RSS
wtorek, 30 sierpnia 2011
Kanadyjska szarlotka.

Ostatnio napisałam, że upiekłam ciasto dla Luigino. Nie będę kłamać: Luigino ciasta nawet nie powąchał. Niezwykłe winogrona Fragola, pachnące i słodkie jak toskańskie lato mają mały defekt: ich pestki są twarde jak małe kamyki i mogą zabić. Jamie Olivier nic o tej przykrej konsekwencji nie wspominał. Trochę straciłam dla niego serce.

Mnie nie zabiły, naszych gości też nie - uprzedziłam ich o niebezpieczeństwie i pokazałam, jak sobie radzić z tym śrutem - ale biedaka Luigino, który zmartwychwstał niedawno i mówić nie może, pokonałyby bez problemu. Tak więc torta di fragola zjedliśmy w domu, w skrytości i ofiarnie, choć bez ofiar. Po wypluciu niejadalnych części ciasta K. stwierdził, że on to chrzani /delikatnie mówiąc/ i w niedzielę zrobi normalną, jadalną drożdżówkę.

Rzecz jest sprawdzona, przetestowana i nie grozi zadławieniem ani połamaniem zębów. Na cały wieczór zniknął w kuchni. Zawołał mnie tylko na zrobienie kruszonki, niestety, moja wychodzi najlepiej, więc musiałam pomóc. Udało się. Marta dostała na urodziny to, co lubi najbardziej. Luigino dostał co mu się należało i zapanowała ogólna szczęśliwość. A że wyszły tego 3 foremki, nie do przejedzenia, to wczoraj,  spontanicznie, bez wyrachowania i pełna szczerych intencji postanowiłam podarować kawałek naszego ciasta przemiłej sąsiadce z naprzeciwka, zresztą bliskiej znajomej Luigino.

Zawinęłam trzy ładne porcyjki w sreberko i zaniosłam jej, gdy wieczorem chłodziła się na swoim tarasie. Jedna dla niej, druga dla jej syna Giovanniego a trzecie dla Marco, jego życiowego partnera /kiedyś myślałam że są braćmi, z racji podobieństwa, ale to był błąd, powiedzmy, statystyczny/.

No i dziś, gdy wracałam z zakupów spotkałam czatującego na mnie Giovanniego, który podbiegł z czymś białym i fruwającym w garści i z wyrazem autentycznej radości na twarzy. Okazało się, że to re-ciasto, brzoskwiniowa tarta włoska, upieczoną przez mamusię dopiero co, zawinięta w powiewającą na wietrze serwetkę. Tarta była rewanżem za moje wczorajsze dobre serce. Jak na nasze zwyczaje, zbyt dużym i szybkim, ale pal sześć. Powykręcałam się trochę kurtuazyjnie a potem wzięłam tacę, bo grzech nie brać czegoś tak pięknego.

Tu dodam, że wracałam z zakupów, bo postanowiłam upiec kanadyjską szarlotkę i zabrakło mi ciemnego cukru. Od kilku dni popycha mnie jakiś nieznany mi wcześniej impuls, jakaś potrzeba ciastowa, w którą uciekam, by zapewne nie robić rzeczy, które powinnam. Coś mnie wzięło na te wypieki, jakby mi się w głowie poprzewracało i straciłam swoją tożsamość. A przecież zawsze wolałam smakować owoce cudzego trudu. 

Ale dajmy spokój wiwisekcjom i zaglądaniu do cudzej lodówki. Upiekłam i wyszło nieźle. Jutro nasi goście się przekonają, czy moja nowa osobowość jest zjadliwa. Na koniec posypałam przyrumienione ciasto cukrem pudrem, o zapachu upajającej wanilii. W przepisie tego nie było, co jest dowodem, że moja pokrętna natura przepisom się nie kłania i uwielbia ryzyko. Popatrzyłam z prawdziwym wzruszeniem na swoje nowe dzieło i już miałam zawinąć kawałek dla naszej przeuroczej sąsiadki, w podzięce za dzisiejszy rarytasik, ale w ostatnim momencie wstrzymałam konie.

Zasada wzajemności, pamiętacie?

