RSS
sobota, 03 marca 2012
Piekielne zdroje czułości.

Wiosenne przesilenie właśnie się przesiliło a energia spłynęła z nieba i dała rozgrzeszenie naszym zimowym niecnotliwym uczynkom. Ranki jeszcze chłodne ale za to od wczesnego popołudnia słońce szaleje. Wczoraj było 25 C, wszystkie okna w naszym domu otwarte, sprzątam zeschłe badyle czyli to, co w zamyśle miało być uroczym zielonym zakątkiem ale nie przetrwało moich czułych zabiegów pielęgnacyjnych.

Wieczorem wyjęłam z szafy swój letni płaszcz i poszliśmy na spacer. Włosi oczywiście w puchowych kurtkach i wełnianych szalach, oni potrzebują bardziej oczywistych argumentów by uznać, że zima za nimi, choć z drugiej strony trochę rozumiem tę ich ostrożność i zapobiegliwość, rok temu pod koniec marca szalała tu śnieżna zamieć.

Rozmawialiśmy ostatnio z parą Rzymian; mieszkają w Sansepolcro od kilku lat, przyjechali za pracą, którą zresztą właśnie jedno z nich straciło. Ze pewnym smutkiem stwierdzili, że Toskańczycy są niezwykle zamknięci i pełni dystansu do obcych/?!/. Dziwny jest ten świat. Dla nas nasi włoscy znajomi i sąsiedzi są tak otwarci, że czasem musimy chować się przed tą ich zachłanną bezpośredniością, w obawie, by nas całkiem nie pochłonęła i nie pożarła. Jak w takim razie wyglądałoby nasze życie w Bazylikacie, Apulii czy Kalabrii? Czy nasze ogryzione, białe kości porastałaby już pierwsza, wiosenna trawa?

Mam wątpliwości, czy przeżyłabym tę pozbawioną zahamować uczuciowość - podobnie jak moje biedne, obumarłe rośliny na tarasie, które przecież każdej wiosny darzę tak wielką sympatią...i podlewam, podlewam, podlewam...

09:05, anitaes
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 marca 2012
Cisza.

Nie piszę, nie dzwonię, nie mówię.

Jestem zmęczona.

Poczekajcie.

W tym czasie zajmijcie się kupowanie biletów na Dead Can Dance. 15 października będą w Warszawie.

Powodzenia.

09:45, anitaes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 lutego 2012
Zabij Kima.

 

Kilka dni temu poznałam arcyciekawą osobę. Nie dość że mądra, oczytana, wrażliwa i utalentowana to jeszcze mnie chwali. Czy może być większa frajda? No nie może.

Zaproponowałam, by we wrześniu wzięła urlop i przyjechała.

- Ale wiesz, ja jeszcze nigdy nie latałam. Jak nie przymierzając Kim Dzong Il.

Pierwsze co pomyślałam - pięknie powiedziane. A zaraz potem, że każdy ma swojego Kima.

Ja też mam.

I dobrze wiem, jak trudno jest zabić Kima, nawet jeśli już nie żyje.

Mój wypycha mnie bez przerwy w nowe miejsca. Sączy do ucha, że gdzieś tam jest lepiej. Każe zbierać manatki i szukać wciąż od początku. Być stale w drodze i na wiecznym głodzie.

Stary, dobry Max Ehrmann powiedział: " ...chciałbym, by przestała mnie nurtować uporczywa i wszechogarniająca potrzeba bycia gdzieś indziej, bo przecież radość mieszka wewnątrz człowieka, jest obecna w każdym z nas."

Jemu się udało, całe życie spędził w małym Terre Haute i tam umarł. Chyba szczęśliwy.

Zanim spytam o waszych Kimów, tych pokonanych i tych, co wciąż żyją, jeszcze jeden cytat: Konstandinos Kawafis

Miasto.

(...)
Nowych nie znajdziesz krain ani innego morza.
To miasto pójdzie za tobą. Zawsze w tych samych dzielnicach
będziesz krążył. W tych samych domach włosy ci posiwieją.
Zawsze trafisz do tego miasta. Będziesz chodził po tych samych ulicach
Nie ma dla ciebie okrętu - nie ufaj próżnym nadziejom - nie ma drogi w inną stronę.
Jakieś swoje życie roztrwonił w tym ciasnym kącie, tak je w całym świecie roztrwoniłeś.

 

 
22:59, anitaes
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 lutego 2012
Hasanie po polach wojennych czyli gdy pierdyknie cos za oknem.

Moja wyobraźnia mnie męczy bo tworzy teoretyczne światy, z którymi potem się zmagam naprawdę. Choćby dziś. Coś tam huknęło za oknem, pewnie jakiś gaźnik starego Punto, jakich wciąż pełno we Włoszech a ja już snuję w swojej głowie historię wojenną. Co tam historię, epopeję snuję, z ogniem wpełzającym przez okna, z krzykami rannych sąsiadów, z wątkiem romansowym, oczywiście, ale także psychologicznym: bohaterskimi czynami nie generała, co tuż za ścianą w cichości gabinetu pucuje codziennie swoje ordery a Giovanniego z naprzeciwka, delikatnego i czułego, outsidera o długich smukłych palcach i nieśmiałym uśmiechu, który nagle zdobywa się na niezwykłe, prawdziwe męstwo i popełnia czyn odważny i niebezpieczny, grożący śmiercią, kalectwem lub banicją.

A przy okazji dopada mnie filozoficzno - praktyczne pytanie. Bo gdy tak sobie hasam po dzikich łąkach swojej wyobraźni, zastanawiam się nad kwestią uniwersalną. Co zabrałabym z domu, gdybym miała na to dziesięć minut i małą torbę podróżną? I świadomość, że cała reszta, pozostawiona w mieszkaniu przepadnie na zawsze, zmieciona wojenną pożogą.

Książki? Ale które? Wiersze Apollinaire`a? Powieści Eco? Munro? A może Antologię Spoon River? Lub coś Baumana? A co z całą resztą, która zajmuje tyle półek? Czy one są gorsze?

Zdjęcia? Czyje? Swoje czy dzieci?

Laptop? Chyba tak.

Obraz? Który? Tę grafikę z Hereford? Czy może ten mały pejzaż morski? A może botaniczne rysunki Andrea Mattioli?

A co z tym pudełkiem, w którym jest wszystko, co ważne i nieważne, mój śmietnik życiowy? Bilet na koncert Cohena w Poznaniu w 1984. Bilet miesięczny na autobusy ateńskie. Rysunki Marty. Rachunek za nocleg w Coimbrze. Diabeł namalowany na płytce łazienkowej przez Dymitra. Stare notesy z telefonami ludzi, których imion już nie kojarzę. Pudełko zapałek kupione na targu w Brukseli. Szare kamyki z jakiejś greckiej plaży. Nienoszone od dawna okulary. Listy.

Ciekawe. Nie pomyślałam o paszporcie, aktach notarialnych, polisie na życie, świadectwach i dyplomach, ładowarce do telefonu, ubraniach, kosmetykach, puszkach tuńczyka i kluczach.

Dla kogo sytuacje ekstremalne są bardziej łaskawe, dla tych sentymentalnych czy bardziej praktycznych? Dla tych co myślą o cukrze czy dla tych, co wybiorą rodzinną fotografię? Co w takich momentach jest najważniejsze? Ziemniaki i baterie do latarki czy karton uczuciowych rupieci bez wartości. I wreszcie co zostaje w rękach, gdy przejdzie wojenna zawierucha?

Nie wiem. Na ten temat moja wygadana wyobraźnia milczy.

11:14, anitaes
Link Komentarze (21) »
środa, 22 lutego 2012
Włoskie ciało.

Tyłki, nogi, cycki, usta, włosy, znów nogi, znów tyłki i cycki. I koniecznie wysokie obcasy.

Włoszki czerpią inspiracje z telewizji. Z takich programów jak te prezentowane poniżej. Uroda i młodość jako źródło szczęścia. Długie nogi jako źródło sukcesu. Podrasowane usta jako gwarancja męskiego zainteresowania. Ledwo zasłonięte biusty - pewność powodzenia w życiu.

Smutny film. Beznadziejnie smutne kobiety. Bez prawa do starości. Bez szans na szczęście. Zawsze w pogoni za urodą, znikającym punktem, którego nikt jeszcze nigdy nie usidlił na stałe. Walczące z czymś co i tak je dopadnie. Bo czas może być sprzymierzeńcem albo śmiertelnym wrogiem. Wszystko zależy od tego, jak i czym go traktujemy.

Dla mnie jednak ważniejsi w tym filmie są mężczyźni. Ich słowa, żarty, gesty, spojrzenia. Przyjrzyjcie się im dokładnie. Mężczyźni, dla których kobiety to nogi, cycki, włosy, usta, tyłki.... itd. Włosi też czerpią inspiracje z telewizji.

Reżyseria: Lorella Zanardo "Ilcorpodelledonne.com"

15:25, anitaes
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 lutego 2012
Dzień kota.

