RSS
środa, 27 października 2010
Tak króciutko tylko...

Chciałam tylko wszystkim powiedzieć, że tu regularna jesień. W całym mieście pachnie palonym drewnem. Rano jest mgliście i zimno. Drzewa zżółkły. Wszyscy Włosi grają w superenalotto. 175 400 000 euro. No coment. Na mercato kasztany i karczochy, pojawiły się już pierwsze mandarynki. Widziałam też świeżą, tegoroczną oliwę. Tak jak wszyscy tutaj, palimy w kominkach i na specjalnej patelnii z dziurkami pieczemy w nich kasztany. Potem wrzucamy je do miseczki ze Staropolską. Piją jak wściekłe. Smakuje im. Nam też. Pomysł nie mój, podpatrzyłam u Jemiego Oliviera. W jednym z programów, siedząc przy ognisku ze swoim włoskim przyjacielem, upił się kasztanami w brandy. Włosi zakutani w puchowe kurtki, w końcu jest zimno. W dzień 12 stopni. A ja szyję grube, potrójne zasłony na nasze nieszczelne okna, które dawno temu spieprzył pewien Witek z Kaszub. Zamierzchła historia, listopad 2009, nasze pierwsze koty za płoty. Potem było już tylko gorzej. Chyba upiekę sobie kasztana i utopię go w wódce, coś smętny ten wieczór. Dobranoc.

22:32, anitaes
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 października 2010
Zastanawiam się.

Zastanawiam się, od jakiego momentu budynek zaczyna być domem. Czy od dnia zakupu? Raczej nie. Sciskamy co prawda klucz w ręku, ale jeszcze nie wykurzyliśmy ze środka demonów poprzednich właścicieli.

Może wtedy, gdy jemy w nim pierwszy posiłek? Nasz stół jest jak tratwa na rozkołysanym młotami mechanicznymi morzu. Burza wokół, kurz w zębach a my bezpieczni płyniemy do widocznego w oddali portu.

To może dom staje się domem, gdy nasze książki znajdują w nim swoje miejsce? Urządzamy im przytulny pokoik a one odwdzięczają się nam, stając przy ścianach jak strażnicy spokoju i ciszy? Odgradzają nas, kiedy tylko sobie tego zażyczymy, od zgiełku i dokuczliwości świata.

Powoli nasze rzeczy zaczynają się rozgaszczać w naszym domu. Co prawda książki, zapakowane szczelnie w kartony, piętrzą się w piwnicy, ale nasz dotychczasowy magazyn, zajmujący całe pierwsze piętro, skurczył się do jednego, dwunastometrowego pokoiku. W dodatku pokoik jest już w zasadzie skończony, Renato pomalował go dwa tygodnie temu, została do wyczyszczenia podłoga. Wpakowaliśmy o niego wszystkie materace, kartony z ręcznikami, pościelami, jakieś lampy, dwie szafy i inne drobiazgi i zakleiliśmy go, hmm, na cztery spusty? Bo oto zaczęliśmy remont na I piętrze. W sobotę została położona podłoga, zaczęło się skrobanie sufitów i kamiennych portali, powstała ścienna szafa, w której będzie mini kuchenka dla gości. Tak naprawdę, to ta szafa tam była od początku, ale okazała się zbyt płytka, nie zmieściłaby się w niej lodówka.

Tak więc, z pomocą Angela i Vittoria, dwóch panów z Pulii, przekroczyliśmy Rubicon. I nie chcę zapeszać, broń Boże, ale wszystko wskazuje na to, że na święta na I piętrze będzie można zamieszkać. A że szykuje nam się tutaj zjazd rodzinny, to trzeba zasuwać z pracą. W czwartek wchodzi Renato z Maurizzio, zaczynają malować, tylko na biało, potem my sami będziemy walczyć z kolorami. Do szarej, kamiennej podłogi, kamiennego kominka i portali wymyśliłam sobie szarożółty, przecierany kolor. Z kolei K., purysta, odkrył na ścianie jakiś pompejańsko czerwony fragment starej farby i uparł się, że ukręcimy ten kolor. Która opcja wygrała, będzie można przekonać się w przyszłe wakacje, gdy otworzymy podwoje dla gości.

