RSS
wtorek, 28 września 2010
Moje szczere wyznanie czyli wszystko o gotowaniu. Książki.

Zaczęło się od kilku maili. Potem doszło do spotkania w wydawnictwie. Był luty. Tam, w gąszczu korytarzy, natychmiast się zgubiłam. Gdy mnie w końcu znaleźli, prezes już czekał. W malutkim pokoiku, od sufitu po podłogę zawalonym książkami. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie na takich samych, za wysokich obrotowych krzesłach. Pewnie ktoś przypadkiem tam je wstawił. Nasze palce ledwo dotykały sześcioramiennych podstaw. Aby nie majtać nogami i nie wyglądać jak pierwszoklasistka, kręciłam się lekko się raz w prawo, raz w lewo. Mamy remont - rzucił na wstępie prezes - to co, napiszesz powieść? Jego stopy też wisiały i szukały podparcia. Zaraz zacznie się kręcić, pomyślałam. Zaczął. Przyglądał mi się zza błyskających szkieł i kręcił się energicznie. Szybciej ode mnie. Odchyliłam się. Groziło nam czołowe zderzenie. Nie umiem pisać dialogów - powiedziałam. Dasz radę - odparł. A jak wyjdzie coś niestrawnego? - skrzywiłam się. To spróbujemy doprawić - odpowiedział i oblizał się lekko. Albo głodny albo łasuch, przyszło mi do głowy. Popatrzyłam na niego w milczeniu.  Ale to moje życie - odezwałam się po chwili - prawdziwe, rozumiesz? I co, mam je tak na widelcu..? Wystawić? Daj spokój z tym widelcem - machnął ręką. Połowa twoja a połowa z głowy - błysnął szkłami i uśmiechnął się - to co? Przygotujesz coś smacznego? Ale żadnych toskańskich przepisów - powiedziałam stanowczo. Ani opisów zabytków - dodałam - są w tym lepsi ode mnie. Ok - zatrzymał krzesło i wyciągnął do mnie rękę - umowa stoi. Masz czas do końca sierpnia. Dwa pierwsze rozdziały do połowy kwietnia. Pamiętaj, to twoja kuchnia i ty tu rządzisz. Mnie się ta historia podoba. Wiesz, wyjazd, Toskania, para ludzi, nowe życie, byle nie było za słodko - dodał pośpiesznie.

Nie wiem dlaczego, stanęła mi przed oczami sąsiadka mojej babci. Pani Krysia w każdy piątek przynosiła nam kawałek własnej, świeżo upieczonej babki. Stawiała ją ostrożnie na stole i mówiła: puszek, tym razem, Marta, wyszedł mi puszek. Po jej wyjściu babcia bez słowa chowała puszek do kredensu a mi nakładała wielki kawał placka drożdżowego z pięknym, grubym zakalcem. Palce lizać. Innego bym nie ruszyła. Od zawsze słodki puszek kojarzył mi się z biało-żółtym kłębkiem waty, łaskoczącym gardło.

Po powrocie do Włoch usiadłam przed komputerem i wpatrywałam się w pusty ekran. Cholera jasna, pomyślałam. Cholera jasna, napisałam i jakoś poszło. Najważniejsze dobrze zacząć. Pierwsze dwa rozdziały szły trochę opornie i nerwowo. Wysłałam je w końcu i czekałam na odpowiedź. Była enigmatyczna. Jest ok, pisz. Następne dwa pisałam wolniej. Bo w międzyczasie był Lorenzo, wybory, urzędowe sprawy, remontowe sprawy i wszystkie inne sprawy. Drogi K. każdą prośbę zaczynał od słów "piszesz? Bo jak piszesz, to pisz". Gdy skończyłam czwarty rozdział, słodki puszek zaczął niebezpiecznie pęcznieć w przełyku. Dotarłam do ściany. Czułam, że palce mam lepkie od lukru. Wtedy odłożyłam pracę na miesiąc a potem znów do niej wróciłam. Już wiedziałam, co dalej. Jednym, zdecydowanym ruchem wlałam do mojego garnka szklankę octu. Aby mieć stuprocentową pewność, dolałam drugą. Zamieszałam i spróbowałam. Chryste. Oczy napełniły mi się łzami. Co za potwór ze mnie. Ale smakowało dużo lepiej.