Jak wiadomo, nic tak nie nudzi, jak niekończące się opowieści znajomych o ich wakacjach w tropikach, ich cudownych kotach i utalentowanych dzieciach. Zwłaszcza zdjęcia z wakacji wywołują u mnie napady paniki: zmarszczone od południowego słońca, niezidentyfikowane twarze, schodząca płatami skóra, wielbłądy i nieśmiertelne :"a to jest właśnie Kazik z rodziną".

Dzieci, cudze i własne, zwłaszcza gdy dorosną i przestają przynosić z przedszkola świńskie wierszyki też tracą na atrakcyjności. Tym bardziej, że im stają się większe i bardziej samodzielne, tym większe zaczynają stwarzać zagrożenie w postaci demonstrowania własnych, wakacyjnych fotek.

No dobra. Dziś napiszę o moim pierwszym kocie, chcecie? Nie? To posłuchajcie...

/zieew.../

...bo ponoć kilka dni temu był dzień kota. Zabawne. Zastanawiam się, jak świętuje się takie wydarzenie. Przecież koty i tak zawsze dostają to co chcą, bez względu na to czy to Dzień Matki, Barbórka czy Święto Zmarłych.  Czym więc możemy je zaskoczyć? Nawet rozebranie się do gołego i wysmarowanie ciała walerianą nie poruszy ich zblazowanego, pogardliwego wzroku - w każdym razie jestem pewna, że moimi to by nie wstrząsnęło.

Wracając do mojego pasjonującego...

/zieew../

...tematu. Ten pierwszy w życiu kot pojawił się u Gwiazdora domu, w wynajmowanym pokoju w Bydgoszczy. Został znaleziony zimą na ulicy. Niestety, nie pamiętam jego imienia, zresztą imię ma tu wartość wyłącznie sentymentalną. To były czasy, gdy nawet kotom się nie śniło, że istnieje gdzieś w świecie coś takiego jak kocia karma w kształcie myszek i żwirek do sikania, który zbryla się w regularne, wprost stworzone do zabawy kulki.

My piasek przynosiliśmy ze znajdującej się nieopodal piaskownicy a po kocie żarcie stałam w kilometrowej kolejce w sklepie rybnym na Gdańskiej, by w końcu, po dojściu do lady, poprosić o pięć szprotek bo brak lodówki wykluczał robienie zapasów - choć znałam ludzi, o czym za chwilę, którzy mieli alternatywne sposoby na przechowywanie żywności. Piasek z piaskownicy był mokry i śmierdział po jednym dniu więc wymyśliliśmy sobie, że będziemy go suszyć w piekarniku. Choć  mieszkanie było typową, komunistyczną komunałką, ze wspólną kuchnią, łazienką i czterema pokojami zajętymi przez cztery rodziny nie przyszło nam do głowy, że nasze kulinarne wyczyny mogą kogoś urazić. Wręcz przeciwnie.

Mieszkali z nami:

- wiecznie nawalony Gwiazdor, zakochany nieszczęśliwie w sąsiadce Hani, który jednak żył przykładnie ze swoim oficjalnym narzeczonym Kokotem, spieniężając wspólnie majątek pokoleń Gwiazdorów i który po każdym spieniężeniu urządzał orgie, podczas których tarzanie się nago w papierowych dziesięciozłotówkach było tylko wstępem do prawdziwej zabawy

- my i od czasu do czasu nasi znajomi, manifestujący swój bliski związek z Bobem Marleyem wydzierganymi na szydełku czapkami przez ich nieświadome niczego babcie, dla których trawa to było, co jadły kury na podwórku

- Hania ze swoim fioletowym od denaturatu mężem, który nocami sikał do szafy z ubraniami, bo po ciemku, wiadomo, łatwo się pomylić a poza tym każdy wie, co te wieczorne piwa potrafią zrobić z człowiekiem

- no i ta rodzina ze wsi, która raz w miesiącu przywoziła stamtąd zapas mięsa i z braku lodówki trzymała je w kuchni w misce z wodą, dodam niezmienianą do następnej dostawy, na co nawet Gwiazdor, człowiek nawykły do rzeczy obrzydliwych reagował pawiem.

Nasze cotygodniowe kocie wypieki były więc niczym rozkoszne dziecięce zabawy w piaskownicy bo na tle tego dostojnego grona i tak wydawaliśmy się nudni, konserwatywni i pozbawieni ekstrawagancji. Po tamtych doświadczeniach mogę powiedzieć jedno: żaden z tych wszystkich nowoczesnych żwirków o konsystencji pereł, z zapachowymi pudrem w opalizujących barwami różu i błękitu nie może równać się do naszego wypalanego godzinami piasku. To było po prostu czyste złoto.

Kot był czarny i nie powiem, sympatyczny. Uwielbiał skakać na klamkę, co w końcu doprowadziło do naszego rozstania. Tak naprawdę to na tę klamkę zaczął skakać, gdy kiedyś ktoś pineską przypiął za ogon szprotkę do drzwi - nie znam nazwiska tego drania - i od tego dnia kot przestał jadać z miski. Siadał pod drzwiami i darł się, zmuszając nas do zachowań nagannych i kulturowo nieakceptowalnych - do przypinania ryb...

/oooo!../

...martwych ryb, proszę się uspokoić - do zabytkowych, secesyjnych drzwi Gwiazdora. W końcu pewnego dnia kot poznał mechanizm działania klamki, zawisł na niej, otworzył sobie i spieprzył do lepszego, wolnego życia, gdzie, mam nadzieję żył długo i szczęśliwie, o ile wcześniej nie zdechł z głodu, polując na rzecz nieistniejącą w przyrodzie, czyli wiszące głowami do ziemi szproty.

Ale zanim uciekł, uratował nas, Gwiazdora i całą resztę tego doborowego towarzystwa przed spłonięciem jak szczapki.

/zieeew...zieeew../

Żelazko od mojej babci było porządne, przedwojenne i ciężkie, z żeliwną okrągłą podstawką. To było żelazko, które służyło do prasowania: nie pluło wodą, nie buchało w twarz parą i nie mrugało zawistnym okiem. Było bezkompromisowe: gdy się je włączyło do prądu, za pomocą kabla w brązowej, bawełnianej koszulce to grzało i grzało i grzało, do czerwoności i nie przestawało, dopóki kontakt z ebonitu tkwił w gniazdku. Żelazko, z braku miejsca stawiałam na drewnianej podłodze i mogło się tak zdarzyć, owszem, nie przeczę, że wychodząc zapomniałam je wyłączyć.

I właśnie wtedy ten bohaterski, bezimienny kot zaczął jak wściekły rzucać się na drzwi, mimo braku ryby, celem, oczywiście, ucieczki. Hania w tym czasie była w kuchni, przypuszczam, że musiało to być zaraz po dostawie świeżego mięsa ze wsi, bo w przeciwnym razie zielona zupa z muchami w środku nie pozwoliłaby jej na trzeźwe reakcje. Domyśliła się, że za naszymi drzwiami dzieje się jakiś dramat i, to było z jej strony mistrzowskie połączenie logiki i zimnej krwi, wyłączyła bezpiecznik. A potem, za jakiś czas znów go włączyła a ponieważ kot znów wpadł w szał, definitywnie wykręciła korki.

Proszę nie spać...

...bo chyba się wzruszyłam. Nigdy tak o nim nie myślałam, o tym naszym pierwszym kocie ale właśnie teraz dotarło do mnie, że to przecież był bohater, dzielny mały strażak, bezimienny obrońca pokręconych lokatorów z ulicy Śląskiej w Bydgoszczy no i tej wielkiej miski z mięsem zaprawionym tłustymi muchami.

To smutne, że nigdy za swój czyn nie dostał żadnego orderu lub choćby królewskiego karpia przybitego porządnie gwoździem do drzwi o skrawku zgniłej karkówki z miski nie wspominając. Niech więc ta notka będzie moim podziękowaniem za opisany wyżej wyczyn i dowodem  jego niezwykłego hartu i odwagi.

Choć mam nadzieję, w cichości ducha, że pozostał po nim jeszcze wypalony na podłodze ślad, okrąg, idealnie pasujący, co za zbieg okoliczności, do podstawki babcinego żelazka, o ile oczywiście ktoś, nieświadomy znaczenia tego znaku, nie zcyklinował go bezdusznie, na zawsze wymazując dowód obecności tego walecznego kocura w tamtej bydgoskiej kamienicy w 1985 roku.

15:19, anitaes
Link Komentarze (11) »
środa, 15 lutego 2012
Gałczyński i muzyka Kazika.

Wróci wiosna baronowo...do samodzielnego śpiewania...trulla -la...wiosnaaa!

Mówisz, że cię miłość mierzi - zmierź mnie sobie, wołam, zmierź!
Spójrz, powiadasz, to są piersi - kogóż natchnie taka pierś?
A ja twierdzę - baronowo - wkrótce minie zima zła,
Z wiosną zaczną się na nowo nasze słodkie trulla-la...
Znowu będę twój don Diego, znowu księżyc, znowu bzy,
Jak u Pawła Geraldiego: sitwa zmysłów, ja i ty.

