RSS
wtorek, 27 września 2011
Lody włoskie kręcą.

Kręcenie lodów to inaczej robienie kasy. W robieniu kasy na naiwnych turystach Włosi są mistrzami. Prawdziwymi mistrzami gatunku. A że sztuka wymaga poświęceń, dobre imię, honor i uczciwość to nie są sprawy, którymi Włoch zaprząta sobie głowę w sezonie letnim. Te kwestie zostawia się na pozostałe pory roku.

A latem? A latem wystarczy wystawić przed swój sklepik mały stolik, przykryć zgrzebnym obrusikiem - im zgrzebniejszy tym lepiej - położyć na nim upakowane w przezroczyste i koniecznie szeleszczące torebki makarony, postawić kilka butelek wina, koszyk suszonych grzybów oraz twardawe panforte a sklepik nagle otaczają turyści. I węsząc naturalne piękno i całą prawdę wyjmują portfele, by kupić te przeterminowane często i przegrzane w słońcu specjały.

To samo wino i makaron w pobliskim markecie kosztuje o połowę taniej, co tam połowę, kosztuje jedną czwartą ceny. Ale kto by o tym myślał, gdy wokół piękno włoskich miasteczek, na dodatek połączone z kieliszkiem wypitego przed chwilą chianti lub pachnącego caffe. Taka mieszanka potrafi zaczadzić najbardziej twardego agnostyka. 

Żaden Włoch nie sprzedaje na tym swoim lichym, choć pełnym po dach stoisku prawdy i godności. Ba, żaden Włoch nie sprzedaje tam nic Włochom. Tu chodzi o duże pieniądze i o spektakl a w jak wiadomo w kwestii pieniędzy i opery Włosi są poważni jak żałobnicy.

Tak, śmiało można powiedzieć, że ceremonia pogrzebu i ceremonia sprzedawania toskańskich pyszności mają wiele wspólnego: jest trup, co leży na stole, są rekwizyty, jest widownia czyli przyszli żałobnicy i jest autentyczny mistrz ceremonii. Nastrój tylko jest inny, choć płakać będzie każdy.

Bo gdy szczęśliwi turyści zataszczą do domu butelczynę wina z TEGO Montepulciano, ser z TEJ Pienzy i oliwę z TEJ Cortony a potem w gronie przyjaciół otworzą te cudownie naturalne i prawdziwe toskańskie smaczności okazuje się, że oto ponieśli niepowetowaną stratę. A że o zmarłych źle się nie mówi, zaczną podawać sobie z ust do ust bajki, że to dlatego wino jest kwaśne, panforte kruszy zęby a makaron klei się do garnka, no bo, kurczę, tylko w tej Toskanii powietrze i  światło i zapach bazylii...a w domu to już nie.

Nie wierzcie w te bajki. Nie kupujcie śmieci w Montepulciano,w Pienzie i Cortonie. To są niejadalne rekwizyty. Zróbcie sobie z nimi zdjęcie, to zawsze zrobi wrażenie na znajomych, pomachajcie wesoło do przemiłego mistrza pochówku /nie waszych na szczęście, drogich euro/, ale nie dajcie mu kręcić lodów, nawet, jeśli są włoskie i kultowe.

No, w każdym razie ostrzegałam.

20:49, anitaes
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 19 września 2011
Jak się pozbyć koszmarów.

Złe sny to żadna wielka sprawa. Dokuczają, gdy nagrzeszymy albo gdy zjemy po 20.00 talerz bigosu staropolskiego. Ten mój zły sen męczył mnie od pierwszych rezerwacji. Zaczynał się niewinnie. Otwieram drzwi naszego domu, w progu obładowani walizkami stoją zmęczeni goście, uśmiechamy się do siebie, przez chwilę, krótką jak moja pamięć a potem mój uśmiech gaśnie, moje usta się otwierają i wydobywa się z nich krzyk, który z reguły budzi mnie w środku nocy. Mnie, nasze koty i sąsiadów z naprzeciwka.

Okazuje się bowiem, że dla tych zdrożonych biedaków nie mam miejsca. Wszystkie pokoje zajęte a ja w swojej lekkomyślności i zakręceniu sprzedałam, jak to się mówi, podwójnie ten sam bilet na finałowy mecz. Ludziom też znikają uśmiechy, bledną białe, nieopalone twarze, dzieci wpadają w histerię, kobiety mdleją a mężczyźni rzucają mięsem.