Dam jej to ciasto a ona potem całą noc będzie kombinować co upiec w podzięce, tak? I rwać siwe włosy z głowy. A Giovanni znów będzie biegał po zakupy i taszczył siaty z jajkami, cukrem i orzeszkami pinii, zamiast w spokoju kontemplować róże na tarasie. Będą w ten upał rozpalać piec w kuchni, będą pocić się za nie swoje grzechy i martwić, czy nam smakowało. Staruszka, która ledwo chodzi, swój kolejny wyczyn z tartą pewnie ciężko odchoruje. Jej syn będzie się o nią jeszcze bardziej martwił. Czy mogę więc, powodowana własną pychą i żałosnym rozczuleniem dać jej kawałek mojej szarlotki, by potem razem z nią, wspólnie, wpaść w korowód niekończących się rewanży, wciąż nowych i nowych,  aż do całkowitego zatracenia lub szaleństwa? Albo do rychłej śmierci?

No nie. Więc siedzę sobie w kuchni, zjadam kawałek po kawałku mój kanadyjski przysmak - waniliowy cukier-puder okazał się genialnym pomysłem, opłaca się łamać zasady - i myślę o tym, jak to chciwość, wyrachowanie i lodowate serce potrafią uratować komuś życie. Smacznego.

22:50, anitaes
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 sierpnia 2011
Słodko-gorzki.

Kiedyś napisałam notkę o pewnym niezwykle miłym staruszku. W moim wpisie miał na imię Aldo. Tak naprawdę nazywa się Luigino i od dwóch tygodni leży w szpitalu. Dlaczego nadałam mu wtedy nowe imię? To nie będzie długie usprawiedliwienie: nie znałam go wtedy zbyt dobrze, poza tym mówił cichutkim głosem, tak cichym, że aby go zrozumieć, trzeba było się nad nim mocno pochylać i wytężać słuch. No więc usłyszałam wówczas imię Aldo i napisałam to co wtedy zrozumiałam. Ale nie to przecież jest istotą tej notki. Luigino jest chory, miał wylew, pierwszy zdarzył mu się 30 lat temu, wtedy się wykaraskał, a teraz, gdy ma 84 lata, nie mam pewności, jak to się skończy.

Odwiedziliśmy go tydzień temu. Upiekłam wtedy moje nieśmiertelne brownies Jamiego Oliviera, mój popisowy numer, który oczarował Włochów podczas otwarcia naszego domu i sprawił, że myślą o nas z rozrzewnieniem. Luigino wtedy też był, też zajadał się ciastem, nie żałując sobie bitej śmietany posypanej odrobiną skórki ze świeżej pomarańczy podczas gdy jego żona Francesca dopominała się o przepis. Udałam, że nie rozumiem. Nie rozdaje się przepisów na ciasto, które łamie włoskie serca. Luigino wzruszył mnie wtedy jak nikt, bo przyniósł pięknie oprawiony, narysowany własnoręcznie - wspólnie z Michele z Informacji Turystycznej - plan naszej ulicy, z zaznaczonymi wszystkimi budynkami, na których napisał nazwiska ich dawnych i obecnych mieszkańców. A na fragmencie z numerem 10, a dokładnie na naszym domu wpisał nas i podkreślił kilka razy, tym samym przyklepując naszą obecność w tym miejscu, w tym czasie i w tym mieście.

Tak więc tydzień temu zaniosłam mu ciasto, ucieszył się, za co wyściskałam go z radości i dlatego, że go widzę i że jest w lepszej formie. Denerwował się, bo nie mógł nam tego powiedzieć, jego usta przestały go słuchać. Był chudy i zmęczony, skurczył się i ginął na szpitalnym wózku ale oczy mu błyszczały na nasz widok i pomyślałam wtedy, że jest nadzieja. A dziś natknęłam się w sklepie na winogrona Fragola, występujące tylko w Toskanii i natychmiast je kupiłam; to był impuls, przynaglony pewnym przepisem z włoskiej wyprawy Jamiego. Mnie samą ten pomysł zaskoczył, bo na tym polu, czyli na grząskim polu wypieków nawet nie starałam się udawać, że mam ochotę na jakąkolwiek uprawę i szerszą działalność. Te upaprane białkami jajek blaty kuchenne, ta rozsypana na podłodze mąka, trzeszczący pod butami cukier, przypieczone blachy, zaklejona ciastem gąbka do mycia naczyń, nie, pieczenie nie jest moją karmą.