I nie powie stary baron więcej do mnie "paszoł won!",
Nie wypchnie za próg z gitarą - bowiem w grobie leży on.
Czarna kryje go piżama, biedak gonił resztką sił
I - jak stał - w salonie zamarzł, bo otwarty lufcik był.
Zły baronie, dobrze tak ci - chciałeś naszą miłość zgnieść,
Nasze słodkie koci-łapci, że tak powiem - naszą płeć.

Na złość tobie wiosną amor, co sekrety różne zna,
Ukołysze nas tak samo w tym najsłodszym trulla-la.
Aktualnie jeszcze zima - jakże nie lubimy zim!
Nasze zmysły w karbach trzyma i rozkwitnąć nie da im.
Ba! - przez całą Europę - "zimno" krzyczy dziad i wnuk
I zawieszam się jak sopel pod okapem twoich nóg...

Lecz się nie martw, baronowo, już przemija zima zła,
Rozpoczniemy znów na nowo nasze słodkie trulla-la!
Trulla, trulla, trulla, trulla, trulla, trulla, trulla-la!
Rozpoczniemy, ach, na nowo, nasze słodkie trulla - la!

Dziś widziałem - to nie farsa, dość już mamy takich fars -
Jak jamniczek twój zamarzał, "siusiu" krzyczał, łkał i marzł,
Więc go wziąłem na rączyny, otuliłem w ciepły puch,
O, jamniczku mój jedyny, wycierpiałeś się za dwóch...
Na pierś moją marmurową chodź jamniczku, gdy ci źle,
A ty właśnie, baronowo, swym jamniczkiem zowiesz mnie.

Czemu dni wesołe nie są, czemu z oka płynie łza?
Cierpliwości, baronesso, jeszcze miesiąc, jeszcze dwa,
A powrócą nasze święta, jak najprędzej, pragnąłbym,
Szał zmysłowy się rozpęta! Huknie harfa - rym cym cym!
I pochłonie przepych kanap purpurowe serca dwa,
W górę uszy, ukochana! Trulla, trulla, trulla-la!

 

 

 

I jeszcze jeden wierszyk, zapamiętany z przedszkola, z zasadniczym życiowym pytaniem zamiast puenty:

Prószy śnieżek prószy

Zajączkowi w uszy

Gdzie zajączek będzie spać

Qrwa jego mać

?

 

Dobranoc!

21:57, anitaes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 12 lutego 2012
Czas jak pizza, jest względny.

P                    d      *                            ś       n                           *                 ach  *

           a                                *                               i         e                          *

*                               a   *               *                                       g       *           *

                                                                                    *                *

Tym razem śnieżek wyszedł mi lepiej, ale też miałam więcej czasu na jego obserwację. A że pada i wieje udowadniam, przesyłając jednocześnie gorące, he, he, pozdrowienia z Toskanii.

z1

z2

 

Moretti to jeden z dwóch Włochów, którzy znienawidzili się dozgonnie i z całego serca z powodu pewnego garażu, sąsiadującego z naszym domem - na zdjęciu powyżej. Dom należy do Mario a garaż do Angelo Morettiego ale tylko dlatego, że wiele lat temu Mario sprzedał mu go, nie sądząc, że kiedykolwiek będzie mu potrzebny. Oto czym się kończy niewiara we własny sukces. To było zawilgocone, ciemne i nieprzydatne nikomu fondo które Moretti wyszykował z właściwym sobie zacięciem. A teraz Mario i jego żona parkują samochody na ulicy a Moretti, niech to szlag trafi, pogwizdując wstawia swoje auto do garażu a na dodatek okazało się, że jego córka też się tam mieści z własnym citroenem. Może chociaż gdyby nie zgwizdał, albo choć udawał, że jest jakaś niestosowność w tym codziennym parkowaniu w domu Maria, może wtedy smak goryczy nie byłby tak gorzki. Ale nie, on musi trzaskać tymi wrotami, gmerać kluczem i wydzierać się do każdego, kogo zobaczy w pobliżu. Mario udaje, że Moretti jest duchem i nie istnieje, mija go jak powietrze, nie wychodzi z pieskiem, gdy Angelo pojawia się na horyzoncie, ale to żadna satysfakcja, ba, to ewidentny upadek.

Bez względu na to jakim parszywcem jest według Maria Angelo Moretti, to pizzę robi rewelacyjną, choć przyznaję, że zupełnie inną niż tę, którą serwuje pochodzący z Apulli generał. Moretti zaprosił nas wczoraj wieczorem na kolację. Mieszkanie ma ogromne, naliczyłam kilkanaście pokoi, ponad 150 metrów, w całości wyremontowane przez kogo? Oczywiście przez Morettiego. Położone na II piętrze wysokiej kamienicy przy Via Luca Pacioli, bez windy, mieści w sobie całą rodzinę Morettiego, bo rodzina, jak twierdzi Angelo, jest najważniejsza.

Siedzieliśmy na poddaszu, gdzie Moretti zrobił: kuchnię letnią z jadalnią, kibelek, kominek, piec do pizzy, schody z marmuru z półokrągłym zajściem, taras, ogród zimowy z rozsuwanymi drzwiami i, uwaga, piwnicę na wino, gdzie w chłodzie stały trzy spore beczki zalakowane czerwoną laką. Bo Moretti robi jeszcze świetne, intensywne w smaku własne vin santo, samodzielnie, bez pomocy kogokolwiek, gdy pod sufitem rozwiesza zerwane winogrona, suszy, a potem je produkuje, według przepisu swojego ojca, który dostał go od swojego ojca itd.itd.

W domu Morettiego była żona Morettiego, córka Morettiego, zięć Morettiego oraz wnuk Morettiego z narzeczoną. Moretti sam przygotowywał ciasto, sam je rozgniatał, posypywał dodatkami, sam wsuwał na łopatę, pozwolił jedynie by córka wkładała je do pieca i to tylko dlatego, że zrobił osiem pizz, dla każdego po jednej i trzeba było się spieszyć. Na koniec, z reszty ciasta zrobił ciaccia fritta con zucchero: ciasto posypane grubo cukrem, polane oliwą i zapieczone w piecu - coś jakby deser, choć Włosi lubią to jeść na śniadanie. Było miło, prosto, zwyczajnie. Na stole cerata, nad głową energooszczędna kuchenna lampa rzucająca zimne światło, telewizor charczał nam za plecami, rozpalony kominek i piec rozpuściły śnieg na dachach w promieniu kilku kilometrów a w szklankach było wino czerwone i białe, składowane, a jakże, w chłodnym - przepraszam, Mario, ale z faktami się nie dyskutuje - garażu Morettiego.

Moretti ma osiemdziesiąt siedem lat i traktuje ten fakt tak samo jak Mario jego osobę. Nie dostrzega i ignoruje. Tak jak ignoruje wysokie i strome schody w swojej kamienicy, które wiele razy dziennie pokonuje bez najmniejszej zadyszki. Moretti jest hardy i nie daje sobie w pizzę dmuchać.

Może na tym polega tajemnica śródziemnomorskiej diety, co to podobno oprócz zdrowia i braku otyłości zapewnia długowieczność? Że trzeba ją sobie samemu przygotować i serwować? Najlepiej na strychu przerobionym na kuchnię letnią, z widokiem na całą Valtiberinę, na który przedtem trzeba cały ten kram zatargać? Wczoraj po kolacji Moretti zapytał czy nie moglibyśmy zorganizować dla zainteresowanych z Sansepolcro wycieczki do Polski, bo on to chętnie by pojechał. Jasne, czemu nie? No ale, dodał Moretti, nie musicie się śpieszyć. Mamy czas. Bo, jak to się mówi, lepiej powoli niż źle. Może za rok? Albo dwa? Na razie mam co robić.

11:06, anitaes
Link Komentarze (12) »
sobota, 04 lutego 2012
Raport z oblężonego miasta.

Byłam wczoraj w Rzymie. Proszę nie pytać po jaką cholerę; powiem tylko, że po ukochaną cholerę.

Ale najpierw odkopałam samochód, co zajęło mi godzinę. Prawie zeskrobałam z niego lakier, bo śnieg zaczął sypać, gdy zaparkowałam auto koło domu. Na stygnącej masce zrobiła się kilku centymetrowa warstwa lodu, którą przykrył niewinnie wyglądający puch, który padał bez przerwy przez ostatni tydzień. Zamierzałam go pokonać miotłą, potem okazało się, że potrzebny będzie ciężki sprzęt: przecinak, młotek i gwóźdź do podważenia wycieraczki. Skrobaczka była w środku, jej stary numer.

Wyjechałam pełna pozytywnej, bezdennie naiwnej energii. Było po piątej po południu. Śnieżek prószył a wiatr napierdzielał. Za Derutą E45 była już biała. Zanim wyruszyłam w podróż, poczytałam na strategicznych stronach, że włoskie służby przygotowywały się do tego ataku zimy jak do wojny.

