RSS
środa, 26 października 2011
Jesienna Toskania pachnąca paleniem.

Trzeci dzień bez fajek. Nie powiem, że to mój rekord, bywało że dwa lata potrafiłam wytrzymać, ale trzy dni to też miły jubileusz. Żadnego przygotowywania ani rytuałów nie było. Po prostu w niedzielny wieczór popatrzyłam na swój ulubiony tytoń waniliowy Red Bull, otworzyłam paczuszkę, powąchałam z przyjemnością a potem sru, wrzuciłam do płonącego ognia w kominku. Potem wyszukałam w całym domu filtry i bibułki, część była w jadalni, część na górze, w pierwszej szufladzie komody, poupychane na wszelką potrzebę i też sru. A na koniec do plastikowej saszetki po tytoniu zapakowałam japońską lufkę i japońskie filtry, które ponoć potrafiły z japońską precyzją zatrzymać 30 % smoły i nikotyny i zniosłam to do pojemnika na śmieci. Pojemnik wystawiłam przed dom i następnego dnia rano po japońskiej lufce nie było śladu - panowie sprzątacze sprzątnęli ostatnie moje kuszenie.

Kawę też ograniczyłam, bo wiadomo jak to z nią jest, zwłaszcza z poranną, ręce same szukają papierosa, kawa i papierosy to jak "dzień" i "dobry" co rano, po prostu nierozłączne. Zagryzam jabłkami i marchewkami mój głodek lekko ssący i tylko czasem, wieczorem, gdy sobie czytam albo oglądam jakiś film, przychodzi taka myśl, że dobrze byłoby sobie teraz zapalić, hmmm, jak dobrze. Wtedy z jeszcze większym zapałem /!/ wgryzam się w tę nieszczęsną marchew i jakoś daję radę.

No, ale nie przesadzajmy z tym bohaterstwem, w końcu to tylko był nawyk, cztery - pięć fajeczek, a cóż to jest? Gdybym była naprawdę zapalonym nałogowcem, to pewnie przez ostatnie trzy dni chodziłabym po ścianach i to byłby dopiero prawdziwy wyczyn i powód do chwały. A tak? Marchewka jako substytut  dymka - przyznać trzeba, że to trochę infantylne i trąci przedszkolem.

Krótko mówiąc, wszystko co miałam do palenia poszło z dymem, a do sklepu nie pójdę, nie mam zamiaru truć się papierosami, taki ze mnie właśnie był palacz - wybredny i bezkompromisowy jeśli chodzi o jakość - i z tego wszystkiego palę sobie w kominku. Pora roku mi sprzyja. Na żeliwnej kozie stoi dzbanek ze stale ciepłą herbatą. Herbata ma lekko owocowo-waniliowy smak. Prawie jak spalony w niedzielę Red Bull. Ogień płonie, deszcz za oknem szemrze, muzyczka w radiu sobie szumi, dymek snuje się z komina, drzewa już całkiem żółte, dziś w sklepie widziałam pierwsze kaki, tak, tak, jesień jest wszędzie.

Wieczorami w całym mieście pachnie palonym drzewem. Co za aromat, ech...Włosi zimową porą zaczynają palić na potęgę i to jest zapach, który teraz w Toskanii lubię najbardziej.

19:20, anitaes
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 24 października 2011
Miejsce dla Lotusa.

lotus

za gp.seven.wrzuta.pl

Ten samochód nazywa się Lotus.

Nasz przyjaciel z Gdańska, nazwijmy go S., złożył sobie własnoręcznie Lotusa. Zabrało mu to trochę pieniędzy i bardzo dużo czasu. Ale zrobił to, i zrobił to sam. A że jest chirurgiem i ręce ma przyzwyczajone do drobiazgowej roboty, wyszła mu rzecz piękna. Coś takiego jak jak na zdjęciu, ale ładniejsze. Samochód jest zjawiskowy i perfekcyjny a jazda nim daje dziecięcą radość, poczucie wolności i wrażenie przekraczania czasu. Ubocznym efektem prowadzenia Lotusa, to moja osobista teoria, jest to, że jego właściciel nie jest zbytnio lubiany w pracy, zwłaszcza jeśli ma swoich szefów, którzy Lotusa nie prowadzą.

Pewnego dnia tym swoim czarno srebrnym cabrio S. przyjechał do nas, do Sopotu. Był piękny, letni wieczór. Cisza i spokój. W Górnym Sopot tak właśnie jest, w przeciwieństwie do Dolnego, który nadaje się do uprawiania zabaw i pijaństwa, ale do mieszkania już mniej. S. zaparkował po naszym domem i z żoną, która na tę okazję założyła piękną chustkę w grochy i ciemne okulary weszli do domu. Byli zjawiskowi i jakby z innego świata.