No i właśnie upiekłam kolejne ciasto dla Luigino. Jutro mu je zawiozę. Ponoć staruszek ma się dobrze a jego apetyt ma się jeszcze lepiej. Jak wyszło? Wyszło świetnie. Oczywiście nie mówię tego, bo jestem żądna splendoru, nie, w końcu to żadna moja zasługa, przepisy Oliviera są dla debili ciasteczkowych, czyli dla mnie - i nie mają prawa zawieść. Ale fakt, że z własnej woli zdecydowałam się pójść na tę wojnę kuchenną, z której prawie nigdy nie wychodzę zwycięsko, fakt, że spokojnie pokonałam jajeczne gluty, rozgrzaną do czerwoności blachę, plującego po ścianach robota i nie poległam, to mnie cieszy i raduje. I jeszcze cieszy mnie myśl o oczach Luigino i o uścisku jego słabych rąk.

Powraca stara prawda, że wszystko co nam przyzwoicie wychodzi, jest kwestią dobrej woli i determinacji i talent nie ma z tym nic wspólnego.

To jest ta słodsza część notki. Teraz dodam gorzką, by prawdziwemu życiu stało się zadość. Jest w Krakowie znana z niejednego szaleństwa kobieta, zwana Li. Czytujemy się nawzajem. Wczoraj Li poprosiła na swoim blogu o pomoc dla pewnej niezwykłej dziewczyny, Joanny. Jej blog pt. Chustka to gorzka historia zmagania się z chorobą. Gorzka, ale wytrawnie gorzka, jak rozgryzione ziarno kakaowe. W tej historii nie ma lukru i cukrowej posypki. Nie ma dętej waty i smutnego smaku margaryny na zębach. Jest nadzieja na wyzdrowienie, wyzdrowienie o zapachu dobrej, gorzkiej czekolady i duża szansa, że wszyscy, jeśli się wszystko dobrze potoczy, poczujemy jej słodki smak w ustach. Aby to się udało, Chustka potrzebuje pomocy. Pomóżcie Chustce.

Powtórzę to, co napisałam powyżej: talent nie ma z tym nic wspólnego, pomińmy także uciążliwą determinację. Wystarczy tylko dobra wola.

01:40, anitaes
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Upał rozleniwia.

Rozleniwia do tego stopnia, że dni stają się do siebie podobne i nie do odróżnienia. Tylko goście pojawiają się i znikają, co pozwala mi odczuć upływ lata. 

Codziennie o 7.00 witają mnie cudownie chłodne poranki - jedyny moment wytchnienia. Niebo jest bezchmurne a na dachach Św. Chiary świeci wczesne, żółte słonce. Przed ósmą jestem już w wystudzonej przez noc jadalni, o wpół do dziewiątej roznosi się po piętrach zapach kawy, o dziesiątej ostatnie przy śniadaniu rozmowy z naszymi gośćmi o tym, gdzie warto się wybrać. O jedenastej dom pustoszeje, a mi pozostaje szybkie sprzątanie a potem już tylko upał. 

Zatrzaskuję w domu wszystkie okna i okiennice, które otwieram dopiero przed dziewiętnastą. Takie zamykanie domu przed słońcem działa lepiej od klimatyzacji. Koty na to otwieranie czekają cały dzień, więc gdy wreszcie następuje, kładą się szczęśliwe na parzących, kamiennych parapetach i mruczą jak oszalałe. Czas od dwunastej do późnego popołudnia spędzam na dole, bo parter domu jest przyjemnie zimny - każdy, kto wchodzi do naszego holu jest przekonany, że mamy jakiś super system chłodzący, taka jest różnica pomiędzy tym co jest na ulicy a naszym progiem. Dokładnie to ta różnica wynosi 20 stopni C i bierze się z tego, że piwnice dmuchają swoim własnym, odwiecznym zimnem a kamienne posadzki oddają chłód ziemi. Ot, cała różnica-tajemnica.

Tak. I jeszcze dodam, że wieczorem szybciej zapada zmrok, miły chłodek pojawia się dopiero w nocy, taras oddaje swoje ciepło jeszcze długo po tym, jak robi się ciemno, gwiazdy świecą jakby zwariowały, pachnie wygrzana w słońcu bazylia i rozmaryn, sąsiad z naprzeciwka wystawia przez okno w dachu jakąś dziwną wędkę i coś łowi, K. twierdzi, że nasz internet, bo gdy słyszy nasze głosy, chowa ten pałąk z prędkością światła, arbuzy kosztują 9 centów za kilogram, jak ich nie jeść, podlewane przez nas generalskie geranium kwitnie na potęgę, ciekawe, czy Gloria to doceni, ani kropli deszczu od nie wiem już kiedy...no, chyba rozumiecie po co wypisuję dziś te wszystkie trudne i skomplikowane słowa...