Ludzka pamięć jest ułomna, mogłam zajrzeć do podręczników historii zamiast na strony Corriere della Sera, wtedy przeszłaby mi dziecinna wiara, że wygrają.

Pierwsze zaskoczenie: jeżdżą tiry. A obiecywali, że nie będą. Pomyślałam, OK, na pewno zaraz staną. Nie stanęły. To znaczy stanęły ale później i był to postój niekontrolowany.

Przy wjeździe na A1 w Orte stanęli też Włosi, zadziwieni, że policja nie wpuszcza ich na autostradę bez zimowych opon lub łańcuchów. Mnie przepuścili, bo ja z Polski: jak zima to zimówki, nie ma innej opcji, jak powiedziałaby nasza pani Wioletka, fryzjerka z Gdyni.

Za Settebagni się zaczęło: wszędzie porzucone motocykle (!!!!) i samochody - na trzypasmowej trasie zajmowały każdy pas, w dowolnej konfiguracji i pozie. Wniosek: Włosi nie uwierzą póki nie zobaczą. No to zobaczyli.

Trasę do Rzymu zwykle pokonuję w dwie godziny, następne pół zajmuje mi dojazd na Fiumicino. Tym razem po trzech godzinach byłam na rzymskiej obwodnicy, kolejne cztery potrzebowałam, by dojechać na lotnisko.

Po drodze zobaczyłam te gotowe na wszystko szwadrony śmierci: policja miejska, służby cywilne i cztery jeszcze inne niezidentyfikowane formacje, każda ubrana zgodnie z regułami walki, mundury, odblaski i piękne pomarańczowe kurtki z podpinką, idealne na syberyjskie mrozy. Wygładali jak to Włosi, pięknie i uroczo.

Zatrzymywali mnie cztery razy, za każdym razem by rzucić przez ledwo uchylone przeze mnie okno - nie chciałam, by śnieg zasypał mi kierownicę - bym jechała piano, piano. Znaczy powoli. Jakbym mogla w tym niekończącym się korku grzać szybciej niż sześć na godzinę. Ale przecież  na wojnie najważniejsze jest morale i dobrze sformułowane rozkazy, reszta należy do Boga.

Wczoraj w świętym mieście Boga nie było. Nie było też żadnych aliantów. Śnieg zbombardował Rzym. Tiry przeszły na stronę wroga i świętując zwycięstwo pozdrawiały się za pomocą klaksonów. Włosi próbowali zakładać łańcuchy, ucinając sobie odmrożone palce a ci co porzucili swoje fiaty i lancie brnęli w śniegu, z laptopami przewieszonymi przez ramię jak pokonani Niemcy wracający ze swoimi tobołkami spod Stalingradu.

W co drugim samochodzie migała kontrolka paliwa. Piaskarki wypowiedziały chyba własną, partyzancką wojnę - ukryły się tak skutecznie, że nie widziałam ani jednej. Miałam pełny bak, butelkę wody, fajki, prowiant w postaci śpiącego na tylnym siedzeniu psa i jednej kostki czekolady, była szansa że w razie kilkudniowego oblężenia przeżyję .

Na lotnisk dotarłam o pierwszej w nocy, w domu byłam po siódmej rano. Po drodze, gdy wracaliśmy, wyjechały się pierwsze piaskarki. Przeważnie stały przy otwartych stacjach benzynowych, po dwie, trzy świętując wspólnie obywatelskie nieposłuszeństwo. Poza tym nie od dziś wiadomo, że kawa lepiej smakuje, gdy pije się z towarzyszami walki niż samotnie.

Koło Terni zatrzymał nas kolejny patrol zmechanizowany. Gdy usłyszeli, że będziemy jechać do Sansepolcro, z zamarzniętymi twarzami i oczami pozbawionymi wszelkich złudzeń życzyli nam in boca al lupo, czyli coś jakby, cóż, powodzenia.

Wojna to nie przelewki. Sprzęt może zawieść, koledzy z oddziału zdradzić, Bóg opuścić a śnieg zasypać. Dlatego w życiu i w walce najważniejsze jest szczęście. Nie próbujcie zaprzeczać, zwłaszcza jeśli wczoraj nie pocałowaliście, jak ja, rzymskiego wilka w pysk.

17:41, anitaes
Link Komentarze (10) »
środa, 01 lutego 2012
******************

To u góry to miał być śnieg....ale chyba wyszedł tak sobie...

Zasypało w nocy Sansepolcro. I stale pada. Szkoły zamknięte, na ulicach pustki. Wiatr taki, że zrywa dachówki. Wszędzie biało. Fajnie, z zazdrością patrzyłam na zimowe zdjęcia z Polski. No to mam.

W kominku syczy drewno, Seruś śpi za rurą, słucham sobie renesansowej muzyki i patrzę przez mokre szyby na zewnętrzną zawieruchę.

Wczoraj przyszły moje włosko-amerykańsko-niemieckie przyjaciółki, zjadłyśmy ciepłą szarlotkę i wypiłyśmy spumante od Luigino Chimenti, które podarował mi w zamian za nasze świąteczne pierniki. Zaprosiłam je, bo chciałam uczcić skończenie pierwszego rozdziału nowej książki. Przede mną jeszcze cztery, ten drugi już niebawem będzie gotowy więc kolejna okazja też niebawem.

A teraz znikam, czeka na mnie Augusto, Sergio, Sara i Franco i wszystkie dręczące ich demony. I tylko niech prądu mi tu nie wyłączają, błagam - bez muzyki i przy świecach da się żyć - ale mój mac ma tak słabą baterię, że bez kabla ani rusz. Trzymajcie się ciepło.

zima2012

zima12

10:58, anitaes
Link Komentarze (12) »
sobota, 28 stycznia 2012
W życiu najważniejsze jest życie.

Lubię przenieść się myślami w miejsca zupełnie obce, w żaden sposób nie związane z tymi, w których teraz przebywam. To daje mi nową perspektywę i pozwala nabrać dystansu do codzienności. Czyści umysł z obrazów, które stają się powszednie i z każdym dniem mniej ciekawe. Czasem muszę gdzieś pojechać, a czasem po prostu obejrzeć film lub zdjęcia. To już wystarcza, by wrócić z odnowionym wzrokiem i na nowo patrzeć na widoki za oknem.

Poniżej kilka zdjęć z innej rzeczywistości. Świeże, inne światy, piękne i zwykłe.

Bo proste życie jest proste.

 

cf1

cf2

cf3

cf4

cf5

cf6

 

cf8

cf9

cf11

cf12

cf13

cf10

Więcej tego autora na: http://cabinfodder.tumblr.com/archive /trafiłam tam dzięki bea-sjf.

17:04, anitaes
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 stycznia 2012
...Serusiowi...mojemu...poświęcam...

Ci, co mają koty, wiedzą jak to jest: TO słyszy już na schodach, że zbliżasz się do drzwi. Liczy twoje kroki. Planuje. TO wie, że przestrzeń za drzwiami jest dla niego zakazana. Wie, że nie zgadzasz się, by TO buszowało gdzie chce i jak chce, zgodnie z tym co mu w duszy gra, choć ty myślisz, że TO nie ma duszy. Błąd. Ma i ta dusza jest samym złem.

Ale TO sobie na ciebie bimba. Ma cię gdzieś. Nie szanuje twoich decyzji. Nie szanuje twojego czasu. Nie szanuje ciebie. TO chce rządzić, bo taka jest jego natura. Uważa, że urodziło się królem, a ty jesteś tylko po to, by wycierać mu smarki spod nosa i usłużnie czekać na każde pierdnięcie.

Idziesz więc do drzwi, niosąc swoją poranną kawę ale równie dobrze kawa może być popołudniowa. TO nie ma zamiaru robić wyjątków. Twoja kawa mu lata. Stajesz. Otwierasz, stop, jeszcze nie otwierasz, na razie tylko łapiesz za klamkę, a TO już tam jest. Czeka. Uchylasz więc lekko drzwi, leciutko, bo życie z TYM cię tego nauczyło - ostrożności i myślenia w przyszłość - a wtedy TO srrruuu, ucieka.

Ucieka to nie jest dobre słowo. Wszystko zdarza się w ułamku sekundy, twój ludzki, ciężki mózg nie jest w stanie zarejestrować nawet ruchu powietrza jakie TO uniosło, na moment, u twoich stóp. Może to i dobrze, bo zanim byś zareagowała, twoja kawa zdążyłaby wsiąknąć w dywan. Ostatnim rzutem kontrolujesz chybotliwy ruch filiżanki na spodku i dziękujesz Bogu, że tym razem porcelana ocalała. Twój ulubiony kubeczek w misie, ostatni z kompletu. Reszta poległa w walce z TYM.

