RSS
niedziela, 14 października 2012
Gwóźdź programu.

Znikłam na dobre. Wiem. W międzyczasie skończył się sezon letni, Yours wydał książkę, pojawiły się mgły nad Valtiberibą, nastała pora kasztanów i dostaw drewna. Na wystawach w sklepie na Corso  leżą grube kołdry i wełniane czapki, a słońce świeci zupełnie inaczej.

Stale brakuje mi czasu. To wewnętrzny defekt, jak niesprecyzowane stuki w silniku. Brakuje mi go na pisanie, na spotkania, na rozmyślania o pierdołach i na smakowanie zamkowego zwycięstwa. Zwłaszcza brak tego smaku, szczypiącego język jak bąbelki szampana zaczął mnie martwić.

Za łatwo przyszło?

Słowa, które ostatnio piszę wydają mi się nieporadne, jakieś krzywe i przyciężkawe. Lepiej dać im spokój, niech siedzą schowane i dojrzewają. Najlepiej pod sufitem, jak dawniej prosciutto crudo, wysoko, na gwoździach wbitych w belki sufitowe.

Właśnie taki gwóźdź wypatrzyłam w naszej kuchni. Długi na dziesięć centymetrów, kuty ręcznie, z nierównym, szerokim zakończeniem. Ma lekko pordzewiały kolor i satynowy połysk gładkiej stali. Mocny. Idealny.

Przyglądałam mu się przez tydzień.

Dziś przystawiłam drabinę i powiesiłam na nim bloga.

Na jakiś czas.

Trzy metry nad ziemią.

By słowa znów nabrały smaku. 

07:34, anitaes
Link Komentarze (12) »