory czyli stolik w obleganej knajpie, zapewniają w sobotni wieczór wejście do kluby tylnymi drzwiami czy ułatwiają zdobycie pierwszej wymarzonej pracy.  Bez nich trzeba czekać w kolejce na wycięcie wyrostka, wymianę opon zimowych i torebkę Birkin*. W bardziej zaawansowanym wydaniu poznani ludzie pozwalają nam miło spędzić wieczór, nie iść samotnie do kina czy wygadać się przez telefon o największym gnoju świata, czyli własnym szefie, lub ewentualnie mężu. Jednym słowem, kto nie korzysta ze znajomości, obojętnie, czy w formie simply lub advanced**, niech pierwszy rzuci kamień.

Nie widzę.

Pociągnę więc dalej ten wątek, bo mam, po znajomości, ofertę "coś za coś", co wyjawię za chwilę. Jak wiadomo, styczeń to czas wprowadzania w życie nowych postanowień. Obok corocznej nieśmiertelnej obietnicy zgubienia 10 kg poprzez zamianę aksamitnej czekolady na tępawą pod każdym względem marchewkę i rzucenia ulubionych nałogów oraz innych złych przyjemności na rzecz picia wody, postanowiliśmy zaznajomić się z Facebookiem i umieścić tam nasze L`Erbario.

Trochę to trwało, ale w końcu naszym wysiłkiem i niezastąpionego - a jakże - znajomego Marcina  jesteśmy tam, gdzie ponoć wszyscy bywają i gdzie zaznajamiają się do upadłego. Ja osobiście mało bywam, wolę znajomość twarzą w twarz a nie fejsem w booka ale niech tam. W końcu, czego się nie robi dla pieniędzy, rozgłosu no i znajomości?

Zresztą, nie oszukujmy się, nasze zaistnienie w tej wielkiej społeczności nie wydaje mi się być okupione jakimś dużym poświęceniem. Godzina pracy i istniejemy. Jeśli porównać to do prawdziwie heroicznych wyczynów, jakimi są choćby ostatnia twarz Ewy Minge czy rozwarte w uśmiechu pulchne ibiszowe usta, to nie przyłożyliśmy się zbytnio, by świat nas polubił.

Co mi więc pozostaje? Zaprosić uprzejmie do zaznajamiania się z nami, dla obopólnej korzyści.  Oprócz prawdziwie wartościowego bonusu w postaci przynajmniej kilku udanych - mam nadzieję - wieczorów w towarzystwie tego bloga, daję 10% zniżki dla tych, którzy trafią do naszego B&B z Facebooka, czyli znajomych z tego największego wirtualnego grajdołka, ponoć najlepszego do  wymiany zdjęć, poglądów i plotek.

I w gwoli wyjaśnienia: całym sercem jestem po stronie altruistycznych skłonności i odruchów. Ale moim zdaniem za każdą ludzką znajomością stoi niewyrafinowana, zwyczajna wymiana: ja tobie, ty mnie, co dawno temu udowodnił Aronson w swojej książce "Człowiek - istota społeczna" a co potem po swojemu tłumaczył polskim studentom profesor Dolański.

Jakkolwiek byśmy nie pragnęli idealizmu w życiu, niestety, nie jesteśmy wśród ludzi bezinteresowni i raczej wszyscy oczekujemy szczerej wzajemności. Wymieniamy się przecież między sobą nie tylko rzeczami, usługami czy wzajemną pomocą, ale też, lub przede wszystkim, własnymi emocjami i swoim czasem. I tylko ci, którzy jedynie biorą lub jedynie dają cierpią i mają duże problemy, by w pełni cieszyć się tą obopólną korzyścią i doceniać jej społeczny wymiar.

A tak na marginesie, w dobie kryzysu, rozpadu euro, zaciskania pasa i zmian w dostępie do kredytów hipotecznych nasi znajomi powinny być dla nas ostoją, atutem, pociechą i wręcz prawdziwą przyjemnością, czego wszystkim szczerze życzę.

*Birkin bag: przeciętna w kształcie torebka, której cena na ebay osiąga nawet 86 tyś euro; jak dla mnie najbardziej ewidentny dowód na nieprzyzwoitość tego kompletnie porąbanego świata oraz ludzi, którzy nie wiedzą, co robić z wielką kasą. Być może wrócę kiedyś do tej sprawy w jakiejś notce, ale na razie zbyt mnie to bulwersuje i niestety, prowokuje do używania wyrazów, które z Nowym Rokiem postanowiłam nieco ograniczyć.

** Kilka miesięcy temu poznałam przemiłą i barwną Wende, pisarkę, propagatorkę organicznej żywności i wykładowcę literatury z Princeton. Ostatnio zapukała do drzwi i zaprosiła mnie do siebie. Po dwóch kawach, kilku moich piernikach i paru ciasteczkach od jej mamy przysłanych via mail z USA ustaliłyśmy zgodnie, że trzeba to powtórzyć. Przy okazji ja przy niej podszlifuję angielski a ona przy mnie nauczy się piec chleb i pozna tajniki zaznajamiania się z włoską społecznością. A wolny czas będziemy spędzać, oglądając przy moim kominku amerykańskie filmy z lat siedemdziesiątych. Ale już mi zaproponowała, że pozwoli mi latem na tydzień wyrwać się do Puglii, do domu Glorii i Toniego, i zastąpi mnie w tym czasie w B&B. Coś czuję, że obydwie zrobiłyśmy deal życia.

13:09, anitaes
Link Komentarze (12) »
wtorek, 03 stycznia 2012
Kultura trzepakowa.

Że we Włoszech zmieniła się pora roku z ciepłej na zimną /te pośrednie są mało zauważalne/ poznać można po kursującym po mieście samochodzie pana Marcelli i Syn, z dużym napisem: "Czyszczenie i przechowywanie dywanów". Pod koniec każdej wiosny Marcelli jeździ po ulicach i zabiera od gospodyń domowych dywany, które ogrzewały mniej lub bardziej skutecznie zimne kamienne posadzki by po kilku miesiącach, tak w okolicach końca października dostarczać je z powrotem, zawinięte w folię i wyczyszczone, by znów zaległy w swoich domowych pieleszach.

Ani razu, przez te prawie trzy lata, czyli od czasu kiedy tu jestem nie słyszałam odgłosu trzepania dywanów. Na ulicy obok mieszka człowiek, który trzepie przez okno swoje kapcie, codziennie, przez dobrą godzinę, tak około południa i potem drugi raz w nocy, przed pierwszą, ale to zupełnie inna historia. To historia z tych szalonych i pełnych obsesyjnej udręki, bo trzepacz kapci nie tylko, jak nazwa wskazuje trzepie swoje kapcie z niewidocznego kurzu, ale także od czasu do czasu staje na swoim dachu, w wietrze i chłodzie, na osuwających się starych dachówkach i długi czas przygląda się otaczającym go zewsząd antenom, wypatrując zapewne nadajników, które mącą spokój w jego głowie.

Tak więc nie ma tu trzepaków, a przecież trzepaki to nie tylko przyśmietnikowa konstrukcja stworzona z myślą o świątecznym trzepaniu przedpokojowych chodników. Trzepaki wzbudzają we mnie rzewność i wspomnienia. W pewnym momencie mojego życia, dla mnie i prawie całego pokolenia obecnych czterdziestolatków wychowanych na socjalistycznych osiedlach trzepak był najważniejszym miejscem na świecie: egalitarnym miejscem życia towarzyskiego, kontaktów każdego z każdym, tłem pierwszych miłości, wymiany gumy do żucia na pachnące chińskie gumki do ścierania, omawiania szkolnych i domowych utrapień, przepisywania lekcji, punktem obserwacyjnym śmietnikowych zbieraczy, wymiany plotek oraz, co najważniejsze, miejscem spektakularnych triumfów na polu trzepakowej gimnastyki. Kto nie robił przewrotek w tył, a potem w przód - te były zdecydowanie trudniejsze - a potem ze spoconymi dłońmi nie wspinał się na wyższy poziom trzepaka, a była to już najwyższa szkoła jazdy, by zademonstrować wszystkim dookoła swój niewątpliwy kunszt i prześwitującą przez bawełniane rajstopy bieliznę, ten nie zna smaku i zapachu PRLu. A zapach - zapach metalu na rękach, wtartego w skórę tak mocno, że nie dało się go usunąć - to był zapach wspólnoty trzepakowej, coś czego już pewnie nie ma, bo i po co, skoro pojawił się na świecie Marcielli i Syn i pogrzebał trzepaki włoskie, a polskie też pewnie pójdą tym samym śladem, jeśli już nie poszły, bośmy zjednoczeni i równi w beztrzepakowej Uni Europejskiej.