Zostało mi niecale dwadzieścia dni. Ostatnie cztery rozdziały pisałam po jedenaście godzin dziennie. W międzyczasie Bruno próbował spalić nasz dom. 30 sierpnia skończyłam. 31 poprawiłam błędy, ponumerowalam strony i o 15.00 wyslałam do wydawnictwa. Deadline to deadline. Nie przeskoczę swoich pruskich nawyków. Po tygodniu przysłali maila, że wydadzą na święta. Potem szybko kazali pisać notkę biograficzną i akceptować okładkę. Potrzebowali zdjęcia. I rysunki. Powiedzieli, że drukują w październiku. Najpóźniej w połowie. Prezes zadzwonił, by powiedzieć, że mu się spodobało. Smaczna historia, jak to ujął. Książka ma tytuł jak blog, ale jest zupełnie inna niż blogowe zapiski. W końcu to powieść. Za kilka tygodni pojawi się w ksiągarniach. Mam nadzieję, że nikt się nią nie zatruje. Ani nie zakrztusi. Podałam do stołu i życzę smacznego. Ale uprzedzam. Jest trochę pikantna i ma sporo goryczki. I czasami może szczypać w oczy.

16:42, anitaes
Link Komentarze (22) »
sobota, 25 września 2010
Viva la porta!

Oriela przywiozła dzisiaj nasze drzwi. Dwudzielne, stare, jedne do naszej sypialni, drugie do piwnicy. A trzecie, małe, ręcznie strugane, do łazienki. Naprawiła je, oczyściła, potem pomalowała, jak zwykle, gommalacą i wtarła cerę. Pachną miodem. Są piękne. Patrzę na nie i myślę, że drzwi to nieodłączny towarzysz naszej rzeczywistości. Nie dostrzegamy ich, podobnie jak naszych łóżek. Po prostu są. A przecież bez nich nie opuścilibyśmy domu rodzinnego, z radością i niepokojem, gdy przed nami wielka niewiadoma. Nie witalibyśmy przyjaciół na parepatówce, w naszym pierwszym mieszkaniu. Nie moglibyśmy bezszelestnie wsuwać sie do pokoju dziecinnego, by sprawdzić, czy maluchy śpią. Nie mielibyśmy czym trzaskać, w gniewie lub rozpaczy, gdy brakuje nam innych argumentów. W końcu nie bylibyśmy w stanie odejść, gdy czujemy, że na zewnątrz jest więcej powietrza i spokoju, niż w środku. Drzwi nas chronią ale też zamykają nas wbrew naszej woli. Są granicą, której czasem lepiej nie przekraczać. Albo trzeba zaryzykować, przekroczyć i poświęcić wszystko. Za drzwiami spotykamy naszą wolność albo naszego wroga. Drzwi dzielą nasz świat i czy tego chcemy, czy nie, są stałym elementem naszego życia. Patrzę na nasze drzwi i myślę o tych wszystkich, kórzy je przed nami otwierali. Czterysta lat, setki rąk. Teraz wróciły na swoje miejsce. Historia sie domknęła.

A na FOTKI DO NOTKI zdjęcia.

17:21, anitaes
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 września 2010
Aneksja.

Prawdziwa aneksja wygląda tak:

