RSS
niedziela, 03 czerwca 2012
Niedokończone opowieści.

Każdy ma chyba w pamięci takie niedomknięte sprawy: przerwane rozmowy, za krótkie spotkania, nienapisane listy, osoby, które zniknęły chociaż powinny zostać. Ja dodam do tego obejrzane kiedyś filmy, których tytułów już nigdy sobie nie przypomnę i książki, które na zawsze utraciłam - bez szans na odzyskanie.

Oraz wiersze zapomnianych poetek.

W 1989 roku kupiłam w kiosku " Ruchu" - czy coś takiego jeszcze istnieje? - czasopismo kulturalne Integracje, wydawane przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą, dział Redakcji Wydawnictw Młodego Ruchu Wydawniczego i Debiutów. Mam je do tej pory, choć z tamtego okresu, po wielu przeprowadzkach i zmianach zostało mi jedynie trochę zdjęć, kilka egzemplarzy Literatury Na Świecie, Non Stop z Korą na okładce z 1986 roku i mój syn.

Format dużego zeszytu, szorstki papier makulaturowy, czarno-białe fotografie, do każdego numeru dołączona grafika znanego twórca - mnie akurat trafił się numer z Janem Młodożeńcem i artykułem Andrzeja Wróblewskiego o początkach polskiego jazzu, który ilustruje cudowne zdjęcie Krzysztofa Komedy, Jana Ptaszyna-Wróblewskiego, Marka Tarnowskiego i Stanisława Zwierzchowskiego, z 1955 roku, grających w samych gaciach.

Pamiętam, że mój wzrok najpierw przyciągnęła jej fotografia, zrobiona prawdopodobnie z zaskoczenia, w grupie innych osób, które potem, na potrzeby publikacji pozostały poza kadrem. Małgorzata Dobrowolska stoi na tle jakiegoś socjalistycznego bloku, ma włosy obcięte na pazia -  jak ja w siódmej klasie - i patrzy w obiektyw otwarcie, z uśmiechem i zaciekawieniem. Wygląda jak pilna licealista, tuż przed ważnym egzaminem.

Przeczytałam jej wiersze jeszcze na ulicy, pamiętam, że było lato a ja szłam przez park Kasprowicza w Inowrocławiu i gwarną jak zwykle Solankową, potykałam się o nierówne płyty chodnikowe i nie potrafiłam przestać. Dzisiaj umiałabym już powiedzieć, czy zafascynował mnie kontrast jej grzecznego zdjęcia i zmysłowych wierszy, czy może wspólnota - przeczuwana bardziej niż udowodniona - mojej i jej wrażliwości i losów?

A może fakt, że była moją rówieśniczką i podczas gdy ja, idąc przez rozświetlone słońcem miasto ściskałam w ręku to efemeryczne czasopismo i czułam wiatr na twarzy w samym środku gorącego, pięknego dnia 1989 roku, ona nie żyła już od czterech lat? Pewnie wszystko to razem - jej śmierć i twarz i intensywne wiersze spowodowało, że zapadła mi w pamięć i towarzyszy mi w życiu przez cały ten czas.

Tworzyła w czasie, gdy nie istniał internet i w tej nowej, pełnej śmieci, odpadków i nielicznych pereł przestrzeni nie można jej znaleźć. Nie miała profilu na Facebooku, ani w Naszej Klasie, nie ma o niej informacji i zdjęć nawet na dwudziestej stronie wyszukiwarki. W tej rzeczywistości nie istnieje, jakby nigdy jej nie było, a przecież była.

Kilka dni temu pomyślałam, że - być może - jestem ostatnią osobą, która ma XXIV numer Integracji z 1989 roku. I, że - niewykluczone - pozostałe 2999 egzemplarzy już nie istnieje lub kończą swój żywot w zakurzonych, wilgotnych piwnicach powiatowych bibliotek, skazanych, jak one same, na stracenie. Dlatego dziś, zamiast wpisu o włoskim życiu, Emmie, smaku pierwszych czereśni i poznanych dopiero co ludziach, podzielę się kilkoma wierszami zapomnianej poetki, z rzeczywistości, która zniknęła dawno temu i która trwa jedynie w mojej niedoskonałej, ułomnej pamięci:

***

Piszesz me losy na liściach

a one spadają tak szybko

czując ból od czubków

po koniuszki ogonków.

I pozostaje tylko wstyd nagiego drzewa.

 

MÓJ KOMENTARZ DO "WTAJEMNICZENIA"

I żeby się tak stało:

Życie wieczne i reinkarnacja

Bezsens naszego życia  to

obcowanie oświeconych we wtajemniczeniu

Wierzę w ducha świętego

On zaczyna kolejne życie tam

gdzie kończy się nasza świadomość

To co jest 3,5 cala poniżej naszego pępka

już trzeciego dnia po poznaniu przestaje być czystym ideałem

gdy grzebiemy siły witalne chociaż nie umarły

Poncjusz i Nagasaki to ukrzyżowanie prawdy i niewiedzy

I tylko energia jest niezaprzeczona

Kiedy niebo i ziemia wymyślają Boga

 

***

zapal sobie

zapal

nie żałuj

zapal sobie włosy

zapal sobie piersi

także prawą nogę

trochę bardziej krzywą

zapal sobie usta

co po niej wędrują

spopiel w sobie to co się narodziło

to co nie zdążyło

           i tak wieczny płomień

i nigdy nie pytaj

kto jest ogniem

 

***

Quel age a tu?

- wyobraźnia pieczołowicie naciąga zmarszczki

Boję się boję się żeby nie rozmnożyła się moja

                                          trójwymiarowość

gdy życie jest tabliczką, a nas mnożeniem

 

Małgorzata Dobrowolska urodziła się 3 XI 1964 roku w Gołdapi, zmarła 30 stycznia 1985 roku. Była słuchaczką Państwowego Studium Kulturalno - Oświatowego i Bibliotekarstwa w Ciechanowie. W 1982 roku zdobyła nagrodę w konkursie poetyckim zorganizowanym przez MGOK w Gołdapi.

 

11:41, anitaes
Link Komentarze (3) »
wtorek, 29 maja 2012
Zatrzęsło.

Było kilka minut po 9.00. Akurat usiadłam z kawą i komputerem, by sprawdzić wiadomości. Zakołysała się podłoga, frędzle przy kluczach i fotel, na którym siedziałam.

Nawet, jeśli trwa to kilka sekund to wrażenie jest niepokojące. Budzi strach bo mocne podparcie pod nogami to stan stały i gdy nagle ziemia drży, wszystko wokół wydaje się nierealne i niezrozumiałe. Jakbyśmy znaleźli się na innej, obcej planecie, która faluje, jak zbyt miękki materac.

Od kilku dni w okolicy Modeny trzęsie co kilka minut, czasem bardzo mocno. Naruszone wstrząsami domy rozsypują się w końcu jakby były z piasku. Mieszkańcy San Felice i Cavezzo mieszkają w namiotach, zbyt przerażeni, by wrócić do domów.

Współczuję.

15:13, anitaes
Link Komentarze (10) »
czwartek, 24 maja 2012
Historie uliczne czyli dźwięki, które usłyszę.

