RSS
niedziela, 14 października 2012
Gwóźdź programu.

Znikłam na dobre. Wiem. W międzyczasie skończył się sezon letni, Yours wydał książkę, pojawiły się mgły nad Valtiberibą, nastała pora kasztanów i dostaw drewna. Na wystawach w sklepie na Corso  leżą grube kołdry i wełniane czapki, a słońce świeci zupełnie inaczej.

Stale brakuje mi czasu. To wewnętrzny defekt, jak niesprecyzowane stuki w silniku. Brakuje mi go na pisanie, na spotkania, na rozmyślania o pierdołach i na smakowanie zamkowego zwycięstwa. Zwłaszcza brak tego smaku, szczypiącego język jak bąbelki szampana zaczął mnie martwić.

Za łatwo przyszło?

Słowa, które ostatnio piszę wydają mi się nieporadne, jakieś krzywe i przyciężkawe. Lepiej dać im spokój, niech siedzą schowane i dojrzewają. Najlepiej pod sufitem, jak dawniej prosciutto crudo, wysoko, na gwoździach wbitych w belki sufitowe.

Właśnie taki gwóźdź wypatrzyłam w naszej kuchni. Długi na dziesięć centymetrów, kuty ręcznie, z nierównym, szerokim zakończeniem. Ma lekko pordzewiały kolor i satynowy połysk gładkiej stali. Mocny. Idealny.

Przyglądałam mu się przez tydzień.

Dziś przystawiłam drabinę i powiesiłam na nim bloga.

Na jakiś czas.

Trzy metry nad ziemią.

By słowa znów nabrały smaku. 

07:34, anitaes
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 24 września 2012
Włoskie buty.

Włoski kryzys kwitnie w najlepsze. Obroty w handlu spadły o prawie 40 %. Restauracje i sklepy z odzieżą - miejsca, gdzie Włosi nigdy nie żałowali pieniędzy - teraz świecą zupełnymi pustkami. Nowe jesienne kolekcje są podziwiane, kto wie, czy nie bardziej niż zwykle - jak niedostępne upragnione marzenie - ale nikt nic nie kupuje. Myślę, że za chwilę, na trzy miesiące przed końcem sezonu pojawią się w witrynach informacje o wyprzedażach - co w zasadzie mnie nie zdziwi - podobnie jak zimowe kurtki i wełniane swetry, wystawiane w ostatnie dni sierpniowych upałów.

Dziś widziałam nowy marketingowy pomysł na podniesienie sprzedaży: sieć sklepów obuwniczych kusi na billboardach hasłem: przynieś swoje stare buty a na nowe dostaniesz 30 % zniżki. I prezentuje mniej rozgarniętym zdjęcie kosza na śmieci pełnego koślawych, brudnych adidasów.

Jeszcze parę miesięcy tej ogólnoświatowej bessy, a okaże się, że za półdarmo kupimy tu wszystko: jabłka - jeśli przyniesiemy oślinione ogryzki, kawę - gdy pokażemy kieszenie pełne sprasowanych fusów i salami, pod warunkiem, że zachowamy w całości stary flaczek.

Dolce vita, jakby kto pytał.

21:09, anitaes
Link Komentarze (3) »
środa, 19 września 2012
W Sansepolcro pada deszcz.

Od kilku dni stale myślę o Chustce. Gdy zasypiam i gdy się budzę. Gdy mieszam makaron w garnku. Gdy jem łososia albo avocado. I gdy koty siadają mi na kolanach.

Nie zaglądałam do niej często. Raz w tygodniu, czasem rzadziej. Lubiłam jej styl, ryzykowne porównania i swobodę, z jaką pisała. Od kilku dni tam nie zaglądam. Nie jestem w stanie.

Pamiętacie "Greka Zorbę"? Śmierć Madame i te wyjące żałobnie baby? Te, które Zorba kopniakami wyrzucał za drzwi a które tylko czekały, by znów się wsunąć do środka i macać jedwabne sukienki i strusie pióra? Lamentujące płaczki, czujnie wypatrujące znaku, że już można?

Wkurwia mnie ten hałas i to, co tam się dzieje. Jestem zażenowana. Przepraszam wszystkich niemacających, którzy nie zasługują na takie porównania.

Znów zaczęło padać. Naciągam na siebie kurtkę. Pomarańczową, ulubioną. Pies z nadzieją patrzy na smycz. Wystawiam twarz na deszcz. Wysuwam język i łapię krople.

Za nią.

Chustka pewnie też by tak zrobiła.

21:55, anitaes
Link Komentarze (5) »
Duma narodowa.

Piękny kraj, powtarzali co rusz znajomi Włosi, z którymi niespodziewanie pojechałam na chwilę do Polski, bo panowie chcą ulokować tam swój biznes. Pomysł jak dla mnie karkołomny, piętnaście lat prowadzenia firmy w Polsce to moje niezatarte na zawsze i pozbawione optymizmu doświadczenia. Jednak biorąc pod uwagę ostatni Raport Wolności Gospodarczej Świata, gdzie Polska zajmuje 48 miejsce a Włochy 83, czyli niżej niż Grecja, Jamajka, Rwanda i Mongolia, sprawa jest godna przemyślenia. I przemyślałam ją dokładnie przez te trzy dni, by dojść do wniosku, że nie jest tak źle, jak to nieukrywaną masochistyczną lubością stale powtarzamy.

Włosi byli oczarowani.

Autostradami: zobacz, nawet zieleń wykoszona, jak w prywatnym ogrodzie.

Stacjami benzynowymi: czysto i tańsze paliwo.

Poznaniem i Warszawą: nikt nie rzuca petów na ulice (?!) i ludźmi: grzeczni i ładnie ubrani.