W zasadzie nie było niespodzianki, prawda? TO zawsze spierdziela, jeśli nadarzy się okazja, czytaj: jeśli jeszcze nie nauczyłaś przeciskać się od dziurkę od klucza. Twoja wina. TO jest błyskawiczne, ułamek sekundy to dla niego wieczność. Przenosi się w czasie, twoje spojrzenie nie jest w stanie dostrzec jego, nie bójmy się do diabła tego słowa, kociego ruchu.

Myślisz: ok, gnoju. Teraz ja rządzę. Ja mam atut w ręce - zamknięte przed tobą, he he, drzwi. Ja jestem w środku, przy ciepłym kominku, TO na korytarzu, na kamiennych zimnych schodach. W zasadzie triumfujesz. Zachowujesz się, jakby złośliwa satysfakcja wymazała ci pamięć. Bo prawda jest zupełnie inna i ty to wiesz. Ale udajesz przed sobą, światem i TYM, że królem może być każdy. Nawet ty.

Siadasz więc w fotelu, ze szkaradnym uśmiechem pod nosem, wąchasz kawkę, mościsz się i już prawie wierzysz, że wojna wygrana. He, he. Zimno ci w dupę? - pytasz w przestrzeń, jakbyś wierzyła, że TO zauważy i, śmieszne, odczuje twoje małe, ludzkie triumfiki. Od momentu, gdy TO wypadło za drzwi do momentu, gdy siadasz wygodnie w fotelu i zanurzasz usta w boskim naparze minęły dokładnie 34 sekundy. Oto czas, który dostałaś by radować się, jak wioskowy głupek, ze swojego żałosnego sprytu.

I wtedy TO zaczyna drugi etap. Wydziera się. Drapie w drzwi. Ryje w drewnie. Rąbie je na wióry. Wyje. Skacze do klamki i, oczywiście, opuszcza się po drzwiach zgrzytliwymi pociągnięciami. Nie widzisz tego, ale czujesz każde takie pociągnięcie na własnej skórze. Ale pal sześć drzwi, które przetrwały Gibelinów i Gwelfów, pal sześć, myślisz, tylko niech TO zamilknie na Boga najświętszego, niech nie drze tak tej cholernej gęby jakby ktoś widelcem obdziabywał mu ogon, DOSYĆ!!!!

Zamknij ryj!!! - krzyczysz, całkiem wyprowadzona z równowagi - zamknij się, mendo! Naprawdę myślisz, że TO cię posłucha? Że zatrzaśnie pyszczek? Zwiesi ogonek? Pochyli pokornie łepek? Król jest jeden, wspominałam? Nie dopijesz tej kawy, o nie. Filiżaneczka drży niebezpiecznie w twoich rękach. Furia zalewa ci oczy. Miał być miły break, wyszło jak zwykle. Przyjemność szlag trafił. TO trafiło. Próbujesz siorbać tę wstrętną lurę, ale TO ci nie daje o sobie zapomnieć. Wrzeszczy wniebogłosy. Więc wstajesz i idziesz do drzwi. Otwierasz. W twoim sercu zapada cisza. Jesteś trupem.

TO z podniesionym ogonem wskakuje żwawo do środka i wydaje z siebie ostatni, krótki pisk, coś jak: no! i zwija się na drugim fotelu. Zamyka ślipka, ale zanim to robi, przez krótki moment wasze oczy się spotykają i wtedy pozbywasz się wszystkich złudzeń. W tym krótkim bursztynowym błysku twoje złudzenia znikają jak ostatnie pączki przed środą popielcową. TO nie próbuje nawet udawać, że wszystko to było przypadkiem. Życiem nie rządzi przypadek, prawda? Życiem rządzi TO.

15:46, anitaes
Link Komentarze (15) »
środa, 25 stycznia 2012
Od Joanny. Aneks.
.
.
.
Dostałam mail od Joanny.
Cytuje w nim  Zofię Kossak, która w książce pt. "Wspomnienia z Kornwalii 1947-1957" pisała tak:

"Ogień rozświetla wieczorem każde mieszkanie. Gdy wieczór zapadnie, siedzą, patrzą, milczą. Milczenie, które nie jest drzemką, ani nudą, ani pustką. Każdy śledzi grę płomieni i ściga własne myśli....Myśli? Może nie myśli, nieuświadomione porywy, marzenia. Może to narkotyk?
Lecz tu chodzi o Anglików, mało sentymentalny naród, który dorobił się potęgi, utrzymywał ją przez wieki, zyskał sobie w całym świecie opinię sumienności, pracowitości, rozumu, naród, który zorganizował swój kraj jak żaden inny. To uczynili ludzie tacy sami, milcząc patrzący w ogień. Gdy rosła wielkość Anglii, nie znano elektryki, techniki, motorów. Jak to dziś na farmach kornwalijskich, ogień płonący na kominku był centralnym punktem a patrzenie weń jedyną rozrywką.
Myśliciele, artyści, mężowie stanu czerpali z tego źródła natchnienie, pozostali brali zeń siłę i wytrwałość, by koniecznie wykonać nakazy pierwszych....
Czy rozpowszechniająca się obecnie epidemia telewizji minie, przywracając dawne władztwo ognia nad duszami brytyjskimi? Należy chyba pragnąć, by tak było. Ogień pomaga snuć swobodnie myśli własne, ekran telewizyjny je uniemożliwia. Telewizja to wróg tym niebezpieczniejszy, że pozornie nic nie zmienia się w obyczajach domu. Po dawnemu wszyscy siedzą na tych samych miejscach, patrzą i milczą. Patrząc w ogień, snuli własne myśli, patrząc w ekran, odbierają cudze."



20:02, anitaes
Link Komentarze (6) »
wtorek, 24 stycznia 2012
Codzienne rozważania przy paleniu.

Nie, dziś nie będzie o fajkach i żałosnych próbach ich rzucania, choć jest to dręczący, dobry temat. Dziś będzie o paleniu w kominkach, co robię od końca października do połowy marca i, to zabawne, bo nie lubię domowych obowiązków, robię to z prawdziwą przyjemnością, ba, z entuzjazmem nawet  i z ochotą, choć wydawać by się mogło, że ta praca to żaden fun.

Trzeba zacząć od tego, że kominki były w domu na Żuławach, i w Sopocie ale, prawdę mówiąc, nie zwracałam na nie specjalnej uwagi. Moje życie toczyło się na zewnątrz, w pracy i poza domem i rozpalanie w kominku było pewną miłą, ale jednak ekstrawagancją.

Tu jest inaczej. Tu zawsze mam czas. Tak więc codziennie rano szykuję sobie małe, porąbane wcześniej drewienka, stare gazety, najlepsze są reklamówki z Coopa, ale uwaga, broń Boże te drukowane na błyszczącej kredzie, potem patyki, większe kawałki drewna i z dwa, trzy naprawdę duże, na tzw. zaś. Nic mnie nie pogania, kawa poranna już wypita, pies wyprowadzony a przede mną cały dzień, który i tak pewnie spędzę przy komputerze.

Nasze dwa Jotule są jeszcze ciepłe, paliło się w nich całą noc, sprawa jest więc ułatwiona, bo, i tu coś dla niewtajemniczonych, zimny komin to prawdziwe utrapienie i wyższa szkoła jazdy. Tak więc mnę te gazetki i podkładam najpierw drewienka, potem znów gazety, potem większe patyki, i podpalam wszystko, obserwując jak się zajmuje, i rozmyślam o różnych sprawach, czego pewnie nigdy bym nie robiła, gdybym zamiast w ogień popatrywała w programator CO.

Oczywiście.

Oczywiście, że mamy kaloryfery, wiszą na ścianach jak Bóg przykazał. Ale w tym co codziennie robię nie o ciepło chodzi, choć też, zwłaszcza w zimowe, ciemne wieczory, ale o czas i myślenie, podparte zwykłą, pospolitą czynnością, tak zwyczajną, że nie zakłóca toku myśli i pozwala im bezkarnie dryfować po wszystkich morzach i oceanach tematów.

Więc patrzę sobie, jak płoną moje szczapki, bez żalu a nawet z pewną satysfakcją i myślę, choćby dziś, o płonącym papierze a idąc głębiej w tę myśl, o płonących książkach i płonących bibliotekach - mojej obsesji, o genialnym Umberto Eco, o opactwie w Cluny, o ulotności wiedzy, o metafizyce pisma, o tym, że kilkadziesiąt znaków alfabetu, ułożonych w wybranej konfiguracji może obudzić w ludziach demony, ale może też stworzyć nieistniejące do tej pory światy i najwyższe duchowe uniesienia, a wszystko to, przypominam, przy tych lichych szczapkach i gazetkach z Coopa, które właśnie kończą swój żywot i w ogniu odchodzą w zapomnienie jak ich wczorajsi i przedwczorajsi poprzednicy.