Robię z jasnym przesłaniem: upał rozleniwia.

Aby moje usprawiedliwienie niepisania notek brzmiało bardziej wiarygodnie /znów trudne słowo/ dodam, że wszyscy Włosi wyjechali na wakacje, w mieście pustki, więc brakuje mi materiału do obserwacji. O naszych gościach nie będę pisać; nie, żeby historie były nudne, co to, to nie, wręcz przeciwnie, perełki tu mi się pod nogami toczą prawdziwe, ale zasady jakieś warto mieć, choćby niedzisiejsze i durne.

Do najbliższej burzy i deszczu...zatem...

19:11, anitaes
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Grey Gardens w piękny, letni wieczór.

Są historie, które zapamiętujemy na całe życie. Które wracają do nas w nieoczekiwanych momentach. Zagarniają nas na zawsze. Zwykle trafiają do nas przypadkiem, podczas jakiejś banalnej rozmowy, podsłuchanej w autobusie lub gdy oglądamy telewizję, znudzeni zmienianiem kanałów. Nie zwiastują swojego przybycia. Na tę, o której napiszę trafiłam niespodziewanie kilka dni temu. Pewnie niektórzy ją znają.

Historia zdarzyła się naprawdę, w latach trzydziestych w okolicach Nowego Jorku i skończyła się w połowie lat siedemdziesiątych, choć tak naprawdę trwa do dziś. Głównymi bohaterkami opowieści są dwie piękne kobiety, matka i córka, utalentowane i niezwykłe, jedne z ostatnich wielkich dam dawnej Ameryki. Obydwie są zamknięte w swoim wielkim domu nad oceanem, domu o pięknej nazwie Grey Gardens. Ten dom, podobnie jak mocny bluszcz, który powoli obrasta jego ściany to także ważny bohater tej historii.

Twardy, powolny bluszcz, który cicho pokonuje ściany, słony wiatr, zmywający rok po roku farbę z drewnianego dachu, muzyka ze starych płyt, piękne, ekstrawaganckie stroje kobiet, ich kapelusze i połyskujące szminki, wszechobecne koty i samotność, czy potrzeba czegoś więcej, by powstała niezwykła historia? Dodam, niezwykle smutna i trudna historia, choć płocha i pełna czaru. Upadek utalentowanych bohaterek to upadek ich siedziby, w bardzo dosłownym znaczeniu tego słowa.

Nie będę więcej na ten temat pisać. Niech każdy zobaczy i poczuje tę opowieść po swojemu. A po filmie z rewelacyjną Jessicą Lange i Drew Barrymore trzeba koniecznie zobaczyć film Alberta i Davida Maysles`ów, bo to oni tak naprawdę odkryli dla świata historię małej i dużej Edie Ewing Bouvier Beale. Warto też zajrzeć tutaj, by poczuć prawdziwy smutek przemijania i dotknąć pustki, jaką zostawiają po sobie odchodzący ludzie.

Napisałam, że opowieść trwa dalej. Bo trwa. Dom został sprzedany w 1979 roku z zastrzeżeniem, że nie wolno go zburzyć. Nowi właściciele odnowili go i przywrócili do życia. Dawno temu zmarła Big Edie, nie żyje już Little Edie, usunięto też stary bluszcz i nie ma już kotów. Dom Grey Gardens istnieje nadal.

I być może dlatego właśnie ta historia zrobiła na mnie takie wrażenie. Znikają dawni mieszkańcy, milknie ich śpiew i ich słowa, ich rzeczy rozpadają się a ich losy są zapominane. Ale stare domy wciąż trwają, pod czułą opieką nowych właścicieli. Patrzę na mury naszego włoskiego domu, dotykam średniowiecznej ściany przy studni, przesuwam ręką po kutej poręczy. To się naprawdę zdarza i daje nadzieję i wiarę w dobry porządek świata.

Zobaczcie film koniecznie: "Szare Ogrody", reż. Michael Sucsy.

18:29, anitaes
Link Komentarze (1) »
środa, 10 sierpnia 2011
Al dente czyli WŁOSKI DENTYSTA.