Historie następują jedna po drugiej, z zegarową nieustępliwością. Czasem ich fabuły bywają zupełnie niezrozumiałe, jak wyszeptane na ruchliwej ulicy słowo, a czasem huczą w głowie pojedynczym uderzeniem dzwonu na wieży kościelnej. Zresztą bicie dzwonów towarzyszy im nieustannie, podkreślając najważniejsze wydarzenia lub przecinając je na pół. To letnie opowieści, więc wpływają do mojego domu przez otwarte okna, krążą w rozgrzanym powietrzu, zmieszane z ulicznym kurzem i popołudniowym słońcem, z bzyczeniem samotnej pszczoły nad pelargonią i osiadają na sierści rozłożonych na parapecie kotów. Powtarzają się, czasem wielokrotnie ale nie są nudne, bo czy nie lubimy piosenek, które już znamy? Historie znikną wraz z pierwszymi chłodami, gdy zamknę okiennice przed jesiennym deszczem i zasunę grube zasłony. Posłuchajcie ich więc, dopóki trwają.

Pierwsza zacznie się o piątej rano, gdy obudzą się ptaki i podniosą świergotliwy raban. Druga o siódmej dziesięć, gdy córka Morettiego wyprowadzi z garażu samochód, zawsze z tą samą, prawie nieznośną punktualnością, choć pojawia się suspens - Marii Moretti czasem zdarza się zaspać a wtedy kluczyki wypadają jej z rąk z głośnym pobrzękiwaniem i co rusz gaśnie silnik.

Gdy swój tour zacznie śmieciarka by zebrać sprzed domów pękate worki, wystawione poprzedniego wieczora za drzwi, zaczyna się trzecia historia. Wówczas signora Maria mieszkająca naprzeciwko otworzy swoją okiennicę - codziennie z tym samym cichym skrzypieniem - wychyli się z okna i jak zwykle rozejrzy się po ulicy, jakby chciała sprawdzić, czy przez noc świat pozostał na swoim miejscu. Później zniknie w kuchni i zacznie postukiwać naczyniami, szykując pierwszą tego dnia kawę dla swojego syna, Giovanniego. Głosy dzieci idących do szkoły pojawiają się na krótko, tuż przed ósmą, tak samo jak nierówny, warkotliwy rytm wysokich obcasów jakiejś spóźnionej urzędniczki, pędzącej dzień w dzień na złamanie karku w tych niewygodnych butach po nierównym bruku. A później nastąpi trwająca przez chwilę cisza.

Ta cisza też będzie miała swoją historię bo ciszę przerwie samochód czyszczący ulice, a jego dudniąco - szumiący dźwięk zagłuszy nie tylko ją, ale też radio grające w domu obok i wypowiedziane właśnie zdanie, które mogłoby być początkiem nowej historii.

Tuż po dziewiątej właścicielka znanego skądinąd pudla o wdzięcznym imieniu Dido wyprowadzi go na spacer. Jak zwykle, zatrzyma się przy naszych drzwiach, gdzie Dido będzie próbował niecierpliwymi piskami zwabić naszą Pinię i gdzie, jak zwykle, zlekceważony i sponiewierany całkowitą obojętnością, zostawi mokrą plamę. Niestety, historia tej miłości na zawsze pozostanie bez szczęśliwego zakończenia. 

Ruch samochodów zacznie się ponownie tuż po dwunastej. To wtedy na pranzo zaczną wracać pierwsi Włosi, ci najbardziej głodni. Na wąskiej ulicy, pomiędzy ocieniającymi się wzajemnie fasadami i otwartymi szeroko oknami będzie odbijać się echem: postukiwanie sztućców i garnków, odgłosy z włączonych telewizorów, szum wody lecącej z kranów i rozmowy przy stole. Każda z tych rozmów miałaby szansę na tytuł "Historii Dnia", gdyby tylko znalazł się śmiałek, który potrafiłby dokonać wyboru.

Potem przetoczy się szybka, gwałtowna fala młodzieży śpieszącej na pociąg i przed drugą miasto zamilknie. Jeszcze tylko spóźniony sąsiad głośno trzaśnie drzwiami, Mario uciszy swojego ukochanego psa teatralnym "ciiii" i nagle zapadnie zupełna cisza; wtedy to nasza ulica, jak co dzień, umrze na całą godzinę.

Zmartwychwstanie rozpocznie się powoli, przed trzecią, wraz z pierwszymi samochodami ruszającymi niechętnie do pracy a już o czwartej spacerowicze, z dziećmi powtarzającymi w kółko "Chcę loda! Mamo! Loda!" będą kierować się na piazza. Gloria, jak zawsze radośnie będzie krzyczeć "Tony! Guarda!", co już jest zabawną historią samą w sobie, bo Gloria jest damą dojrzałą, z prawie pięćdziesięcioletnim małżeńskim stażem a stale się czemuś dziwi, i tym swoim nieustannym zdziwieniem zawsze dzieli się z mężem.

Signora Maria siedząc na tarasie wymieni ze swoim zamyślonym Giovannim uwagi o zakwitłych dopiero co różach, jak co dnia i jak co dnia ich spokojne, stłumione słowa będą brzmiały tajemniczo, jak przekazywane sobie na ucho wstydliwe rodzinne historie.

Do siódmej ulica będzie rozbrzmiewać krzykami chłopców pędzących na rowerach, rozmowami przez telefony i przez przez sąsiadujące okna a także poszczekiwaniem psów i muzyką z przejeżdżających z rzadka aut. O ósmej wszystkie te odgłosy ucichną. To wtedy właśnie nietoperze nabiorą śmiałości a ich świsty mocy, i będą tak pobrzmiewać aż do dziesiątej, by w końcu rozpłynąć się w ciemnościach.

Z oświetlonego na żółto okna w domu na wprost będzie słychać brzdąkanie; ktoś zacznie grać na gitarze, codziennie coraz lepiej, a w międzyczasie miasto znów ożyje i będzie wyglądało, jakby nigdy nie spało. Wieczorna passagiata, jeśli nie jest to akurat spokojny zmęczony poniedziałek, potrwa aż do północy i dla każdego z jej uczestników zakończy się inną historią.

W piątkowe i sobotnie wieczory głosy powracającej z zabawy młodzieży słuchać będzie jeszcze do trzeciej. Ale za to w niedzielę rano córka Morettiego zostanie w domu, tak jak kierowca śmieciarki i samochodu sprzątającego ulice. Znany szczęk zamka w bramie ich garażu i stuknięcie drewna o mur pojawi się dużo później, bo dopiero o dziesiątej, co być może zmieni bieg historii, choć Moretti, wybierający się właśnie z żoną na poranną mszę do ulubionego kościoła w Anghiari nie będzie miał o tym pojęcia.

08:14, anitaes
Link Komentarze (7) »
środa, 23 maja 2012
He, he...

..fajne. Dostałam właśnie z usa:

mk

Ale ten chyba jeszcze lepszy - dla eleganckiego samotnika, w stylu vintage:

mk1

I jeszcze jeden, kosmiczny, jak kapsuła czasu:

mk2

No i rzut oka do środka, dla ciekawych /też zajrzałam/:

mk3

/ze strony: http://www.vwcampervanblog.com/

07:15, anitaes
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 maja 2012
Artura W. listek rukoli.