I aż się prosi, by posłużyć się tu metaforą i połączyć tę ulotność ognia z ulotnością słowa a nawet, jakby komuś bardzo zależało, z ulotnością naszego życia a przy okazji dorzucić kilka zdań o nieuchwytnym, duchowym cieple, jakie nosimy w sobie na wspomnienie płonącego ognia i dobrych lektur, ale wybaczcie, nie zrobię tego by nie zostać posądzona w tym miejscu o tanie, banalne chwyty, marne porównania i produkowanie filozoficznej tandety, tym bardziej, że mówimy tu po prostu o paleniu w kominkach, zimą 2012 roku, w pewnym domu w Sansepolcro i o niczym więcej.

11:12, anitaes
Link Komentarze (8) »
niedziela, 22 stycznia 2012
Rozmowy z Wende. Epizod II. By słowo ciałem się stało.

Siedziałyśmy ostatnio z Wende nad czerwonym winem i rozmawiałyśmy o pisaniu. Jej kolejna książka pojawi się na rynku dopiero w 2013 roku co, biorąc pod uwagę moje doświadczenia błyskawicznej publikacji, było niezwykłe i zastanawiające. Jeszcze bardziej niezwykła i zastanawiająca była dla niej wiadomość, że redaktor nie zmienił w mojej książce ani słowa, więcej, nie podjął się dyskusji na jej temat, co zdaniem Wende nie jest wcale a wcale powodem do satysfakcji, i ja całym sercem się z nią zgadzam.

Oczywiście, można spierać się, na ile wydawca powinien ingerować w treść i formę nie raniąc autora i jego rozbudowanego poczucia wartości i mocy, tym bardziej, że kieruje się on innymi przesłankami niż twórca, jednak, tu mogę mówić wyłącznie w swoim imieniu, ja potrzebowałam głosu z zewnątrz, który zadałby mi pytania, czasem trudne i dociekliwe, na które musiałabym odpowiedzieć. Pytania nie padły więc dziś nie ma sensu zastanawiać się, jak wpłynęłyby na mnie i to co napisałam a rozmowa z Wende tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że mój głos wewnętrzny miał rację, domagając się sporu.

Bo spór, jakkolwiek byśmy o nim źle nie myśleli wnosi w nasze myślenie ferment, bez którego umysł zasypia w błogim i pozbawionym ruchu zadowoleniu, tracąc powoli umiejętność argumentowania swoich wyborów i ścieżek. Spór, choć ma tyle złych wariantów i niebezpiecznych ślepych zaułków jest jak energia, która wspomaga wymianę i uruchamia mechanizmy, dzięki którym podążamy naprzód. Lubię spór, bo świadczy o myśleniu, choć czasem, niestety, jest jałowym biciem się na pięści zamiast argumenty i wtedy lepiej dać sobie z nim spokój.

Wracając do pisania, opowiedziałam Wende w dużym skrócie o tym, co teraz robię i rozmowa z nią na ten temat była dla mnie jak wejście do zimnej, przezroczystej wody w letnie popołudnie - porównanie, do którego jeszcze wrócę. Musiałam szukać uzasadnienia dla swoich pomysłów i, co najważniejsze, dla stworzonych postaci, powiedzieć na głos to, co do tej pory było nieme, bo zapisane jako zbiór znaków w komputerze, ponownie pomyśleć o ich motywacjach, wyborach a także zastanowić się nad okolicznościami ich postępowania. 

Pojawił się też temat wody - tu wracam do porównania powyżej, który w pisanej przeze mnie historii stał się, bez mojej świadomej decyzji tematem przewodnim, co mnie samą zastanowiło i zaskoczyło. Dla Wende, z jej antropologicznego punktu widzenia jest to zrozumiałe bo dotyczy jednej z bohaterek, a według niej, jak byśmy nie umykali kulturowym, a nawet atawistycznym kodom, woda jest pierwiastkiem żeńskim, głęboko zakorzenionym w naszych umysłach, tak głęboko, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ogień zaś, i to zupełnie mnie zdziwiło, bo ogień w mojej pracy też odgrywa dużą rolę, zwłaszcza w odniesieniu do jednego z bohaterów, więc ogień to pierwiastek męski, obecny w zasadzie w podobnym znaczeniu we wszystkich kulturach.

Tworząc fabułę układam pewien porządek zdarzeń i rzeczy, logiczny, a w każdym razie wynikający z poprzednich wątków a symbolika, zawarta w poszczególnych zdarzeniach i elementach ukrywa się pod wieloma warstwami i kolorami opowieści. I dopiero rozmowa z kimś, kto potrafi pytać odsłania poszczególne powłoki, ukazując kolejny plan, którego nie byłam nawet świadoma.

Rozmowa ujawniła mi też coś, z czego zdawałam sobie sprawę, choć nie do końca, a mianowicie, że wewnętrzny głos, który dyktuje mi poszczególne słowa i zdania, mój głos, który wyraźnie słyszę w swojej głowie podczas pisania jest czasem nieartykułowalny - uprawiam teraz słowotwórstwo, i posiadanie aparatu mowy nie gwarantuje, że jest się w stanie wypowiedzieć głośno to, co się pisze. Abstrahując od faktu, że pisanie jest boskim, mistycznym przekazywaniem bezpośrednio, bez pośrednictwa dźwięków, gestów i obrazów myśli jednego człowieka do myśli drugiego, czy wyobraźni do wyobraźni, to dodatkowo pisanie nie podlega wewnętrznej cenzurze, kulturowym i osobistym ograniczeniom, jest uniwersalne, pozbawione płci, nieosobowe. Pisanie wynika jedynie z własnych emocji i jest samotnym obcowaniem z nimi, natomiast mowa, tak, mowa i jej kontekst, usłyszenie myśli w przestrzeni a przez to nadanie im konkretnej bo mojej postaci - to zabrzmi zupełnie paradoksalnie - ogranicza słowo.

Ale kończę ten temat, jak na niedzielne, leniwe popołudnie mało uniwersalny i zabawny i życzę wszystkim banalnie, bo na głos, przyjemnego początku, środka i zakończenia tygodnia.

13:34, anitaes
Link Komentarze (4) »
piątek, 20 stycznia 2012
Pod osłoną nieba.

Obejrzałam ten film po raz drugi, po kilkunastu latach. Pamiętałam tylko poszczególne sceny, co nie było trudne, biorąc pod uwagę fakt, że cały film jest jak obraz, niezwykły, zachwycający w kolorze i pięknie namalowany. Każdy kadr mógłby być osobnym, doskonałym dziełem sztuki. Historia opowiada o podróży, o jej nieskończoności i o tym, że życie niesie nas samo, mimo, że marzymy, by nim pokierować. I jeszcze o pustyni, Tangerze, miłości, samotności i poszukiwaniu.

Polecam ten film zwłaszcza tym, którzy boją się pozostawienia bezpiecznego domu i wyruszenia w drogę - jakkolwiek trudne by się to nie wydawało, jest to tylko podróż pod osłoną nieba, i nic więcej.

I cytat, kończący film:

"Ponieważ nie znamy dnia naszej śmierci, traktujemy życie jako niewyczerpane źródło. A przecież wszystko zdarza się tylko określoną i to niewielką ilość razy. Jak często przypomnisz sobie jeszcze popołudnie z dzieciństwa - to, które tkwi w tobie  tak głęboko, że nie wyobrażasz sobie bez niego życia? Może cztery, pięć razy. Może nawet mniej...Ile razy zobaczysz wschód księżyca w pełni? Może dwadzieścia. A jednak życie wydaje się niewyczerpane."

Reż. Bernardo Bertolucci, zdj.Vittorio Storaro, na podstawie powieści Paula Bowlesa "The Sheltering Sky"/ 1990/

19:28, anitaes
Link Komentarze (9) »
środa, 18 stycznia 2012
Walka na śmierć i życie.

Dialog Francesco Schettino z Gregorio De Falco opanował internet i zrehabilitował włoski naród. Ja sama odsłuchałam tę rozmowę trzy razy. Jest w niej, mimo jej oczywistego dramatyzmu coś oczyszczającego, prawie przyjemnego, coś, co sprawia, że chce się ponownie ją usłyszeć. W tej potrzebie słuchania, mojej i miliona innych ludzi na świecie, pomijając ludzką ciekawość, musi być jakieś odwieczne i ponadczasowe pragnienie, by dobro zwyciężyło zło, by białe wyparło czarne, odwaga tchórzostwo a szlachetność zwyciężyła nad małością.

Myślę więc, że dopóki gdzieś na świecie jakiś De Falco z taką siłą, determinacją i furią opierdziela bufona Schettino a miliony innych temu kibicują, nie jest źle, kochani, nie jest źle.

A świadomość, że kapitan statku, bóg na morzu, ulubieniec elit, rajdowiec wśród wilków morskich wysłuchuje ostrych słów od nieznanemu nikomu człowieka z kapitanatu portu w niewielkim Livorno to tylko mały, ale wartościowy bonus, pewna drobna, zaprawiona goryczą satysfakcja w tym raczej mało sprawiedliwym świecie.

 

 

 

 

10:36, anitaes
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Rozmowy z Wende. Epizod I.

