RSS
sobota, 02 stycznia 2010
Przepis na spotkanie z Bogiem /bez szminki i photoshopa/.

anghiari muryanghiari IIanghiari zegaranghiari IIIanghiari IIIIanghiari IIIIIanghiari IIIIIIanghiari a

Przepis jest prosty: aby udać się do raju, należy wstać o 6.20. Pojechać 7 km do Anghiari. Stanąć na murach miejskich. Poczekać do wschodu słońca.

I już.

Dla bardziej wybrednych: po godzinie, czując lekki chłodek zejść na Piazza, napić się kawy i zjeść ciepłego rogalika.

Dla super wybrednych: pijąc gorące, aromatyczne caffe', zapalić fajkę.


11:40, anitaes
Link Komentarze (3) »
czwartek, 31 grudnia 2009
Różne takie sylwestrowe...

Jak co roku w Sylwestra, zamykamy stare sprawy i z radością i wiarą wyznaczamy sobie nowe wyzwania.

Ja także, tradycyjnie już postanowiłam w nowym roku zgubić kilka kilogramów. Jak co roku. Gdybym była konsekwentna przez te wszystkie lata i bezkompromisowo trzymałabym się noworocznych obietnic, dziś byłabym przezroczystym piórkiem. Na szczęście istnieje Panetone, włoskie ciasto bożonarodzeniowe, które okazuje się silniejsze niż mój twardy charakter.  Jako kolejne najpopularniejsze i rozbrajająco śmieszne postanowienia noworoczne wymieniłabym jeszcze:

- rzucenie palenia

- rzucenie nudnego męża lub żony

- żadnych pyskówek z dziećmi ( uczymy się rozmawiać jak ludzie, nie damy się sprowokować smarkaczom)

- jeść zdrowo i biegać co rano po osiedlu

- przeczytać jakąś mądrą książkę lub choćby jakąś gazetę bez obrazków

Pełni entuzjazmu wyrzucamy fajki do śmietnika, robimy na kartce bilans życia z małżonkiem, biegniemy do sklepu po sałatę i dres, a w kiosku, ku zdziwieniu pani Krysi, zamiast Gali prosimy o Rzeczypospolitą. A potem przychodzi Sylwester, postanowienie z każdym kolejnym kieliszkiem szampana wlewa nam się w mózg, nasza siła w naszych rękach, i czujemy, że oto nadchodzi dzień wielkich zmian - WIELKICH ZMIAN.

A pierwszego, po obudzeniu, w lekkim oszołomieniu i z pewnym zażenowaniem najpierw grzebiemy w śmieciach, by znaleźć wyrzuconą bezmyślnie paczkę fajek, palimy dwa, jeden po drugim - jeden w nagrodę, że wytrzymaliśmy, drugi ze stresu, że znowu palimy. Potem zdruzgotani robimy awanturę córce, że wychodzi na ulicę z gołym brzuchem, na pociechę zjadamy cały  torcik wedlowski a Rzeczpolką rozpalamy ogień w kominku. Następnie z ulgą zakładamy nowy, wygodny dres i kładziemy się na kanapie, by w ciszy rozmyślać, jakie to życie cholernie trudne i gorzkie.

Wszystkiego najlepszego, trzymajcie się!

A na Nowy Rok ode mnie słodka Siena o poranku, na gorycz wszystkich naszych sylwestrowych porażek:

siena o porankusiena znowu

domy w sienie


17:14, anitaes
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Miłe bujanie nad miastem.

W święta została otwarta dla zwiedzających dzwonnica przy katedrze. Wróciliśmy natchnieni z Asyżu i postanowiliśmy wdrapać się na górę. Najpierw schodami stromymi jak drabina, po drodze mijając głośno grające organy, gdzieś blisko za maleńkimi jak dla krasnoludka drzwiczkami. Potem bardzo wąskim przejściem na samą górę, po drodze podziwiając freski przy kamiennych sklepieniach. A w jednym z ostatnich pomieszczeń zaskoczeni przechodzimy obok stołu zastawionego ciastem i winem, bo to drugi dzień świąt. Obsługa dzwonnicy też ludzie i swoje święta mają.

Na górze widok przepiękny, słońce zaszło chwilę wcześniej, po porannych deszczach niebo zupełnie czyste, żółto-granatowe, a w tle zarys wzniesionego na górze miasteczka Anghiari. A nad naszymi głowami stare, piękne, prawdopodobnie jeszcze gotyckie dzwony i drewniana, solidna konstrukcja dzwonnicy. Któryś z krzątających się tam panów zaproponował, byśmy poczekali 20 minut, do 18.00. Zobaczymy wówczas jak to wszystko działa.