Otworzyliśmy kupione we Włoszech czerwone wino, rozlaliśmy do kieliszków i mieliśmy ochotę zacząć przyjemną konwersację, gdy S. zostawił nasze towarzystwo dla parapetu. Tak, przysiadł na tym parapecie i żadną siłą nie dało się go stamtąd odciągnąć. Ani prośbami, ani kpiną, ani kuszeniem pecorino. Nawet zapewnieniem, że tu u nas spokojnie jak na wsi. Po prostu niczym.

Nasz doktor S. musiał tam siedzieć, bo nie mógł spuścić oczu ze swojego pięknego dzieła. I wcale nie dlatego, że nie dość mu było widoku tego cacka i nie dość zachwytu nad perfekcją własnych rąk. Nie. On się bał, że coś się z jego samochodem stanie. Bo to Lotus i w dodatku kabriolet. I wcale nie chodziło o ewentualną kradzież, bo daleko nie da się odjechać autem, które jest jedynym takim w mieście. Raczej nasz przyjaciel bał się aktów uzewnętrznianej goryczy i frustracji co bardziej wrażliwych na cudze radości, czyli naplucia na tapicerkę lub wrzucenia do środka jakiegoś tlącego się pecika. Pewnie słusznie, w końcu S. skończył już 40 lat i swoje o życiu wie.

Tak więc siedział nasz kolega na tym parapecie, popatrywał na autko i tyle miał z naszej letniej imprezy, że wrócił do domu z nieograbionym i niesprofanowanym samochodem. Wrócił też z  ostatnim, jasnym ostrzeżeniem, że więcej go z tym cudem nie chcemy oglądać. Albo ty, albo on - powiedzieliśmy na odchodne. I przyznam, powiedzieliśmy to z pewnym smutkiem, bo akurat do S. pasuje ten glam i styl, ale stróżowanie to już zdecydowanie nie.

A cała historia przypomniała mi się wczoraj, gdy poszłam z psem na późnowieczorny spacer. Na ciemnym, słabo oświetlonym parkingu, z dala od lamp i monitoringu zobaczyłam pięknego zielonego lotusa, też cabrio, ze skórzaną tapicerką i drewnianą kierownicą. Ktoś go tam zaparkował i spokojnie poszedł do domu spać. I pewnie do głowy mu nie przyszło, że trzeba na swoje auto zerkać i popatrywać, w obawie przed jakimś nieszczęśliwie pijanym przechodniem lub sponiewieraną przez upojne życie grupą młodych mężczyzn. Jedynym zmartwieniem właściciela mógłby być pewnie deszcz, ale ta noc była dość ciepła i bezchmurna.

I wtedy pomyślałam sobie o moich przyjaciołach S., których kocham nad życie. Chciałabym podarować im taką właśnie wolność, prawdziwą wolność posiadania rzeczy ładnych, rzadkich i pełnych fantazji. W końcu S. zasłużył na to, by poczuć niczym nie zmąconą radość z bycia panem niezwykłego Lotusa, w dodatku przecież własnoręcznie poskładanego.

Niestety, nikt nie może mu tego dać i jest to przykra konkluzja z dzisiejszego rozmyślania o prawdziwym bogactwie.

 



19:43, anitaes
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 października 2011
Koniec sezonu.

Dziękuję:

Kasi i Marcinowi za odwagę, bo jako pierwsi zamieszkali w Capella. I za życzliwość bo bez ich samochodu nasza biblioteka czekałaby do dziś w smutnych, zakurzonych kartonach.

Filipowi i Magdzie za zimną krew i dystans do niespodzianek, gdy okazało się, że spełnił się mój czarny sen i pokój nie czekał na nich a nawet wręcz przeciwnie.

Jankowi i Ani za Tiki Taki, Malagi i Kasztanki - to było słodkie z Waszej strony. Ha, i za najlepszy bimberek świata.

Grażynie, Sabinie i Andrzejowi za wielki słój kiszonych ogórków i ciekawe rozmowy.

Wiesiowi i jego rodzince za ekscentryczne doznania i nieustający staroświecki czar.

Basi i Mikołajowi za filmy, które wzruszają serce i miód, który grzeje duszę.

Małemu Jasiowi z Wrocławia i jego rodzince za powiedzonka, które mnie śmieszą do dziś.