A, jeszcze jedno. To, że zaczęliśmy pierwsze piętro niech nikogo nie zmyli. Oczywiście, że drugiego nie skończyliśmy. Czeka podłoga w przedpokoju, drzwi do schowka, malowanie przy schodach i wiele innych takich tam, upierdliwych drobiazgów. Ale generalnie jest dobrze i narzekanie byłoby trochę niestosowne.

A że obejrzałam sobie ostatnio film George`a Clooney`a "Good bye and good luck", więc życzę wszystkim tego samego.

08:51, anitaes
Link Komentarze (5) »
piątek, 15 października 2010
Aqua vita. Postscriptum do poprzedniej notki.

Jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza zasada współistnienie we włoskiej społeczności to prosta, odwieczna "zasada wzajemności". Ty mi, ja tobie, wtedy ja znowu tobie a potem ty mi. I tak w nieskończoność. Włosi są chętni do pomocy, nie odmówią jej, ale oczekują wdzięczności. Nie jest to oczekiwanie jawne, bezczelne i ewidentne. Nikt nie bębni palcami po stole i nie patrzy wyczekująco. Ba, nawet sugestii nie ma żadnej, choćby delikatnej. Zasada jest powszechna, jak dostęp do powietrza. Nie widać jej, nikt o niej nie mówi, nie wisi nad głowami, jak wyrzut sumienia. Po prostu jest.

Nie widzę w niej nic nagannego. Jej zaletą jest to, że reguluje kwestie zobowiązań i pozwala śmiało korzystać z pomocy innych, bez poczucia jakiegoś uwierającego nadużywania. Dodatkowo, każdy gest odwzajemnienia, obojętnie, czy będzie to podarunek w postaci spektakularnego Goldwasera, smutnego torcika wedlowskiego, albumu z nad Bałtyku, czy polskiej, bursztynowej anakondy, każdy taki gest Włochów cieszy. I to cieszy naprawdę, gorąco i bez ściemy.

Kilka miesięcy temu, będąc w Polsce, kupiłam pięknie zapakowaną wódkę Staropolską, z Gniezna, tak na wszelki wypadek, gdyby była potrzebna. Potem, po incydencie ze znanym podpalaczem Brunem, chciałam dać ją Sergiowi, naszemu geometrze, za szybkie załatwienie wszystkich spraw w ubezpieczalni. Ale nie widzialam się z nim od lipca, więc nie było okazji. A że dni ostatnio chłodne, i mgliste, w domu, przy podłodze szurają przeciągi, to wczoraj spoglądając na stojący na półce kartonik nabrałam ochoty na kieliszeczek.

I niech tam, może to kompletne dziwactwo i ekstrawagancja, że będąc w Toskanii, zachwalam polską wódkę, ha, ha, trochę to absurdalne, ale nie mogę się powstrzymać, więc powiem to mocno i z przekonaniem: OBJAWIENIE. Chryste, jaka dobra! Najlepsza, jaką piłam. Nie gustuję w mocnych alkoholach, wolę wino, tylko czerwone, czasem Porto, no, kieliszeczek Absyntu może, a tu niespodzianka. Likier na miodzie, goździkach i śliwkach, piękny, bursztynowy kolor, butelka też wykwintna, nawet może trochę zbyt, przypomina flakon perfum, ale smak, panie i panowie, idealny. Idealny na jesienne wieczory, pod kocykiem, przy kominku, z dobrą książką.

Wypiliśmy po dwa kieliszeczki, K. patrzył tęsknie, gdy odstawilam flaszeczkę na miejsce, ze smutkiem przełknął ostatnią kropelkę, był wieczór a my uszczelnialiśmy komin w jadalni, by zimą nie uciekało nam ciepło. Kłaki wełny mineralnej fruwały w powietrzu, razem z pyłem z pociętej płyty gipsowo-kartonowej, drapało w gardle, generalnie syf i mało przytulnie. A mimo to otulało nas miłe, wewnętrzne ciepełko, w ustach smak śliwek, słodycz miodu, zapach goździków i ogień w duszy. Ech...

Poczęstuję generałów, gdy przyjdą na kolację. Niech wiedzą, co to znaczy smak życia. Ta ich włoska grappa...dajcie spokój...nie będę złośliwa, więc już zamilknę.

10:01, anitaes
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 października 2010
Ubranka, ciuszki, fatałaszki. Czyli dobry smak.

