RSS
środa, 06 sierpnia 2014
Epilog.

 

Żegnanie się z domem to trochę jak wypuszczanie dziecka w świat. Z nadzieją, że da radę. Że jest mądre i silne. Że sobie poradzi sobie. Że spotka na swojej drodze samych dobrych, szczęśliwych ludzi.

Tak, to toskańskie dziecko, w porównaniu do poprzednich było trudne, niesforne i aroganckie: paliło fajki w piwnicy, podbierało pieniądze z portfela, nie wracało na noc, piło wódkę z menelami na mieście, potrafiło wrzasnąć " nienawidzę cię" i za plecami pokazywało mi faka.

Ale może właśnie dlatego mam dla niego więcej uczucia niż do pozostałych. Trudne zwycięstwa, naznaczone porażkami i zawiedzionymi nadziejami smakują inaczej. Mają w sobie, jak dobre danie, odpowiednie proporcje smaków, słodycz miodu i gorycz pieprzu, sól i cztery krople cytryny, nie trzy i nie pięć, tylko cztery, by uzyskać idealny zestaw, który na zawsze zapada w zmysły i  w pamięć.

Wokół mnie, jak pierze z rozdartej poduszki wiruje tysiące możliwości. Chciałoby się znaleźć te najlepsze. Pióra osiadają na rzęsach, opadają na włosy, łaskoczą w nos. Chcesz je strącić, złapać, ale ruch ręki sprawia, że znów zaczynają swój taniec. Zakichane życiowe wybory, powiadam Wam, zakichane...

Bywajcie.

06:43, anitaes
Link Komentarze (12) »