Moją dumę narodową warzył nieco fakt, że ich doświadczenia ze krajami dawnego bloku wschodniego ograniczały się do mocnych, ekstremalnych i pełnych dramatycznych zdarzeń doświadczeń w Rosji. Poza tym, jak wiadomo, centra miast z reguły pokrywa warstwa blichtru i pudrowej posypki, tramwaje lśnią umytymi szybami a sklepy żarzą się luksusem, a ja wiem, i wy też, że im dalej, tym pudru mniej, tak jak mniej tynku na elewacjach, aż dociera się do miejsc, gdzie lepiej się nie zapuszczać z facetami w różowych koszulach, obcisłych marynarkach i zadbanych fryzurach, bo to jawna, k..wa prowokacja naszych łysych chłopaków w dresach, wrażliwych jak nikt inny na świecie na każdy przejaw inności i zapach mydła.

Ale pomijając fakt, że:

- pracownik Budgetu na lotnisku w Modlinie poszedł sobie do domu pięć minut przed lądowaniem opóźnionego samolotu z Rzymu - co z radosną satysfakcją zdradził mi siedzący obok Hertz,

- zaraz potem lotnisko otoczyła policja z powodu jakiegoś pozostawionego bagażu i przetrzymała nas na nim 2 godziny

- korki o jedenastej w nocy na trasie gdańskiej przekroczyły dopuszczalne normy

- z kranów w hotelach leciała żółta jak herbata woda

- kotlety schabowe były stare, sałatki zmęczone wczorajszym dniem a mała woda mineralna w polskiej restauracji kosztuje więcej niż duża we włoskiej

to wszystko poszło absolutnie rewelacyjnie i bezproblemowo.

I nawet kawa była niezła, całkiem niezła choć droga, którą zamawiałam mówiąc: tylko proszę taką dobrą, w małych podgrzanych filiżankach, z pianką, bez dodatku wody, i z mocno ubitym mlekiem, ale nie UHT tylko świeżym, i ciemny cukier, błagam, żeby wstydu nie było, bo to Włosi.

I wstydu nie było.

Piękny kraj.

13:23, anitaes
Link Komentarze (3) »
piątek, 07 września 2012
Emma w Cortonie.

- Znalazłaś miejsce parkingowe! Niesamowite!

- Co roku tu jeżdżę. Rok temu też byłam. Drogo i mało autentyków. Ale może dziś zdarzy się cud.

- Trzy espresso i rogalik 9,50? Mówiłam wam, że to miasto jest dla głupich Amerykanów.

- Tak, powinni tej Mayes postawić tu pomnik. Dzięki niej mogą serwować caffe za 2,50. Drożej niż pod Coloseum.

- Skąd mieliście zaproszenia?

- Ta grafika jest niezwykle sugestywna. I unikatowa. Tysiąc? Hmm. Chyba dam sobie spokój.

- Spójrz, piękne krzesło.

- Ten człowiek mi się nie podoba. Ma jakąś chytrość na twarzy. I ta cena. Poza tym, nawet gdyby było tańsze, nie mogę kupić krzesła u kogoś, kogo nie lubię.

- Jak stąd wyjdziemy, pokażę wam co się stało Cortonie. Nie będzie się wam podobało.

- Poproszę to samo, co ta pani.

- Twoja bruschetta też niejadalna? Suchy chleb i stare pecorino. Ważne, żeby nazwa była odpowiednia. Taverna Toscana. Amerykanie zjedzą każdego suchara, byle tutaj.

- Byłam tu przed tym komercyjnym szaleństwem. To była dziura. Ale autentyczna i spokojna, i co najważniejsze, bez słoneczników.

- Poczekaj, aż wyjdziemy. Zobaczycie chińskie atrakcje Cortony.

- Każ mu wyjąć szufladę. Zobaczysz, czy to autentyk. Łączenie drewna, to jest najważniejsze.

- Nie mówiłam? Fejk.

- Co nie spytam, wszystko z XV i XVI wieku. Oni myślą, że jesteśmy głupcami.

- Padam na pysk.

- Chodźcie tutaj. To chciałam wam pokazać. Sklepy ze słonecznikami. Za chwilę będzie drugi. Słonecznik na tysiąc sposobów. Obrazy, magnesy, ramki, breloki. Brzydszych nie znajdziecie. Zalały Cortonę, jak biblijna plaga.

- Te na fioletowym tle. Albo te wielkie, zmutowane, jak po wybuchu jądrowym. Nie, nie, te z oczkami! Zobaczcie.

- Amerykanom się podoba. Widzieliście na wystawie choć jednego? No właśnie. Oni wolą słoneczniki. I złodziejskie caffe za 2,50. Żeby choć było dobre...

 

/zanotowane w Cortonie, 03.09.2012. Pięćdziesiąta narodowa jubileuszowa wystawa antykwaryczna/

20:15, anitaes
Link Komentarze (4) »
niedziela, 02 września 2012
Na jesień najlepiej patrzeć z góry.

Wczoraj zauważyłam, że niektóre drzewa zaczynają żółknąć. W dodatku w zeszłym tygodniu padało i po tym deszczu, zupełnie nagle, jakby ktoś zapomniał zamknąć drzwi lodówki przyszło ochłodzenie. Alba powiedziała, że to już zima i natychmiast wpadła w depresję, co było jak śnieg w lecie, bo Alba zazwyczaj grzeje a nie chłodzi ludzi. To z kolei zirytowało Emmę: " mam za dużo problemów, by martwić się ostatnim deszczem i przeczuciami Alby; co roku tak samo biadoli i  histeryzuje" - powiedziała mi na boku i z niecierpliwością powiodła wzrokiem po niebie.

W piątek było przyjęcie u Nancy, przyszło mnóstwo ludzi, każdy z własnym specialita della casa, była sałatka ziemniaczana, rissotto z warzywami, kurczak w curry, makaron z migdałami - to Alby, która nie je mięsa /" ...tylko tę marchew. Stale je marchew. W końcu na głowie wyrosną jej zielone liście" - powtarza Emma, skubiąc kurczaka, najpewniej przekonana, że od niego nie porośnie piórami/ i wiele innych cudów.