Dorocie i Tomkowi za miłe wieczory przy białym winie i za intrygujący styl.

Małgosi, Wojtkowi i dziewczynkom za zachwyt, który zawsze cieszy, a ten cieszył podwójnie.

Jarkowi i jego pięknej żonie za konsekwencję w spełnianiu marzeń.

Agnieszce i Markusowi za najpiękniejszy wpis w księdze gości, który wciąż budzi moją zazdrość i podziw.

Dominice, Tomkowi Julii i Bartkowi za miłe słowa.

Marcelce i jej rodzicom za piękny rysunek na pamiątkę.

Kindze i Pawłowi za serdeczność.

Małgosi, Andrzejowi i chłopcom za to, że czuli się tu jak w domu.

Małgosi ze Sztokholmu i jej licznej rodzinie za przepyszną herbatę, miłe popołudnie i ciepło.

Romkowi i jego wiernym towarzyszkom i towarzyszom za przepędzenie wszystkich złych duchów i wielki, pełen życia harmider.

Natalii i Julii za towarzystwo i inspirujące rozmowy.

Teresie, Ryśkowi, Ewie i Andrzejowi za ciekawość świata.

Basi, Pawłowi, Mai i jej dziadkowi za miły czas i utwierdzenie nas w decyzji.

Michałowi i jego rodzinie za ketchup i niezapomniany wieczór.

Małgosi i jej mężowi za zaproszenie do ulubionego Berlina i za miłość, która z nich promieniowała.

Pani Elżbiecie i jej rodzinie, mimo samochodowych perturbacji, za optymizm i grzybki w occie. Pycha.

Kasi, Tomkowi, Ani i Zuzi za najpiękniej pachnącą kartkę w naszej księdze.

Alicji i Andrzejowi za ciepłą wizytę.

Joasi za dżemy i musztardy z własnej firmy, które stałyby się tu przebojem i za zatrzymanie lata.

Małgosi, za cichą obecność.

Joannie, Albertowi, Basi, Oli i Markowi za gwarne poranki.

Drużynie z Karpacza za cudowną kolację i otwartość.

Joli za niezawodny przepis.

Iwonie i Jackowi za postawienie kropki nad "i" i zamknięcie sezonu.

A, i jeszcze Ewie i Julkowi, mimo, że nie dojechali, za dobre chęci i energetyczne słowa. Czekamy w wielkiej niecierpliwości.

I wszystkim innym, których nie wymieniłam, a którzy odwiedzili nasz dom i podzielili się z nami swoimi wrażeniami.

Dziękuję jeszcze raz za to, że tu byliście.

 

I to byłoby na tyle. Oczywiście po każdym końcu następuje początek. Nasz początek przyjdzie z pierwszymi ciepłymi dniami, czyli w kwietniu. A wtedy postanowiłam serwować wyłącznie tutejsze  sery i salami, pecorino od Dado, riccottę z Montagnia, jajka od łażących kur, pomidory zerwane o poranku, sałatę ze świeżą rosą, nasz chlebek przepyszny, chrupiący, melony i jabłka przywiezione przez zaprzyjaźnionego ogrodnika i konfitury: z pomarańczy, z lawendy, z róży antycznej i tutejszych gruszek. No i jeszcze ciepłe ciasta. Więc do pysznego!

A teraz czas na jedzenie mandarynek i wakacje. Od prasowania, prania, wstawania, przygotowywania, układania, ścierania, słania, odkurzania, pucowania, krojenia, rozlewania i zmywania. Potrzebuję kilka miesięcy, by znów do tego zatęsknić. Tak więc, a dopo!

 

 

 

 



13:30, anitaes
Link Komentarze (8) »
wtorek, 11 października 2011
"Gang Amiszów napadał na innych Amiszów i golił im brody".

Dzisiaj przeczytałam to na gazeta .pl i umarłam ze śmiechu. Przeszła mi depresja i jesienne smutki. Świat to jest naprawdę wesołe miejsce do życia.

A tu dla wszystkich zdołowanych albo ciekawskich zdjęcia gangsterów.

A swoją drogą, myślałam, że gang staruszek z Monty Pytona to wyżyny absurdu. Jakże się myliłam, głupia.

20:00, anitaes
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 października 2011
Znaki.

Zaczęło się przedwczoraj wieczorem: zaparowała szyba nad studnią i nagle skończyło się ciekawskie zaglądanie w jej jedyne oko.

U góry, po pustym tarasie przesuwają się pokurczone liście, zatrzymywane tylko przez rzucony niedbale, zielony wąż. 