Było zimno, więc zeszliśmy do salki poniżej, gdzie za chwilę zostaliśmy poczęstowani winem własnej roboty i ciastem, które upiekł jeden z dzwonników. Winko było młode, miesięczne i zaszumiało. A zaraz potem wszyscy ze wszystkimi gadają, życzą sobie wesołych świąt, choć od razu widać, że te kilka osób, dzwonnicy i my to ludzie zupełnie przypadkowi.

Potem weszliśmy lekko wstawieni na górę i mogliśmy popatrzeć i posłuchać z bliska, to co codziennie słyszymy z wież kościelnych. W sumie grały cztery dzwony, do czego potrzebnych było pięciu facetów. Najpierw kolejno je uruchamiali, potem liną związali wszystkie serca ze sobą , by ostatecznie na koniec dzwonił jeden największy, poruszany nie jak pozostałe, sznurem, ale nożnie, przez dwóch dzwonników. Aby się rozkołysał, musieli wejść na górę, i depcząc każdy ze swojej strony na drewnianą belkę, doprowadzali do tego, że dzwon stawał dęba. A w tym czasie trzy pozostałe, połączone stalową linką, wydzwaniały melodię, graną przez najstarszego dzwonnika, prawdopodobnie kościelnego.

Niesamowite jest to, że wszystko co oglądaliśmy, każda czynność, jest niezmienne prawdopodobnie od setek lat. Zmieniją się tylko ludzie, ich stroje, może trochę język. A wieża za każdym wzlotem wielkiego dzwonu chwiała się wyczuwalnie, mimo, że zbudowana z solidnych ciosów kamiennych. Początkowo uznałam że to wpływ młodego wina, ale gdy sami dzwonnicy kazali nam przyłożyć ręce do muru, by poczuć chwianie, wiedziałam, że bujamy się naprawdę. A winko było miłym znieczulaczem, by stracić orientację, co tak naprawdę wesoło się chwieje: my, wieża czy dzwony?

miastobujaniewidok nicedzwonienie

18:17, anitaes
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 grudnia 2009
Wesołych świąt, Buon Natale!

Nasza pierwsza zima w Toskanii. Spodziewaliśmy się trochę deszczu i temperatury max. -2. W zeszłą środę zaglądamy na Corriere della Sera a tu niespodzianka. Temperatura w okolicach Sansepolcro ma spaść do - 14 stopni. Nie chciało nam się wierzyć, ale poczuliśmy to już w czwartek - na budowie było potwornie zimno. Trzeba się cały czas ruszać, bo można zamarznąć. Akurat pracowaliśmy w jadalni, odkrywaliśmy z tynku portal wejściowy, zbudowany z potężnych głazów, teraz to jest okno i drzwi, ale być może była to brama, są ślady po zawiasach. Kuliśmy, coraz bardziej zgrzani i niecierpliwi, by zobaczyć całość, a temperatura w domu nie przekraczała 5 stopni. W nocy zasypało śniegiem, a w sobotę było już -10, gdy jechaliśmy do Citta de Castello. Piękna polska zima. I tak samo drogi i ulice nieprzejezdne. Włochów usprawiedliwia fakt, że takie temperatury i śniegi bywają raz na 70 lat.

A oto kilka zdjęć zimy toskańskiej:

zima Izima IIzima IIIzima IV

Mamy nowego kowala. Luiggi dotrzymał słowa i przyprowadził kolegę. Ma na imię Lorenzo i nosi diabelską bródkę. Pojechaliśmy do jego pracownii, a potem do domu, by zobaczyć pewne rozwiązania dla szklanego dachu. Dom w budowie, na wzgórzu, z niesamowitym widokiem, przeszklony w dużej części i bardzo nowoczesny. Fajna, odważna architektura. Rozsuwane szkalne ściany, dach, podłogi. Ale poniewać zamarzały nam usta i oczy, nawet nie próbowaliśmy pogadać. Lori ma przyjechać do nas, by ustalić ostatnie detale i wtedy pójdziemy na kawę.