Nasz chleb zrobił furorę, choć mi najbardziej smakowały małe, czerwone winogrona z omszałą skórką  - le fragole, które przywiozła Emma ze swojego wiejskiego domu i postawiła na stole w drewnianej skrzynce. Jadłam je i z wysoka, bo dom Nancy góruje nad okolicą, obserwowałam wieczorne mgły. Tak - pomyślałam - Alba ma jednak powody do smutku: mgły były gęste jak mleko, jesienne, bezczelnie i szeroko rozpostarte - jakby to było ich party; a o ósmej zrobiło się ciemno i zaczęło wiać i szarpać zwiewne sukienki.

Wczoraj: targi starych grafik i książek w Cita`di Castello, potem w Arezzo targ staroci a na koniec wernisaż naszego dobrego znajomego, Vincenza Calli, którego nostalgiczne obrazy - zwłaszcza ten jeden, zatytułowany "Ostatni dzień lata" ponownie doprowadziły Albę do kompletnej żałości i łez. Na ich otarcie chciała namówić wszystkich na kolację w makrobiotycznej restauracji ale nikt się nie kwapił, co natychmiast skwitowała Emma: " Zauważyłaś, że tam zawsze siedzą smutni ludzie? Siedzą i męczą te swoje smutne cukinie i kiełki na smutnych talerzach. To jedzenie nie ma w sobie radości" - a potem spojrzała znacząco na Albę i wzruszyła ramionami.

Dziś była Cortona i słynna wystawa antykwaryczna - temat na osobną notkę, bo zwiedzanie miasta w obecności zdegustowanej angielskiej arystokratki, która ma wyrobione zdanie o Amerykanach w Toskanii i która całe lata spędziła w domach aukcyjnych kupując wysmakowane antyki i wie, o czym mowa - to było piękne doświadczenie.

Niebawem zjadą ostatni goście - wyczekiwani od dawna znajomi, później będzie zakup drewna na opał a potem, zgodnie z przepowiednią Alby, zima i palenie w kominkach.

Co do spraw przyziemnych, to powiem tylko, że rozpadły się moje ulubione buty i wiem, że muszę przyjąć to godnie, najlepiej z angielską powściągliwością, choć, nie ukrywam, dopadła mnie depresja bo to strata niepowetowana.

Mój jesienno-żałobny nastrój osładza jednak fakt - i tu szczęśliwa szybuję po niebieskim niebie - że ciężkie, nabite żelaznymi ćwiekami drzwi do Castello zostały właśnie otwarte - cały czas mam w uszach ten przyjemny stukot opuszczanej delikatnie zapadki - klik - a skóra wciąż pamięta miły chłód zarośniętego bluszczem kamiennego przedsionka.

Tak, jeśli chodzi o mnie, nie mogę już doczekać się jesieni - a zwłaszcza jej widoków z wysokiej zamkowej wieży - gdzie ma powstać złoto-biała sypialnia.

 



22:33, anitaes
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Spaghetti.

Pewien profesor z Padwy kupił sobie dom i kawałek ziemi, blisko Sansepolcro, koło Monte Santa Maria Tiberina. Uprawia ogród. Ma kury i kozy. Robi sery. Czasem ktoś go odwiedzi bo jego dom leży przy szlaku. Profesor oferuje wędrowcom posiłek. Jak ktoś sobie życzy. Dziesięć euro za stół z widokiem na Valtiberinę. Zimna woda ze studni. Pomidory z własnego zagonu, pieczony w domu chleb.

Profesor odstawił cywilizację bo go zmęczyła. Poszedł drogą, której mu zazdroszczę. Ostatnio zainstalował sobie panele solarne, wcześniej, przez kilka lat nie miał prądu.

Ostatnio trafili do niego ludzie z Rzymu. Troje ludzi z kasą. Tacy, co zawsze kupują to co chcą. Zamówili u profesora jedzenie. Nie byli grzeczni. Wręcz przeciwnie. Dość obcesowi i aroganccy. Profesor powiedział: nie. Zdziwili się. Bardzo się zdziwili. Potem się zdenerwowali. No bo jak to tak? Stary żyje w rozpadającym się domu, biednie, co widać gołym okiem i nie chce ich obsłużyć? Gardzi ich pieniędzmi? Postanowili nie odpuścić. Nie lubili, gdy ktoś im odmawia. Jeden z mężczyzn wyjął sto euro i rzucił na stół. Profesor powtórzył: nie.

Więc po chwili na stole pojawiła się kolejna setka. A potem jeszcze jedna. Profesor wzruszył ramionami i wziął pieniądze. Goście uśmiechnęli się z satysfakcją. Zapalili i rozsiedli się wygodnie na krzesłach. Wszystko jest kwestią ceny, prawda?

Po kilku minutach profesor postawił przed nimi trzy talerze. Na talerzach, jak kolorowe spaghetti leżało drobno pocięte trzysta euro.

Proszę - powiedział profesor, bo był dobrze wychowany - smacznego, ragazzi.

09:50, anitaes
Link Komentarze (8) »
czwartek, 09 sierpnia 2012
Nie ma mnie tu...

 

Mocuję się z pewnym zamkiem.

Bo mam wielką ochotę dostać się do środka...

Jak widać, zabezpieczeń nie brakuje. Chronią mieszkańców przed intruzami.

Od 1140 roku.

Przed wszystkimi tymi obcymi.

Dziwnymi.

Nie naszymi.

Przed nami także.

Szukam więc wytrycha.

Może będzie nim kominek wielki jak dom? Może dywan z Shahrai, koniecznie jedwabny? Albo lampy Jana Pauwelsa, płynące jak wodospady?

A może rzeźby pewnego artysty o polskich korzeniach?

Coś zadziała, byle nie na siłę. Te bramy z kasztanowego drewna są w stanie wytrzymać każdy tępy łomot.

Po to przecież powstały.

My musimy pokonać je sposobem.

Delikatnie.

Delikatnie jak satynowy połysk marmurowej głowy w holu.