Rozmowy z Wende, moją amerykańską rówieśniczką, są pełne nieprzetłumaczalnych kwestii i głębokich nieporozumień, i nie o język tu chodzi czy różnice charakteru a o doświadczenia życiowe, tak różne, jakbyśmy żyły kiedyś na odległych planetach.

Dawno temu, ze swoim ówczesnym narzeczonym zapragnęłam wyjechać za granicę i nie wracać. Pomysł był piękny, ale mało realny. W 1984 roku na drodze do wolności piętrzyły się miny, zasieki i czarne węże, które w swojej pomysłowości i złośliwym uprzykrzaniu życia władza ludowa, jak zdradzona kobieta, rozrzucała przed tymi, którzy przestali ją kochać.

Weźmy na przykład konto dolarowe, niezbędne, by kupić wycieczkę w kultowym Orbisie, świeć Panie nad jego duszą, i wyjechać za tę lepszą, czyli zachodnią granicę.

Nie można było tak po prostu, kupić w kantorze dolarów, iść do banku i je wpłacić, choć Wende pewnie by tak zrobiła, pomijając zabawny fakt, że mieszkając wtedy w Stanach, mogła, przy odrobinie szczęścia, znaleźć dolary na ulicy. Abstrahując więc od tego, że w Polsce nie było kantorów, tylko dziwni, napakowani panowie, robiący notorycznie przewałki, obrót dolarami był nielegalny i podlegał karze pozbawienia wolności do lat nie wiem ilu, ale podlegał, for sure.

Oficjalnie jedynym sposobem, aby takie konto mieć, było posiadanie rodziny zagranicą, która przesłałaby na nie dewizy, bo Polska Ludowa, mimo obrzydzenia, jakie budził w niej zgniły, sprzedajny i parszywy zachód, dewizy darzyła miłością drżącą i platoniczną. Trzeba tu dodać, że po wpłynięciu na konto te prawdziwe, realne pieniądze zamieniały się nieprzetłumaczalny twór, jakim były kolorowe papierki z napisem bon walutowy, który służył do płacenia nim w pachnącym rajem Peweksie lub jako podpałka pod ogniska zmarzniętych bezdomnych, gdyby ktoś w swej naiwności postanowił zabrać je za granicę.

Niestety, nasze rodziny były, w mordę, i tu pojawia się kolejna, nieprzetłumaczalna rzecz, kompletne i trzymające się razem, jak powiązane linką przedszkolaki na spacerze, bez choć jednej czarnej owcy, która pasłaby się na zielonych, żyznych pastwiskach i przez to zupełnie nie spełniały naszych nadziei i oczekiwań.

Kolejną szansą był pilny student medycyny z dalekiej Afryki, który w porywie serca, lub innego organu, co w naszym wypadku nie wchodziło w grę, lub za drobną opłatą, co wydawało się bardziej moralne, był skłonny nasze pieniądze wpłacić na nasze konto i zamienić wodę w wino, lub, jak kto woli, piasek w złoto.

Przeciskając się zakolami znajomych znajomych, błądząc po ścieżkach i korytarzach akademików, gubiąc się w ślepych zaułkach niepewności, jak w nieznanych krajobrazach czarnego kontynentu, znaleźliśmy jednego takiego, który zdecydował się nam pomóc. Niestety, zanim to zrobił, zniknął niespodziewanie, na szczęście, i za to jestem mu wciąż wdzięczna, bez naszych pieniędzy.

I tu muszę na moment odejść od tematu, choć tak naprawdę wciąż w nim jestem, co udowodnię za chwilę. Mieszkając w Bydgoszczy u ekstrawaganckiego Gwiazdora, o czym pisałam kiedyś tutaj, byliśmy świadkami powolnego upadku tego potomka przedwojennej inteligencji, który pogrążał się na naszych oczach w dekadencji, co w jakimś stopniu było nawet romantyczne i zrozumiałe, ale też w skrajnym alkoholizmie, przepijając dorobek pokoleń przodków, słynnych absolwentów wileńskiego uniwersytetu.

Podczas jednej z libacji Gwiazdor, w fazie głodu wódczanego, poprzedzającego jego niesławne, nieuchronne tremolo, zapukał do naszego pokoju, prosząc o wsparcie. Nie raz i nie dwa to wsparcie, w postaci dwudziestu złotych dostawał, ale tym razem powiedzieliśmy mu nie, tym bardziej, że z reguły wsparcie już do nas nie wracało. Ale Gwiazdor ściskał w rękach jakiś przybrudzony kawał papieru, i na kolanach niemalże błagał o pomoc dla człowieka, jak twierdził, w potrzebie.

Tym kawałkiem papieru okazała się stara mapa Paryża, z 1889 roku, naklejona na sztywne, mocne płótno, która zapewne służyła jego dziadkom podczas wielu podróży do Francji, gdzie  zwiedzali galerie i kupowali dzieła sztuki, w nieświadomości, że ich wnuk wszystkie je, co do jednego sprzeda za grosze, by wraz z kolegą Kokotem napić się upragnionej, błogosławionej wódki.

Wzięliśmy niechętnie tę mapę, która, bądźmy szczerzy, nie wydawała nam się wiele warta, biorąc pod uwagę długi, jakie miał u nas Gwiazdor, i fakt, że nic nie wskazywało, że kiedykolwiek je ureguluje. Jak się okazało, dwa lata później mapa Paryża otwarła nam drogę na zachód, o czym ani nam, ani Gwiazdorowi się w tym momencie nie śniło.

W jakiś pokrętny sposób dowiedzieliśmy się, że w PKO, w okienku walutowym pracuje facet, który zbiera stare mapy i, jeśli jest wystarczająco zdeterminowany, może, za taką właśnie mapę, założyć dolarowy rachunek, oczywiście za pieniądze zainteresowanego, bo mapa była tylko środkiem płatniczym za powyższą usługę i nie podlegała wymianie na prawdziwe walory.

Wyciągnęłam zakurzone plany Paryża z jakiegoś zapomnianego kąta i poszłam na Stary Rynek, bez żadnej wiary z sukces. Facet był niepozorny, znudzony i mało kontaktowy. Ten system polityczny, w którym wówczas dane było mi żyć miał w sobie jądro prawdziwie komunistycznego ideału: każde zero, odpowiednio usadowione, wjeżdżało na swoim stołku, jak w kryształowej windzie na wyżyny istnienia. Wystarczyło pracować w papierniczym, by być królową papieru toaletowego, lub w mięsnym, by zostać cesarzem golonki.

Człowiek w okienku PKO był papieżem kont i po jego pogardliwej minie widziałam, że nie każda danina jest w stanie poruszyć jego twarde, nieekumeniczne serce. Pokaż mi dziecino, co tam masz, powiedział a ja, jak na audiencji, pokornie wsunęłam przez wąski otwór mapę. I wtedy  zobaczyłam w oku papieża błysk prawdziwej wiary, i zagrały organy i zaśpiewały anioły i w jednej oto sekundzie dostąpiliśmy łaski i zostaliśmy zbawieni. Po tygodniu, z książeczkami w garści, pobiegliśmy kupić vouchery do Grecji, bo takie akurat tego lata były w Orbisie.

Starałam się mojej amerykańskiej przyjaciółce tę zagmatwaną historię opowiedzieć, z detalami, ze swadą, nakreślając nieco kontekst polityczny i tło kulturowe, by choć na moment zobaczyła swoimi badawczymi oczami antropologa tę nieznaną jej, egzotyczną kulturę. Gdyby słuchała mnie wówczas moja córka, jej mina byłaby pewnie równie zdziwiona i rozbawiona jak twarz Wende; jakby obejrzały komedię o karaibskich mistrzach sportów zimowych. A jednak jest w tej opowieści jakiś smutek i gorycz, coś, co mimo wszystko nie jest zabawne, i obawiam się, że tego, mimo najlepszych chęci, nie jestem w stanie przekazać.

 

 

11:47, anitaes
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 stycznia 2012
Samospełniające się proroctwa.

Kryzys we Włoszech dotarł do Sansepolcro. W ostatnim czasie zniknął jeden ze sklepów z komputerami, kilka innych, z ciuchami, ledwo przędzie, w knajpach mniejszy ruch, w koszykach w marketach coraz więcej tańszych towarów, ogólnie brynza i pachnie depresją. I tylko kolektury Superenalotto przeżywają oblężenie, bo każdemu przydałby się zastrzyk gotówki, zwłaszcza, że w tym tygodniu to ok. 55 milionów euro. Włosi próbują po nie sięgnąć - zresztą, ja ostatnio też, mam na oku ładne buty, ale chyba dam spokój, to nie na moje nerwy a poza tym są bardziej potrzebujący niż ja.

Generalnie, mimo oszczędnościowej polityki Montiego, obtrąbionej w każdej gazecie i telewizji, Włosi ciągle jeszcze wydają się być zaskoczeni rozmiarami swojego kryzysu i nie do końca, mimo ewidentnych dowodów, w niego wierzą.