Nie wiadomo kiedy dwa plastikowe krzesełka odwróciły się do siebie plecami i przestały razem podziwiać wieczorne niebo.

Owijam szyję chustką i szukam ciepłego swetra.

Rano w Anghiari wiał zimny wiatr i zarzucał mi kaptur na głowę, jakby na przekór sobie pilnował, bym nie zmarzła.

Właśnie zaczęło grzmieć i padać. Ściągam suszące się pranie i zbieram pośpiesznie fruwające ręczniki.

W domu cisza i pusto. Jeden jedyny gość wybrał się do pobliskiego Montercchi i pewnie moknie gdzieś w opustoszałym miasteczku.

Przy stolikach na zewnątrz Kappa Caffe nikt już nie pije kawy.

Deszcz stuka w okiennice a ja myślę o tym, że właśnie skończyła się długa i pełna poświęceń pora podlewania kwiatów.

Na pustych polach w Santa Fiora zostały już tylko pomarańczowe dynie i krzykliwie ostrzegają wszystkich nieuważnych.

Bo właśnie przyszła jesień, jak co roku przygnana nagłym, pojedynczym podmuchem z gór.

Zrobiło się bardzo samotnie. Jakby cieplejsze ubrania chroniły nas nie tylko przed chłodem ale i przed ludźmi.

16:21, anitaes
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 października 2011
Chleb nasz globalny.

chlebek

Tak wygląda upieczony przez nas dzisiaj chleb. Chleb powstaje raz w tygodniu, z powodów egoistyczno-altruistycznych: dzielimy się nim z naszymi gośćmi, w trosce o nasze i ich zdrowie. Tak w każdym razie sądziłam do tej pory.

Pieczywko jest równie dobre jak ładne, pięknie pachnie i idzie jak przysłowiowa woda. Przepis, składniki i podstawowe nauki wypieku dostaliśmy od znajomych z Bydgoszczy, których niniejszym pozdrawiam, choć nie wybaczam /oni już wiedzą czego/.

Wczoraj, gdy zarabialiśmy ciasto, znudzona i zgnębiona jesiennym atakiem toskańskiej depresji zaczęłam czytać opakowania po ingrediencjach chlebowych. I tak na przykład dowiedziałam się, że ziarno sezamowe, które używamy do wypieku pochodzi z Indii. Oczywista oczywistość - pozwolę sobie spuentować mało odkrywczo. Mąka żytnia produkowana jest przez Młyny Gdańskie Sp. z o.o. - też miło i w dodatku budzi ciepłe wspomnienia. Mąkę pszenną wyprodukowano we Włoszech i to też jest chwalebne, tym bardziej, że kupiliśmy ją w sklepiku obok.

Ale dajmy na to pospolite ziarno słonecznika, które przyjechało z Polski i wygląda jakby tam wyrosło zostało sprowadzone wcześniej z Węgier. A takie na przykład siemię lniane, powszechnie znane i uprawiane nad Wisłą zebrano na Ukrainie. W największą konsternację wprawiły mnie przaśne ziarna dyni, wydawać się mogłoby, nic bardziej polskiego, które trafiły na nasz stół via Bydgoszcz z samiuśkich Chin.

Tak, okazało się, że nasz chleb żytni, zdrowy i staropolski to prawdziwie międzykulturowa mieszanina.

A potem sięgnęłam po słoik z miodem, z przymilną pszczołą wydrukowaną na wieczku i straciłam wszystkie złudzenia. Jedni potrafią nazwać rzeczy po imieniu, inni szukają uroczych synonimów. Producent miodu wielokwiatowego napisał na etykiecie, że miód w słoiku to: mieszanka miodów produkowanych w krajach członkowskich UE i spoza Unii. Perełka niedomówień i ukrytych treści. Dużo słów a a cel jeden: uspokoić neurotycznego klienta, bo kto inny będzie męczył wyobraźnię i szukał prawdziwego sensu w tak zgrabnej retoryce?

Oglądam słoik z nieukrywaną ambiwalencją. Pszczoła z wieczka szczerzy się do mnie bezczelnie i mruży małe oczka, zaraz tuż obok fałszywie brzmiącej deklaracji: popieramy życie miodem słodzone. A w środku miodek zapewne aż ciężki od metali z dalekowschodnich hut i fabryk, gdzie życie miodem i mlekiem raczej nie płynie. Bo co by o Chinach nie mówić, jedno jest pewne: to najbardziej zanieczyszczone miejsce na globie i sprowadzanie stamtąd żywności to brzydki nawyk. A ukrywanie tego faktu pod zgrabnym słówkiem "spoza" jeszcze brzydszy.