Albo dotyk grubego lnianego splotu pod palcami.

Zachwyt będzie lepszy niż łom.

Klik, klik, klik.

I otwarte.

15:59, anitaes
Link Komentarze (10) »
piątek, 27 lipca 2012
Zatłuczone na śmierć.

Zamek jest z XII wieku. Jeszcze po wojnie należał do starej, umbryjskiej rodziny. W latach siedemdziesiątych kupił go znany amerykański architekt. Mieszkał w nim i pracował do końca życia. Potem, siedem lat temu odkupiła go para młodych Amerykanów. Remont trwał trzy lata. Z zewnątrz budynek zapiera dech w piersiach. Kamienne mury obrasta bluszcz. Wokół pięćdziesiąt hektarów terenu. Na żółtych polach leżą bele siana. Żadnych innych domów dookoła. Południowe zbocze porasta gaj oliwny. Tam też jest basen, z widokiem na rozległą dolinę.  Po drugiej stronie budynku, pod wiekowymi drzewami - to przepiękne quercie czyli toskańskie dęby - stoją stoły, gdzie można zjeść obiad. W cieniu i ciszy. Trawa pod nogami jest zielona i idealnie przycięta - jakbyśmy nie byli w miejscu, gdzie nie pada od trzech miesięcy.

W środku pałą w łeb.

Sprowadzony z Florencji projektant, prawdopodobnie najdroższy i najbardziej zmanierowany w całej branży pracowicie i w pocie czoła dokonał dzieła zniszczenia. Zatłukł zamek tłuczkiem. Posiekał tępym kozikiem. Powiesił na strunie. Oglądałam pokój po pokoju i nie mam wątpliwości: to był seryjny morderca. Odporny na wołanie o litość. Zabijał na zimno, bez oglądania się na zmiażdżone członki. Pokoje ani nowe ani stare. Zupełnie bez właściwości. Tynki gładkie, tzw. stucco veneziano - lśnią mdłym beżem. Żadnych detali: wszystko poszło się j..bać, jak mawiają światowi interior designerzy. Nisze drzwiowe zakryte. Drzwi nowe. Kominki wypiaskowane - wyglądają jakby były z betonu. Lampy - o mój Boże: małe czarne halogeny porozrzucane bez pomysłu na sufitach. XIII wieczna klatka schodowa - prawdziwie krwawa jatka: wymyślne barierki zrobione z drutu, w dodatku z efektem rdzy. Na podłogach nowe, ohydne cotto, coś jakby postarzone, niby nierówne, tego-śmiego, czyli ordynarny fake oraz, uwaga, drewniane panele. No i okna, rzecz, która ponoć kosztowała majątek. Te okna wychodzą na Umbrię. Na panoramę, sięgającą Perugii. Zachwycającą i nietkniętą. Pan architekt wymyślił sobie, że w zamku okna muszą być - no, jakie? Oczywiście! Bezdyskusyjnie zamkowe - kazał więc zrobić je z metalu, trochę jakby zardzewiałego - bo przecież, kurcze, czas tutaj zrobił swoje, z klamkami w kształcie głowy lwa (!?) i drucianymi podziałami, które doprowadziły nas do choroby okrężnicy - że niby ten, tego, zamek- kraty, rozumicie.

Kaloryfery natomiast, muszę o tym napisać, bo się udławię, otóż kaloryfery pozakrywał zwykłymi, grubymi na dwa centymetry płytami, przykręconymi po bokach do ścian, w taki sposób, by z góry i na dole był dostęp powietrza. I kazał je pomalować w kolorze ścian. Prawda, że sprytnie? Co za niesamowity, zmyślny wizjoner. Prawdziwy artysta. Artysta sadysta.

....

No i tak.

....

Może coś tam zmienimy. Może. Trzymajcie kciuki.

 

12:44, anitaes
Link Komentarze (12) »
niedziela, 22 lipca 2012
Wieje...

... w Sansepolcro, pierwszy raz od trzech miesięcy, dudni i dmie listopadowo, znikło słonko, jutro będzie padać - jako rzecze Coriere, trzaskają okiennice i szyby w oknach, szurają po chodnikach podarte gazety niedzielne, w powietrzu fruwają porwane przez wiatr gacie, przywiędłe kwiaty geranium i jakieś liście, całkiem jesienne, piękna, ech, doprawdy - piękna pogoda...

A ta piosenka od mojej córeczki, bo ciśnienie mi spadło i krę...ci, krę...ci mi się w głowie...

 

 

21:52, anitaes
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 lipca 2012
Dom Emmy.

Od ukończenia prac minęły 2 miesiące. Pierwsi klienci już go oglądają i myślę, że niebawem dom Emmy zmieni właściciela.

Wszystko poszło zgodnie z planem. Zaczęliśmy prace pod koniec października, skończyliśmy w maju. Cztery tygodnie opóźnienia wynikały z długiej przerwy świątecznej i z czekania na podłączenie mediów.

Emma dała nam wolną rękę, nie ingerując w żaden pomysł. Jedynym ograniczeniem był określony na początku budżet, który musieliśmy utrzymać w ryzach.

Ostatni miesiąc upłynął na wyszukiwaniu elementów wyposażenia wnętrz.

Lampy zamówiliśmy w w firmie Paulmann, trochę zakupów zrobiliśmy w IKEA, w Arezzo znaleźliśmy stare płytki ceramiczne do kuchni i łazienki, grafiki i kratę, którą wmontowaliśmy w ścianie. Dzięki niej przestrzeń przy schodach dostała nieco naturalnego światła.

Kamienne blaty kuchenne kupiliśmy u Stefano, w Valtiberina Marmi. Perfekcyjny człowiek, bez zawodowych wad. Ten sam kamień zastosowaliśmy pod umywalką w łazience - a stolik powstał z dwóch starych, drewnianych nóg, znalezionych dawno temu w składzie staroci u Daniele.