I tylko trzepaków żal, choć pewnie teraźniejsze matki, lepiej wyedukowane i bardziej świadome macierzyńskiej misji od naszych i tak nie pozwalałyby swoim dzieciom uprawiać trzepakowych akrobacji, a nawet przebywać w pobliżu trzepaka, choćby ze względu na groźbę śmietnikowej epidemii czy obecność pałętającej się w okolicy trzepaka i przeklinającej jak szewc dzieciarni tych bezrobotnych z drugiego piętra. Kulturę trzepakową zastąpiły popołudniowe zajęcia z gry na pianinie, francuskiego, jazdy konnej, szachów i sztuk walki, co pozwoli wyhodować szczęśliwe pokolenia bez doświadczeń przyśmietnikowej przeszłości i, co najważniejsze, wolne od przyjaźni z tymi z drugiego piętra, o których przecież wiadomo, że są skazani na porażkę jak nic nie warte, krzywe i nieprzydatne nikomu trzepaki.

10:53, anitaes
Link Komentarze (5) »
niedziela, 01 stycznia 2012
W barwnych oparach absurdu.

Sylwester upłynął nam tak:

najpierw kogoś podkusiło /nie wiem kogo, nie pamiętam, ale to na pewno nie byłam ja, a nawet gdybym była, to zrobiłam to w jakiejś pomroczności/, by przed nowym rokiem wyczyścić komin do kominka w naszym pokoju, tym bardziej, że coś mocno zaczął przydymiać. Pomysł taki sobie, zwłaszcza w Sylwestra, ale uznaliśmy, że może to i lepiej, że stare brudy wykurzymy w starym roku. Zwracam uwagę na słowo "wykurzymy", które w dalszej części tej historii będzie miało swoje pięć minut. Tak więc padła ta oto propozycja i myśmy na nią tak jakoś łatwo przystali /choć oczywiście nadal utrzymuję, że ten który ją rzucił, zasługuje na śmierć w mękach/. Pogoda była piękna, druga trzydzieści, do zabaw i harców jeszcze dużo czasu, spumante chłodziło się w lodówce, w dodatku niebo błękitne a słońce wiosenne. Stoimy na tarasie, K. wymęczony moją histerią założył w końcu wspinaczkowy pas, z liną grubą jak kość strzałkowa, z drugiej strony liny ja, jako asekuracja, do tego druga lina, już cieńsza, z młotkiem na końcu. Tak. Już widzę te uśmieszki. No dobra, wiem, wiem że w tym miejscu, zamiast młotka powinna być szczotka, z ciężką kulą z żelaza, ale nie ma szczotki, jest młotek i zamknijmy ten temat, do cholery. Młotek ma za zadanie postukać w rurę, która od środka oblazła sadzą, jak ktoś jest taki mądry i zna inny zamiennik szczotki z kulą, niech się cieszy własnym geniuszem i mnie nie denerwuje. Tak więc K. wchodzi na dach, młotek wsuwa się do komina, ostrożnie, by nie zrobić nikomu krzywdy, na górze mój mąż podziwia widoki bo widoczność taka, że prawie widać Perugię. Nic nie zapowiada dramatu, przyjemny wietrzyk rozwiewa mu włosy a ja okręcam linę wokół nadgarstka, by nie było jakiegoś nieszczęścia, a konkretnie upadku z dachu zwłaszcza w to urocze sylwestrowe popołudnie. Pięknie tu, słyszę z góry, ale, dupa jasna, młotek nie przechodzi. Próbujemy znów, i znowu, ale jest bariera, nasz substytut szczotki leci cztery metry w dół i koniec. Niby coś tam się obsypuje w środku, niby sadze spadają, ale dalej ani rusz. Sprawdzamy w pokoju lusterkiem, w kominie ciemno jak w grobie a to znaczy, że nie jest dobrze, bo wychodzi nam, że nasz komin jest zatkany jak wiosenny nos alergika. Robi się czwarta, chłodek zaczyna szczypać w uszy, choć zachód słońca przepiękny, jak zawsze. K. znika w piwnicy, by po chwili przynieść drugi substytut, czyli młot. To już nie jest ten mały, sympatyczny młotek sprzed godziny. Tego drania dobrze pamiętam, nie dałam rady go unieść, służył nam na początku prac do rozbijania posadzki. K. obciął mu trzonek i teraz został sam obuch, coś tak mniej więcej z trzynaście kilo żelaza. Przywiązujemy go do liny i spuszczamy w dół. I znów deja vu, cztery metry i koniec. K. próbuje kilka razy, podciągając młot i opuszczając i zastanawia się, co do diabła zatkało nasz komin, że taki młot nie jest w stanie tego pokonać, mimo, że jeszcze niedawno roztrzaskiwał stare lastryko jak dziadek orzechy. W dodatku wczoraj w kominku palił się ogień, wszystko wydawało się prawie doskonałe i nawet dym gdzieś tam w kominie znajdował sobie drogę na zewnątrz. Jest już prawie szósta i robi się ciemno. Na tle rozgwieżdżonego nieba K. stojący na dachu, obwiązany linami i wymarznięty na kość wygląda jak kolejna ofiara K2. Przywiązuję go do drabiny w nadziei, że drabina go lubi i opóźni upadek w przepaść i schodzę do pokoju, by nasłuchiwać, gdzie tenże młot staje i  dalej ani drgnie. K. wali nim z zimną determinacją, ja wrzeszczę, żeby przestał, bo czuję, że ściana się trzęsie, rura kominowa drży a w środku gdzieś tam sypie się gruz, i nagle widzę, że z zamkniętego czopucha nad kominkiem unosi się pył a w gardło drapie mnie wełna mineralna, ten smak rozpoznam zawsze i wszędzie, i niespodziewanie robi się dziura i z góry spada młot, tylko cudem nie rozbijając naszego żeliwnego Jotula. A potem patrzę, jak w powietrzu zaczyna fruwać czarna sadza i żółte kłaki wełny, i biały tynk, i czerwony pył ceglany i jakieś szare farfoły i wszystko to razem miesza się dokładnie jak kolorowe konfetti i pokrywa powoli nasze komputery, łóżko, książki, koty, kawę w kubkach, wino od Renato, czekoladki z San Marino i mnie. A teraz zaklnę: Ja pierdolę!

Młot jakimś sposobem poszedł obok rury i rozwalił nam obudowę kominka. Nie pytam, czy użycie go było słuszne i chwalebne, bo znam odpowiedź i nie potrzebuję tu żadnych naukowych teorii. Te chichoty też są, no naprawdę, nie na miejscu. Gdy odplątałam zamarzniętego K. z lin była prawie siódma. Musieliśmy się napić, zanim zaczęliśmy sprzątać pokój i naprawiać ścianę. Wszystko była prawie tak, jak za starych dobrych czasów: brud, pył i kurz i butelka wina na pociechę. I ta dziura w ścianie, dmuchająca nam w twarz zimnym powietrzem, jak oparami absurdu. Właśnie taki był nasz Sylwester 2012, jakby kto pytał. Do Siego.