Gdy boli ząb, człowiek traci rozum i zimną krew. Ja trzymałam się dzielnie przez kilka dni. Najpierw zadzwoniłam do swojego dentysty. Tego w Polsce, niezmiennego od 15 lat. Tomek wysłuchał mnie cierpliwie, tak, jak tylko on potrafi, sprawdził moją kartę w komputerze, przypomniał, że podczas ostatniej wizyty uprzedzał, że z tą siódemką mogą być problemy a potem spokojnie, jak to tylko on potrafi uprzedził mnie, że jeśli nie zadziałam, to grozi mi: coraz mocniejszy, pulsujący ból, zaatakowanie zębów obok, opuchlizna, zakażenie szczęki, no i oczywiście posocznica.

Ta posocznica całkiem mną wstrząsnęła, czułam, jak zatruta krew zaczyna krążyć w moich żyłach. Nurofen Forte przestał działać i nie pozostało nic innego, jak ostatnimi siłami przytomnej głowy podjąć decyzję.

Rozwiązania były dwa, co jedno to gorsze. Pierwsze to takie, by natychmiast wsiąść w samolot i polecieć do Tomka. Zresztą, trudno było mi sobie wyobrazić, bym mogła oddać się w ręce innego stomatologa. 15 lat z jednym dentystą - klasyczny syndrom sztokholmski. Sprawdziłam loty, połknęłam kolejną porcję przeciwbólowych tabletek i ponownie zadzwoniłam do Polski, by umówić wizytę.

Nieszczęścia chodzą parami. Stara, wyświechtana prawda, tak banalna że wywołuje ból zębów. Okazało się, że nasz jedyny, najlepszy, najspokojniejszy, najdelikatniejszy, perfekcyjny, żądny wiedzy i absolutnie idealny Tomek znika na dwa tygodnie w ciepłych krajach. I nic nie jest w stanie go zatrzymać, bo samolot nie poczeka. Gdybym mogła, zazgrzytałabym zębami. A tak pozostało mi tylko przełknięcie gorzkiej prawdy.

Wróciłam więc do drugiego rozwiązania, którego nawet nie chciałam głośno wypowiadać, bo groziło udławieniem własnym językiem. WŁOSKI DENTYSTA. W tym kraju brzmi to jak seryjny zabójca. Zgroza. Tak, o włoskim dentyście krążą mrożące krew w żyłach opowieści. Znajomi Włosi narzekają na wszystko: na ceny, które mogą spowodować atak serca, upadek i wybicie wszystkich jedynek, na usługi, ponoć najgorsze w Europie, na partactwo, na kolejki i na bylejakość. Każdemu proponowaliśmy naszego Tomka. Z dobroci serca i pełni gorącego współczucia.

Tu dodam, że tutejsze państwowe placówki medyczne odpuściły sobie prawie całkowicie opiekę dentystyczną, podobnie zresztą jak w Polsce, wszystko poszło w prywatne, czyli chciwe, brudne i niedbałe ręce. Ha, jak więc mogłabym w te brudne ręce powierzyć własną, ulubioną szczękę?

Ale, jak napisałam na wstępie, ból zęba ćmiąc, zaćmiewa rozum. Dzisiaj uznałam, że sytuacja dojrzała. Mój ząb wwiercał mi się w mózg, gdy gryzłam jogurt. O kromce chleba nie było mowy, bałam się, że boląca siódemka wyjdzie mi czubkiem głowy. Postanowiłam odwiedzić WŁOSKIEGO DENTYSTĘ. Aaaaaa!

Decyzja zapadła. Teraz należało wybrać tego najmniej partaczącego, o możliwie czystych rękach. Zaczęliśmy dzwonić po znajomych.

A przecież to sierpień. Całe Włochy na wakacjach. Nasi znajomi i ich dentyści też. Po wielu próbach, wizytach w kilku zamkniętych na głucho gabinetach i kilku milczących telefonach zajrzałam śmierci w twarz. Poczułam jak moja posocznica zatarła ręce a ząb jej przyklasnął. Miałam ochotę zawyć.

Uratowała mnie sąsiadka z naprzeciwka. Zadzwoniła do znajomego gabinetu, a że sama jest osobą z branży, czyli ponoć leczy ludzi /włoski lekarz, co brzmi jak Koszmar z Ulicy Wiązów to inny, ulubiony temat Włochów/, więc znaleźli dla mnie czas - w przeciwnym razie umówiliby mnie na wrzesień. Nie muszę chyba mówić, że wtedy ze mnie nie byłoby żadnego pożytku, bo trupom zębów się raczej nie leczy.