W weekend tylko w kaplicy-zbrojowni dało się pracować, zabraliśmy z domu termometr by kontrolować sytuację. Ale znów kolejne odkrycia. W miejscach, gdzie obecnie są sklepienia, kiedyś były prawdopodobnie okna. I to prawie na każdej ścianie. Po zbiciu tynku widać ślady zatynkowanych nisz. To kolejny dowód na to, że obecne, renesansowe sklepienia są dużo nowsze a budynek, teraz ciasno otoczony innymi domami, był wolnostojący. Gdy analizujemy wszystko razem: portal przy studni, odnalezione nisze, zamurowane okno w chiostro, czyli wewnętrznym podwórku, czy dawne przejścia, widzimy, jak wiele przez wieki wykonano przeróbek i przebudowań. K. zbijał wiszące tynki a ja, siedząc na rusztowaniu, milimetr po milimetrze, odsłaniałam freski. Niestety, są w bardzo kiepskim stanie. Częściowo spadły a częściowo wiszą na platkach poprzedniej farby. Rozmawiałam z Izą, konserwatorką z Gdańska i obiecała przesłać nam fiksaturę do ich utrwalenia takim w stanie, w jakim są. To suche freski,na tynku nie zostają po nich ślady, gdy farba się kruszy, spada wszystko i nie ma śladu po malunkach. Włoska konserwatorka, którą przyprowadził Sergio, też wydawała się bezradna. Zaproponowała, by zdjąć je w całości, z tynkiem, ale nie stać nas na takie zabiegi.

Na osłodę K. znalazł w ścianie kolejną niespodziankę: piękną, średniowieczną niszę, zaraz obok planowanej łazienki, w której idealnie zmieści się umywalka i lustro. Musimy zmienić tylko projekt, ale to mała cena za to odkrycie.

Fabrizzio skończył prace i do 10 stycznia wszyscy mają wolne. Przed wyjazdem do Rzymu, po rodziców K. zanieśliśmy na budowę małe prezenty: żubrówkę dla Franka i Luiggiego ( myśliwi!), torciki wedlowskie dla Marco, Francesco i Cosimo, oraz album o Gdańsku dla Fabrizzia. Było bardzo miło, złożyliśmy sobie życzenia, jak zawsze pożartowaliśmy i pa pa do Nowego Roku.

A w Rzymie było 20 stopni, piękne lato, nie chce się wierzyć, że kilka dni temu w Sansepolcro zamarzały rury i ludzie. To tylko 2 i pół godziny jazdy samochodem. Gdy wracaliśmy wieczorem z Fiumicino, u nas też temperatura skoczyła radykalnie i zrobiło się naprawdę ciepło. A wczoraj gotowałam bigos, barszcz z uszkami, smażyłam karpia, którego przywiozła mama, bo tu nie ma, i było bardzo miło. Przygotowałam też śledzie, ale na polsko-włoski sposób: polskie matiasy i gorczyca, włoska oliwa, cytryna i cebulka szalotka. Zajadaliśmy się też pysznymi Panetone, słynnymi babkami drożdżowymi, sprzedawanymi tylko przed świętami Bożego Narodzenia.

A potem wpadł na chwilę Franco i przyniósł nam wielki udziec dzika, którego sam upolował! Zupełnie nie wiem, jak go przyrządzić, może znajdę jakieś wskazówki w internecie.

Auguri di buon Natale! A tutti!


00:00, anitaes
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 grudnia 2009
Questo e l'Italia.

Kilka dni temu przyjechał do nas Luiggi z Cerbary, nasz kowal, który ma zrobić do naszego domu kilka żelaznych konstrukcji potrzebnych do wykonania szklanego sufitu, przeszklonych drzwi, okna dachowego, szklanej podłogi nad studnią i krat. Już gdy się pojawił, było widać, że coś nie teges - Luiggi jest zawsze hałaśliwy i wesoły, a wszedł cicho, zgarbiony i markotny. Opowiedział nam swoją przygnębiającą historię, o której nie mogę przestać myśleć.

Luiggiego poznaliśmy na Fiesta Medievale, corocznym średniowiecznym święcie, organizowanym w Sansepolcro pod koniec sierpnia. Pewnego wieczora całe miasto cofa się w czasie, gasną latarnie, pojawiają się stragany, płoną świece, ludzie, którzy codziennie rozwożą pocztę lub sprzedają w markecie, zakładają ubrania z epoki, przebierają swoje dzieci i wychodzą na miasto. Można na ulicach potknąć się o kury i gęsi! Wszędzie rozbrzmiewa muzyka a w różnych miejscach otwierają się warsztaty rękodzielnicze i z bliska można oglądać, jak wykonywano świece, tkano czy wykuwano żelazo.