Spędziliśmy w Anghiari trzy dni. Zaplątani pomiędzy cytrynami, koronkami, kieliszkami, świecami, szarym mydłem, gałązkami oliwnymi, serem pecorino, lnianymi ściereczkami i chianti. Od rana do wieczora. Potykając się o statywy i kable, oślepieni lampami szukaliśmy ładnych planów, blików na złotych ramkach i mocnych kontrastów.

Czekając na słońce przesuwaliśmy meble, kroiliśmy owoce i opowiadaliśmy sobie o obejrzanych filmach. W przerwach zjadaliśmy i wypijaliśmy dekoracje. W piątek zabraliśmy Artura do renesansowej kamienicy naprzeciwko, gdzie w ruinę popada prywatny, XVII-wieczny teatr. Pęknięty w połowie po dawnym trzęsieniu ziemi. Cały pomalowany w niezwykłe ornamenty w kolorze szarej zieleni. Z aksamitną, ciemną czerwienią posadzki. I wąskim balkonem biegnącym wzdłuż ścian, który, by nie runął,  podparto gęsto prymitywnym rusztowaniem.

Piękny temat dla naszego projektu, tego o znikających włoskich zabytkach i ich właścicielach.

W sobotę skończyliśmy pracę. Dom Emmy, przyprawiony jak należy, nabrał toskańskiego smaku. Jak dla mnie, jest niezły. Jak mała bruschetta przybrana listkiem rukoli, który przecież niewiele zmienia, ale zmienia wszystko. Tradycyjne włoskie co nieco, z nutką słodyczy. Żadne tam obżarstwo, raczej niewielka przekąska po której ma się ochotę na jeszcze.

"I am so pleased with the way it
looks, congratulations to you both! It is really better than I ever could
have imagined." - napisała właśnie Emma H., po obejrzeniu zdjęć.

You`re welcome.

Dziś zabieram stamtąd nasze ostatnie drobiazgi, pakuję do samochodu poduszki wypożyczone ze sklepu Busatti i zamykam drzwi na klucz. Koniec zabawy. Chowając się przed deszczem myślę o spóźnionym lecie.

Obrazki pokażę za jakiś czas.

 A teraz gorąco zapraszam tutaj. Energia oka Artura. Niezwykłe wejrzenie w zakamarki świata, tego dalekiego i całkiem bliskiego, oglądanego z własnego okna.

Polecam zwłaszcza projekt "Moja ulica".

21:09, anitaes
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 maja 2012
Podróż na gazie czyli sto pytań na godzinę.

Czy dom może być w życiu celem?

Nawet jeśli to dom w Toskanii?

Piękny, subtelny i pełen smaku?

/coś jak włoskie spaghetti?/

?

Czy warto z powodu domu szczytować na tarasie i wpadać w zachwyt nad studnią?

/nawet jeśli studnia głęboka a taras z widokiem?/

Albo odwrotnie?

I skąd te myśli takie?

/upierdliwe jak głos w gps?/

?

I znów zapytam: czy dom może być celem w życiu?

A jeśli powiem, że nie?

To co?

Oszalałam?

Bo gdyby tak sprzedać ten makaron pachnący bazylią?

I kupić samochód?

Taki do podróżowania?

Ale niezbyt wypasiony?

Żaden camper z prysznicem i bateriami słonecznymi?

Tylko taki nieco weselszy?

Na przykład zamienić sznurek na ogórek?

Zielony z białą kierownicą?

I drabinką z tyłu?

I tym ogórkiem do Maroka?

Albo do Portugalii?

Lub na Kretę?

Bez podatków od nieruchomości?

Bez skrzynki pocztowej?

I telefonu stacjonarnego?

I bez składek emerytalnych?

Oraz wiadomości telewizyjnych?

Codziennie inny widok za oknem?

Przez pięć lat albo dwa?

Całkiem bez znaczenia?

Tylko pytam...

vv

 

20:37, anitaes
Link Komentarze (20) »
czwartek, 10 maja 2012
Informuję...

że żyję.

Kończymy dom Emmy. W sobotę zaczynamy zdjęcia.

Poza tym się działo...

Niebawem napiszę, jak znienacka wpisaliśmy się w 1000-lecie miasta, co to ma wspólnego z papieżem i dlaczego posadzono nas koło kominka.

A teraz - sruu....lecę do Anghiari...wieszać zasłony...i obrazki...i kwiaty w wazonach ustawiać...i takie tam...różności.

09:25, anitaes
Link Komentarze (7) »
czwartek, 26 kwietnia 2012
Piotr Skrzynecki.

Nie wiem dlaczego, ale od kilku dni o Nim myślę. Znalazłam kilka piosenek na You Tube, z rocznicowych koncertów Piwnicy. A dziś sprawdziłam w Wikipedii. Jutro rocznica jego śmierci, zmarł 15 lat temu, dokładnie 27 kwietnia.

Magia.

Pomyślałam więc, że może ktoś też ma ochotę sobie pomyśleć...

08:01, anitaes
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 kwietnia 2012
Słodkie okruchy życia.

Niedziela we włoskim miasteczku ma swój stały, znany wszystkim scenariusz. Znany, nudny i odtwarzany co tydzień z precyzją frezarki. Ale biada tym, co chcą w tym grzebać, pod wymówką innowacyjności. Nie ma gorszych łobuzów i łajdaków niż ci, co podnoszą rękę na świętą tradycję, nawet, jeśli ta tradycja dotyczy kupowania ciastek w niedzielny poranek.

Cotygodniowe zakupy w cukierni są tu jak wyczekiwany niecierpliwie tysięczny odcinek telenoweli, jak pocałunek kochanków w brazylijskim tasiemcu, wyciskające łzy pogodzenie ojca i syna w amerykańskim kinie i jak makaron u Felliniego. Są w końcu jak polski "Rejs", gdzie widz zna każde kolejne słowo, zna je na pamięć, ale i tak czeka, podjarany tym, co zaraz nastąpi.

Pamiętacie "Pierwszy łyk piwa i inne przyjemności"? Tam też był rozdział o ciastkarni. Ale włoski niedzielny obyczaj nabywania słodkości ma swoje narodowe smaczki, jak własne posypki i kremy na tortach, niewielkie różnice, detaliki, wydawać by się mogło, nieistotne, ale które w całości, zabrane razem, pozwalają już w pierwszym momencie stwierdzić, precz z poprawnością polityczną - jak ostatnio powiedział klasyk, że mamy do czynienia z Włochem, Niemcem lub Ugandyjczykiem.

Włosi kupują ciastka rano. Nie w południe, nie, broń Boże, wieczorem ale rano, około dziesiątej. W tak małym mieście jak to nie ma zbyt wiele miejsc, gdzie sprzedaje się wypieki. A nawet jeśli są, i tak wszyscy idą do "Chieli", cukierni z tradycją, gdzie ciastka kupowały pokolenia, a która ostatnio zmieniła miejsce, na większe i nowocześniejsze, i wyniosła się poza stare centrum.