Nisza, zamknięta teraz piękną drewnianą ścianą była kiedyś przejściem do drugiego domu. Dodaliśmy jej łuk, zamontowaliśmy światło a zniszczone, rozpadające się drzwi, które z pewnością znalazłyby się wkrótce na śmietniku zostały wyczyszczone, przycięte, nawoskowane - i wyglądają, jakby były tam od zawsze. Zostawiliśmy stary zamek i zawiasy, by przypominały przeszłość.

Najwięcej problemów sprawiła nam łazienka, ta poprzednia była wąską, długą kiszką, bez możliwości zamontowania w niej brodzika. Wtedy powstał pomysł przesunięcia ściany i oddzielenia części łazienkowej od WC. Jesteśmy z tego efektu zadowoleni.

Cała stolarka pozostała oryginalna. Stare okna zostały na nowo oszklone i pomalowane, a drzwi spatynowane farbą i woskiem.

Kominek stanął w miejscu, gdzie zawsze było palenisko - ściana, którą odkryliśmy pod tynkiem wciąż jest okopcona i ciemna. Staraliśmy się kupić jak najbardziej tradycyjny, kuchenny, typowo toskański, by pasował do rustykalnego pomieszczenia.

Zdjęcia i artykuł kończący cykl znajdziecie w Dobrym Wnętrzu, w numerze 8:

dw

Reszta zdjęć, która się tam nie zmieściła jest na naszej nowej stronie - Marcin, wielkie, wielkie  dzięki.

Zapraszam.

12:03, anitaes
Link Komentarze (8) »
niedziela, 15 lipca 2012
La notte bianca.

Tylko raz w roku, raz jeden, gdy całe miasto jest na zewnątrz, bez wyjątku, no, może tylko poza starcami i oseskami, w każdym najciemniejszym zakątku, oraz na piazza, i w parku Piero della Francesca, wszędzie, przez całą noc, i jedzą kolację, pod gołym niebem i cienkimi jak mgła białymi baldachimami, w każdej knajpie, na każdej ulicy, przystrojonej białym jak do ślubu tiulem, a potem zabawa, do rana, do białego rana, z muzyką jaką chcecie, flamenco, blues, jazz, disco, techno, co komu w duszy gra, od Porta Romana do Porta Fiorentina, i z powrotem, leje się wino, białe i czerwone, oraz piwo, dzieci piją wodę, jedzą lody śmietankowe i skaczą na dmuchanych zamkach, muzea są otwarte, także katedra, a w środku muzyka organowa, w pustym kościele brzmi najczystsze sacrum, tylko my i organy, a na zewnątrz dzikie tańce, prawdziwe profanum, śmiechy, śpiewy i krzyki, jakby miał nastąpić koniec świata, a to tylko Włosi odreagowują kryzys, i własne strachy, i znów leje się wino, stukają wysokie obcasy, fruwają białe sukienki, śpiewy na całe gardło, do ochrypnięcia, przez Corso nie można się przecisnąć, i tak do czwartej, do piątej, ostatni wracają do domu o szóstej, najwytrwalsi, wstaje słońce, ulice toną w śmieciach, plastikowe kubki szurają pod nogami, terkoczą puste butelki, to zniknie do ósmej, ale wtedy miasto będzie jeszcze spało, snem pijanym i sprawiedliwym, bal się skończył, notte bianca e finita, niestety, i tylko starsze panie, omijając zgrabnie plączący się pod nogami tiul, teraz brudny i pozbawiony niewinności, idą na mszę niedzielną, cotygodniową, jak Bóg przykazał, w tych swoich malutkich garsonkach, w loczkach na głowie i wypastowanych do połysku butach, by pomodlić się za stracone nocą dusze i ich grzechy wczorajsze, śmiertelne.

13:47, anitaes
Link Komentarze (6) »
piątek, 13 lipca 2012
Na zasadnicze pytania odpowiedzi są najprostsze.

 

Gdy mówię moim przyjaciołom, by pośpieszyli się z odwiedzinami naszego toskańskiego domu, bo za chwilę może nas tam nie być, patrzą na nas, jak byśmy znów doznali poplątania umysłów lub bredzili w pijanym widzie. A przecież wystarczy spojrzeć w przeszłość i sprawdzić, ile czasu jesteśmy w stanie wytrwać w jednym miejscu. Nawet, jeśli to miejsce jest piękne, urocze i wyjątkowe.

Odpowiadam: niewiele..

Choć brzmi to jak bluźnierstwo, dom nigdy nie był naszym celem, wymarzonym i hołubionym potem przez całe życie, nie bawi nas zamieszkanie, no, może na początku, ale potem, cóż, jakby to powiedzieć...potrzeba nam zmiany. Nie przywiązujemy się do podłóg, kominów i mebli, nie łaskocze nas uroda ścian. Nasz dom, ten i poprzednie, dał nam przyjemność obcowania ze sobą, oraz szansę na przygodę i wieczną satysfakcję. Pomogliśmy mu przecież, któż zaprzeczy, powstać z kolan i otrzepać z siebie stary kurz. Na zawsze pozostawi w nas niezapomniane doświadczenia, to podniecające uczucie, gdy poznawaliśmy jego skryte tajemnice i wyparte dawno temu zalety, skarby zdobyte kosztem trzeszczącej w zębach zaprawy.

I nic ponadto.

Udało się, i dobrze. Daliśmy czadu. Przekroczyliśmy siebie. Zafundowaliśmy sobie jazdę bez trzymanki. Zmierzyliśmy się z nieznanym. Odkryliśmy nowe możliwości. Poznaliśmy mnóstwo ludzi. Wygraliśmy. Ale smakowanie zwycięstwa przez lata rozwadnia jego smak.

Dlatego czas na zmiany. Znowu pojawi się niepewność, lęk przed nowym i wymyślanie swoich losów, trochę tak, jakby świat zaczynał się od początku. Proszę nie pytać mnie, co dalej, bo ten rysunek dopiero majaczy w naszych głowach. Bardzo prawdopodobne, że wyrzucimy go do kosza i zrobimy nowy. A potem jeszcze jeden, i następny. Jedno jest pewne: kolejne idee, potrzeby i pomysły zabieramy ze sobą, bo miejsce które stworzyliśmy już ich nie potrzebuje. Dom w Toskanii  jest skończony, powstały i gotowy i nic tu po nas.