10:24, anitaes
Link Komentarze (12) »
czwartek, 29 grudnia 2011
Rozważania przy czerwonym winie.

Przed tysiącami lat było tak, że nikt nie umiał pisać i czytać a ludzie uczyli się świata oczami, słuchem, dotykiem i węchem, przyswajając go metodą prób i błędów i sprawdzając jego przydatność w tych trudnych dla siebie czasach. Własne zmysły okazywały się najlepszym drogowskazem, tym bardziej że nie można było wówczas liczyć na sąsiada i ziomka, bo żaden z nich nie potrafił jeszcze wydukać kilku choćby prostych słów.

Poznawanie i komentowanie świata zajęło ludzkości wiele setek lat i pochłonęło wiele wysiłku i istnień ludzkich, bo jego interpretowanie okazało się bardziej męczące i niebezpieczne niż na przykład jego lizanie i macanie.

Potem, gdy ludzkość czegoś się już nauczyła, zaczęła przekazywać sobie tę wiedzę pieśnią, tańcem oraz słowem, z ust do ust, co może brzmi niehigienicznie, ale w tamtych czasach okazało się niezwykle skuteczne. Ucząc się na pamięć tego, co wydawało się ludziom najważniejsze - dar przeszłych pokoleń dla przyszłych pokoleń - ćwiczono pamięć jak baletnica podskoki i uczyniono z niej najważniejsze narzędzie przetrwania. Ludzie bez pamięci ginęli w mrokach niepamięć i nigdy stamtąd nie powracali.

Później pojawiło się pismo, najpierw kulawe i patykiem pisane, a potem już coraz doskonalsze, dajmy na to linearne B, które warto tu przywołać, bo i brzmi i naukowo i błyskotliwie, i dla elity nastał czas festy, bo nie trzeba było już uczyć się na pamięć tych czterdziestu tysięcy wersów Eposu o Gilgameszu, by recytować je, raz za razem, w kółko i wielokrotnie swoim dzieciom, tak, by w końcu zapamiętały, gnojki, co ojciec i matka mają do powiedzenia.

Potem pismo stało się bardziej egalitarne, weszło, jak to się mówi, pod strzechy i ludzie zaczęli poznawać świat nie tylko obserwując go, smakując i wąchając ale jeszcze dodatkowo czytając. W XX wieku analfabetyzm powędrował na śmietnik, wszyscy mogli cieszyć się umiejętnością pisania i czytania, poznając przy okazji dzieła Marksa i Engelsa i przez krótki czas wszystkie strzechy na świecie bujały się w obłokach utopijnego raju, marząc o globalnej sprawiedliwości. Pisanie stało się na tyle powszechne, że po pióro sięgnęła nawet niejaka pani Konopnicka i swoim wiekopomnym dziełem na wiele lat skutecznie zatruła szczęśliwe, dziecięce lata całym pokoleniom Polaków.

W końcu pojawiły się media, z telewizja na czele i historia ludzkości z gracją zatoczyła koło: ludzie znów zaczęli poznawać świat za pomocą obrazów, coraz prostszych i coraz łatwiejszych a w dodatku zaopatrzonych w komentarz czyli gotową interpretację,  by w ten sposób zminimalizować niepotrzebny i wyczerpujący wysiłek poznawczy. Umiejętność czytania staje się drugorzędna a telefonia komórkowa doprowadza ludzkość krok po kroku do miejsca, gdzie znów króluje świat symboli, w którym pospolita gwiazdka okazuje się być romantycznym i pełnym głębokich znaczeń wyznaniem miłości. Nadchodzą czasy, gdy umiejętność czytania zdań złożonych i pisania, a zwłaszcza pisania ręcznego stanie się znów cechą wąskiej elity i każdy, kto posiądzie ten dar, wejdzie do nielicznego klubu egzotycznych szamanów, w dodatku naznaczonych piętnem izolacji i całkowitego niezrozumienia.

A teraz mówię wszystkim dobranoc, bo chyba się upiłam.

21:10, anitaes
Link Komentarze (3) »
środa, 28 grudnia 2011
Sami swoi czyli noworoczny strzał w powietrze.

O tym, że kuchnia włoska jest kultowa i krążą o niej legendy nie ma sensu pisać. W końcu jest najzdrowsza, najlepsza, najsmaczniejsza, pełna słońca, zapachów, szlachetnej bazylii , po prostu sama słodycz i miód południa. Fakt, któż nie lubi świeżego pesto, chleba polanego oliwą, ciepłej, rumianej porchetty z jeszcze chrupiącą skórką, risotto z prawdziwkami, pizzy z samego serca Sycylii czy mięsa w rozkosznym rozmarynie.

Ja lubię.

Zawsze wydawało mi się, że nasze poczciwe pierogi z kapustą i grzybami, bigos staropolski ze śliwkami czy śledź w oliwie, co prawda z cytryną, ale jakby nie patrzeć, jednak północny przysmak nie mają szans konkurować z włoskim stołem. Wypadają blado, tłusto i mało wykwintnie.

Otóż mają szansę, ba, mają nawet obowiązek.

Obserwowałam, jak Włosi pożerali nasze przaśne pierniki, cudaczną zupę z suszonych owoców, mułowatego karpia smażonego na maśle /ponoć nigdy lepszego nie jedli/ i pospolitą drożdżówkę z jabłkami. Oblizywali palce, mlaskali i zerkali czule na półmiski, prosząc wzrokiem o dokładkę. Zachwycali się bigosem i kapustą z grochem oraz sałatką, zwaną tu rosyjską oraz upieczonym tuż przed wigilią chlebem i mruczeli bez skrępowania jak najedzone, grube koty.

Nie bądźmy więc tacy skromni. Mamy niezłą amunicję, brakuje nam tylko rozgłosu, przychylności mediów i dobrego pi aru. Ja w każdym razie po wymianie kulinarnych strzałów dochodzę do wniosku że nasza marna pozycja wynika tylko i wyłącznie z zawziętości durnego świata i pogardliwej postawy mainstreamu.

Czyli, jak to się zwykło mówić w takich sytuacjach, bazylia bazylią, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie, czego wszystkim bardzo serdecznie w Nowym 2012 Roku życzę.

11:38, anitaes
Link Komentarze (4) »
sobota, 24 grudnia 2011
Niech zawsze w każdym lustrze...

...w każdym domu na świecie odbijają się uśmiechnięte twarze szczęśliwych mieszkańców.

Wesołych Świąt!

wesolych

 

16:59, anitaes
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 grudnia 2011
Zielone oko.

Spadł właśnie pierwszy śnieg. Wszystkie szczyty Apeninów są białe, choć w dolinie jest jeszcze zielono. Patrzę na nie i przypomina mi się pewna rzecz, która prześladuje mnie od dzieciństwa.

Pamiętacie wielkie, skrzynkowe radia ze świecącym okiem? Takie radio stało w naszym domu gdy byłam małym dzieckiem. Potrafiłam godzinami się nim bawić, wpatrzona w niezwykłe nazwy miast, wydrukowane na czarnej szybce. Radio miało przyjemne w dotyku, duże klawisze, które przypominały mi wtedy kwadratowe zęby jakiegoś łagodnego stwora. Były w kolorze ciepłego mleka, jak klawisze fortepianu, tyle tylko, że przy nacisku wydawały z siebie głośne 'klik" zamiast muzycznych dźwięków. Powiedziano mi, że zmieniają długość fal, co natychmiast chciałam sprawdzić, wciskając je jeden po drugim; wyobrażałam sobie, że za ich naciśnięciem fale morskie gdzieś w dalekich oceanach zmniejszają się i zwiększają według mojej woli.