fiesta - ulicafiesta - piazzafiesta - scenkafiesta - ulica I

I właśnie taki warsztat miał Luigi, który razem z małym Valentino, ubrany w skórzany fartuch rozdmuchiwał żar, walił młotem, sypał iskrami i zagadywał przechodniów. Opowiedział co robi, pokazał swoje wyroby i z chęcią przyjął zaproszenie, by zobaczyć, co będziemy potrzebować w naszym domu. Potem poznaliśmy jego żonę, Aleksandrę, razem byliśmy kilka razy na Ciaccia, pysznym umbryjskim jedzeniu, na fieście w Monte Santa Maria Valtiberina i w Asyżu. Bardzo fajni, zwyczajni i sympatyczni ludzie. Cieszyliśmy się, że będzie dla nas pracował.Luiggi i ValeValentino

Luiggi, jako kowal nie miał zbyt dużo pracy, więc gdy po trzęsieniu ziemi w L`Aquila dostał zlecenie na wzmacnianie domów w zniszczonym centrum, był szczęśliwy. Zmontował ekipę, otworzył w banku kredyt na zakup materiałów i przez ostatnie kilka miesięcy od poniedziałku do piątku ciężko zasuwał w Abruzji. Płacił ludziom, pokrywał koszty pobytu i dojazdów i nagle okazuje się, że firma, która dała mu zlecenie, znika. Kontrakty rządowe na odbudowę miasta, finansowane ze środków krajowych przejmowały mafijne spółki, które zatrudniały podwykonawców, takich jak Luiggi. Potem odbierały wynagrodzenie i rozpływały się w powietrzu. a Luiggi został z 80 tysiącami Euro długu. Pamiętam, że czytałam w Wyborczej, zaraz po trzęsieniu ziemi, że rząd włoski obawia się, czy w związku z ogromnymi środkami, jakie będą przeznaczane na odbudowę, mafia nie będzie chciała przejąć części zamówień. Questo e' l'Italia - to są Włochy, zakończył Luiggi.

Tragedia polega na tym, że bank chce zwrotu kredytu i może sięgnąć po jego dom lub warsztat. Teraz zdesperowany szuka na gwałt pracy i ma szansę na zatrudnienie w Enel, odpowiedniku polskiej Energii, za dobre pieniądze, ale praca byłaby w Hiszpanii. Niestety, musiałby na pięć lat wyjechać, by odpracować długi. Powiedział, że jeśli tak będzie, i zdobędzie tę pracę, to wszystko, co miał dla nas wykonać, zrobi przed wyjazdem, a jeśli czegoś nie zdąży, dokończy to jego przyjaciel, z którym razem pracują.

Bardzo podobną historię opowiedział nam nasz elektryk, Gianni, również bardzo sympatyczny i spokojny człowiek. W Sienie zrealizował zlecenie na wykonanie instalacji elektrycznej dla 40 apartamentów. Inwestor jest mu winny 40 tysięcy Euro i nie płaci. Gdy spytaliśmy, czy to Włoch, Gianni powiedział, że nie, Neapolitańczyk.

Smutne historie, tym bardziej że przytrafiły się fajnym i przyzwoitym ludziom.

12:00, anitaes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 13 grudnia 2009
Odkrycia duże i małe.

Skończyliśmy wczoraj przygotowywać ściany do tynkowania. To znaczy został jeszcze cały parter, ale to będziemy robić, gdy K. wróci z Polski. Pracowaliśmy dzielnie przez cały tydzień, od 8.00 do 21.00, z krótką przerwą na obiad. Wracaliśmy wieczorem zapyleni, zmarznięci i potwornie zmęczeni. Nasz dom to nieprawdopodobna ilość dziur i kanałów z nową instalacją. Każdą trzeba było zmoczyć na brzegach i przeskrobać do starego tynku, by nowy miał się trzego złapać. A stary tynk, wapienny, miejscami czterystuletni, kruszył się pod naciskiem szpachli. Zaczynało się od niewielkiej dziury a po chwili spadało pół ściany.W dodatku na każdej scianie przynajmniej siedem warstw farby. Gdy natrafiałam na olejną, tuż przy podłodze, z lat 70-tych, zaczynał się koszmar.

Zostawiliśmy sobie na później także kaplicę czyli zbrojownię. Pomieszczenie ma ponad 5 metrów wysokości, sklepienia i freski. Było podzielone ściankami i miało wstrętną, betonową i mocną jak bunkier łazienkę, z wejściem z korytarza. Łazienka zawieszona była prawie w powietrzu i od razu uznaliśmy, że pójdzie pod łom. Potem okazało się, że łom to za mało na te góry stali i zaprawy. Kaplicę nazywamy kaplicą, bo natychmiast skojarzyła nam się z pomieszczeniem sakralnym, tym bardziej, że na ścianach, pod farbą, widoczne były freski.