To był mój koszmar. Conocny.

Aby mi ulżyć, K. wydrukował dla mnie bardzo zmyślne tabelki, z umieszczonymi pionowo dniami, po jednej dla każdego miesiąca, z podziałem na pokoje i z miejscem na wpisywanie rezerwacji. Odrzuciłam więc w kąt mój kalendarz, pokreślony kolorami i dziwnymi znakami, które miały symbolizować pokoje i gości a stały się w pewnym momencie nierozszyfrowywalną plątaniną kresek, kropek i nieczytelnych zapisków. Przeszłam na system prosty i jasny jak włosy szwedzkich pacholąt, gdzie krzyżyk to zajęte a kropka zarezerwowane ale nie potwierdzone. Odetchnęłam.

Do czego zmierzam. A do tego, że przedwczoraj ziścił się mój sen. Z dodatkowymi atrakcjami. Rano wyjechali goście z Appartamento. Potem ci z Capelli. W Piccolo mieszkała moja przyjaciółka z dawnych czasów, z czasów, gdy we dwie ważyłyśmy tyle, co teraz każda z nas. Wydawało się, że wszystko gra i zmierza do szczęśliwego zakończenia dnia. Otóż nie.

Sprzątnęliśmy Appartamento, spodziewając się wieczorem gości z Niemiec. Pogoda, ilość wrażeń, i stos rzeczy do prasowania pozbawiły mnie sił. Była ósma, gdy postanowiłam położyć się do łóżka. Miałam wrażenie, że śmierć jest blisko. Gdy ułożyłam się wygodnie, zadzwonił telefon. Automat odczytał mi głosem równie martwym jak ja taką oto wiadomość: mamy jeszcze do was 200 km, flip. Skąd ten flip, pomyślałam? A potem przyszło mi do głowy, że przecież to tylko technika a ona jak wiadomo zawodzi i biduś automat też może być zmęczony. Po półgodzinie, gdy miałam zamiar odłożyć książkę i przytulić się do mojej podusi zadzwonił dzwonek do drzwi.

Na dole stały cztery osoby - dwoje Niemców i dwoje Włochów. Ale pędziliście, powiedziałam do Niemców. W końcu 200 km w trzydzieści minut to całkiem niezły wynik, tym bardziej że jechali ze strony Ceseny, gdzie objazd po wąskich, krętych drogach nie należy do przyjemności i powoduje u co niektórych odruch wymiotny. Nie zrozumieli żartu. OK, późno, nie każdy ma ochotę na durnoty.

Potem chciałam te dwie pary wpakować do Appartamento i wtedy okazało się, że oni są osobno. Niemcy, rzecz jasna, z rezerwacji, a Włosi skąd? Oczywiście, że z pizzerii, gdzie im polecono nasz B&B. Sprawa się wyjaśniła, ale nie skończyła. Capella świeciła niesprzątniętymi ręcznikami po poprzednikach i skotłowaną pościelą. Włochów to nie przeraziło. Postanowili iść coś zjeść /co robili w pizzerii jeszcze przed chwilą - pytanie za 100 punktów/ i dać nam czas na ogarnięcie pokoju. Niemcy zaczęli się rozpakowywać.

Po pół godzinie, zdyszani i upoceni skończyliśmy. Marta zmieniła pościel, ja wyszorowałam łazienkę, K. odkurzył i umył podłogi. Capella pachniała jak wiosenny poranek w Alpach. Włosi wrócili, zadowoleni, a jakże, pogadali o życiu a gdy skończyli, zeszłam do jadalni napić się wina i odetchnąć. Była prawie dziesiąta. Pyszne białe winko. Wlewałam je z radością do ust, zimne i leciutkie. Pomyślałam: na dobry sen. A wtedy w oknie pokazała się głowa. Polska głowa, co do tego nie miałam wątpliwości. Wychyliłam kolejny kieliszek i tego wieczora zażartowałam po raz drugi: he, he, chyba mamy gości!

Nigdy nie żartujcie z nieszczęścia. Zwłaszcza z własnego.

Ktoś ciężko uderzył kołatką. Miałam wrażenie, że kołatka zakołatała mi w mózgu. Spojrzeliśmy na siebie z K. Zrobiło się niepewnie. Otworzyliśmy drzwi. Filip jestem, powiedziała polska głowa, nareszcie jesteśmy.