Są jednak i to mówię z pewną nadzieją, są więc na świecie ludzie przewidujący przyszłość, którzy co prawda nie podadzą szczęśliwych numerów Lotto, a szkoda, bo buty naprawdę ładne, ale którzy przewidzą recesję. Przewidzieli, i to jest fascynujące, w 2006 roku, przypominam, roku światowego boomu i wielkich nadziei, że za kilkanaście miesięcy Ameryka a z nią reszta świata niemalże splajtuje. Jednym z nich jest Peter Schiff, uroczy, skromny człowiek, który mało tego, że przewidział, to jeszcze podzielił się tą wiedzą z innymi, po Bożemu, bo w telewizji, w poważnym programie ekonomicznym, niestety, inni nie chcieli go słuchać i potraktowali go pustym, lekceważącym śmiechem. Jak pustym, mieliśmy okazję zobaczyć rok później, gdy walił się pierwszy bank a ceny domów spadły i się nie podniosły.

Jaki stąd wniosek? Nie mam pojęcia, ale myślę, że chyba jednak dość smutny, bo nadal nikt nie słucha skromnych proroków...

22:26, anitaes
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 stycznia 2012
Świeża krew czyli wampirzym dosięgam ich lotem...

Był taki kryminał Joe Alexa pt. "Cichym ścigałem go lotem". Niestety, nie pamiętam fabuły, bo nie dość, że przeczytałam to w wieku ośmiu, może dziesięciu lat, to w tym czasie zaliczyłam jeszcze z pięćdziesiąt innych kryminałów, które skusiły mnie mroczną czernią okładek i tajemniczym kluczykiem nadrukowanym na grzbiecie, a opowiadane w nich historie zbiły się w mojej małoletniej głowie w jedną, krwawą masę.

Cóż, każdy jakoś zaczynał, ja rozpoczęłam poznawanie świata od jego ciemnej, okrwawionej strony, co nie przeszkadza mi teraz dostrzegać jasnego słonka na niebie i niewinnych przebiśniegów. Straszyły, fascynowały i targały mną nie tylko zatrute winogrona Alexa, wirujące stoliki Agathy Christie czy poćwiartowane trupy. Chłonęłam też zachłannie, jak gąbka krew, wszystkie traumy dziewcząt z Nowolipek oraz beznadziejne losy amerykańskiej biedoty w książce Joyce Carol Oates, która zresztą do dziś pozostała moją ulubioną pisarką. Komedia mieszała się z groteską, horror z dramatem a historia techniki z romansem. Mimo tych wstrząsających przeżyć mogę z całą stanowczością powiedzieć, że to wczesne czytanie tylko wzmogło mój apetyt na literaturę ale też zdecydowanie osłabiło chęć zaznajamiania się ze szkolnymi lekturami, które zawsze wydawały mi się kompletnie pozbawioną jaj szmirą, wyssaną z wszelkich uczuć i treści jak jelita zabalsamowanej kobiety*.

*takie porównania to oczywiście pokłosie wczesnodzięcięcych lektur.

Brak emocji przy czytaniu zabija czytanie - ta oto maksyma towarzyszy mi od rana, gdy zaczynam dzień od przeciągnięcia się do zgrzytu kości, a zaraz potem od kawy, koniecznie z mlekiem. Czytanie moich ulubionych blogów jest następne w kolejce. Te blogi to żadne smętne powiastki dla grzecznych dzieci; szukam takich w których palą się gorące uczucia, które mają wyraziste smaki i krwisty charakter, jak chińskie śniadania czy befsztyki florenckie. W których jest ogień, pasja i wachlarz intensywnych emocji, od najczarniejszej czerni do najświętszej bieli. Tak, zbyt wysublimowane lub gładkie blogi są nudną, chłodną kreacją a przecież życie składa się z gorącej krwi i zimnego potu, czasem z domieszką zmrożonej wódki, a nie z jedwabnej chusteczki na kształtnej głowie blogerki Kasi Tusk.

Zaczynam od Krakowa, by sprawdzić, co porabiają koty Li i czy ona sama poprzedniego dnia znalazła na krakowskim rynku bajeczne szczęście, lub coś wręcz przeciwnego, jakąś ludzką, śmierdzącą ohydę. Wiem, że cokolwiek to nie będzie, czy to pety we własnej umywalce, tajemniczy nieznajomy w kolejce do okienka bankowego czy przyjaciółka z gajem oliwnym, Li opowie to światu a świat się nad tym pochyli, z zupełnie nieświatowym zainteresowaniem. W tej opowieści jest i śmiech i łzy i ostatni bigos Dżordża ugotowany przed śmiercią a także złość, tupanie na zły świat oraz gwałtowne i otwarte serce i przepis na zupę z dyni.

Potem wpadam do Warszawy, w sam środek korporacyjnego piekła, takiego prawdziwego, z piekła rodem w dodatku zmieszanego z lodowatą, trudną do ogrzania pustką w sercu i przyglądam się  tej nierównej walce i liczę kolejne rany, zdobyte przyczółki oraz krótkie rozejmy i czekam cierpliwie jak widz w kinie na dobre zakończenie, mimo, że nic nie zapowiada happy endu. Coś mi jednak mówi, że wino - słodkie, wytrawne czy zwykły sikacz, to nie ma tu znaczenia, bo liczy się  czerwona furia - w końcu zostanie wypite, bez specjalnej dystynkcji, prosto z gwinta a zaraz potem poleci butelka, pusta i ciężka i roztrzaska się z przyjemnym brzękiem na głowie ssąco-tnącego potwora zwanego korpokupą i rozlegnie się wesołe pogwizdywanie, a potem zacznie się swobodna, lekka wędrówka w siną dal...dal...dal...

W Irlandii, nad Tramore żyje coś niezwykłego, gorącego i ruchliwego, coś co przypomina mi kudłatego, mokrego szczeniaka na pustej plaży pełnej cudownych patyków - po prostu czysta energia i ciekawość świata, w dodatku rozrzucająca onomatopeje jak alergik zużyte chusteczki. Grzeję się trochę przy tym ciepłym futrzaku, otrzepuję z sypiącego się na mnie piasku i zastanawiam się nad tym skąd w innych tyle ognia, gdy mnie do radosnego życia wystarcza jedynie wygodny fotel, płonące szczapki w kominku i święty spokój... i dobre wino.. kawa... książki... filmy z lat 70-dziesiątych... kurczaki bez antybiotyków... dżem jagodowy... Malaga... pomarańcze Navel...turbot z koprem... miękkie ręczniki... słońce w kuchni...krewetki z rukolą... chałwa Koska....

Jak już jestem na wyspach, to zaglądam do miejsca, gdzie toczy się powolna historia z morzem w tle, opowiadana z głębi męskiego serca, pragmatycznego, choć skłonnego do wzruszeń, serca, dodam, które czasem potrafi zapłakać nie kłamiąc wszem i wobec, że to północny wiatr szczypie w oczy. Pociąga mnie ten horror zmieszany z romansem, no bo jak nazwać gatunek, w którym bohater powieści, szarpany przeciwnościami losu, przewracany i tarmoszony jak trumienna poduszka przez obudzonego pod ziemią umarlaka wciąż jednak wstaje, otrzepuje się i z uporem dąży do własnego domu na wodzie?

Potem  wracam do miejsc gdzie się rozmarzam, i pławię, i wzdycham, krótko mówiąc do miejsc, które zawsze wydają się być lepsze, bo nas tam nie ma. Zaszywam się tam na chwilę, a nawet na pięć, w bieli bielszej niż śnieg, czystej i nieskalanej jak moja dusza, zanim sięgnęłam po pierwszą książkę z kluczykiem na grzbiecie i podziwiam, podziwiam, i znów podziwiam a potem z niezrozumiałym nawet dla siebie samej westchnieniem dalej podziwiam...choć wiem, że białe wnętrza mają to do siebie, że trudno je sprzątnąć, zwłaszcza, jeśli trzeba usunąć z nich krew i mózg, o czym wie każdy seryjny, skandynawski morderca patroszący z rozmachem swoje ofiary.

W kubku widać dno a na drugą kawę jeszcze za wcześnie, i w głowie mi szumi i ściska w żołądku, i odganiam te cudze emocje jak muchy, bo jęczą mi do ucha nieprzerwanie przez cały ranek a czasem nawet do samego wieczora. Siedzą w głowie, drapią w czaszkę, podnoszą ciśnienie, łaskoczą jak piórko pod nosem, grzeją przyjemnie kości niczym słońce reumatyków i dławią łzawo w gardle. Ale, przecież bez emocji nie pisze się dobrych historii, czy już o tym mówiłam? Jutro więc znów tam wrócę, jasne że wrócę, choćby po to, by napić się, swoim dziecięcym zwyczajem, siorb, siorb, świeżej krwi i skubnąć, mniam, mniam, świeżego mięska.

18:20, anitaes
Link Komentarze (16) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16