Skrzynka zrobiona była z bursztynowego, polakierowanego drewna, tak idealnie gładkiego, jakby stworzono ją z myślą o głaskaniu. Narożniki były mocno zaokrąglone, pozbawione ostrych kantów, co przywodziło na myśl kształt Syrenki sąsiada, stojącej na podwórzu. Front radia w górnej części pokryty był twardą, beżową tkaniną w drobną, wypukłą kratkę w takim samym odcieniu, pod którą, dokładnie na środku bębniło jakieś kapryśne serce. Czasem były to mocne, regularne uderzenia, zwłaszcza, gdy grała muzyka, a czasem tylko puknięcia, gdy spiker mówiąc akcentował bardziej p lub b. Miałam wiele okazji, by poznać ten rytm: często przykładałam otwartą rękę do materiału - radio stało tuż obok mojego łóżka -i  spędzałam tak wiele czasu, bo z nadejściem każdej kolejnej zimy chorowałam, jak zawsze, na zapalenie płuc.

Poniżej tkaniny, oddzielającej ją błyszczącą listewką z żółtego metalu - wtedy myślałam, że jest z prawdziwego złota - była czarna szybka. Na niej nadrukowane były nazwy dalekich miast, ciasno, blisko siebie, we wzór tworzący dziwne, poustawiane jedna za drugą jodełki. Te nazwy brzmiały tak egzotycznie i pięknie, że jeszcze długo potem marzyłam, by mieć na imię Lizbona lub Cairo. Podobała mi się też Barcelona, ale niestety, nie wszystkie dziecinne marzenia się spełniają, co dzisiaj potrafię docenić.

Kręcąc dużym, rowkowato pociętym pokrętłem po lewej stronie - to po prawej było do regulowania głośności - przesuwałam pionową, pomarańczową kreskę, która wędrowała od jednej strony szybki do drugiej, a ja mijałam kraje i kontynenty i zmieniałam języki i muzykę. Towarzyszył temu trzask i szum, jak urzeczywistniony odgłos wielkich odległości. Ten dźwięk zawsze potem kojarzył mi się z pokonywaniem przestrzeni - mały ruch ręką - szum - i jesteśmy w Londynie. Jeszcze jeden, minimalny - trzask - i mamy Rzym. Magia.

Ale najbardziej niezwykłe było oko. Zielone, jaskrawe, otoczone złotą obręczą, świeciło w ciemności, obojętne na wszystkie ludzkie sprawy. Zaglądałam do niego wiele razy, pewna, że to tam kryje się wszystko co najważniejsze, ale oprócz szklanej przezroczystej źrenicy nie widziałam nic. Byłam przekonana, że za jego sprawą można zobaczyć te tajemnicze światy, ukryte z drugiej strony: Cairo, Lizbonę, morskie fale, śpiewaków, orkiestrę i szum drogi, ale oko nie chciało odsłonić niczego.

Było zimne, martwe i niechętne. Oślepiało, jakby chciało mi dać do zrozumienia, że za ciekawość trzeba zapłacić: tańczącymi przed oczyma, zielonymi kręgami, które nie znikały nawet po długim mruganiu. Tak, oko było tym, co mnie dręczyło przez całe wczesne dzieciństwo. Za oknem śnieg, ja znów chora, z gorączką i to oko, jak ze złośliwej bajki: powiedz tylko zaklęcie jeśli je znasz a zobaczysz co kryję.

Nie znałam zaklęcia. Nikt go nie znał, co szybko odkryłam i co wtedy mocno nadwyrężyło moją wiarę w dorosłe autorytety: jak można nie szukać zaklęcia, skoro pozwoli ono dojrzeć cud? Dorośli wydali mi się wtedy zupełnie beznadziejni, mimo że zdobywali skądś pomarańcze, czekolady i gotowali mi ulubiony ryż na gęsto, z cukrem, masłem i cynamonem.

Radio zniknęło pewnej wiosny, podczas przeprowadzki i nigdy nie wróciło. Potem zastąpił je mały tranzystor, do którego zupełnie nie miałam serca: nazywał się Koliber i był niepoważny w tym swoim skórzanym perforowanym ubranku. Moje zielone oko zostało ze mną na zawsze i dręczy mnie, zwłaszcza zimową porą, gdy pada pierwszy śnieg. Tyle tajemnic nie zostało nigdy odkrytych: Cairo, wzburzone fale w oceanie, szumy i trzaski i muzyka wygrywana na trąbce. Ech...Macie swoje zielone oko? Na pewno macie, każdy ma...

17:47, anitaes
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 grudnia 2011
Z innej bajki czyli Zorba.

Dziś zmieniam temat na bardziej uroczy.

Oto pomysł na prezent

Trafiłam na tę postać przypadkiem i dość pokrętnie, podziwiając tu skandynawskie wnętrza. Oczywiście zaraz znajdą się paranoicy, którzy zaczną doszukiwać się jej urojonych związków z moim poprzednim wpisem - kochani, ta przesympatyczna postać jest całkowicie fikcyjna.

Została zrobiona z miłej w dotyku włóczki, w pięknym kolorze żółtym, żółtym jak prawdziwa żółć, na pozbawionym ukrytych znaczeń szydełku - choć niektórzy zaraz powiedzą, że to broń zaczepna, zwłaszcza w rękach psychopaty. Pominę też milczeniem oczywisty jak oczywista oczywistość fakt, że można tę postać prać ręcznie, bo natychmiast odezwą się tacy, których ta wieść dogłębnie oburzy lub, co gorsza, niezdrowo podnieci.

Dajcie spokój. Jej pierwowzorem jest bohater pewnej bajki dla dzieci, zresztą bardzo przyjemnej.

Pochwalę się - ja sobie taki prezent zamówiłam. Będzie mi wesoło dyndać przy lusterku w samochodzie albo doczepię do niej kartonik i zrobię z niej zakładkę do książki - może nawet do tej samej, którą zamówiłam wczoraj pod choinkę?

Tak czy kwak, ale piękna KATASTROFA - jak powiedział kiedyś Grek Zorba. I ja go w tym miejscu popieram.

 

07:10, anitaes
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 grudnia 2011
Paranoicy są wśród nas...
Dedykuję tę notkę Leo, który mnie zafrasował /to dość przebrzmiałe słowo, ale każde inne byłoby tu nie na miejscu/ swoją opinią o święcie niepodległości.

Dziś będzie słów kilka o polityce, choć ja to się polityką z zasady nie zajmuję. Ani polską, ani włoską. Nie dlatego, że to nudne i mało ideowe. To oczywiście też. Ale głównie dlatego, że nie można o niej dyskutować bezkarnie. To znaczy można, ale to prosta droga do rozwodu, straty starego przyjaciela z dzieciństwa i spadku po rodzicach.
Coś tam oczywiście sobie przemyśliwam, jakieś poglądy uosabiam, ale bez ekscytacji i wywnętrzniania. Ale ostatnio dostałam wypisy z książki, którą zamówiłam sobie właśnie pod choinkę i którą wszystkim polecam. Zwłaszcza tym, którzy mają jeszcze złudzenia.
Wydała ją Książka i Wiedza pod zachęcającym tytułem: Paranoja polityczna. Psychopatologia nienawiści.
Przytoczę mały fragment, by zachęcić jeszcze bardziej.
No i oczywiście nie muszę chyba dodawać, że wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek osób z kręgów polityki jest przypadkowe.

Najpierw co to jest PARANOJA
Choroba psychiczna, dla której typowe są usystematyzowane urojenia oraz projekcja osobistych konfliktów, przypisywanych rzekomej wrogości otoczenia; chroniczna psychoza funkcjonalna, rozwijająca się w podstępny sposób. Charakteryzuje się uporczywymi, nie ulegającymi zmianom, spójnymi pod względem logicznym urojeniami, dotyczącymi przeważnie prześladowań albo związanymi z manią wielkości.


