RSS
wtorek, 24 sierpnia 2010
Wylizane podłogi. To będzie długi wpis.

Już witałam się z gąską, już pokój na górze był pomalowany, już sypialnia jak ze snu, już cmokaliśmy z K. i chwaliliśmy Renato i Maurizzo, że wyszło cudnie, ściany jak marzenie, bielutkie, tylko je kolorować.

A wczoraj ta namiastka szczęścia i normalnego życia wymknęła mi się z rąk. Przyszedł nowy pavimentista, czyli pan od podłóg i zaczął czyścić nasze cotto. Zaczęło się niewinnie, nawet mnie wzruszył, bo przyniósł papier do zabezpieczenia ścian, co prawda pognieciony i porwany - przeczytałam na nim, że zawierał arkusze drukarskie formatu A1, gramatura 120 do ofsetu, ale liczy się fakt i dobre chęci, czyli pewnie syn lub brat pracuje w drukarni - ale nie bądźmi drobiazgowi.

Poprzedniego wieczora sami zabezpieczyliśmy łazienkę, wszystko pięknie oklejone, aby żadna kropelka zmywanej farby nie kapnęła na nasze białe kafelki. Szafa w łazience także przykryta, że myszka się nie przeciśnie. Pan od podłóg chciał tymi papierzyskami oklejać ściany, ale mówimy mu, żeby tego nie robił, bo jak naklei taśmę malarską, to potem odejdzie z tynkiem, bo tynk tu u nas słabiuuutki, panie!

No i stanęło, że dam mu jakieś mocne, czyste kartony, które przystawi do ściany i zasłoni, jak będzie przy nich szalał tą swoją maszyną, która ma zszorować stare farby do cna. Do południa wszystko szło jak należy, może prawie wszystko, bo trzeba było z okazji tej roboty uprzątnąć wszystko, co do tej pory w czyszczonym pokoju przebywało, czyli meble, psa i koty. Pies wylądował w jadalni i był nieszczęśliwy. Koty zostały zamknięte w naszej sypialni, wraz miskami i kuwetą, tak, to nie było już fajne, ale dajmy spokój, nie po to ma się koty, by narzekać na zapachy.  Wejście do sypialni chcieliśmy zamknąć drzwiami, które zawsze tam były, piękne, stare, pewnie z XV wieku, ale zostały zdjęte dawno temu, bo trzeba było je wyczyścić. Oczywiście jeszcze nie nadszedł ten czas, by je czyścić, więc przytargaliśmy je z kaplicy brudne jak zamorskie potwory, stały w końcu w tym miejscu rok i pokrywały się kurzem, jak dywanem, omietliśmy je z grubsza, nawet je przetarlam na mokro i trafiły na swoje miejsce.

No i wtedy pojawiła się kolejna niespodzianka, bo pasowały przez pięćset lat a teraz przestały. Okazało się, że Zenek, tak, tak, ten sam, co zamurował odpływ kanalizacyjny, nawalił tyle tynku, że zmniejszył otwor drzwiowy i właśnie się o tym dowiedzieliśmy. Ale najważniejsze to nie tracić ducha, drzwi się co prawda nie domykały, ale K. przyniósł z piwnicy jakąś dyktę, Boże, co za syf - pomyślałam wtedy, zastawił nią przejście i nasze kotki zostały zamknięte w sypialni jak w klatce. Potem wystarczyło tylko rozwiesić folię, Bóg mnie natknął tym pomysłem, później powiem dlaczego i w ten sposób zadowoleni odcieliśmy się od własnej sypialni czyli komputerów, ładowarek i pieniędzy.

Ale i tak radość w domu wielka, bo w końcu będzie ta cholerna podłoga i może zaczniemy żyć jak ludzie? No, ale odeszłam od tematu, bo miało być o tym, że pan pavimentista zaczął czyścić cotto, wylał na podłogę śmierdzący kwas, uruchomł maszynę i poooszedł! Staliśmy i patrzeliśmy wniebowzięci, bo nie dość, że schodziło, to jeszcze ściany nie ochlapane, no i nic sie nie zapaliło i nie spłonęło, choć K. zauważył ostatnio mimochodem, że jeszcze z dwa pożary i będziemy naprawdę bogaci.

W tym samym czasie Oriela z Santo, to jej mąż, ha, ha, trzeba go zobaczyć, nie jest święty, o nie, pracowali w pokoju Marty, naprawiali drzwi i okno, a Renato z Maurizio malowali przedpokój na pierwszym piętrze. A! Zapomniałam o Sati. Sati skrobała kolumnę. I tak właśnie było, i wydawało mi się, że to jest najgorsze, co może mnie spotkać, czyli chaos i hałas i tłum ludzi. Jeszcze dodam, że wieczorem wyszło, że tak dokladnie okleiłam szafę, że nie ma szans, by coś z niej wyjąć, i K. milcząc prał w umywalce swoją bieliznę, bo ja sobie rezolutnie przygotowałam zapas, a on nie.