najpierw włażą do łóżka ukradkiem. Trochę nieśmiało. Siądą sobie w nogach. Popatrzą. Potem niby od niechcenia położą się na stopach. Albo pomiędzy. Zwiną się i zerkają. Chociaż udają, że śpią. Ale widać, że patrzą. Czekają na reakcję. Z reguły nie ma żadnej. Nikt nie zauważył, że przylazły. No to poleżą jeszcze chwilę bez ruchu, czasem nawet godzinkę, albo dwie. Oswajają ze swoją obecnością. Stają się niewidoczne. Jak poduszka, co zawsze leży na łóżku. Jak już są pewne, że są przezroczyste, wstają. Ale bez pośpiechu. Trochę się przeciągną, że niby takie misie zaspane. Nie patrzą na człowieka. Chociaż widzą wszystko. Leniwie idą wyżej. Stąpają cichutko. Kroczek za kroczkiem. Zgodnie, razem, jak siostry. A przecież bywają dni, że się nienawidzą jak psy. Gdy osiągną upatrzoną pozycję, padają delikatnie i nieruchomieją. Zajmują miejsce dokładnie pomiędzy nami. Moszczą się trochę, ale bez egzaltacji. Tak, żeby było wygodnie. Im. I znów zamierają. Oczka przymknięte, takie szpareczki. Ale ja znam te oczka. Kłamią. Zawsze. Teraz już nie da się naciągnąć kołdry gdy zimno. Ani przewrócić na bok. Bo dwa worki, jakby pełne kamieni leżą ciężko na środku. Bezwładnie i milcząco. Worki nie mówią. Planują. Ciągnę nakrycie, noce teraz chłodne, zapomniałam przymknąć okno, ciągnę, ale na darmo. K. ciągnie swoje, prawie tego nie czuję, bo między nami ściana. Kamienna. Przesuwa się tylko, unosi, ale nie ruszy się, o nie. Ściany trwają. Daję za wygraną. Przysuwam się bliżej środka, by złapać od nich trochę ciepełka. Wygrały i dobrze o tym wiedzą. Wtedy przyczajają się znów na trochę, tak na mały momencik. Zasypiamy z poczuciem uwierania. Nawet nie wiadomo czego. Życie? Materac? Wtedy, a jest pewnie pierwsza, albo druga w nocy, bezszelestnie przysuwają się jeszcze wyżej. Są na poduszkach. Zajmują w końcu strategiczne pozycje. Ich ulubione. Siadają na głowie. Ogon wtykają do ucha. Łapkę kładą na nosie. - Jezu - słyszę, jak K. gwałtownie siada na łóżku - zabiję te kurwy! Siadam także, przestraszona. Koty sycząc i prychając zbiegają po nas i wypadają z pokoju. Teraz nie zasnę przez pół nocy. K. opada z kolejnym przekleństwem na pustą  poduszkę. - Pracowałem cały dzień, jestem nieprzytomny ze zmęczenia, zabiję je, jak jeszcze raz tu wejdą! Obiecuję. Milknie. Zamykam oczy. - Śpij już - mówię - poszły. Po chwili słyszę, że zasnął. Leżę w ciemnościach. Pod łóżkiem jakieś szuranie. Namawiają się. Zaraz potem ciche "pac". Wróciły. Jakby nigdy nic, siadają na moich stopach. Tak na wszelki wypadek, gdyby K. nie spał. Wiedzą, że dziś żartów nie będzie. Zwijają się cichutko. Chryste. Jestem stracona.

21:54, anitaes
Link Komentarze (12) »
wtorek, 14 września 2010
Zabawa w lubię...

lubię księgarnie, wszystkie bez wyjątku, a najbardziej tę w krzywym domku w Sopocie - ciepło, ciasno, zapach książek i te okulary Wioletty...

lubię filmy, które już widziałam, ostatnio próbuję znaleźć w przepaściach naszych kartonów "Glengarry Glen Ross" Davida Mameta

lubię, jak zaczyna się jesień - ta słodka melancholia, mgliste poranki, zimna podłoga w pokoju...cudo

lubię, gdy koty śpią na moich plecach - delikatne łapki Petunii i ciężar bezczelnego, obojętnie chrapiącego Serka

lubię przypominać sobie, gdy dawno temu, w pierwsze ciepłe dni wiosny zakładałam podkolanówki, chłodek jeszcze szczypał, gęsia skórka ale ta wolność...!

lubię zapach kawy rano z otwartych drzwi Kappa Cafe, gdy wracam ze spaceru z psem

lubię pracować do utraty tchu i na koniec patrzeć na efekt

lubię sycylijskie wina, toskańskie sery i greckie oliwki z Kalamaty

lubię patrzeć na wystawy z butami

lubię tu być

 

A teraz powinnam wskazać 10 kolejnych osób i zaprosić je do zabawy. Problem polega na tym, że po pierwsze ktoś mnie już ubiegł i zrobił to szybciej, a po drugie długo byłam jedynaczką i jestem trochę aspołeczna. Że tak powiem, samowystarczalna. Tak więc rzucam tylko w przestrzeń: zapraszam karmenonline, li, marcusa, uruska i wszystkich innych, których nie wymieniłam.

 

09:27, anitaes
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 września 2010
Każdy ma takiego króliczka na jakiego zasłużył

Lepiej późno niż wcale. Zrobiłam nowe zdjęcia i wrzucam je na fotki do notki. Dom zaczyna być domem a nie placem budowy czy siedliskiem czterdziestoletniego kurzu. Całe pierwsze piętro nie ruszone, spuśćmy zasłonę milczenia na ten wstydliwy fakt. Ale z drugiej strony, niedawno minął rok, jak tu pracujemy, więc może nie ma powodu narzekać - zrobiliśmy przez ten czas bardzo dużo. W każdym razie kilku Włochów udało nam się wprawić w zdumienie. Choć to akurat nie powinno nas pocieszać, tutejsi ludzie są nierychliwi.