Przyszłam punktualnie, na 11.15. Najpierw wypełniłam kwestionariusz, pełen podchwytliwych pytań o moje zdrowie, połączony podstępnie zszywaczem z umową na świadczenie usług. Wszystko podpisałam. Mój ząb mi pomógł, jednym przypomnieniem o swoim istnieniu stłumił wszelkie wątpliwości. Umowa chroni włoskiego dentystę przed wszystkimi możliwymi roszczeniami. Przy okazji składania podpisu pożegnałam rodzinę i koty. Wszystkie zasłyszane pogłoski zaczęły się sprawdzać. Załkałam. U naszego dobrodusznego Tomka nie ma żadnych umów, wszystko, że tak powiem, na poczciwą, otwartą szczerze i szeroko gębę.

A potem zawołali mnie do środka.

Lorenzo, bo tak się nazywał TEN WŁOSKI DENTYSTA przywitał mnie podejrzanie serdecznie. Jego asystentka miała miły uśmiech. Przyglądałam się jej nieufnie. Niebieskie oczy i jasne włosy. Dziwne...Rozglądałam się po gabinecie, szukając w kątach karaluchów i kłaków kurzu. Nie było. Wszystko wyglądało tak, jak u Tomka. Odetchnęłam, co zauważyli. Powiedzieli, żebym się nie denerwowała. Prześwietlili ząb. Pokazali mi go na monitorze, w 3D. Wytłumaczyli dokładnie, co zrobią. Dali bezboleśnie zastrzyk znieczulający i zapewnili, że nic nie poczuję. Ubrali mi ząb w gumową koszulkę, dzięki czemu mogłam swobodnie przełykać ślinę a oni nie musieli wpychać mi w gębę kłębków gazy. Rozwiercili wszystko powolutku, a potem elektronicznie sprawdzili głębokość kanałów - urządzenie pikało, jak czujniki parkowania w samochodzie. Tego Tomek nie ma. Mieli czyściutkie fartuchy, twarzowe czepki i cieniutkie rękawiczki. Przy każdej czynności wyjaśniali cierpliwie co robią i co będzie dalej. Nie poczułam absolutnie nic, a wwiercali się przecież, milimetr po milimetrze w trzy kanały.

Byłam tam półtorej godziny. Przeżyłam. Następna wizyta za kilka dni. Jest nadzieja, że skończą a ja wrócę do żywych. A wtedy wystawią rachunek. No właśnie. Co do jednego Włosi mieli rację. "Leczenie zębów w tym kraju to prawdziwa nędza" - koniec cytatu. Wiem, ile zapłacę. Ruina budżetu, nędza i ubóstwo. 450 euro, jakby ktoś się pytał. Tomek wziąłby 600 złotych. Może trochę więcej.

Różnica to prawdopodobnie koszt użycia tego pikającego urządzenia do mierzenia długości kanału. Prawdziwa zgroza.

21:50, anitaes
Link Komentarze (11) »
niedziela, 07 sierpnia 2011
Trumną do nieba.

Niejedna przeprowadzka za nami. Wydawało nam się, że o przeprowadzkach wiemy wszystko. Na przykład mamy po mistrzowsku opanowane pakowanie w kartony. Pakowanie w taki sposób, by wykorzystać każdy centymetr przestrzeni. Inną kwestią jest to, że aby potem wyjąć z takiego kartonu cokolwiek, trzeba go rozpruć i posiekać, lub ścierać palce i łamać paznokcie, bo normalnie to nie da się do niego wsunąć ręki.

Jesteśmy też mistrzami w opisywaniu paczek. Opracowałam na potrzeby naszych przeprowadzek specjalny system oznaczeń i symboli, z którego byłam bardzo dumna. Każdy karton pokrywały kombinacje liter i cyfr, bardzo profesjonalne i nic nie mówiące laikowi, a dla mnie jasne i proste. Ale bez zeszytu - przewodniku po znakach, który zaginął podczas przeprowadzki mój sekretny kod np. K14szszGB, napisany na bokach i wierzchu kartonu /bo jak wiadomo, łatwo jest go odczytać, gdy pudła stoją jeden na drugim/ stał się tajemnicą enigmy i tak czy owak musiałam wyciągać każdy karton i go otwierać, by stwierdzić, że znajduje się w nim zawartość kuchennej szafki/K/ czyli 14 szklanek/ 14sz/, sztućce/sz/ i garnek do bigosu /GB/, Bóg jeden wie, dlaczego pisany z dużej litery. Pewnie z sentymentu albo z powodu jakiegoś wyjątkowego, bigosowego wzruszenia.