No więc, gdy podłoga została zmyta, to wyszło, że kiedyś ktoś zapaskudził ją cementem, dokładnie na środku i pod ścianami. I wtedy pan od podłóg przyniósł fleksa, dla nie zaznajomionych - to taka szlifierka, której się boję, bo widziałam efekty jej pracy, gdy był u nas Bruno, zanim nas nie spalił i ja wtedy już wiedziałąm, co nas czeka. W powietrzu unosi się pomarańczowa chmura kurzu, w zasadzie świata nie widać, syf taki, że słów mi brakuje, i w ogóle. No i zaczęło się piekło, pan i jego pomocnik znikł w kłębach ścieranych cegieł, a zaraz obok jest przecież dopiero co pomalowany korytarz, a potem swieżutki pokój Marty, a nieco niżej pracuje Renato i maluje na biało I piętro, a nasza sypialnia, ukończona w zasadzie też jest tuż za ścianą, ale tu dzięki Bogu wisiała folia, o której pisałam wcześniej.

Przez nasze okna na ulicę walił ten cały kurz, sąsiedzi znów zaczęli nas nienawidzieć, zamknęłam się więc w jadalni, jedynym miejscu, w którym mogłam czuć się jak człowiek, wstrząśnięta i zrezygnowana, i nalałam sobie coś mocniejszego, bo wiedziałam co będzie. I było. Ściany, niecale dwa tygodnie wcześniej tak wymuskane przez Renato, teraz pokryły się grubą warstwą tego syfu, i sufit, i kamienna ściana w łazience, i sypialnia też, bo co prawda wisi folia, ale okno zaraz tuż obok, otwarte na oscież, gdzie ten syf zakręca i tam wpada. I na korytarz poszło, i niżej, na Renato z Maurizio. Nawet Węgrom się dostało, czego akurat nie żałuję, bo przedwczoraj nakryłam jednego, jak palił sobie w oknie i strząsał popiół na nasze chiostro. Świnia.

I gdy tak siedziałam w tej jadalni, słuchając dobiegającego mnie z góry dźwięku fleksa i patrząc na opadający na ulicę pył, przypomniało mi się, zupełnie niespodziewanie, moje przedszkole, takie wspomnienie z zamierzchłej przeszłości. Najfajniej było przychodzić wcześnie, zanim pojawiała się reszta i panie wychowawczynie. Woźne były zajęte wtedy parzeniem kawy i opowiadaniem wczorajszych plotek i nie zwracały na nas uwagi. Wtedy w szatni, gdzie był nasz klub, ktoś zawsze wyjmował w kieszeni torebkę oranżady w proszku, cytrynowej lub pomarańczowej, było nam obojętne której, bo nie smak się tutaj liczył, o czym za chwilę, no więc ktoś zawsze miał na tę okoliczność oranżadę i rozsypywał ją po podłodze. Pamiętam jak dziś, podłoga pokryta była brązowym linoleum, przybitym w miejscach łączenia stalowymi gwoździami z łepkami w kratkę. Można się zdziwić, skąd te szczegóły, o tylu latach, ale wszyscy pamiętamy te chwile z dzieciństwa, rozkoszy i triumfu, więc ja też. Bo jak już rozsypaliśmy tę oranżadę, do ostatnej okruszynki, czasem z rozmachem, a czasem we wzorek, na przykład w dróżkę albo w konika, to wtedy rzucaliśmy się wszyscy na podłogę, a była nas może piątka, może czwórka, i zlizywaliśmy na wyścigi ten proszek, kto pierwszy ten lepszy, w końcu każdy chciał jak najwięcej dla siebie cudownych bąbelków na języku, no i zwycięstwo, wiadomo, kto go nie kocha? Smak tej oranżady, i nieczęstej wygranej...po prostu niebo w gębie. Opróżniając kieliszeczek pomyślałam sobie, że jak ktoś ma takie doświadczenie z podłogami jak ja, to mój Boże, co mu ten kurz i pył, co mu ten fleks. Co oni w ogóle wiedzą o życiu, ci Włosi? I nawet oranżady w proszku nie mają. Też mi smakosze!

23:57, anitaes
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 sierpnia 2010
Jak to się robi we Włoszech.

Dziewięć dni temu był pożar. Likwidator przyszedł po dwóch dniach. Dwa dni póżniej dostał wyceny od Fabrizzio i Maurizzio. Przedwczoraj wypłacił nam odszkodowanie. Całkowicie nas satysfakcjonujące, że wyrażę się eufemistycznie. Cała procedura trwała tydzień. Jedyne, co musieliśmy zrobić, to podać mu nasze dane, oraz codice fiskale, czyli tutejszy NIP i numer konta. Nie wypełniliśmy żadnego wniosku, nie dostarczyliśmy żadnego dokumentu, nie podpisywaliśmy jakiegokolwiek kwestionariusza.