No więc o dziesiątej u "Chieli" jest pół miasta, bo drugie pół przygotowuje niedzielny obiad, śpi po gorączce sobotniej nocy albo poluje. Tłok, ścisk i hałas nieprawdopodobny, ale, zdaje się, tylko ja tak to postrzegam. Cała reszta tłoczy się tam z wyraźną przyjemnością, ba, wręcz z rozkoszą, ociera się o siebie, depcze sobie po palcach i natychmiast przeprasza, plotkuje, rozdaje buziaczki, poklepuje się, krzyczy na powitanie, macha ręką, trzyma w ramionach uradowane dzieci, zamawia kawę, próbuje ją wypić, a w końcu kupuje ciastka, tę sankcjonowaną tradycją wymówkę cotygodniowych uścisków, płaci i z szeleszczącą paczką, obwiązaną ozdobną tasiemką wychodzi, najwyraźniej wniebowzięta. 

Co miałoby być puentą dzisiejszej opowieści? Markotne porównanie do kupowania w Polsce marcińskich rogali, które nie dość, że tylko raz w roku, to jeszcze skalane bitwą o nazwę, jak wrzuconym do kadzi zbukiem? A może słów kilka o narodowym charakterze, co wyłazi z nas zawsze i wszędzie, jak krem z nadgryzionej rurki? E, chyba nie. Dziś powiem jedynie "mniam" a po południu z niecierpliwością otworzę pakuneczek, popatrzę na zawartość w słodkim napięciu, pozastanawiam się, od czego zacząć, a potem, na koniec, oblizując palec wyjem z pakowania wszystkie okruszki, co do jednego, bo każdy jest pyszny i tego wart.

08:11, anitaes
Link Komentarze (11) »
środa, 18 kwietnia 2012
Kiedy ostatni raz jechaliście pociągiem?

Chodzi mi o podróż zwyczajną, z własnej woli a nie dlatego, że inaczej się nie da. Gdy świadomie zostawiamy samochód i idziemy na stację. Gdy mamy wybór i wybieramy pociąg. Tydzień temu pojechaliśmy do Perugii. Najpierw mała stacja w Sansepolcro, z przyjemnym dworcem i lśniącymi drewnianymi ławkami w holu - aż się prosi, by myśleć o ludziach, którzy przez lata na nich siadali, otoczeni swoimi tobołkami, wciąż jeszcze tu ale właściwie już nieobecni, a potem wsiadali do swoich pociągów i wyjeżdżali, czasem na zawsze.

Kasa jest zamknięta, bo jest niedziela ale to nie problem: w barze przy dworcu można zawsze kupić bilety. Trzy pięćdziesiąt w jedną stronę. Na peron przechodzi się po torach, a tam już czeka pociąg, prawie pusty i dość niepozorny, złożony z dwóch niedużych, szaro-czerwonych wagonów. Nikt się nie śpieszy, kolejarz flirtuje z konduktorką, dwie młode dziewczyny palą siedząc na stopniach i opowiadają sobie wczorajsze nowinki, poranne słońce przebija przez granatowe chmury i wszędzie kwitną kaczeńce. Potrzebujemy półtorej godziny, by dojechać na miejsce. W tym czasie można gadać, jeść jabłka i gapić się przez okno, mijając spokojne umbryjskie wsie, zielone pola i łagodne wzgórza.

To właśnie wtedy, jadąc w prawie pustym przedziale wpadamy na pomysł zrobienia albumu o tych wielkich, opuszczonych włoskich domach które widać tylko z okien pociągu, domach oddalonych od głównych tras i ukrytych wśród parkowych drzew. Sypiące się siedziby rodów, z wieloma pustymi pokojami, w których czasami żyje już tylko ostatni potomek, stary człowiek człapiący po zakurzonych posadzkach, gdy tymczasem na pokryte drogim pluszem kanapy, dziś wytarte i pozbawione kolorów leje się woda z przeciekającego dachu.

Pewnie zawsze panuje tam półmrok, bo przez zamknięte, oblazłe z farby okiennice światło do środka nie wpada; może to i lepiej. Słońce odsłoniłoby brzydkie zacieki i szare od brudu firanki. Nie będzie łatwo tam docierać. Bo daleko od drogi, bo brama, choć pordzewiała i krzywa to stale zamknięta, bo nieufny właściciel i adres nieznany. No i ten ciągły brak czasu, nasz największy deficyt i niezaspokojone pragnienie - bo nawet tu, we Włoszech czas jest nieprzekupny, bez względu na to, ile byśmy mu nie zaoferowali.

W wagonie jest ciepło, na zewnątrz zacina drobny deszcz i od czasu do czasu uderza mocno o szyby. Mijamy kolejne, małe stacje. Widać, że dworce nie cieszą się już szacunkiem. Kiedyś nadzieja na lepszą przyszłość, początek wielkiej podróży, własna niecierpliwość i smutek żegnanych bliskich, obecny potem w snach przez całe życie. A dziś popisane farbami ściany, zatrzaśnięte na głucho drzwi albo wprost przeciwnie, otwarte szeroko na oścież, a środku wiatr szura pustymi paczkami po chipsach.

Gdy docieramy do Perugii, robi się pogodnie i całkiem wiosennie. Pociąg staje w centrum, na stacji Św. Anny, tuż przy katedrze San Domenico. Schodami ruchomymi wjeżdżamy na górę a potem przechodzimy przez ruchliwe Corso. Gdy z jasnej ulicy wchodzimy w chłód ogromnego wnętrza, dźwięcząca pustka kościoła przytłacza i ziębi. Staję przy starym konfesjonale. Jest duży, jakby za  obszerny, zrobiony z ciężkiego, ciemnego drewna; widać od razu, że to miejsce pracy dla prawdziwych dostojników, nieprzejednanych i surowych w swoich sądach a nie dla chudziutkich i miłosiernych braciszków, którzy w swej łatwowierności wszystko wszystkim wybaczają. Kratka, wytarta od tysięcy gorących szeptów ma gęsty, ciasny splot i przywodzi na myśl sito, durszlak o nieziemskich właściwościach, który potrafi odcedzić prawdę od kłamstwa.

Przesuwam ręką po  rzeźbieniach, lśniących w głębokim półmroku. Nachodzi mnie kolejna, jak zwykle w takich miejscach, świętokradcza refleksja: konfesjonał jak ławka dworcowa - niezbyt wygodny ale potrzebny przystanek w drodze do lepszego świata.

John Steinbeck powiedział, że to nie ludzie kreują podróże ale podróże kreują ludzi.

To co? Kiedy ostatni raz jechaliście pociągiem?

19:05, anitaes
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Kropla słodkiego życia. Dwa monologi o tym samym.

Dom w Toskanii. Koniecznie kamienny. Położony na malowniczym wzgórzu, rzecz jasna. Do domu wije się wąska droga. Ta droga w twoich marzeniach jest zawsze obsadzona cyprysami. A więc wije się ta droga, kręci, pojawia i znika aż w końcu ginie wśród słonecznikowych pól. Wszędzie pachnie bazylia i dojrzałe pomidory. Pachnie też rozmaryn, kto wie, czy nawet nie bardziej, ale rozważenie tej kwestii to temat na osobny wpis.
Siedzisz na tarasie i sączysz wino. Oczywiście chianti. Oczywiście z czarnym  kogutkiem.  Słońce świeci z błękitnego jak niebo nieba i wszędzie prószy złotem. Czujesz, że twój podniszczony słomkowy kapelusz i biała koszula dodają ci niesamowitego uroku. Tyle jest tego uroku, że twoja dusza łka cicho i rzewnie a opalona skóra pokrywa się od tego łkania gęsią skórką. Od stóp do głów. Wino  połyskuje w migoczących plamach popołudniowego światła. Leniwie bzyczą pszczoły i grają zaspane cykady.
Oto twoja Toskania. Życie jest tu słodkie i intensywne jak pecorino polane miodem i nie muszę tutaj chyba dodawać, że w tych okolicznościach do miodu nigdy nie wpada żadna mucha. W twoich marzeniach wszystkie oczywiście uciekły, he, he, jak to gdzie? Na północ.