I nawet, jeśli to nastąpi dopiero za jakiś czas, za rok, albo dwa, decyzja zapadła.

Idzie nowe.

Czujecie wiatr?

 



12:33, anitaes
Link Komentarze (16) »
piątek, 06 lipca 2012
Dyktatura piękna.

....................
Polizia Penitenziaria
Polizia Municipale
Polizia Provinciale
Polizia di Stato
Carabinieri
Guardia di Finanza
Corpo Forestale
Polizie all'estero
Vigili Urbani
Guardia Costiera
Gdyby ilość służb mundurowych świadczyła o stopniu skryminalizowania społeczeństwa, Włochy jawiły by się jako kraj bandytów, złodziei i dewastantów przyrody, gdzie dzień zaczyna się kawą i poderżnięciem gardła staruszce z naprzeciwka a kończy kieliszeczkiem grappy i podeptaniem klombu w parku.
Kto był, wie, że to nieprawda.
Skąd więc ten wszechobecny kult munduru, dyktatura epoletów i władza lampasów?
Moim zdaniem fenomen ten należy sprowadzić do rzeczy prostej i mało zawiłej - do męskiej pychy. Nie jest tajemnicą, że największy kurdupel oraz najmniejsza oferma po założeniu munduru nabiera splendoru i chwały. Jego rysy szlachetnieją, sylwetka mężnieje, nogi się wydłużają a tors napręża. 
A gdy ktoś jest z natury przystojny i powabny, mundur uwypukli jego atuty i wszelkie, skrywane powody do dumy. Teraz wystarczy tylko założyć lustrzane okulary, koniecznie Ray Ban Avaitors i buon giorno, tajemnico.
Brad Pit we włoskiej wersji, wypisz wymaluj z Bękartów Wojny.
No i co?
Było się śmiać?
Ludzka rzecz, każdy chce być piękny.



 



 



19:24, anitaes
Link Komentarze (4) »
piątek, 29 czerwca 2012
Lewe usprawiedliwienie.

Zazdroszczę ludziom systematyczności. W wybrane dni uczą się języków, chodzą na jogę, pracują, uprawiają sporty, uprawiają seks, segregują pranie, segregują śmieci, farbują odrosty, i sprzątają mieszkanie.

Ja, niestety, mam inaczej.

Gdy piszę to mnie tu nie ma. Wtedy nie rozumiem, co się do mnie mówi. Nie mam potrzeby ruchu. Od siódmej rano do drugiej w nocy sama z komputerem. Cokolwiek by się działo. Trup w domu lub wygrana w Lotto. Nie gotuję i nie sprzątam. Nie podlewam kwiatów. Nie jestem troskliwa. Nawet wręcz przeciwnie. Nie mam współczucia. Nie myślę o innych. O sobie też zbytnio nie myślę. I o kotach. Nie czytam. Nie patrzę. Nie słucham muzyki. Nie rozmawiam. Tak naprawdę to mieszkam TAM.

Jestem człowiekiem zrywu. Mam krótkie zrywy a potem cisza. Teraz mam zryw. Jak będzie cisza - wrócę.

 

03:13, anitaes
Link Komentarze (8) »
sobota, 23 czerwca 2012
Un'occasione czyli rzecz o wygrzewaniu kości.

Dla czytelników bloga mam do dyspozycji kilka ostatnich wolnych miejsc w naszym B&B.

Terminy: 22.07 - 29.07 i 15.08 - 22.08

Dla tych, co jeszcze nie zdecydowali, gdzie chcą się byczyć w te wakacje proponuję 30 % zniżki. Kto chętny na lenistwo w Sansepolcro, zapraszam gorąco - 29 stopni C - w tym roku cieplej już nie będzie.

Piszcie na: anitaes@gazeta.pl

10:14, anitaes
Link Komentarze (3) »
środa, 20 czerwca 2012
To coś, jakby bez sensu.

Włosi mają rozkoszną nazwę na to, co wyrasta nam na boczkach, gdy folgujemy sobie przez dłuższy czas zajadając pączusie - jak delikatnie napomykają jedni, lub, gdy żremy jak świnie - jak nazywają rzecz po imieniu drudzy.

To " le maniglie d`amore" - uchwyciki miłości.

Czy można piękniej skomplementować ciało, zwłaszcza jeśli jest nieco większe niż powinno? I równie  lekko podejść do nadwagi? Tak lekko - jakby nie istniało ciążenie ziemskie i uchwyciki - że pozwala każdemu pofrunąć w niebo, hen, jak najlżejsza chmurka a potem spadać na ziemię, lotem kołysząco - anielskim, jak łabędzi puszek, i rozsyłać całuski swoimi pulchnymi palulkami? 

Nie można.

Jedzenie i miłość mają wspólną matkę, co Włosi wiedzą najlepiej, bo karmieni są przez nią przez całe życie, od rana do późnej nocy.

I są najszczuplejszym narodem w Europie.

Gdzie tu logika?

 

20:18, anitaes
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Heartbeats. Pod umbryjskim niebem.

Dzisiaj postanowiłam napisać o pewnej wycieczce w okolice  Lisciano Niccone, które położone jest pomiędzy Cortoną, Lago Trasimeno a Umbertide. Od razu powiem, że z własnej woli bym się tam nie wybrała, ta część Umbrii jakoś nigdy mnie nie pociągała, wolę własny grajdoł i swoje pchły. Ale Emma się uparła: zobaczysz coś niesamowitego, mówiła, i miała słuszność, przyznaję, spotkała mnie tam niespodzianka choć, oczywiście, nie jest to niespodzianka przyjemna, zresztą przeważnie spotykają mnie niespodzianki nieprzyjemne, nie byłam więc bardzo zdziwiona.