A teraz SIEDEM ELEMENTÓW PARANOI, także tej politycznej:


1. Podejrzliwość :
Podejrzliwość to najbardziej widoczna cecha paranoika. Wciąż szuka ukrytych znaczeń, sygnałów wskazujących na obecność wrogów, o których wie, że go otaczają. Interpretuje swoje spostrzeżenia zgodnie z przyjętymi założeniami i wnioskami.


2. Ksobność :
Świat paranoika zaludniają wrogowie, a on sam stanowi ośrodek ich uwagi.


3. Mania wielkości
Aroganckie przekonanie o własnej wielkości pozostaje w bliskim związku z wiarą paranoika, iż jest on centralnym obiektem zainteresowania. Jest pewien swoich racji, nie dopuszcza żadnej różnicy zdań. Zna całą prawdę i żywi swego rodzaju pogardę dla głupców, którzy mają odmienne zdanie.


4. Wrogość
Pierwszą cechą, jaka rzuca się w oczy nawet przy przypadkowym zetknięciu z paranoikiem, jest nie tyle jego przekonanie o spisku czy arogancja, ile generalnie wrogie nastawienie do świata. Paranoik jest wojowniczy i łatwo się irytuje, nie ma poczucia humoru, jest niezwykle wrażliwy na oznaki lekceważenia, kłótliwy, spięty, nastawiony obronnie.


5. Lęk przed utratą niezależności
Paranoik jest wciąż w stanie gotowości. Wciąż jest przygotowany na niespodziewane okoliczności, które określa jako zamach na swoją niezależność lub wolną wolę. Jest w stanie nieustannej wojny z prawdziwymi i wyimaginowanymi przeciwnikami, którzy chcą nad nim zapanować i odebrać mu niezależność.


6. Projekcja
Według Zygmunta Freuda, projekcja wynika z normalnej skłonności do przypisywania wewnętrznych stanów i przemian przyczynom zewnętrznym. Na przykład ludzie mało znaczący albo bojaźliwi będą uważać swoich wrogów za nadzwyczajnie licznych i potężnych. Ma to określone implikacje w świecie polityki.


7. Myślenie urojeniowe
Paranoik chroni się przed niemożliwą do zniesienia rzeczywistością, konstruując rzeczywistość zastępczą. Jest ona pocieszeniem dla zranionego ego. Potrzeba podtrzymania pozytywnego wyobrażenia o sobie wyjaśnia, dlaczego tak kurczowo trzyma się przekonania, że jest obiektem spisku. Choć można by się spodziewać, że z ulgą przyjmie wiadomość o nieistnieniu spisku, w rzeczywistości będzie zdruzgotany. Pozbawiłoby go to poczucia własnej ważności. Lepiej być prześladowanym niż ignorowanym.


Nie, nie, nie. Nie namówicie mnie, bym powiedziała o kim myślałam, pisząc te słowa.

.....

No dobra, powiem. O Pol Pocie.

11:43, anitaes
Link Komentarze (5) »
środa, 14 grudnia 2011
Dom za dom.

Czasem mnie nosi. Ciągnie w inne kraje. Na kilka dni, by się zresetować. Czy inni też to mają, czy to tylko moja natura? Wpadłam więc na pomysł, nie mój i nienowy, przyznaję, ale i tak dobry.

A gdyby tak wymienić się, od czasu do czasu? Dom za dom. Wpaść do kogoś i odwzajemnić tym samym? Taniej, milej i dodatkowy serwis w postaci znajomości okolic, knajp i wydarzeń.

Ogłaszam więc:

w czerwcu poszukuję miejsce w Amsterdamie dla 2 osób na cztery, pięć dni. Moje dziecko jedzie na Pearl Jam i chcę, by było w dobrych rękach. Jej włoski towarzysz, mimo młodego wieku gotuje najlepszy sos spaghetti w okolicy, co będzie można sprawdzić. W zamian za to mogę zrewanżować się pięcioma dniami w Sansepolcro /choć przyznaję, w samym środku lata może być u nas problem z miejscem, ale jest tyle innych pięknych miesięcy do podziwiania/.

Paryż, Londyn, Barcelona i Helsinki też mogą się dołączyć. Oraz mniejsze miasta i Pekin. O Wrocławiu, Warszawie, i Krakowie nie wspomnę. Tylko Berlin odpada, bo w Berlinie mamy już sprawdzonych "wymienników", których lojalnie nie porzucę.

Jak komuś podoba się idea domu za dom, proszę o maila. Zawsze wpadam z dobrym winem, jakby co. I jeszcze jedno. Zawsze płacę 10 euro dziennie za tzw. zużycie. I oczekuję tego samego.

A dla zainteresowanych filmik, o ludzkich ułomnościach i prawdziwej gościnności. Polecam szczególnie słowa na temat tego, o czym świadczy siekiera w rękach gości - moje ulubione.

12:28, anitaes
Link Komentarze (33) »
wtorek, 13 grudnia 2011
Stosunek ambiwalentny.

Nie było łatwo zrobić te zdjęcia. Najpierw dom przy Via Mateotti był zapakowany w rusztowanie i szczelną plandekę. Zza plandeki dochodziły pokrzykiwania w niewłoskim języku. To tu ostatnio częsta sytuacja. Włosi nie potrafią, nie mogą lub nie chcą spuścić z tonu /czytaj: z ceny/ i w to miejsce wchodzą firmy albańskie.

Potem rozebrano rusztowania. Elewacja kamienicy została odnowiona. Wyglądała nieźle, choć ja nie lubię tak wymuskanych efektów. Kamienica jest wielka, chyba największa na tej ulicy. Po jej zewnętrznych wymiarach sądzę, że może mieć prawie 2000 mkw.

Kilka dni po zdjęciu rusztowania pojawił się jakiś człowiek i zaczął czyścić zamkniętą do tej pory bramę. Miał okulary jak denka butelki i dziwną, włóczkową czapkę na głowie. Z daleka wydawał się być w podeszłym wieku, ale okazało się że to młody facet, stale naburmuszony i irytujący.

Brama była otwarta szeroko, on nakładał warstwy zmywacza do farb a ja parkując codziennie w tym miejscu zerkałam do środka. Najbardziej fascynował mnie hol, wyłożony popękanymi kamieniami i pomieszczenie tuż przy wejściu - pomalowana w szaro-czerwone ornamenty kaplica.

Giovanni, bo tak miał na imię facet w okularach początkowo nie zgodził się na zdjęcia. Był raczej niechętny do rozmowy i momentami arogancki. Bał się mnie wpuścić do środka, poza tym był mocno zajęty. Nie dałam za wygraną.  Najpierw zagadałam o coś konserwacji drewna. Potem spytałam czy ma wizytówkę. Myślał, że jestem Angielką lub Niemką. Zaczęliśmy rozmawiać, choć nie był zbyt wylewny.

Po jakimś czasie zrobiłam kilka kroków i udało mi się, omijając śmieci i jakieś porozrzucane puszki wejść do kaplicy. Boże! Okularnik kręcił się niespokojnie, ale nie protestował. Miał swój interes: chciał mi pokazać wystawiony na sprzedaż dom swojego przyjaciela. Widać było, że kołacze mu po głowie blada myśl, że być może pomogę mu go opchnąć i zrobić deal życia. Nie wyprowadzałam go z błędu i to powstrzymywało go przed wyrzuceniem mnie na ulicę. Chciwość rządzi światem.

Przez cały czas mówiłam o naszym domu, bardziej do siebie niż do niego, a przy okazji wsuwałam się do środka. Udawałam też zainteresowanie tym nieszczęsnym domem na sprzedaż, niech mi Bóg wybaczy. Ja też chciałam zrobić deal. Guzik mnie obchodził ten dom, tak jak i interesy, jakie zamierzał na nim robić Giovanni, chciałam tylko zrobić foty w tej kamienicy i krótka przyjaźń z okularnikiem była na to jedynym rozwiązaniem.