Renato powiedział, że poświęcił dziesięć lat na remont swojej wiejskiej posiadłości a drugie tyle na rozkoszowanie się jej pięknem i do tej pory nie potrafi stwierdzić, co było gorsze. Teraz wynajmuje nieduży dom w centrum starego miasta, z ogrodem, palmą i kotem i chyba jest zadowolony.
- Bo to jest tak - mówi upijając duży łyk z kieliszka. - Przyjeżdżasz, z reguły wczesnym latem i  natychmiast czujesz, że Bóg cię kocha. Oto widzisz swój toskański dom, upragniony i wyśniony, kupiony, nie bądźmy tu skromni, za ciężki grosz i masz poczucie potęgi. Jesteś radosny i świeży jak wyłażące z ziemi szparagi. Wdychasz mocno ciepłe letnie podmuchy a wokół takie widoki, Chryste Panie, takie widoki, że twoja dusza ryczy ze szczęścia. Z czułością strzepujesz szerszenia z twarzy i wiesz, że żyjesz. Oglądasz się czy żona nie patrzy i poklepujesz kamienne schody a nawet, tak, a nawet nieśmiało głaszczesz drzwi wejściowe. Moje, mruczysz. Znów jesteś królem i niech lepiej nikt nie próbuje przerwać ci tej twojej corocznej wakacyjnej elekcji. Dotleniasz się do samych pięt i zaczynasz się rozglądać. I wtedy stwierdzasz, że zimą przeciekał dach a deszcz zalewał ci twoją sypialnię. Zielona wilgoć pełznie po łóżku jak jadowite węże, przez co twoja żona pada w histerię. Przeklinasz w myślach świat ale nie dajesz się sprowokować. Przecież król się nie poci. Wchodzisz na górę i naprawiasz dachówki. Z góry wszystko lepiej widać więc widzisz, że ogród zarósł jak nieszczęście. No to kosisz. Potem przepychasz szambo, bo mimo że to czerwiec, wiosenne deszcze do tej pory wylewają się z twojej toalety. Potem naprawiasz murki na tarasach oliwnych, bo się posypały jak domino. Cholerna robota, wierz mi. Później znów kosisz. Jak skończysz, instalujesz siatki we wszystkich oknach, bo z jakiegoś powodu w tym roku komary  postanowiły cię zjeść. Jak kończysz ostatnie okno, czyścisz basen bo dzieci krzyczą, że się brzydzą i zaraz znów kosisz, bo lubisz, jak jest równo wykoszone.
W międzyczasie rosną ci pomidory, więc pielisz pomidory. Obok rośnie cukinia, więc pielisz cukinię. Skończysz pielić, mocujesz okiennice bo obwisły i nie możesz ich zamknąć, gdy w południe żar z nieba wypala ci dziury w ceglanej podłodze. Nie wspominam nawet, że przez ten cały czas źle sypiasz, bo cykady w tym roku wyjątkowo hałaśliwe a na nie, człowieku, nie ma mocnych. Znów kosisz, bo odrosło. Jak skosisz, zrywasz winogrona i robisz wino. Potem zrywasz pomidory i robisz sos pomidorowy, bo twoja żona do pizzy nie użyje kupnego. Znów kosisz. W międzyczasie skończyło się lato i zaczynasz wieczorami marznąć. Rozpalasz więc w kominku, ale cholera dymi. Więc co robisz? Włazisz na dach, odtykasz komin i przy okazji skręcasz nadgarstek. Ostatni raz próbujesz kosić ale dajesz sobie spokój bo z jedną sprawną ręką tylko kręcisz się w kółko. W końcu pakujesz do samochodu tysiąc słoików z sosem pomidorowym choć wiesz, że twoja żona zrobi zimą pizzę najwyżej cztery no, może pięć razy i czujesz, że żyjesz. Oddychasz głęboko i drapiąc się po całym ciele, ze świadomością, że ślady po komarach, jak blizny po spełnionych marzeniach zostaną z tobą na zawsze, wreszcie zamykasz dom. Tak, to wielki dzień, nareszcie zamykasz swój dom i zjeżdżasz z tego cholernego wzgórza z taką ulgą, z taką ulgą, człowieku, jakbyś był prawdziwym królem, który dodatkowo wygrał w Lotto. Oczywiście, po twojej głowie kołacze bolesna myśl, kołacze i drży jak twój samochód na błotnistych toskańskich wertepach, że za siedem, osiem miesięcy wszystko zacznie się od nowa, ale odganiasz ją niecierpliwie jak ostatniego szerszenia w tym roku.
- Tak. - Renato kończy swoje wino i wzdycha. - La dolce vita to ciężka tyrka. Nie wierzcie, dzieci,  reklamie. Ale z drugiej strony, mówię wam, warto marzyć. Zawsze. Bez tego życie byłoby nędzne i diabła warte - przysuwa kieliszek w moją stronę. - Dolej mi tu jeszcze kropelkę, moja piękna.

21:54, anitaes
Link Komentarze (13) »
Pamięć.

W taką wiosenną, deszczową niedzielę wiele rzeczy wydaje się innych niż dotychczas. Choćby ta piosenka. Przez wiele lat byłam przekonana, że mówi o tęsknocie i pustce po nieobecnym. A dziś, późnym nudnym popołudniem dotarło do mnie, że się mylę. Ona mówi o pamięci. Bez pamięci nie byłoby ani tęsknoty ani pustki ani smutku. Ani nieobecnych.

Kaszubi, gdy ktoś opuścił dom i wyjechał w podróż mówią, że jest on "wyjechany". Lubię to słowo, bo ma w sobie dotknięcie losu i okruchy fatalizmu. Jakby decyzje o wyjazdach przychodziły trochę z zewnątrz, spoza ludzkiej woli i rozumu i powodowały nasze znikanie. Jest też w tym słowie odrobina nadziei, dodatkowy bonus dla tych co zostali: być wyjechanym to zawsze lepiej niż wyjechać bo czas przeszły dokonany nie gwarantuje powrotów.

Niedzielne popołudnia, takie jak to dzisiejsze nastrajają mnie sentymentalnie. Cóż, deszczowe dni mają swoje prawa i lepiej ich nie zmieniać. Idę więc za tym głosem, rzewnym i czułym jak rosyjska dusza i dedykuję powyższą piosenkę wszystkim moim nieobecnym i wyjechanym. Pamięć to dobra rzecz, bez niej niedziela nie miałaby sensu. A już zwłaszcza deszczowa niedziela.

00:00, anitaes
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 kwietnia 2012
Anghiari, jedenasta zero pięć przed południem.

Dziś siąpił zimny deszcz, ale mimo tego zrobiłam sobie mały spacer. Stary szpital w Anghiari dzieli od domu Emmy kilkadziesiąt metrów. Budynek ma duży zegar na elewacji i ładne kolumny przy wejściu. Zamyka sobą Via Mateotti, jedyną prostą ulicę w miasteczku. Zajrzałam do niego bez specjalnej ciekawości, ot tak, by odetchnąć i oderwać się przez moment od pracy.