Ale powoli zaczęliśmy odnajdować w niej ślady innego przeznaczenia, a kilka osób, z którymi rozmawialiśmy, powiedziało nam że to dawna zbrojownia Palazzo Gerardi. Ostateczny dowód był dość nieoczekiwany i spektakularny. Podczas prac rozbiórkowych ohydnej łazienki trafiliśmy na zniszczony portal. Byliśmy pewni, że to małe, zapomniane przejście, zmasakrowane podczas budowy w latach 70-tych rozbieranego przez nas pomieszczenia, prowadzące kiedyś do innej części domu, teraz należącej do sąsiadów. Ale gdy doszliśmy do podłogi, okazało się, że w połowie portalu jest stopień, z równo poukładanymi cegłami. Po podniesieniu jednej z nich mieliśmy pełną jasność, co odkryliśmy. To renesansowa toaleta, z wygodnym siedziskiem i niszą w sam raz dla szczupłego tyłka. Wszyscy robotnicy zbiegli się podziwiać nasze odkrycie, cmokali z zachwytem i gratulowali K., bo to ponoć obecnie rzadkość. Oczywiście postanowiliśmy szczelnie zamurować otwór i zostawić kibelek na widoku, bo jest naprawdę miły i szczególny.

Na parterze nie możemy nic robić, bo jesteśmy kompletnie zasypani śmieciami i gruzem. Mały, gruby Fabrizziani, którego nazywamy Picasso bo bardzo podobny do artysty, przyjeżdżał swoją wywrotką, na której miał małą koparkę a w kabinie strasznie jazgotliwego psa. Mówił coś bardzo szybko, machał rękoma i zabierał się do pracy. Pierwszy raz, gdy zobaczyłam tę jego koparkę, to wpadłam w panikę. W jadalni na parterze, gdzie gromadzimy gruz, mamy piękne stare cotto i ciary mnie przeszły, że będzie tam używać ciężkiego sprzętu. Ale Fabrizziani zaczął jeszcze szybciej biegać koło koparki i machać rękoma, i mówić w tempie karabinu maszynowego, z czego zrozumiałam, że nie mam się bać, bo on podłogi nie niszczy i wszystko będzie dobrze. I faktycznie, był u nas kilka razy a podłoga nienaruszona. Niestety, nasz Picasso kilka tygodni temu złamał sobie rękę i czekaliśmy, aż zdejmą mu gips. A góra plastikowych rur, metalowych prętów i zwałów tynku rosła i rosła. Ale w czwartek okazało się, że coś tam nie tak z tą ręką i trzeba będzie szukać nowego artysty.

Fabrizzio obiecał, że wejdzie 9 grudnia i oczywiście był. Cała ekipa pojawiła się o 7.15 z samochodem pełnym materiałów budowlanych a o 7.30 już ruszyła betoniarka. Po trzech dniach skończyli nakładać gruby tynk na II piętrze. Od poniedziałku kończą cieńkim tynkiem i wchodzą na pierwsze piętro. Są niezmordowani. Żadnych przerw na papieroska, piwko czy pogaduchy. O 10.00 jedzą śniadanie i zasuwają do 12.00. Potem przerwa na obiad i o 13.30 już pracują do 17.00. Jak nie włączymy radia, to sami śpiewają. I w 99 % robią wszystko bardzo dokładnie i prawidłowo. W Polsce przeszliśmy parę remontów i jedną budowę, ale żadna ekipa tak nie pracowała. Zresztą pierwszy nasz włoski wykonawca, Silvio, też tak nie pracował. Powiedziałabym nawet, że pracował wręcz przeciwnie.

Współwłaścicielem firmy jest Franco. Trzyma wszystko mocną ręką. Jest nieprawdopodobnie silny - gdy nasi elektrycy, dwóch filigranowych facetów, próbowało wbić w ziemię pręt do uziemienia, oczywiście bez żadnych rezultatów, Franco odsunął ich bez pardonu, przełknął ostatni kawałek chleba z mortadelą, wziął ogromny młot i przez 15 minut zaczął walić, sapiąc i parskając. I oczywiście wbił. Słabością Franco tylko jego mocno już wiekowa mamma, która co pół godziny wydzwania do synka, na komórkę, a Franco za każdym razem cierpliwie i z uśmiechem, choć bardzo głośno tłumaczy jej, że właśnie pracuje i nie może rozmawiać.