Włosi uwielbiają być ładni. Mam wrażenie, że mężczyźni bardziej niż kobiety. Lubią sie stroić, fryzować i stylizować. Są w tym dość tradycyjni, z małą nutką ekstrawagancji. Na tyle małą, żeby nie wprowadzić chaosu w klasyczne ubrania, ale na tyle widoczną, by nie było nudno. A to chustka w ciekawym kolorze, a to spodenki czerwone, albo okulary troszkę nonszalanckie. Włosi mają gust i świetne figury. Na ulicach naszego miasteczka prawie w cale nie ma grubasów, ba, nie ma ludzi z nadwagą. Małe, szczupłe kobietki i smukli mężczyźni w każdym wieku, nawet mocno zaawansowanym, wyglądają dobrze i zdrowo. Oczywiście, wprawne oko dostrzeże u co niektórych pięćdziesięciolatek ingerencję chirurga plastyka, ale generalizując, wyglądają dobrze. Zadbane, błyszczące włosy, prosta postawa, dobre dodatki, wypielęgnowane dłonie. Bycie ładnym sprawia im przyjemność i jest tak oczywiste, żeby nie powiedzieć pospolite, jak czyste buty i uśmiech.

Włoskie ubrania są w dobrym gatunku i kosztują niemało. Są rozpoznawalna, bo jest w nich glamour i perfekcja. Lubię na nie patrzeć, bo to małe arcydziełka. Ale nie lubię ich nosić, bo są zbyt układne i nieco napuszone. Brakuje im, moim zdaniem, nieco luzu. Za bardzo błyszczą. Ale Włosi je kochają. Są dumni z własnych marek, tak jak są dumni z własnych samochodów. I jakbyśmy nie  byli przekonani, że Fiat to, panie, nędza, to oni, i tak wybiorą Fiata, albo Lancię, albo Alfę. A już miłością bezgraniczną darzą słynną pięćsetkę, malutkiego Fiata 500, który z powodu swoich rozmiarów daje się zaparkować pod stołem i którego można jeszcze czasem spotkać na ulicach włoskich miast. Faktycznie, to coś wzrusza, jak każde małe stworzenie. Taki szczeniak wsród dorosłych kundli. Brakuje mu tylko ogonka. Włochom kojarzy się z młodością i dzieciństwem, rodzinnymi wyjazdami do Rimini, pakami na dachu i z upchniętą rodziną w środku. Tam musiał być harmider...

Zaproszę niebawem generalicję na obiad. Zastanawiałam się, co im podać. W końcu Gloria w kuchni jest mistrzem i wie co dobre. Postanowiłam zrobić nasze poczciwe zrazy. Piszę poczciwe, bo tak sobie o nich pomyślalam. Ale potem, po namyśle doszłam do wniosku, że dobrze zrobione zraziki, z pyszną zawartością, są takim samych dziełem sztuki, jak nie przymierzając, włoskie kotleciki jagnięce z miętą. Tylko nam czasem się wydaje, że brakuje im klasy. Nie są znanym brandem, jak powiedzmy pospolite spaghetti bolognese. Sprawię naszym gościom tymi zrazami taką samą przyjemność, jaki oni nam swoją kuchnią. Będą zachwyceni, bo będzie to dla nich nowe, inne i trochę egzotyczne. Poczęstuję ich też sałatką jarzynową, z tego samego powodu i plackiem drożdżowym z jabłkami. A na koniec kieliszeczkiem naszej Starki. I to by było na tyle. Wyjdą zadziwieni, w dobrych humorach i znając ich gadulstwo, długo jeszcze będą wspominać polską kolację i smak kruchej wołowiny.

Polskie, domowe przysmaki potrafią być wstrząsająco dobre. Mam tylko nadzieję, że Gloria i Tony, skuszeni i rozochoceni naszą kuchnią, nie przyjadą do Polski na mały rekonesans po restauracjach. Bo mogą się trochę zdziwić. Niestety, o ile domowe i knajpiane menu we Wloszech jest jednakowo dobre, to w Polsce to tak nie działa i trzeba mieć naprawdę dobrego nosa i rozeznanie, by trafić w zwykłej restauracji na kulinarne dzieło sztuki. Smacznego.

 

17:17, anitaes
Link Komentarze (4) »