Umiemy też formować palety, przy okazji naszej przeprowadzki uformowaliśmy ich prawie dwadzieścia, wysokie na 1,65 m, piękne twory, owinięte ciasno czarnym streczem, wyglądające jak kanciaste rzeźby z błyszczącego bazaltu. Z tych dwudziestu dziesięć to były książki a jedna zawierała wyłącznie oświetlenie, mocne pudła z lampami do całego domu, tzw. delikatna sprawa. Oznaczyłam ją całą iksami, by czasem komuś nie przyszło do głowy stawać na niej, lub co gorsza, postawić na wierzchu ciężkie umywalki, ale znaki znikły po kilku dniach i pan rozpakowujący podeptał ją bardzo skrupulatnie. Na szczęście lampy chroniła solidna niemiecka tektura, którą dodatkowo owinięto w nieśmiertelne niemieckie taśmy przylepne i całość zapakowano z niemiecką, pozbawioną fantazji dokładnością. Opakowania lamp okazały się mocniejsze od cegieł, w odróżnieniu od ich zawartości, zapewne wyprodukowanej w Chinach, która miała świecić nieprzerwanie pięć lat a zaczęła przepalać się zaraz po podłączeniu.

Ale, ale, dajmy spokój łzawym reminiscencjom, było minęło, czyli do następnej przeprowadzki, z którą jest jak z rodzeniem dzieci. Wrzeszczymy: nigdy więcej, niech to piekło pochłonie i różne inne niecenzuralne słowa a potem tak jakoś...mija trochę czasu, pamięć zaczyna szwankować, bledną wspomnienia nieprzespanych nocy i znów chce się całować małą, różową piętusię.

Piszę tę notkę, bo jak wspomniałam, wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć w kwestiach przenosin, wnoszenia mebli na piętra, organizacji pakowania i przeprowadzkowej logistyki.

A tu, w sobotni poranek, gdy słonko dopiero co wstało, a goście zażyczyli sobie śniadanie na 10.00 - poprzedniego dnia uraczyli nas przywiezioną specjalnie i wyprodukowaną prywatnym sposobem wódeczką /monopol spirytusowy chyba nie czytuje tego bloga?/, gdy wydawać by się mogło, że nic nie jest w stanie nas o świcie zaskoczyć i wytrącić z błogiej równowagi, tuż za naszym oknem rozlega się straszny zgrzyt, i pisk, i trzeszczenie. Zrywam się nieprzytomna, przekonana o ostatecznym trzęsieniu ziemi, i myślę sobie, że, no właśnie, że takie jest życie, dopiero co skończony /prawie/ remont, a tu zaraz wszystko runie i pójdzie w pył i trzeba będzie znów zacząć dom od nowa naprawiać i jak ja o tym K. powiem, który śpi obok jak zabity, snem słodkim jak lekka chmurka dobrego samogonu?

Wyglądam przez okno, a tam, na ulicy, stoi zgrabny dźwig z napisem traslochi, czyli przeprowadzki, a na tym dźwigu, wprost na drugie piętro, dodam, że wysokie drugie, wysokie jak czwarte w blokach na osiedlu Piastowskim w Inowrocławiu wjeżdża mebel zabytkowy, podrzeźbiany, piękny jak ogromna trumna, co oczywiście sobie natychmiast pomyślałam. Pomyślałam, że sąsiad umarł i ta trumna to dla/ na niego. A potem sobie wyobraziłam zjazd tej trumny, wypełnionej że się tak wyrażę, zawartością sąsiada, tą samą drogą, w dół, a dodam, że dźwig nie poruszał się statecznie i godnie, jak okoliczności by nakazywały, tylko zasuwał całkiem szybko, powiedziałabym nawet, że wesoło, przy niecenzuralnych pokrzykiwaniach obsługi i zgrzycie maszynerii.

Oczywiście, nie było żadnej trumny, tylko kredens rodzinny, po dziadku, o czym dowiedziałam się, gdy zaszłam na ulicę, by przyjrzeć się sytuacji, nie ja jedna zresztą, bo takie wydarzenia w tajemniczy sposób przyciągają ludzi, wydawałoby się śpiących smacznie w sobotni poranek o godzinie 7.00. Dźwig przetransportował jeszcze szafę, łóżko i kuchenkę. Całość operacji trwała 20 minut. Potem dźwig się złożył i odjechał.