Marco i dwóch pomocników, Francesco i Salvadore, to zupełnie inna historia. Marco jest powolny, ma zawsze nieprzytomny i przerażony wzrok. Kładzie najszybciej najrówniejsze tynki na świecie. Za każdym razem, gdy coś mu nie wyjdzie, mamrocze "porca Madonna", co traktuję jako przekleństwo. W pracy pomaga mu dwóch pomocników, mali, zwinni, i bardzo szybcy. Obydwaj z Sycylli. Salvadore ma 45 lat ale życie prawdopodobnie go nie oszczędzało, bo wygląda na 20 lat starszego. Zrozumieć co mówi Salvadore to wyższa szkoła jazdy. Francesco jest młody, gadatliwy i bardzo uczynny. Gdy skrobałam ściany na ciemnym korytarzu, przytaszczył lampę, bym miała jaśniej. Nazywamy go Pinocchio, bo nosi wełnianą długą czapkę na tyle głowy, która jakimś cudem nigdy mu nie spada. Kilka dni temu Franco z Luigim stawiali kamienny kominek na I piętrze. Obydwaj byli już mocno zmęczeni, bo taki kominek trochę waży, gdy Francesco, który tylko kilka razy doniósł im zaprawę, woła nas, pokazuje kominek i pyta: - Podoba się wam? Gdy potakujemy, Francesco z dumą klepie się w pierś i wysoko podnosi głowę. To znaczy, że zrobił dobrą robotę. Franco i Luigi z westchnieniem pozostawili to bez komentarza i wracili do pracy.

Jest jeszcze Luigi, który zastępuje Franca, gdy tego nie ma, równie duży i wytrzymały. Także myśliwy. Luigi robił nam fugi w kamiennej posadzce na parterze w holu. I zrobił to perfekcyjnie. Miało wyglądać jak stara podłoga i wygląda - by tak wyszło, cały dzień klęczał na tych kamieniach i rzeźbił każdą fugę osobno. I tak 20 metrów kwadratowych, przez 8 godzin.

To oczywiście Franco - cacciatore /czyli myśliwy/ w trakcie zabierania gruzu. Mamma akurat nie dzwoni więc Franco ma chwilę spokoju:

Franco

Luiggi zwany przez wszystkich "Giggi":

Giggi

Marco czyli "porca madonna":

Marco

Wszyscy nasi wykonawcy, cała ekipa Fabrizzia, elektryk Gianni i jego cichy pomocnik Pietro, hydraulik Maurizzio i pracujący z nim Marco, wszyscy są bardzo uprzejmi i pracowici. Nigdy nie spotkaliśmy się z żadnym chamstwem, opryskliwością, czy brakiem cierpliwości. Wielokrotnie zmieniałam położenie świateł w pokojach, bo trudno za jednym razem przewidzieć wszystkie rozwiązania, a Gianni z Pietro bez najmniejszego westchnienia robili poprawki. Żaden nigdy nie był choćby "zmęczony" w poniedziałkowy poranek, nie mówiąc o piciu w pracy. Żaden nigdy nie dyskutował o naszych pomysłach, raczej wyrażali swoją opinię i nam pozostawiali decyzję. Jakakolwiek by ona nie była, zawsze bez komentarza wykonywali swoją pracę. Wszystko to brzmi jak słodkie marzenie każdego inwestora. Każdego dnia szczypiemy się idąc do naszego domu, czy aby to nie sen. I gdy słyszymy zbliżając się do naszej ulicy głośne "mamma?!", wykrzyczane przez Franca, oddychamy z ulgą. To zdarza się naprawdę.

20:34, anitaes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 listopada 2009
Mati, Witek i wiele innych tajemnic.

Okna wstawione.

Sału nie ma, jak mawiał Mati, mnóstwo poprawek, szpachlowania i malowania, ale ok, nie będę małostkowa. Witek jutro wyjeżdża, widać, że było mu głupio i starał się ile się dało poprawić. Ale już zawsze największą zagadką mojego życia pozostanie pytanie, jak to możliwe, by przylecieć do Toskanii na tydzień, być może jedyny raz w życiu i ani razu, podkreślam, ani razu nie wyjść na spacer, by zobaczyć choć kawałek miasteczka. Witek po pracy siadał przed telewizorem, zmieniał kanały z częstotliwością kilkunastu sekund i z wyłączoną fonią godzinami oglądał TV. Od czasu do czasu robił sobie przerwę, wychodził na korytarz, by zapalić "Mocnego"("to" jeszcze ktoś produkuje! Odwieczny zapach palących się skarpetek i pakuł!), i tak od dnia, gdy przywiozłam go z Rzymu, z lotniska. Czy świat nie jest zastanawiający w swej różnorodności?