Dowiedziałam się przy okazji, że ta wielka kamienica należała jeszcze do niedawna do znanej rodziny  Buittonich, zanim kupiła go jakaś spółka z Bolonii. Mówimy o najnowszej historii, plotkach właściwie, bo dom ma długą, renesansową przeszłość.

W końcu poszliśmy razem kilka ulic dalej zobaczyć tę przeklętą nieruchomość kumpla. Powiedziałam, że chętnie obejrzę, ale za to chcę zrobić parę zdjęć w kaplicy. Interesują mnie kolory, które koniecznie, ale to koniecznie chcę utrwalić. Chwilę kalkulował i w końcu niechętnie na to przystał. Zamknął bramę i mieszczący się tuż obok swój warsztat i ruszyliśmy w dół.

Nie będę opisywać tamtej nieruchomości. Nie ma ona żadnego znaczenia. Powiem tylko, że dom był przeciętny i nudny, ale widok z jego okien absolutnie zachwycający. Gdyby można było kupić sam widok...

Gdy wchodziłam z okularnikiem do środka, przez myśl mi przyszło, że to typowa scena z taniego thirllera: kobieta idąca do domu z niepozornym, pociesznym i milczącym facetem, który po przekroczeniu progu zdejmie swój maskujący strój /głupia czapka i zakrywające pół twarzy okulary/ i który okazuje się być krwawym, seryjnym mordercą, zwanym bestią z Valtiberiny.

Cha, cha, cha. Choć przez moment nie było mi do śmiechu.

Nie ma obaw - jesteśmy na włoskiej prowincji. Tu morduje się w emocjach, nożem, w biały dzień, przy pełnej widowni, najlepiej na piazza w targowy dzień, nigdy w ukryciu i na zimno. Co to za zabawa: zabić i nikomu nie powiedzieć? A gdzie krzyki tłumu, gorączkowa gonitwa, tryskająca krew, roztrząsanie racji, honor i udział rodziny?

Po pół godzinie wróciliśmy szczęśliwie na Via Mateotii. Przyszła pora zapłaty, Giovanni. Wróciłam z aparatem. Oto kilka fotek, które zrobiłam. Nie ma tego dużo, bo okularnik był poddenerwowany, rozglądał się i prosił, bym się pośpieszyła. Wygląda na to, że tajemniczy inwestor z Bolonii naprawdę ma długie pazury i ostre zęby. Tak czy owak, wnętrze kamienicy, nie tknięte od wielu lat ani pędzlem, ani miotłą było tajemnicze i fascynujące. Pewnie niebawem, gdy zacznie się w nim remont, tajemnica zniknie. Smakujmy ją więc dopóki trwa.

I przypominam, że okupiłam zdobycie tego materiału obcowaniem z naprawdę nieciekawym osobnikiem, proszę więc docenić poświęcenie.

ok1

ok2

ok3

ok4

ok5

ok6

ok6

ok7

ok8

ok9

P.S. Tak sobie popatrzyłam na te zdjęcia i pomyślałam, że to byłby piękny plener do zdjęć: efemeryczne, delikatne modelki w białych sukienkach... Tylko ten inwestor z Bolonii, i jego żądne krwi pazury, niestety...

11:20, anitaes
Link Komentarze (7) »
niedziela, 11 grudnia 2011
la..la..la.. - c.d. czyli interpretacje...

Te interpretacje są moimi ulubionymi w poniższym temacie.

Znalazłam je wczoraj w nocy, gdy z powodu oślepiającego księżyca nie mogłam spać.

Zarejestrowano je podczas koncertu "Came So Far For Beauty" w 2005 roku w Sydney.

Wim Wenders powiedział, że film jaki wówczas powstał jest najlepszym filmem muzycznym wszechczasów.

Warto obejrzeć go w całości, by sprawdzić czy miał rację.

To tylko małe fragmenty:

Antony Hegarty

Rufus Wainwright

Teddy Thompson

Nick Cave

Podaję linki, bo niestety nie można filmów udostępnić bezpośrednio. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórym osobom sprawię tym przyjemność. Miłego wieczoru.

 

 

 

20:32, anitaes
Link Dodaj komentarz »
...la la la...nie mogę zasnąć...

 

00:12, anitaes
Link Komentarze (3) »
czwartek, 08 grudnia 2011
Nasza Unia kochana?

Całym sercem byłam za UE. Nareszcie mogliśmy przestać miażdżyć sobie nosy o szybę sklepu, co Europa się nazywa. Byłam za euro i wkurzało mnie, że w 2007 nasz ówczesny rząd nie rozpoczął procedury wejścia do strefy. Byłam za podpisaniem traktatu lizbońskiego i z zażenowaniem oglądałam prezydencki taniec na rurze wokół tej kwestii.

Ale teraz nie rozumiem sytuacji. Czytam, oglądam i nie rozumiem. Europa się kruszy. Dławi własną polityką. Tonie w długach. Politycy mają na twarzach strach. My drżymy o nasze wydawało się stabilne, przewidywalne życie. Jak to możliwe, że krajem, ba, Europą może zachwiać odebranie jednego plusa? Jednej literki A? Kto nami rządzi? Czy korzystając z demokracji na pewno mamy wpływ na nasze życie i przyszłość naszych dzieci?

Oto głos sceptyka. Głos bez boguojczyźnianych i nacjonalistycznych nut. Gorzki i pozbawiony przyjemnego optymizmu.

 

08:15, anitaes
Link Komentarze (9) »
środa, 07 grudnia 2011
Obce głosy, nasze ściany czyli Sopot.

Tak jak obiecałam, dziś Sopot. To mieszkanie znaleźliśmy w 2006 roku, gdy dom na Żuławach był w zasadzie skończony i gotowy by dotrwać w nim przyjemnie do odległej emerytury. Oto podręcznikowy przykład choroby, która zżera mnie od lat. Ja nazywam ją niepokojem duszy ale moi drodzy przyjaciele twierdzą, że mam po prostu nasrane w głowie. Tak czy owak, objawy są takie, że gdy tylko skończę prace, otrzepię kurz i umyję okna po remoncie, zaczynam szukać czegoś nowego.

Mieszkanie w Sopocie było zdewastowane, śmierdzące i straszne. Tak samo zresztą jak wszystkie domy, które nas kręcą. Pośrednik pokazał nam je z wyraźnym podnieceniem ale też z dużym zażenowaniem. I słusznie. Zarówna substancja mieszkaniowa jak i ludzka była przeżarta nałogiem i dekadencją. Zdecydowaliśmy się od razu. To było piękne wyzwanie.

Remont trwał 3 /słownie trzy/ miesiące. Mieszkanie ma 150 metrów, wychodzi więc, że wyremontowanie 1 metra zajęło nam trochę ponad półtora dnia. Nieźle. Odtworzyliśmy i wymieniliśmy całą stolarkę, usunęliśmy jakieś dziwne przybudówki, zrobiliśmy dwie łazienki. Dębowe podłogi, obrzydliwie obsikane i podrapane przez ślepego psa dawnych właścicieli zcyklinowaliśmy i nawoskowaliśmy a wtedy stały się bursztynowe. Sztukaterie wymagały pomocy znajomych rzeźbiarzy - były pokryte wieloma warstwami gipsu i farby. Wstawiliśmy drzwi oddzielające cześć prywatną od towarzyskiej i pomalowaliśmy ściany na ciemne, pastelowe kolory. Zrobiło się pięknie, zacisznie i przestrzennie, co bez fałszywej skromności udowodnię za chwilę.