Tak. Złe sny się spełniają. Z reguły w najmniej oczekiwanym momencie. Filip w mojej efektownej tabeli figurował jako krzyżyk 19 września. A w mailach 17. Sprytna tabelka mnie nie oszczędziła i pokazała, że to człowiek się myli a nie ona. Nie muszę dodawać, że w Piccolo spała przyjaciółka z dzieciństwa. Jeszcze przyjaciółka, bo po obudzeniu i wyekspediowaniu jej do pracowni nasza przyjaźń przechodzi ciężką próbę.

Nalaliśmy Filipowi wina, wypiliśmy, potem znów nalaliśmy, znów wypiliśmy a kiedy uznaliśmy, że się rozluźnił i nie użyje pięści, wysłaliśmy go na dobrą kolację do Seweria, do pobliskiej enoteki. A sami pognaliśmy na drugie piętro wystawić za drzwi nieprzytomną i pozbawioną makijażu koleżankę i posprzątać pokój. I znów, jak godzinę wcześniej, zespół w zespół, ulokowaliśmy zdrożonych gości.

Poszliśmy spać po północy, wykończeni jak sienieńskie konie. W nocy była burza i nie dało się zasnąć. Koty wyjątkowo perfidnie deptały moje nogi. Pies drapał w drzwi, bo bał się grzmotów. Gryzły komary. Zasnęłam nad ranem. Od 17 września koszmarów już nie mam. A Filip jest fajny.

21:25, anitaes
Link Komentarze (11) »
czwartek, 15 września 2011
Sprostowanie w samą porę.

Zdjęcia naszego domu ukażą się w numerze świątecznym /12/ Dobrego Wnętrza i otworzą nowy cykl redakcyjny, o którego nie mogę, niestety, więcej napisać. Dziękuję pewnym pięknoduchom / co za adekwatne słowo/ z Rzeszowa, którzy przypomnieli mi, bym podała nowy termin i nie narażała co poniektórych na rozczarowanie i niepotrzebny wydatek. Dziękuję im też za to, że uprawiają reklamę szeptaną, ponoć najskuteczniejszą na świecie i rozsiewają dobre wspomnienia o Sansepolcro po całej Polsce.

A ja niebawem napiszę pierwsze sprawozdanie z wizyty w małym domku w Anghiari, który obejrzeliśmy już z elektrykiem i hydraulikiem, podczas gdy nasza inwestorka poleciała na Wyspy Brytyjskie na spotkanie z huraganem Katia.

Kości zostały rzucone - plany wydrukowane, media odnalezione, pierwsze kłody turlają się pod nogami - będzie się działo.

18:58, anitaes
Link Komentarze (3) »
piątek, 09 września 2011
Umowa stoi.

Zaczynamy. W przyszłym tygodniu rozpoczynamy współpracę z angielską inwestorką. Omówiliśmy szczegóły, określiliśmy naszą odpowiedzialność, uzgodniliśmy terminy. Porozmawialiśmy także z przyszłymi podwykonawcami no i mamy już pomysł na domek w Anghiari - teraz możemy ruszać z pracą. W poniedziałek jedziemy z elektrykiem i hydraulikiem na budowę, muszą na podstawie naszego wstępnego projektu zrobić wyceny. Potem wrócimy tam z murarzami, w tym samym celu.

Chciałoby się powiedzieć "nie miała baba kłopotu", ledwo wygrzebaliśmy się z naszego remontu, ledwo opadł kurz i wyschła farba, a my znów pakujemy się w nową budowę. Ale nie będę się fałszywie krygować - naprawdę cała przyjemność po naszej stronie. Zrobimy z tej nieciekawej nory piękną rzecz - małe toskańskie gniazdko dla dwojga. Z kominkiem, ceglanymi podłogami i przytulną kuchnią. Mam nadzieję, że pani E. będzie w pełni usatysfakcjonowana i pełna ciepłych uczuć.

Za trzy, cztery miesiące, jeśli nie pojawią się niespodziewane okoliczności, powinniśmy kończyć prace. Nie omieszkam umieszczać zdjęć z postępu prac. Pokój z kuchnią i łazienką, powiedzmy sobie szczerze, to nie jest wielkie przedsięwzięcie. Nie zakładam żadnej klęski, choć zdaję sobie sprawę, że życie potrafi zaskakiwać. Jeszcze nigdy nie robiliśmy domu dla innych. A że angażujemy się w takie prace bezgranicznie i bez dystansu to tutaj też pewnie nie odpuścimy. Jakie będą efekty? Sami jesteśmy ciekawi. 