To nie pierwsze i nie ostatnie nasze doświadczenie z pracownikami na tej budowie. Mati pojawił się w lipcu i od samego początku nie pozostawił nam żadnych złudzeń - natychmiast okazał się zdeklarowanym i zatwardziałym hipochondrykiem. Zaczynał i kończył pracę od dokładnego smarowania się przeróżnymi maściami, jakie w swojej zapobiegliwości kupiłam na wszelką, odpukać, ewentualność. W zasadzie już w pierwszym tygodniu skończyła się maść przeciwbólowa, przeciw oparzeniom, zaraz potem przeciw komarom oraz wszystkie bandaże, którymi Mati dokładnie się okręcał, poświęcając na to prawie cały wolny czas.

W pozostałym czasie, zbolały i świecący od smarowideł, wychodził na passagiatę, czyli rytualny włoski popołudniowy spacer, by popatrzeć a może nawet złowić jakąś szczupłą włoską "bellę". Z tego co wiem, przez cały, ponad pięciotygodniowy pobyt nie odniósł sukcesu, co nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę zapach i kolor Matiego.

Ale pokazał nam też swój wielki, wrodzony i niesamowity talent - Mati okazał wielkim kucharzem. Z zasady nieufnie podchodzę do cudzych kuchennych wytworów, jestem dość "brzydliwa" a poza tym nie mam wśród znajomych zbyt wielu kulinarnych tytanów, dlatego też rewelacje K., że Mati świetnie gotuje przyjmowałam dużą dozą nieufności. Wyszłam z założenia, że pod moją nieobecność we Włoszech, każdy, kto przygotuje jakieś jedzenie i zwolni K. z tego obowiązku, jest w jego oczach świetnym i utalentowanym kucharzem. Dlatego też, zaraz po przyjeździe do Włoch tak kombinowałam, by nawet kosztem swojego wolnego czasu i odpoczynku, samodzielnie gotować. Ale nadszedł dzień, gdy dłużej nie mogłam już wymyślać nowych powodów, dla których Mati miał się trzymać z daleka od kuchni, tym bardziej, że K. ciągle nalegał, by dać chłopakowi szansę.

Mati zrobił makaron z sosem z czerwonego pesto i powiem otwarcie - to była poezja. Nigdy wcześniej ani też później nie jadłam tak dobrej potrawy. A samo gotowanie przez Matiego okazało się spektaklem kreatywności i właściwych decyzji. Po tym wydarzeniu Mati zaczął nam gotować regularnie, i zawsze z takim samym skutkiem - rewelacja. Wybaczyłam mu wszystkie choroby, których się jego zdaniem nabawił na naszej budowie. Wybaczyłam, że nie chciał skuć kawałka muru bez okularów ochronnych, maski z filtrem węglowym, kasku i profesjonalnych butów oraz rękawic ze wzmocnieniami dla kciuków. Gdy wyłaniał się z nagła w całym tym oprzyrządowaniu, podobny do ufo, czułam lęk przed wielką tajemnicą życia. Wybaczyłam, że nie wchodził na drabinę, jeśli jej wysokość przekraczała jeden metr. Wybaczyłam mu nawet to, że kując posadzkę, podziurawił i pokruszył większość starych, pięknych płytek. Oraz fakt, że zasnął, gdy jechaliśmy do Urbino trasą, która zapierała dech w piersiach. To jak gotował, co gotował i jak potrafił mówić o winie zrekompensowało wszystkie szkody i wady Matiego.

Gdy wyjeżdżał, powiedziałam mu na pożegnanie: - Mati, musisz mieć swoją knajpę, inaczej bezpowrotnie zgubisz talent dany od  Boga.

Życzę jemu i nam wszystkim, że spełni się to życzenie, bo strata dla planety byłaby niewybaczalna.

09:31, anitaes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009
Anniversario czyli rocznica.

Dziś mija pierwsza rocznica zakupu naszego domu w Sansepolcro a druga naszej wyprawy w poszukiwaniu nieruchomości w Toskanii. To nastroiło mnie do małej refleksji i spowodowało, żę postanowiłam zanotować tę historię, jeśli znajdę czas pomiędzy skrobaniem ścian a gotowaniem obiadów dla K. i naszych polskich robotników. Dni pędzą jak szalone i za chwilę zapomnimy, jak to się zaczęło.