I nawet niepozorny napis " seria mars" na etykiecie, sugerujący chyba jakieś związki producenta z inną cywilizacją nie jest w stanie poprawić mi humoru. Miodzik wędruje do śmietnika a ja dodaję do ciasta dwie łyżki miodu od Orieli, z pasieki jej ojca. A mimo to jakaś goryczka i niepokój zostaje. Chyba nie lubię globalizacji.

Mimo wszystko smacznego.

11:26, anitaes
Link Komentarze (9) »
niedziela, 02 października 2011
Słowami Tessy Capponi.

Tessa Capponi-Borawska urodziła się w Toskanii, w domu jednego z najważniejszych florenckich rodów. Dorastała w sercu starego miasta, w olbrzymim starym palazzo z widokiem na Arno i pobliskie Ponte Vechio. Wakacje spędzała w rodzinnej posiadłości, wśród należących do rodziny wielkich winnic i gajów oliwnych. Miała angielską nianię i dostała staranne wykształcenie. Opływała w dostatek.

Pewnego dnia poznała Polaka, naukowca z Warszawy. I zakochana po uszy przeniosła się za mężem do Polski. Działo się to w szarych, smutnych latach osiemdziesiątych. Na półkach sklepowych zamiast prosciutto crudo, pomidorów i pachnącej oliwy stał olej rzepakowy, ocet i słodkie jak ulepek, włoskie soki Dodoni w malutkich, kolorowych puszkach. Swoją drogą, co za perfidia smaków.

Tessa została. Zamieszkała w malutkiej kawalerce, urodziła dzieci, zaczęła wykładać na Uniwersytecie Warszawskim, pisze. Poniższy tekst znalazłam w florenckim majowym biuletynie kulturalnym, poświęconym związkom przeszłości z przyszłością. Był po polsku, zaraz obok tekstu po arabsku. Pełna podziwu dla mądrości i prostoty słów autorki, przytaczam go w całości.

I zastanawiam się jeszcze: być na swoim miejscu i nazywać rzeczy po imieniu - czy jest większe szczęście i większa wolność? Za czym tak gonimy, gdy próbujemy nadać swojej rzeczywistości cudze imiona? Tessa uważa, że za pustką i za ułudą a ja się z nią zgadzam.

"Due figlie artigiane felici

Przyznaję się bezwstydnie, mam kryzys. Za każdym razem, gdy wchodzę do auli uniwersyteckiej tutaj, w Warszawie, pytam się sama siebie: co ja tu robię? Po co, powtarzam sobie, stale jeszcze uczysz, kiedy masz świadomość, że twoje wykłady są monologami, których nikt nie słucha, nie ma zamiaru komentować, ani krytykować, nie mówiąc już o  podjęciu dyskusji. Kiedy zadaję pytanie to nikt nie raczy odpowiedzieć. Sztuka sokratejska polegająca na wywoływaniu odpowiedzi (tak jak położna wywołuje poród), pozwala nieraz z trudem wyciągnąć dwa słowa (no bo przecież nie myśli) i to raczej nieskładne, od osobnika, który stoi przede mną. Te wszystkie osoby pewnego dnia wyjdą z tej instytucji z pięknym łacińskim tytułem "magister" (czyli mistrz) filologii włoskiej. Problem polega na tym, że większość z nich z mistrzostwem nie ma nic wspólnego. Obie moje córki postanowiły posiąść "sztukę" co znaczy zdobyć zawód, który łączy umiejętność (tę prawdziwą, a nie tylko poświadczoną na kawałku papieru) łączącą się z osobistym zaangażowaniem, z kreatywną pasją. Starsza będzie krawcową i hafciarką, młodsza uczy się na kucharkę. Wielu spogląda na mnie z lekkim zażenowaniem i stara się poprawiać moje słowa: "no, chyba nie krawcowa, może stylistka", "nie uczy się na kucharkę, ale studiuje nauki gastronomiczne". Nie, nic żeście nie zrozumieli. Jedna dziurawi sobie palce i rujnuje oczy nad haftem, a druga pracuje w kuchni, kroi się, przypala i tak dalej. Obie, jak je spytać twierdzą, że są absolutnie szczęśliwe. I to jest właśnie to, co chciałabym zostawić (nawet, jeśli to nie moja zasługa) w przyszłości, Florencji, Warszawie czy jakiemukolwiek bądź miastu na świecie: dwie kobiety, przyzwoitych rzemieślników, zakochanych w pięknie."

00:07, anitaes
Link Komentarze (19) »