Opuściliśmy nasze sopockie mieszkanie po niecałych 3 latach pobytu. Nawroty choroby czy też tego w głowie - jak zwał tak zwał - są jak widać są coraz częstsze. Dom obecnie wynajmujemy, stąd w tytule: obce głosy, nasze ściany. Jest na sprzedaż, czy są chętni? Oddam tylko w dobre ręce. A więc oto Górny Sopot, moje wspomnienie najsłynniejszego w Polsce miejskiego grajdołka:

- oto salon i biblioteka i fragment holu, tuż po usunięciu starych drzwi. Pies właścicieli niektóre z nich zdarł na drzazgi. W narożniku pokoju powstanie kominek.

ar1

wnoc

ar6

ar7

sar12

przezo

ar13

- biblioteko - jadalnia przed i po.

ar24

ar25

ar22

ar33

ar44

ar34

komso

- hol. To okno z małym wiszącym kaloryferem znajdowało się w pomieszczeniu z dykty, 2 x 2 metry, które czym prędzej rozebraliśmy. Jak powiedziała nam była właścicielka: ojejku, szkoda bo zajmowałam ten pokoik z siostrą i to był taki miły pokoik...

ar2

- pokoik...miły...

ar15

- teraz w miejscu pokoiku jest to. Jakoś nam nie żal.

ar36

ar35

- korytarza nie polubiłam. Kojarzył mi się z więziennym spacerniakiem.

ar35

- skróciliśmy go optycznie dodatkowymi drzwiami i obniżyliśmy sufitem podwieszanym oraz poprzecznymi listwami. No i zamalowaliśmy ten gaciowy róż, oczywiście.

ar112

- kuchnia jaka jest każdy widzi. Obróciła się w proch i niech tak zostanie.

ar18

ar43

ar1234

ar111

ar1111

ar65

- sztukaterię pokrywała warstwa gipsu i smoły z fajek. W tym domu tylko pies nie palił, choć nie mam co do tego 100 % pewności.

ar4

ar11111

-  na koniec jeszcze łazienki i weranda, bo bez werandy życie w Sopocie nie ma sensu. Nie mogę znaleźć jej zdjęć sprzed remontu, ale pamiętam, że była pełna mebli kuchennych z lat 60-tych. A teraz znikam, bo domek Emmy czeka.

ar345

ar656

ar432

10:22, anitaes
Link Komentarze (38) »
wtorek, 06 grudnia 2011
Obce głosy, obce ściany.

Jestem wciąż myślami w rewirach budowlano - remontowo - mieszkalnych z pewną gorzką dozą nostalgii. Pociągnę więc ten wątek, aż do wyczerpania emocji własnych i czytelników.

Domek Emmy został rozpruty i wypatroszony. Wcześniej nie nadawał się do życia, teraz nie nadaje się do niczego. Jego przygnębiającą pustkę wypełnił żwir, rusztowanie, metry rurek i kabli. Kończę właśnie pisać pierwszy odcinek reportażu, gdy wszystko w nim było jeszcze nietknięte, choć równie smutne jak teraz. W pierwszym odcinku pokazuję moment przed, chwilę zawieszania, jak podniesienie ręki tuż przed uderzeniem młota, gdy wszystko jest jeszcze możliwe. Obecnie, gdy w ruch poszły maszyny i przecinaki trzeba już tylko iść do przodu, bo cofnąć się nie da. Ale będzie pięknie, obiecuję.

Padły pytania o nasze domy w Polsce. Pokażę dwa, bo dokładnie tyle ich było.

Pierwszy znaleźliśmy dawno temu, w roku 2001. Stał w żuławskiej wsi, blisko Wisły, 30 minut drogi od Gdańska. Był zniszczony, wilgotny i tani. Otaczał go duży, półhektarowy ogród, pełen starych drzew owocowych, wysokich na metr pokrzyw i szkła. Szkło rozsypano po całej działce, gdy w przeszłości zlikwidowano szklarnie - taka oszczędna, nieskomplikowana praktyka. W końcu po co płacić za wywóz, gdy ma się własne, bezpłatne miejsce "w sam raz". Zbierałam to szkło przez kilka lat, zawsze wiosną, gdy wyłaziło z ziemi jak trawa po zimie. W końcu wyzbierałam wszystko i wtedy się wyprowadziliśmy. Tuż obok domu rosła wielka, ponad stuletnia lipa, z konarami do samej ziemi; pod nimi tworzyła się zacieniona, brzęcząca pszczołami i pachnąca dziko altana.

Żuławy są smutne i nic tego nie zmieni. Ich historia to długa, ciągnąca się przez setki lat opowieść o bezskutecznym poszukiwaniu szczęśliwego miejsca do życia, poprzekładana okresami prosperity i upadku. Żuławy są smutne, bo pokazują jak niewiele znaczy ludzka praca i trud. I jak łatwo usuwają się w zapomnienie poświęcenia pokoleń. Na Żuławach widać, jak szybko i w całkowitej obojętności znikają wielkie domy, postawione kiedyś z miłością i dla pokoleń, jak walą się drewniane, zdobione bogato ganki, znikają zadbane sady. Tak, Żuławom brakuje serca i pamięci.

Przygnębiają mnie te ślady z przeszłości, zupełnie inne niż włoskie, bo martwe i niechciane. Ciachnięte nożem historii, bez znieczulenia i bez łez, bo nie ma komu po nich płakać. Domy porzucone i traktowane jak bezwartościowe sterty cegieł, desek i gwoździ, źródło materiałów a nie wspomnień. Znikają ostatnie, chylące się ze starości menonickie domy, opuszczone, tajemnicze cmentarze z pięknymi inskrypcjami i małe kościoły. Na tych cmentarzach zapalałam czasem świeczki, by choć na chwilę zabić zimną obojętność. Nowi mieszkańcy, obcy sobie, temu miejscu i zastanej, powojennej rzeczywistości nie dostrzegli w domach pozostawionych przez poprzedników żadnych wspólnych, łączących ludzi znaków. To co przetrwało wojnę było tylko znienawidzonym  przesłaniem, śladem niemieckiej obecności i tradycji, której swoistym honorem było nie szanować.

Niestety, nie mam zdjęć  naszego domu "z przed". To znaczy mam, ale analogowe, gdzieś tam, w pudełkach. Mogę więc pokazać tylko zdjęcia 'po". Początkowo używaliśmy 3 pokoje i kuchnię z jadalnią. Dopiero potem wyremontowaliśmy strych i fragment stodoły, uzyskując dodatkowe pięć  pokoi i drugą łazienkę. Ogród oczyściliśmy z chwastów, posadziliśmy kilkadziesiąt krzewów róż i okalający działkę żywopłot. Nasze papierówki były najlepsze we wsi a morele owocowały co drugi rok, chyba, że przemarzły. Trawa rosła jak oszalała i była źródłem niekończących się utrapień i toksycznej przyjaźni z kosiarką Husqvarna. Lubiłam dom na Żuławach z powodów historyczno - osobistych, ale to zamknięta opowieść. Parafrazując Trumana Capote, to już obce głosy, obce ściany:

- dom od strony ogrodu. Tej werandy nie było, została przez nas dobudowana. Zrobiliśmy w niej  kuchnię, z wyjściem na ogród.

os1

ost

- tę werandę znaleźliśmy w pobliskiej wsi. Kupiliśmy ją za grosze, zapadła się i gospodarz postanowił ją spalić. Była za duża, ale dostosowaliśmy ją do naszego domu. Podczas cięcia pachniała lasem, mimo, że drewno miało ponad dwieście lat. U tego samego właściciela udało się kupić pięć pięknych, starych drzwi wraz z okuciami, które użyliśmy remontując strych. Wystarczyło je oczyścić z farby i zawoskować.

os2

ost8

- tak weranda wyglądała z bliska. Ktoś poświęcił wiele pracy, by odcisnąć w drewnie te wzory.

os2

 

- a to miejsce pod lipą. Niestety, nie widać skali. Mieścił się tam stół na 12 osób.

os3

-nasza kuchnia, z widokiem na ogród. Zimą po ogrodzie chodziły bażanty i kuropatwy, dokarmiałam je, kupując ziarno w sklepie rolniczym.

os

- koza w jadalni. Białe kafle uratowaliśmy przez zniszczeniem - ktoś wyrzucił je w Sopocie na śmietnik, rozbierając piec. Pan Bolek za flaszkę przywiózł je do naszego domu. Pomysł na taki kominek zaczerpnęliśmy z holenderskich, starych wnętrz.

os4

- a to już fragment obudowy kominka w pokoju dziennym. Ogrzewał skutecznie cały dom.

os5

- schody jak schody ale na fotce widać fragment wspomnianych wcześniej drzwi. Pomyśleć, że zanim je kupiliśmy część poszła już z dymem. Gospodarz mówił, że świetne drewno, dobrze się paliło...

os6 - a tu widok na ogród z kolegą Homarem i z piwkiem zatopionych zgodnie w chłodnej zieleni.

os7

- droga prowadząca do domu. Czy to nie jest depresyjne?

dr

Jutro napiszę słów kilka o Sopocie. Ciao.