A zacząło się w 2007, po cudownych wakacjach w Sienie i na Elbie. Wtedy właśnie, zdziwieni własną nieroztropnością, postanowiliśmy rozejrzeć się za jakimś domem we Włoszech. W naszych życiowych planach był pomysł, by zamieszkać za granicą, ale myśleliśmy raczej o Danii, gdzie życie jest przewidywalne i bardziej poukładane niż w Polsce. Włochy od Danii dzielą kulturowe lata świetlne, łączy je tylko umiłowanie do dobrej kawy, ale to za mało, by stwierdzić, że wybór nie ma znaczenia.

W końcu, jesienią 2007, po przejrzeniu setek ofert nieruchomości i długich rozmowach, postanowiliśmy, że szukamy dla siebie miejsca na stałe. Żadnych półśrodków, prób, sprawdzania, wiercenia dziury piętą w podłodze - klamka zapadła. Sprzedajemy nasze mieszkanie w Sopocie, bierzemy kredyt, nabieramy powietrza i rzucamy się głową do przodu. Oczywiście, nie sprawdziliśmy, czy w tym basenie jest woda.

W sumie pięć wizyt, poczynając od pierwszej na przełomie listopada i grudnia 2007, doprowadziło nas rok temu do notariusza Gambacorty, gdzie podpisaliśmy umowę kupna naszego domu. Wszystko odbyło się bardzo nobliwie, z całym rytuałem, w obecności wielu osób w ponurej, chłodnej kancelerii notarialnej. Gambacorta /dla niezorientowanych we włoskim - Kuternoga/ podpisał kontrakt złotym piórem, pobrzękując przy tym złotą, a jakże, bransoletą. Z ulgą wyszliśmy stamtąd na zalaną słońcem Piazza, by napić się wina i odetchnąć. Czuliśmy się zmęczeni formalnościami i oszołomieni własną odwagą. Lub głupotą. Nasz dom, zimna, zniszczona niemiłosiernie średniowieczna kamienica potrzebowała takich szaleńców - straceńców. Zalane sufity, oblazłe tynki, cieknący dach. Szliśmy na wojnę, zaopatrzeni jedynie w pukawki i polską fantazję. Wiele osób w okolicy sadowiło się wygodnie w oknach, by przyglądać się z bezpiecznej odległości, jak oto giną prawdziwi bohaterowie.

Sansepolcro, kilka zdjęć:

uliczkaPiazzaulica w Sansepolcrouliczka II

 

Wczoraj przyjechały z Polski nasze rzeczy, meble, materiały budowlane, okna, sprzęd AGD. Wszystko, dzięki niezastąpionemu Renato wstawiliśmy do wynajętego magazynu, bo nasz harmonogram prac runął dobry miesiąc temu, a terminu transportu nie udało się przełożyć. A plan był taki, że piwnice w naszym domu będą już na tyle przygotowane, by można było przechować w nich wszystko do czasu wykańczania poszczególnych pomieszczeń. Niestety, mimo naszej perfekcyjnej organizacji, wściekłej pracy i czarów nic z tego nie wyszło. Zły wybór wykonawcy na początku budowy pokutuje do dziś. Co prawda szybko pożegnaliśmy pana Silvia i jego ekipę, ale znalezienie nowej firmy zajęło trochę czasu i stąd opóźnienie.

W naszym domu udało się do dzisiaj: położyć kamienną podłogę w ingresso, czyli wejściu. Niestety, brakuje fug. Są wypiaskowane sufity w kilku pomieszczeniach, mamy prawie ukończoną instalację elektryczną, mocno zaawansowaną instalację wodno - kanalizacyjną i grzewczą, w większości wymurowane ścianki, które planowaliśmy i olbrzymią górę gruzu, piątą z kolei, którą trzeba jak najszybciej wywieźć. A na 9 grudnia zaplanowane rozpoczęcie prac tynkarskich, co napawa mnie grozą, ponieważ do tego czasu wszystkie ściany powinny zostać przez nas przygotowane do tynkowania.

Dziś jednak się nie chcę tym martwić, bo mam nowy problem: okna zostały zrobione niestarannie i trzeba je poprawiać. Na szczęście, jakimś siódmym zmysłem poczułam, że pan Witek, stolarz z Kaszub i zarazem wykonawca, musi sam zająć się montażem i dlatego został przeze mnie prawie podstępem ściągnięty kilka dni temu do Włoch. Dzięki temu, po pierwsze miałam możliwość jasno wyrazić swoje niezadowolenie, a po drugie dobitnie określić oczekiwania. We wtorek Witek wraca, ale do tego czasu musi uporać się ze wszystkimi niedoróbkami. Na szczęście dla siebie nie próbował dyskutować, tylko wziął się bez słowa do roboty.

1 ... 16