Umawiamy się więc za cztery miesiące, 9 stycznia, o tej samej porze. Albo pijemy szampana, albo przełykamy gorzki chleb porażki. Ewentualnie kieliszek zielonego absyntu, gdyby wyszło tak sobie.

A to znalazłam dzisiaj. Nie do spróbowania, raczej do zachwytu nad ludzką przekorą. Mniam.

14:39, anitaes
Link Komentarze (9) »
niedziela, 04 września 2011
Krótka notka do pewnej poprawnej Ewy.

Szanowna Ewo. Z ogromnym poświęceniem wyszukałaś wszystkie błędy ortograficzne, które popełniłam przez te wszystkie miesiące, gdy pisałam bloga. Niepotrzebnie. Gdy myślę o tym, jak pot z Twego czoła kapał na Bogu ducha winną klawiaturę a siódma kawa nie pozwalała zasnąć i powodowała zgagę, jest mi niewymownie przykro. Jak zwykle, gdy spotykam ludzi skupionych na wyszukiwaniu potknięć innych. Tyle dobrej energii poszło w kosmos hybionej /ha, ha/ aktywności. Wykazałaś się wielką determinacją a wszystko to na marne - za chwilę pojawią się nowe błędy i Twój nowy pot i nowa męka.

Tak, wiem, nie jestem doskonała. Robię błędy i pewnie nie przestanę. Taki to już mój pozbawiony zasad /pisowni/ urok. Mimo przeczytanych setek książek i purpurowego ze wstydu edytora. Dlatego apeluję, nie męcz się więcej. Szkoda kawy, klawiatury i Twych zaczerwienionych oczu. Zamiast czytać moje iskrzące się bezczelnymi bykami notki, przyprawiające Cię przecież  o jakże "formalno- strukturalne" palpitacje, przyjdź do lektur mniej obciążających Twoją psychikę. Może czytelnicy zaproponują Ewie coś, co ukoi jej skołatane nerwy?

19:30, anitaes
Link Komentarze (28) »
sobota, 03 września 2011
Small talk.

Kilka tygodni temu odwiedziła nas pewna angielska dama. Przyszła, przyprowadzona przez inną,  włoską damę. Obydwie damy, dość leciwe, szczupłe i dystyngowane poczęstowałam kawą i ciasteczkami od Chieli. Damy obejrzały razem dom, ta włoska po raz drugi a potem wypiły kawę, zjadły po mikroskopijnym ciasteczku i poszły. A teraz angielska dama wróciła. Odwiedziła nas przedwczoraj i zaproponowała współpracę. Okazało się, że dama ma kilka nieruchomości, które kupiła dawno temu, jako lokatę kapitału i teraz chciałaby je wyremontować i sprzedać innym damom, ze dalekich Stanów lub z mglistego Londynu. Z pewną nieśmiałością zapytała, czy odjęlibyśmy się ich aranżacji.

!!!!

Cóż można odpowiedzieć damie? Cała przyjemność po naszej stronie! Robić to, co się lubi i dostawać za to pieniądze. W dodatku robić to cudzymi rękoma, bo naszym zadaniem byłoby tylko zaprojektowanie wnętrza a potem dopilnowanie jego realizacji i zabawa detalami - zakup mebli, dobór kolorów, tkanin i drobiazgów. Pozostawia nam także wybór wykonawców, jej doświadczenia są złe i nie chce ich powtarzać. Nasza angielska dama nie ma czasu ani głowy do takich spraw.Ma własne problemy i potrzebuje pomocy. A my jej tej pomocy rzecz jasna udzielimy. Zaczniemy od małego domku w Anghiari.

Nasze doświadczenia okazały się bezcenne. Warto było uwalać się starymi pajęczynami, najeść się wapna i znosić sterczące od kurzu włosy. Warto było potykać się o gruz, ścierać ręce zaprawami i wykłócać się z Lorenzo. A także marznąć zimą na budowie, machać szpadlem do utraty tchu i przenosić z miejsca na miejsce ciężkie cegły. Zaprawdę mówię Wam, warto - dla takich właśnie rozmów z miłymi damami.

20:56, anitaes
Link Komentarze (14) »