Wyremontowano go w latach siedemdziesiątych bardzo starannie, powiedziałabym nawet, że za starannie. Zakurzone zdjęcia, zrobione przed renowacją i niedbale oprawione w drewniane ramy wiszą do dziś na ścianach wewnętrznego dziedzińca. Obejrzałam je dokładnie. Spodobał mi się stan sprzed remontu: krzywe okiennice, odłażący tynk, stara pięćsetka zaparkowana w bramie i wspinający się na ściany bluszcz.

Za budynkiem i przylegającym do niego kościołem znalazłam nieduży park, z widokiem na odległe  wzgórza, otoczony gęstym żywopłotem i kilkoma starymi drzewami piniowymi. Latem pinie dają przyjemny cień. Spokojna przestrzeń odsunięta bezpiecznie od głośnej ulicy, w sam raz dla drepczących małymi kroczkami rekonwalescentów.

Przez deszcz i wiatr było tu całkiem pusto, tylko z otwartego okna na pierwszym piętrze dobiegał odgłos czyjejś rozmowy i uporczywy dźwięk telefonu. Drobne białe kamyki, którymi wysypano alejki chrzęściły pod moimi butami i przywoływały wspomnienie plaży. Na mokrym trawniku znalazłam dwie duże, ciasno zamknięte szyszki. Były ciężkie i pachniały żywicą. Wróciłam do pracy, ściskając je w zimnych rękach.

00:07, anitaes
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 kwietnia 2012
Puste kalorie.

W taką bezsenną, pochmurną jak ta noc przychodzą mi do głowy różne rzeczy. Choćby ryż prażony, sprzedawany w wielkich jak poduszki pakach - mój przysmak z dzieciństwa. Kupowało się taki napchany wór, siadało na ławce na podwórku, koniecznie w większym gronie i garściami sięgało do wora nie zwracając większej uwagi na fakt, że lekki i gładki ryż wysuwał się z zaciśniętych dłoni i rozsypywał na ziemię. Ryż był tani, dostępny i było go dużo i to wystarczyło, by nie cieszył się szacunkiem - w przeciwieństwie do takiego choćby torcika wedlowskiego, który zawsze zjadało się do ostatniego okruszka, w samotności i w najwyższym skupieniu. Tak, ryż był fajny i dawał sporo frajdy, ale ile by się go nie zjadło, zawsze pozostawiał w nas dręczące uczucie niedosytu i jakiejś ściemy, jakbyśmy jedli powietrze, za które przecież, mało bo mało, ale jednak trzeba było zapłacić.

Właśnie zaczęło padać a myśl, jak pchła, skacze z tematu na temat. I teraz wskoczyła na wspólną walutę europejską, która ledwo dyszy i ma się źle. Druga dwadzieścia pięć to nie jest najlepszy czas na rozważania o euro, ale spróbujcie w ciemności złapać pchłę. Zamyślam się więc i dochodzę do wniosku, że jednak fajnie to było kiedyś, gdy wraz z każdym przekroczeniem granicy wkładało się do portfela nowe pieniądze. Pierwszy kontakt z innym krajem. Szeleszcząco - brzęczące pozdrowienia. Kontakt z jego historią, stylem i ulubionymi bohaterami.  Bo waluta narodowa to przecież nie tylko środek płatniczy - to poczucie tożsamości i identyfikacji. Coś jak sztandar, totem albo język. Obecna od zawsze. Taki torcik wedlowski, który stwarza niepowtarzalną wspólnotę. Czy euro, wraz ze swoją praktycznością i nijakim, wyblakłym designem wzbudza ciepłe emocje? Chyba nie. Trochę mi żal niepoważnych lirów, beztroskich franków i egzotycznej drachmy. A przede wszystkim twardych marek, w które to, wraz z tytanowymi dolarami zapobiegliwi Polacy zawsze lokowali swoje oszczędności.

Zdawać by się mogło, że niegdysiejszy ryż i triumfujące do niedawna euro to odległe zestawienie. A przecież jedno i drugie jest jak sztuczna karma bez właściwości. Wymyślona przez idealistycznych (?!) technokratów wspólna waluta okazała się dmuchaną paszą. Europejskie kraje, zwłaszcza te najbardziej wyposzczone żarły ją garściami jak głodne, niesforne dzieci, żarły do utraty tchu, w euforycznym poczuciu upragnionego dostatku. I oto nastała era bolesnej niestrawności: burczenia w brzuchu, niekontrolowanych gazów i rozdętych od napompowanej powietrzem skrobi żołądków. Jak wspomniałam, prażony ryż nie syci choć niewątpliwie daje dużo przyjemności. Tak jak lśniące dworce w zapadłych portugalskich miasteczkach, z bezszelestnymi windami niemieckiej produkcji i nienagannie gładkie drogi z francuskiego asfaltu na hiszpańskiej prowincji. O ulubionych przez Włochów i Greków Audi nie wspomnę.

Druga pięćdziesiąt. Za oknem cisza. Powinnam powiedzieć, że idę spać, ale gdzie tu iść, skoro jestem we własnym łóżku? Moja umysłowa pchła z zaawansowanym ADHD chyba usnęła. Rozsypywanie wokół siebie ryżu i euro w samym środku nocy nie jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza, gdy tak jak ja nienawidzi się okruchów na prześcieradle. Zgarniam je więc czym prędzej i mówię: dobranoc. Może jutro będzie słońce? O, znów pada.

03:06, anitaes
Link Komentarze (4) »
sobota, 07 kwietnia 2012
Tożsamość narodowa drutem powiązana .

Na pewno to znacie:

szopa postawiona na tyłach domu. Albo gdzieś w polu. Lub w otoczeniu innych szop. Składanka - lepianka. Z drewna, żelastwa, grubej folii, blachy falistej, eternitu, papy, starych furtek, wymontowanych okien i plastiku. Pochylona, krzywa, ledwo trzymająca się kupy. Nieśmiertelna.

Zawsze myślałam, że to nasza specjalność. Pokomunistyczna skaza. Bieda-mentalność. Jak Polska długa i szeroka, od Rawicza po Orunię, od morza do Tatr: szopy, altany, składziki, chlewiki i przybudówki. Niezależne od pogody, rządów, od tego czyś Ślązak czy Kaszub i kto wygra YCD - nasz rys charakteru, piętno a zarazem wyróżnik na tle innych narodów.

Nieprawda. Nie jesteśmy narodem wybranym. Włosi w kwestii szop to nasi bracia i siostry. Najbliższa rodzina. Ich szopy i nasze szopy urodziła ta sama matka. Ta włoska była nawet bardziej pobłażliwa. Jak budynki Daniela Libeskinda - wszystkie mają ten rozpoznawalny, ponadczasowy styl. I nawet okoliczności przyrody, te zauważalne różnice pomiędzy buraczanym zagonem a rozpiętą przy szopie winoroślą nie zmieniają faktu, że powołała je do życia ta sama potrzeba ducha, poryw serca i zmysł praktyczny.