Wracając do doliny rzeki Noccone, krajobraz jest tam pofałdowany, przyjemny, wszędzie zielono, żółcą się pola wśród przyjaznych wzgórz, a na wzgórzach stoją umbryjskie domy. Domy wielkie, wielgachne, rozbudowane do granic przyzwoitości, kamienne, z maleńkimi okienkami i okiennicami w kolorze głębokiego brązu. Wielkość domów w tej części Włoch jest porażająca, to wygląda jak domy dla całych wsi, a przecież służyły jedynie włoskim podstawowym komórkom społecznym czyli rodzinie. Także ich ilość jest nieprawdopodobna, na każdym wzgórzu stoi taki dom, na każdym bez wyjątku, stoi jak krowa, rozpycha się, zsuwa z pagórka i rycząc daje mleko, dużo mleka, o czym później.

Wygląda to uroczo, nie powiem, im wyżej, tym więcej domów, wokół falują wzgórza, hen, w oddali a  każdym majaczy kanciasta, kamienna nieruchomość. W dodatku każda z nich tonie w cyprysach, nurza się w drzewach piniowych, otacza zielenią jak kołdrą i moczy nogi w niebieskim basenie. Bardzo to było malownicze i estetyczne, nigdzie nie ma szop włoskich, niezrównanych w swojej brzydocie, nigdzie obrzydliwych capannone, czyli postawionych z blachy falistej budynków gospodarczych, nie wspominając o porozrzucanych narzędziach rolniczych, niebieskich beczkach - nieśmiertelnych, pordzewiałych traktorach czy psach uwiązanych do swoich lichych bud. Jest sielsko, anielsko i drogo, o czym poinformowała mnie z westchnieniem Emma, specjalistka od włoskich nieruchomości, jak wiadomo, niezrównana.

A potem zawiozła mnie w okolice Preggio, gdzie nad doliną góruje Castello Reschio, centrum olbrzymiej kilkusethektarowej tenuty, czyli inaczej posiadłości, a wokół niego, na sąsiadujących ze sobą wzgórzach porozrzucane są domy, rzecz jasna, wielkie - jest ich około czterdzieści - ich widok zapiera dech w piersiach i budzi tęsknotę za bogactwem, co, miałam wrażenie, zadrżało przez moment w głosie Emmy. Podjechaliśmy pod zamek, mimo, że był szlaban z napisem: nieruchomość prywatna, ale, jak zauważyłam, nigdy nie robiło to na Emmie wrażenia i podziwialiśmy spod jego zatrzaśniętych na głucho murów wielebną okolicę.

To właśnie wtedy Emma, z tą samą drżącą nutą w głosie, drżącą od mocniejszego uderzenia serca powiedziała, że, niestety, całą posiadłość kupił kiedyś pewien inwestor ze Stanów, wyremontował domy - castello raczej nie, choć głowy nie dam - i sprzedał je, jeden po drugim zamożnym Amerykanom - jakby jednym uderzeniem kija trafił wszystkie bile na zielonym suknie umbryjskiej ziemi. To jej "niestety", dotyczyło raczej trafności strzału niż samej gry, w którą, jestem pewna, sama z chęcią by zagrała, ale, znów niestety, game is over.

Bo zaraz potem poszła lawina, jak w tej reklamie telewizora Bravia, z piłaczkami podskakującymi w rytm piosenki Jose Gonzaleza, wszystkie domy w okolicy poszły pod młotek, lub, jak kto woli, pod nóż, i skończyła się pewna epoka. 

I tak, wbrew umbryjskiej, wioskowej tradycji, domy tutaj żyją tylko przez jeden miesiąc w roku, okolica i drogi także, nawet niebo żyje tylko przez 30 dni, gdy pojawiają się na nim prywatne helikoptery, a potem wszystko zamiera, znika i milknie. Amerykanie mają do dyspozycji wspólne pole golfowe, wspólną ujeżdżalnię koni, wspólne pole do krykieta oraz winotekę, do wspólnych, oczywiście, degustacji win. A także wspólny serwis włoski, choć bardziej chyba dalekowschodni niż tutejszy, przycinający trawę, formujący żywopłoty, czyszczący baseny i ścielący łóżka. Wszystko to razem, w połączeniu z ludzkim snobizmem i jakże ludzką potrzebą lenistwa i posiadania - ale bez zbytniego wysiłku, wszystko to dało wspomnianemu inwestorowi nie mleko nawet, a ocean pełen gęstej, prawdziwej śmietany, szeleszczący zielono, jak opadłe liście umbryjskich dębów.

A pomiędzy domami ścielą się łagodne wzgórza, świadome coraz bardziej, że wszystko skończone, świat dla nich zwariował do reszty, bo na nich Włocha nie uświadczysz - na nich tylko ścięte siano, i nigdzie ani spłachetka zboża, ani oliwnych drzewek, o winorośli nie wspomnę, bo i po co.

I to: po co? było jedynym pytaniem, które przyszło mi wtedy do głowy, bo dla mnie osobiście sens tego jest pozbawiony sensu, no bo jak? We Włoszech bez Włoch? Z popołudniowymi drinkami "manhattan" zamiast vino della casa?  Wśród znajomych poznanych zimą w Aspen? A wszyscy w wielkich jak koła kamienne kapeluszach, kapeluszach zasłaniających twarz od jakże niezdrowego, w dodatku pospolitego słońca, tak wielkich jak żarna z nieistniejących już mulino, które  wyciskały kiedyś oliwę oliwek zebranych z pobliskich wzgórz, dawniej, bo teraz te wzgórza są porośnięte jedynie trawą, trawą - strawą, w sam raz dla polskich arabów, parskających z nudów w estetycznych stajniach w stylu vintage.