Przypomniało mi się wnoszenie na drugie piętro naszych mebli. To nie trwało 20 minut, o nie. Wszystko było inaczej. Prawie. Potu było więcej, więcej zerwanych ścięgien, otartych palców i zakleszczonych na zakrętach nóg i rąk. I tylko przekleństwa były podobne, co zawsze dodaje otuchy, bo świadczy o tym, że mimo tylu różnic wiele nas łączy.

tr1

tr2

tr

14:55, anitaes
Link Komentarze (8) »
czwartek, 04 sierpnia 2011
Małe miasteczka oglądane przez przybysza z zawnątrz.

W małym mieście, takim jak Sansepolcro wszyscy mieszkańcy związani są z sobą niewidzialną nicią wzajemnych zależności i bliskości. Otwarte szeroko okna informują o codziennych rozmowach, czytelne znaki daje zawartość siatki z zakupami, krzyk gniewu odbija się od nagrzanych ścian a samotny spacer bębni o zdradzie. Jak ukryć się przed światem, jeśli patrzy na nas każdy dom, chodnik i okno? I czy warto walczyć z czymś, co otacza jak powietrze? 

Historia każdej rodziny jest jednocześnie historią ulicy. Śmierć i narodziny, śluby i rozwody, gniewne porzucenia i gorące powroty, wszystkimi sekretami i tajemnicami karmi się w milczeniu całe miasto. Uczta jest powszechna i nieśmiertelna. Każdy coś wrzuca na stół i każdy czymś się częstuje. Po apetytach ich poznacie, chciałoby się powiedzieć, bo preferowane przysmaki odsłaniają pragnienia duszy.

Siedzę na schodach Duomo i patrzę na mijających mnie ludzi. Jestem dla nich przezroczysta i niejadalna, jak szklany wafelek. Nie widzą mojej rodziny, jej historii, moich pierwszych kroków na na piazza, zdartych kolan i występu na wielkanocnej procesji. Prawie słyszę burczenie w ich brzuchach.

Patrzę na nich i każdy wydaje się być osobny, niewciągnięty w mocny splot odwiecznych, rodzinno-sąsiedzkich powiązań. Nie wiem, czyimi są braćmi, siostrami, kochankami. Kogo muszą nienawidzić a kogo kochać. Komu powinni być wdzięczni a kim mogą gardzić. Patrzę na nich, nieświadoma rozciągniętych wszędzie, jak zasadzki nici, ja, osoba z zewnętrznego świata, i przez ten krótki moment każdy z nich staje wolny i pełen możliwości. Na tę jedną chwilę, trwającą tyle ile moje spojrzenie, otacza ich tajemnica i cisza. Ich historia, życie, uczynki, wszystko znika. Stają się bogaci, rozpustni, odważni, niepokorni. W moich oczach wszystko jest możliwe, choć całe miasto wie, że są biedni, lękliwi, niezdolni do miłości albo zdradzeni.

A potem odwracam wzrok, okrycie opada bezgłośnie, rozpływa się jak nietrwała, poranna mgła nad Valtiberiną a oni znów stają się nadzy i bezbronni.

Czy to nie cudowny temat na książkę?

13:41, anitaes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
He, he.

Kiedyś napisałam, że dla Włocha szafa to najważniejszy mebel w domu. A także w życiu. Utrata własnej szafy to utrata tożsamości. Dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn. Tych ostatnich nawet bardziej, co trudno nie zauważyć, patrząc na włoskie ulice. Te krawaty, fulary, postawione kołnierzyki koszul, troska o mankieciki, ten krok swobodny i pewny swojego uroku, ciemne okulary i cygara...Boskie.

Aż chce się westchnąć: szkoda, że nasi panowie ciągle preferują skarpetki do sandałów i czapki z daszkiem.

Okazuje się, że dobry styl obowiązuje nie tylko na zewnątrz. Włosi pozostają eleganccy w miejscach zamkniętych i mało ekskluzywnych. W miejscach pełnych smutnych, szarych ścian i pozbawionych przyjemnego słońca, w miejscach, gdzie znika opalenizna i władza.

Wydawać by się mogło, że tam, bez pięknych kobiet i widzów, w dokuczliwych okolicznościach przyrody porzucają swoją naturę i stają się tylko starszymi panami z brzuszkiem. Jak ci poczciwi mafiozi na tyłach sklepu spożywczego w filmie "Casino" Martina Scorsese. W jednym i drugim wypadku nic bardziej mylnego, o czym wiedzą ci, co film widzieli.

A oto dowód, jakby ktoś przeoczył dzisiejsze wiadomości. He, he...



09:33, anitaes
Link Komentarze (6) »