Otoczenie szop też jest takie samo: pordzewiałe wanny, beczki po oleju napędowym, złożony na stertę złom i stare sztachety a nawet, tak, a nawet widoczne tu i ówdzie wypatroszone Fiaty 126, teraz budy dla psów i kur polskich i włoskich - wzruszający mianownik naszych narodowych cech i losów.

O czym mówi nam szopa, ta ponadnarodowa, sklecona polskimi i włoskimi rękoma niewykwintna twórczość? Mówi nam o braku i o pamięci biedy. Ale też o wolności. O swobodnej kreacji. O nieskrępowanej zaradności i nieodpartej potrzebie anarchii. Te szopy są jak demonstracja ludzkiej siły: żeby świat się walił a światowy kapitał poszedł z bankowym dyktatem na noże, my w naszych szopkach zawsze znajdziemy wszystko, co do życia potrzebne. Szopa jako emanacja duszy. Jako fundament tożsamości. Cała prawda o narodzie. 

A co z tymi, którzy nie mają szop? Włoskie szopy sięgają do Niziny Padańskiej. U podnóża Alp się kończą. Tam niemiecki porządek ruguje je jak wstydliwą przypadłość. Zastępują je malowane co rok ekologiczną bejcą zgrabne szałerki. W dodatku ozdobione podrzeźbionymi okienniczkami. Tam kultura szop nie dotarła, bo nie znalazła podatnego gruntu do rozwoju. Tamtejsza tożsamość narodowa wyklucza pordzewiałą blachę falistą i naddartą, plaskającą na wietrze papę.

A przecież gdy byliśmy dziećmi, bez względu na narodowość, wszyscy bawiliśmy się budując z krzeseł, deski do prasowania i ściągniętych z wersalek koców nasze sekretne domki i bazy. A potem właziliśmy do nich, by w ciemności, z latarką w ręku naradzać się w ważnych kwestiach, oddzieleni od świata dorosłych i ich spraw. Polacy i Włosi nadal oddają się tej niewinnej, szczenięcej radości klecąc swoje szopy. Czy to znaczy, że nigdy nie dorośli? A może ci, co ze swojego krajobrazu pozbyli się szop, przy tej okazji pozbyli się ze swojej duszy czegoś, co ważne?

Kiedyś nie lubiłam szop. Szopy mnie wkurwiały. Synonim naszej bylejakości. Wiem, że się myliłam. W tym coraz gładszym, coraz bardziej estetycznym i zunifikowanym świecie daję im prawo do istnienia. Szopy to jeden z ostatnich przejawów ludzkiej wolności i kreatywności, nieuregulowany żadnymi przepisami. Gdy biurokraci z Brukseli zaczną planować i dawać wytyczne jak budować szopy, czas umierać. Albo posłać Unię do diabła.

szopa

09:11, anitaes
Link Komentarze (7) »
niedziela, 01 kwietnia 2012
Oczarowania serio i nie całkiem serio.

Znów wróciły stare, dobre czasy. Śpimy po kilka godzin. Mamy miesiąc by wykończyć dom Emmy do sesji zdjęciowej. Deadline - początek maja. Dzieje się. Nawet dzisiaj, przy niedzieli palmowej i pomimo, że na każdym stole stygł tradycyjny królik po toskańsku Francesco i Angello, dwaj robotnicy z Pugli malowali ceglane sufity i belki. Wieczorem generalne sprzątanie, usuwanie kurzu i pyłu, bo jutro wchodzi Mario, specjalista od podłóg. Wyświeci Emmie jej cotto i wreszcie stanie się DOM.

Potem krótka przerwa - czyli czas na schnięcie podłogi - a my wtedy jedziemy na południe na zaproszenie generalicji do ciepłego o tej porze Taranto, by zobaczyć wielkanocne mistyczne misteria. A później już tylko malowanie i cała przyjemność po mojej stronie, czyli meble, tkaniny i inne takie...

Emma wraca po 14 kwietnia i wtedy po raz pierwszy zobaczy efekty.

He, he. Surprise!

Od początku dała nam całkowicie wolną rękę - określiła jedynie budżet - a myśmy się nie hamowali w swoich pomysłach. Wymarzony inwestor - pełen życiowej mądrości - w końcu każde dziecko wie, że  nic tak nie rozwala projektu, jak dwie szefowe o silnych osobowościach i przeciwstawnych wizjach.

Jak wyszło? Jak zwykle, czyli pięknie. Do diabła z fałszywą skromnością. Z małej, zimnej, brudnej i nieprzyjemnej norki wyłonił się miły, przytulny, pełen fajnych detali i ciekawie zaaranżowany domek. Zazdroszczę Emmie, że go ma. Też bym taki chciała.

A Anghiari mnie zupełnie zaczarowało - byłam tu codziennie, po kilka razy: w słoneczne świetliste poranki, pomarańczowe popołudnia i wieczorami, gdy mury miasta oświetlają latarnie. I stale mi mało.

Może by się tu przeprowadzić, co? - i tu mrugnęłam okiem.

zaułek

To przy tej uliczce stoi domek Emmy. Wewnętrzna dróżka starego konwentu, który mieścił się w tym miejscu w XII wieku. Powyżej były klasztorne ogrody, które, jak widać, przetrwały.

zaułek2

A tu ta sama uliczka widoczna z małego parku, którym schodzę codziennie w dół, sprawdzić, co się dzieje na budowie. Miło, prawda?

16:49, anitaes
Link Komentarze (8) »
środa, 28 marca 2012
Zmiany.

Zawsze uważałam, że zmiany są fajne. Dają energię. Zmuszają do uruchomienia myślenia. Wytrącają z utartych, rozjeżdżonych jak polskie drogi torów. Lubię zmiany.

Po ostatnich doświadczeniach powiem jednak: z jednym wyjątkiem. Nie mogą dotyczyć operatora internetu.

Postanowiliśmy zasmakować nowego TeleTu i porzucić na zawsze TelecomItalia. Zapragnęliśmy odżywczej zmiany. Jakby to co stare i sprawdzone, mimo swoich zalet, wymagało wymiany. Czysta forma konsumpcjonizmu.

Błąd.

Oczywiście kierowała nami chciwość. Żadna tajemnica. Chciwość rządzi światem. Zacieraliśmy rączki z tej chciwości. Chichotaliśmy chciwie i radośnie. Płacić 30 euro zamiast 90 - co za satysfakcja i złoty zysk.

No i się zaczęło: zmiana rutera. Zmiana modemu. Nowe przejściówki. Kable eternetowe. Zwykłe kable. Plątanina czerwonych, niebieskich, szarych kabli.  I tych żółtych, najgorszych, jak oczy diabła. Telefony do TeleTu. Do rodziny. Do znajomych informatyków. Konsultacje. Zwroty jednych  i zakup nowych ruterów. Z wyjściem do telefonu. Bez wyjścia. W kształcie tuby i w kształcie tradycyjnym.

Kilka dni staliśmy stłoczeni w schowku. W tym samym, gdzie koty mają toaletę. Gdzie stoi zapasowe łóżko i walizki. Ja, mój mąż, Marta i Chus, jej chłopak. Powoli ogarniała nas choroba alpinistów. Mieliśmy na zmianę ataki głupawki i agresji. Kable zdominowały całą przestrzeń. Ba, nasze dotychczasowe życie. Bo sprawa się skomplikowała. Nasz telefon internetowy Freeconetu, z trójmiejskim numerem zamilkł. Internet zgasł po długiej agonii. W domu zapanowała złowroga cisza. I tylko te lampki w ruterze świeciły czerwonym, złośliwym blaskiem.