Czasem lepiej jest nie wnikać w naturę rzeczy, mimo pofałdowania terenu natura bowiem może okazać się mniej skomplikowana niż byśmy sobie życzyli, lub wręcz przeciwnie, pokręcona jak wąskie ścieżki do raju; pieniądze bowiem ponoć szczęścia nie dają, choć ja tego komunału nie kupuję; raczej powiedziałabym, że im więcej płacimy tym mniej dostajemy, paradoks, który trudno zrozumieć, zwłaszcza w ten piękny letni dzień, pod Castello Reschio.

A na zakończenie, by strząsnąć z siebie rosę melancholii - co za cudownie kiczowate porównanie - informuję, że zaczęło się tutaj prawdziwe lato, idealne wprost by je podziwiać i się w nim potarzać, bez wysiłku umysłowego, bez wgryzania się w krajobraz, bez drżenia strun głosowych na myśl o niepoczętej inwestycji - bo piękno nieba i słońca nad Umbrią, bez względu na to komu świeci, jest nieograniczone.

 

17:07, anitaes
Link Komentarze (8) »
sobota, 09 czerwca 2012
Szkoła.

Dziś koniec roku szkolnego dla licealistów. Rano, jak zwykle, wszyscy poszli do szkoły z plecakami. Rady pedagogiczne odbędą się w przyszłym tygodniu. Od pierwszego dnia roku szkolnego do ostatniego, czyli do dzisiejszego popołudnia trwa nauka. Dziś głównie odpytywanie, bo każdy chce poprawić oceny. Nie ma tu dwutygodniowej laby, jak w polskich szkołach, gdy po radzie nie wiadomo co z dzieciakami począć. Nie ma też uroczystego rozpoczęcia i zakończenia roku, białych bluzek, kwiatów dla nauczycieli, i zbiórek pieniędzy na prezenty. Nawet świadectw nie ma, będą później.

By zdać, trzeba zaliczyć więcej niż połowę, czyli mieć sześć w skali od jeden do dziesięciu. Kto nie zda, we wrześniu ma egzamin. Wolno mieć trzy egzaminy poprawkowe. Zasady są jasne i proste, dlatego dziś wszyscy będą wiedzieli na czym stoją i przyszłotygodniowa rada pedagogiczna już nic nie zmieni. W wakacje nauczyciele przychodzą do szkoły i robią dla takich matołków dodatkowe zajęcia, z reguły ok. sześciu godzin - skrót najważniejszych informacji i trochę zadań do przećwiczenia. Nie każdy zdaje, bo wakacje trwają 3 miesiące, są imprezowe i łatwo się zapomnieć.

Ale tragedii nie ma. Ostatnio do szkoły Marty wróciła dziewczyna, która kilka lat temu przerwała naukę a teraz jej się odwidziało. Szkoła przyjęła ją z otwartymi ramionami. Nikt nie traktował ją jak debila, ba, budzi pewien respekt. Ma 23 lata i robi trzecią klasę. Przed nią jeszcze dwie.

Generalnie we włoskiej szkole nie ma stresu. Uczniowie przeważnie lubią nauczycieli. Nauczyciele lubią uczniów. Nie gnoją się wzajemnie, bo nie o to tutaj chodzi. Nie ma niezapowiedzianych kartkówek. Nie ma odpytywania bez uprzedzenia - wszyscy wiedzą kiedy i z czego będą pytani. Ale jeśli wtedy się nie nauczą, nie ma zmiłuj się. Drugiej szansy nie będzie. Taka szkoła. Szkoła życia.

12:36, anitaes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 czerwca 2012
Krzysztof Varga - wąż zagraniczny na polskim łonie wyhodowany.

Czytam właśnie "Trociny" Krzysztofa Vargi i chichoczę chichotem pozbawionego złudzeń cynika, bezgłośnie, z uśmiechem krzywym i gorzkim jak po piołunówce przeklętej, przez niektórych zwanej też absyntem, nawet w nocy, gdy zamiast spać snem sprawiedliwym i wolnym od koszmarów dnia codziennego, bo ja tu a ojczyzna moja żałośliwa tam, nawet wtedy rżę, choć rżenie to pozbawione jest wesołości i zbawiennego ruchu przepony, który pomógłby mi pozbyć się tej nieustannej goryczy z ust.

Najpierw Varga wprawnym ruchem rozbija na polskiej głowie polskiego czytelnika polską butelkę po polskiej wódce, jak na porządnym polskim weselu, a potem już tylko gorzej: jazda bez trzymanki z nieba na ziemię i z powrotem, z gwiazdami pijanymi pod powiekami, buraczane horrory o wyrwanych sztachetach, kwaśny deszcz po polskich bigosowych bąkach, chroniczne jak kac dramaty Polaka-dreptaka i wieczorne narodowe modlitwy o deszcz wygłodniałej szarańczy na polu sąsiada. A na dodatek ten styl: olśniewająco bezczelna słowna akrobacja, skoki przez ogień i taniec na rurze, rozkroki połączone z orgią niebiańskich metafor, szyderczych porównań i ekshibicjonistycznych parad, a wszystko to unurzane w smrodku gaci biało-czerwonych, nie pierwszej świeżości, podtykanych co rusz pod wrażliwe - bośmy już europejczycy przecież - czytelnicze nosy.

Patriotów malujących twarze w nasze ukochane barwy, w debilnych kapeluszach na głowach, z flagami biało-czerwonymi schowanych w wersalkach uprzedzam: nic, ani wódka nasza jak chleb powszechna, pita prosto z gwinta, ani prozac zagraniczny, zjadany garściami jak groszki miętowe, ani nawet rozweselająca moc konopi indyjskich, uprawianych cichcem na polskim zagonie, nic wam nie pomoże: słowa tej książki są jak jadowita ślina egzotycznej kobry - z każdym kolejnym zdaniem ta ślina wsączy się w waszą polską, czystą jak królowa niebieska krew i zatruje ją na zawsze, a wraz z nią wasze narodowe, bogoojczyźniane sny o potędze.

A tu rozmowa z autorem o jego najnowszej książce.





10:16, anitaes
Link Komentarze (11) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16