Z ciekawostek dodam, że generałowie po powrocie zajęli się tym, co lubią najbardziej, czyli wnoszeniem i znoszeniem mebli. W dresach, upoceni, zdyszani, ale najwyraźniej szczęśliwi. Przewożą je tam i spowrotem, przez całe Włochy, czyli z domu w Livorno do Pulii, gdzie zamieniają dwie komody na jedną szafę, potem jadą z nią do Garfagniany, tam pakują na przyczepkę sekretarzyk, dochodzą do wniosku, że szafę zostawią i stamtąd wracają do Sansepolcro, z sekretarzykiem i sofką, którą kupili okazyjnie po drodze, by w końcu wtargać je, po dyskusjach i namyśle na strych. W międzyczasie zamienią stolik z jadalni na ten z holu, jeden wywiozą do Pulii a drugi wniosą do zielonego salonu, a po dłuższym zastanowieniu ten z Pulii zabiorą i ulokują w Livorno. Dodam, że odległość między domami w Garfagnianie i Brindizi wynosi tysiąc kilometrów. I w ten sposób mijają kolejne sezony, czas ucieka, meble się sypią, w końcu to autentyczne antyki, Glorii strzyka w krzyżu, Toni też jakby słabszy, ale może o to chodzi w życiu, by gonić tego swojego króliczka, nawet jeśli to wszystko nie ma żadnego sensu? Najważniejsza jest ta frajda i błysk w oku, a widzę, że generalicja ma i frajdy i błysków w oczach po pachy. W ich życiu  pojawiła się ostatnio nowa przyczepka, duża i obszerna, cacuszko chciałoby się powiedzieć, czyli przed nimi kolejne eskapady z szafami na pace!

I  kto mówi, że starość nie jest piękna? Liczy się pasja. A czy to będzie sklejanie z zapałek katedry Notre Dame, zbieranie słomek do napojów czy transport zabytkowych gratów przez półwysep Apeniński, to naprawdę nie ma znaczenia.

Ale dość już dywagacji, nasz króliczek czeka.

03:16, anitaes
Link Komentarze (8) »
czwartek, 09 września 2010
Do jutra.

Jutro zrobię zdjęcia ingresso czyli holu i małego pokoju gościnnego na naszym piętrze. Przyjeżdżają z niespodziewaną wizytą Stephen i Lucie z Liverpoolu i dostaliśmy takiego speeda, że hej! Wrócili też generałowie z trzymiesięcznych wakacji* w Pulii i po wielu całuskach i okrzykach Glorii wprosili się na kawę. A poza tym, kurczę, ile można sie grzebać! A domani, ragazzi!

*Wakacje? A co to takiego?

09:57, anitaes
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 września 2010
Grzeszę sobie.

W zasadzie to mogłabym już pokazać hol i mały, gościnny pokoik, taki dla znajomych. Dla nieznajomych też, tylko że to na naszym piętrze, private area, więc tylko dla miłych nieznajomych. Ale ciągle coś mi nie gra, brakuje a to zasłonek, a to jakiejś grafiki na ścianie, a to wycieraczki kokosowej w wejściu, i tak się kulam niezdecydowana. Renato z Maurizio przytargał wielką, zielono szarą skrzynio-komodę. Pachnie w środku kościołowo, więc pewnie dawniej stała w zakrystii. Wstawiliśmy ją do holu. Wyglądało to super, tylko wkladac do środka ornaty. Ale jak dziś stanęła tam także toskańska szafa, zmartwychwstała dzięki renowacji Orielii, to już mi się nie podoba i chyba Renato będzie musiał ten swój mebel zataszczyć z powrotem. Trochę mi go żal, mebla, nie Renato, bo jest niezwykły, więc zaczęłam przebąkiwać, czy może by nie dać go do "kaplicy"? Renato przystałby na to z radością, od roku nie ma chętnych na to "coś", ale nie wiem...

Więc może poczekajmy jeszcze trochę z tym pokazywaniem? Do końca tygodnia postanowię ostatecznie i wtedy nie ma zmiłuj. Chyba jestem zbyt perfekcyjna. K. jest brutalny i mówi, że to po prostu grzech pychy. I pewnie ma rację.

A, jeszcze chciałabym powiedzieć, że w Toskanii już jesień, żadne tam słoty i pluchy, tylko coś takiego w powietrzu, jakiś smutek, czy co? Słońce świeci inaczej, noce zimne, poranki też, co czuję dotkliwie, bo oddałam Orieli niektóre okna, wszyscy kupują drewno na zimę, my też, i w ogóle coś się święci.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o sprawy duchowe.

21:01, anitaes
Link Komentarze (3) »