13:12, anitaes
Link Komentarze (13) »
niedziela, 04 grudnia 2011
W dalekiej Australii...

Uwielbiam stare, włoskie miasteczka. Tę ich przykurzoną, naturalną i pełną współczesnego życia opowieść o przeszłości. Wzruszające ślady dawnych mieszkańców, proste, ludzkie znaki sprzed stuleci. Lubię cienie kamiennych domów na wąskich ulicach, krzywy bruk, zaśniedziałe klamki, kraty w oknach, łuszczące się tynki i wykute w kamieniu futryny. Nie chciałabym zamienić mojego centro storico na nowoczesne miasto, bo potrzebuję w swoim otoczeniu historycznego podparcia. Ale mieszkając na co dzień wśród  grubych, chłodnych ścian, ceglanych posadzek i małych, zakrytych okiennicami okien czuję czasem, jak nachodzi mnie mała chętka na dużą odmianę. Nagła potrzeba świeżości, coś jak haust morskiego powietrza czy powiew mroźnego wiatru. Po to, by na moment odmienić rzeczywistość, poczuć obcą przestrzeń i znów wrócić do kamiennego piękna. Ot, takie moje dziwactwo.

Przeglądam wtedy internet lub katalogi i szukam domów z pustymi wnętrzami, o rozległych drewnianych podłogach, z wielkimi bezwstydnymi oknami, wychodzącymi na norweskie zatoki, z jasnymi pokojami o idealnie gładkich ścianach pomalowanych niepraktyczną bielą. Skandynawskie budownictwo działa na mnie jak pływanie w spokojnym jeziorze pod koniec szwedzkiego lata. Oczyszcza umysł i daje szczęście. To miłe uczucie gdy widzi się konsekwentne linie i kształty, stworzone przez myśl ludzką. Przestrzenie do życia które powstały teraz i tu, dla współczesnego człowieka, zaistniałe z potrzeby tworzenia i potrzeby piękna, nieskrępowane ani kamienną przeszłością ani nieustępliwymi planami średniowiecznych miast.

Kilka miesięcy temu pokazałam tutaj przekorny biały domek wybudowany na małej przestrzeni w starym centrum pewnego szwedzkiego miasteczka. Domek zaskoczył mnie swoją lekką formą i prawie nonszalancką prostotą. No i kontrastem jaki powstał, gdy stanął wyprostowany i bezczelny w przygarbionym, mieszczańskim otoczeniu. Chwała ludziom, których stać na odwagę takiego kształtowania przestrzeni - odwagę, dodam, połączoną nierozerwalnie z poczuciem piękna.

Dzisiaj wyszukałam kolejne małe cudo, tym razem w Australii. To małe jest jeszcze mniejsze,  jeszcze bardziej odważne, jeszcze bardziej pewne siebie, radosne i nieskrępowane. Ma energię pięciu olbrzymów i lekkość chmurki. Migocze i bawi. Domek stanął na miejscu parkingowym dla trzech samochodów i usadowił się wygodnie, jakby był porządną, miejską kamienicą  Zresztą, zobaczcie sami: z jesiennego, deszczowego dziś Sansepolcro przenieśmy się na chwilę do Sydney!

08:23, anitaes
Link Komentarze (3) »
piątek, 02 grudnia 2011
Migniano - oferta jesienna.

Daję sobie po uszach - Migniano leży w Toskanii a nie w Umbrii. Mia colpa. To mała osada, położona blisko Pieve Santo Stefano i Sansepolcro. Z daleka wydaje się, że w Migniano stanął czas. Dopiero z bliska można zobaczyć kilka samochodów i basen. To dawna twierdza graniczna z XI wieku, ufortyfikowana i niegdyś niedostępna, z własną wieżą i kościółkiem. Wkoło widok na toskańsko - umbryjskie wzgórza. Dom z wieżą należy do Pippy i Iona. Niebawem zaczynają jego remont. Jestem pewna, że efekt będzie niezwykły, widziałam, w jaki sposób wykończyli dwa inne domy w Migniano. W twierdzy mieszka kilka osób: Pippa i Ion, włoska rodzina, stary kowal z pięknym białym psem oraz przyjeżdżający czasami do swoich małych domków: dwóch Amerykanów, pewien Brazylijczyk i mediolański artysta. I to wszystko.

Jakby co, wciąż można sobie kupić kawałek Migniano. A teraz fotki, dla zachęty:

m1

m2

m3

m6

m4

m5

 

 

 

 

 

10:13, anitaes
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 listopada 2011
La cena polacca czyli wieczor z tradycją.

Przygotowałam:

zrazy po bożemu, czyli dobra wołowina zakręcona na tradycyjnym wsadzie, posmarowana musztardą, sarepską, a jakże, posypana majerankiem, pieprzem i solą, z boczkiem od Ewy, ogórkiem kiszonym i cebulką i skórką chleba, z ciemnym sosem z dodatkiem grzybów a do tego kasza gryczana. Gołąbki, małe i zgrabne, zawinięte z kapustkę, przyjemnie opieczoną, w sosie pomidorowym. Tzw. dodatek to kapusta modra ze śliwkami a jako starterek zaserwowałam nasz chleb, świeży i chrupiący i niezastąpioną sałatkę warzywną, zwaną wszędzie na świecie rosyjską, do której włożyłam posiekany korzeń pietruszki, której tutaj nie uświadczysz /korzeń selera jest, w dziale warzyw egzotycznych/, bo bez niego brakowałoby tej lekko orzechowej nuty.

Zwykle nie zdarza mi się gotować takich frykasków. Nie na moje nerwy. Szkoda mi mojego czasu bo to czasochłonna zabawa, w dodatku pełna rzewnych wspomnień wielu dawnych, niedzielnych obiadów. Ale czasem nachodzi mnie jakaś patriotyczna potrzeba a zaraz za nią ochota, by dać jej upust. Więc zaszalałam.

Przyszła Pippa i Ion, Anglicy mieszkający w niezwykłej osadzie Migniano, twierdzy położonej wśród umbryjskich pagórków, poznani niedawno gdy przyszli obejrzeć nasz dom, była Carla z Vivienem, która teraz pracuje w dalekiej Serbii, tworząc od podstaw fabrykę Fiata i nasza Emma, która lada chwila wyjedzie, by wrócić dopiero w połowie stycznia i z którą musimy obgadać wszystkie ważne sprawy budowlane.

Było miło. Kobiety w świetle świec były piękne i błyskotliwe a mężczyźni przystojni i zabawni. Siedzieliśmy do północy a rozmowa płynęła wartko jak dobre wino, które goście przynieśli w swojej zapobiegliwości. Ogień palił się w kominku, w radio cicho i zimowo śpiewał Sting. Na deser było brownies i kawa. Obiecaliśmy sobie, że powtórzymy spotkanie po Nowym Roku, gdy wszyscy znów wrócą do Sansepolcro.

16:27, anitaes
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16