W końcu zadzwoniliśmy jeszcze raz do TeleTu. Sięgnęliśmy do naszych korzeni. Wróciliśmy do polskiej retoryki. Byliśmy bezlitośni. Wycedziliśmy, że wracamy do TelecomItalia. Dosyć tej męki i szarpania naszych nerwów, pozwijanych ciasno jak kable telefoniczne. Dosyć tej zmiany.

I wtedy nastąpił cud. Zaświeciły zielone lampki. Zamrugały do nas z nadzieją. Potem pojawił się Google. Wlazły stare maile. Zadzwonił telefon. Wróciło, kurczę, życie.

Oni czegoś tam nie włączyli. Ale potem się zorientowali. I włączyli. Ale się nie przyznali, bo i po co? Ludzie na całym świecie są podobni. Nie lubią mówić o swoich błędach. Rozpierała nas wściekłość i wzruszenie. Tym bardziej, że po dziesięciu minutach ktoś znów od nich zadzwonił, by spytać o jakość ich serwisu. Mała ankieta. Kilka pytań. Rzuciliśmy słuchawką. Tak, by zrozumieli  przekaz. Chyba dotarło, bo już potem nikt nie dzwonił.

Powiedziałam, że lubię zmiany? Chyba byłam pijana. Albo bardzo młoda. Ostatnio dochodzę do wniosku, że ze zmianami należy uważać. Zmiany w życiu okupuje się czasem samym życiem.

10:29, anitaes
Link Komentarze (5) »
sobota, 17 marca 2012
Spełnione życzenia.

Ludzie grają w lotto, zbierają pieniądze na podróż marzeń, śnią o miłości życia. W tych snach rzeczywistość znika jak wymazany gumką rysunek, nieudany i pokraczny, w szarym kolorze ołówka a w jej miejsce pojawia się świetlista wizja cudownego, upragnionego stanu: wolności od problemów, dostatku, zdrowia, urody, niekończącego się szczęścia, bycia wreszcie na właściwym miejscu.

Mnie natomiast zawsze interesował stan "po".

Co się dzieje, gdy w końcu życzenia się spełniają? Gdy sięgnęliśmy nieba? Gdy mamy to, o czym marzyliśmy w ciemne, ciche noce, czasem przez wiele nużących lat? Czy ogarnia nas błogostan czy pustka? I o czym wówczas rozmyślamy nocami?

Ktoś powie: trzeba się cieszyć. Ok. Cieszymy się więc. Używamy. Doświadczamy. Ale stan szczęścia nie jest permanentny. W końcu mija a my wciąż jesteśmy w świecie, który ściele się nam do stóp. W którym staliśmy się królami życia. Trzymamy świat w garści i czujemy, jak bije jego serce. Tyle tylko, że zapłaciliśmy za niego najdroższą posiadaną walutą.

Czy warto trwonić marzenia na spełnianie marzeń?

Nie wiem dlaczego, ale wróciło do mnie pewne wspomnienie: czy ktoś jeszcze pamięta ten moment z dzieciństwa, we wrześniu, gdy rozpoczynał się rok szkolny i leżały przede nim nowe, czyste zeszyty? Pierwszą stronę zapisywało się pięknym, równiutkim pismem. Czasem jeszcze drugą. Ale kolejne już nie.

A wracając do spełnionych marzeń: jak je oswoić i polubić, gdy swój dotychczasowy stan lotny zmieniły na stały? I co pozostaje w duszy, gdy marzenia ją opuszczą? Do tej pory miały w niej swoje ciepłe, zaciszne miejsce. Mały kącik albo rozległe przestrzenie. Teraz hula tam wiatr.

Obejrzałam właśnie film "Capote". Po raz drugi czy nawet trzeci. Piękny film. Chłodny choć parzący. Pełen subtelnych emocji, które wydają się być przybite do każdej sceny pordzewiałymi gwoździami.  Udręka pisarza, wybrańca bogów i ulubieńca elit , który w imię sztuki splótł swoje życie z bohaterami pisanej przez siebie powieści. Splótł na zawsze i tak mocno, że gdy w końcu obydwaj opisywani przez niego zabójcy po wielu latach oczekiwań zawisną wreszcie na stryczku, Capote skończy powieść życia i przepłaci to wszystkim co posiada - jego talent pochłonie piekło spełnionych marzeń.

Jego kolejna, ostatnia niedokończona nigdy książka nosi tytuł " Spełnione życzenia". Nieudana próba odczarowania losu, która ostatecznie odebrała mu ostatnią rzecz, na której mu w życiu zależało: grono wiernych i, wydawać by się mogło, zawsze podziwiających go przyjaciół. To właśnie tam zawarł cytat ze Św. Teresy z Avila, o którym kiedyś już tu wspominałam a który wciąż mnie fascynuje:

"Więcej łez wylano z powodu spełnionych życzeń niż z powodu niespełnionych."

20:10, anitaes
Link Komentarze (10) »
czwartek, 15 marca 2012
Pokajanie procentowe.

Kajam się. Nie było mnie tutaj bo wróciła Emma. Bo kwitnie życie domowe. Bo zaczynam uprawiać włoskie podatkowe pole. Bo pieszczę dom w Anghiari a na dodatek mam stałe baczenie na sprawy kocie i inne sprawy.

Kajam się więc i tym kajaniem chcę zadośćuczynić wiernym czytelnikom, którzy codziennie tu zaglądają i widzą jedynie przeterminowanego Kolesia lub white russian, po raz dziesiąty, czyli do mdłości.

Zatem:

- pierwszej osobie która do mnie napisze oddam na tydzień, w maju lub w czerwcu - daty do uzgodnienia -  za 50 % ceny pokój piccolo

- drugiej dam zniżkę 40 % - żeby nie było, że kto pierwszy ten lepszy

- a trzeciej - dla równowagi i adekwatności - 30 %

Czekam na maila.

Jeśli w kwietniu będzie mnie tak mało jak w marcu to obiecuję za miesiąc znów zrobić takie a kuku.

Albo nie, nie obiecuję - ze wspaniałomyślnością tak jak i z samobiczowaniem nie należy przesadzać.

Ciao.

23:55, anitaes
Link Komentarze (7) »
środa, 07 marca 2012
Dudeizm.

Przypominam:

Biały Rosjanin składa się z 50 ml Kahlua, z 100 ml skondensowanego mleka, 100 ml wódki i kostek lodu.

Dziś dzień Kolesia. Wypijcie jego zdrowie. Gdyby nie Big Lebowski, świat byłby spięty, dopasowany i trzeszczący jak garnitur szyty na miarę.

Jak wiadomo, życie już takie jest: czasem ty zjadasz batona a czasem on zjada ciebie.

W innym tłumaczeniu w miejsce batona pojawia się niedźwiedź, ale, odpowiedzcie sobie sami, jakie to ma znaczenie?

Równie dobrze mogłaby to być kura - Koleś przyjąłby to z takim samym, niewzruszonym spokojem i zrozumieniem -

- czego wszystkim nam życzę.

07:00, anitaes
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16