Zostawiam to wszystko bez komentarza. Albo nie, będzie komentarz:

zalało nasze mieszkanie w Sopocie. Dokładnie 2 czerwca. Rynna byla żle zamocowana i ciekło po ścianie. Zczerniała i odlazła tapeta, popękały listwy przypodłogowe, wypaczył się parkiet, zalany jest sufit i ściany w dwóch sąsiadujących pokojach. Likwidator dotarł do nas 16 lipca, bo albo jemu nie pasowało, albo nam, albo był chory, albo miał urlop, albo była powódź. Potrzebował akt notarialny własności mieszkania, upoważnienie K. dla mnie do podpisania dokumentów, ksero dowodów i zaświadczenie z administracji budynku. Decyzja dotarła do mnie 8 sierpnia. Przyznano nam 1000 zł odszkodowania. Wyszło mu, że powinniśmy wymienić 2 mkw tapety, wycyklinować 1 mkw podłogi, pomalować 3 mkw ścian i kupić listwę za 23 zł na metr. Za sprzątanie powinnam zaplacić 7 zł, 60 gr. Tapety, którą trzeba wymienić, nie ma już od roku w sprzedaży we Flugerze, musimy zmienić ją na inną, w całym pokoju. Listwy robił na zamówienie stolarz, mają 15 cm wysokości, gdzie ja takie same teraz znajdę? Podłogę trzeba wycyklinować, pan cykliniarz powiedział, że za mniej niż 500 zł to on się nie fatyguje. Malarz chce 300 zł. Dochodzi jeszcze całkiem niezłe sprzątanie po remoncie.  Czeka mnie długa przeprawa, zanim wyrwę z PZU kilkaset złoty więcej.

No, ale miałam się nie czepiać, więc już " lalunia, ani słowa"*.

*Mój dawny sasiad, mający miłego, słodkiego kundelka, a właściwie suczkę,  gdy wracał z nią ze spaceru i wchodził z po schodach, na każdym piętrze przystawał, patrzył na pieska i grożąc palcem mówił: "lalunia, ani słowa". Zawsze zastanawiałam się, czy dlatego, że broił na spacerze czy też tylko troszczył się o nasz, lokatorów spokój.

20:02, anitaes
Link Komentarze (7) »
czwartek, 05 sierpnia 2010
A u nas wszystko niebieskie.

Od jutra zabieramy się za remont pokoju Marty. Wszyscy stanęli na wysokości zadania. A dodam, że w sierpniu Włosi mają wakacje i i z kimkolwiek się nie rozmawia, zawsze pada informacja, że dopiero od września można zacząć myśleć o pracy.

Zadzwoniliśmy do naszych wykonawców, z którymi pracowaliśmy do tej pory.Potrzebowaliśmy ich pomocy, by rozwiązać problem. Pokój Marty jest nam potrzebny, bez niego brakuje miejsca. Trzeba go po prostu szybko wyremontować.

I tak, natychmiast po ugaszeniu ognia zjawili się Paweł z Sergio, i choć już nie są naszymi geometrami, bo główna część remontu została zakończona, zadeklarowali, że przyjdą też, gdy pojawi się likwidator. Chcą sprawdzić, czy dobrze wyceni szkody. Wczoraj był Maurizzio z Marco, hydraulicy, by przygotować kosztorys swoich prac. Prosiliśmy ich o to, bo przyśpieszy to wypłatę odszkodowania. Pojawił się też Fabrizzio, by oszacować koszty malowania, mimo, że to zbyt mały zakres prac dla niego, i wiadomo, że tę wykona pracę ktoś inny. Zaraz po pożarze, gdy okazało się, że w całym domu nie ma prądu, Gianni, mimo, że na urlopie, przysłał do nas Valerio, tego samego, na którego tak psioczyłam, bo rył ściany i nie patrzył, co ryje, który w ciągu pół godziny wymienił spaloną instalację w łazience i włączył prąd. A wczoraj zadzwoniliśmy do Patrizii, której firma we wrześniu będzie nam robić elewację, bardzo miłej i kontaktowej osoby, czy nie zna kogoś, kto szybko i dobrze, bez użycia nitro, dokończy podłogi. No już odwiedził nas pan z Anghiari, który w przyszłym tygodniu może zacząć pracę.

I to by było na tyle. Podobno dobre wiadomości są nudne. Nie podnoszą ciśnienia, nie wyzwalają emocji i nie poruszają, jak krew czy równie czerwone paski wiadomości na dole ekranu. Te od razu podnoszą adrenalinę. A dobre wieści? Dobre wieści mają kolor niebieski. Nie zawsze go widać. Wczoraj wyszłam z psem na spacer i spojrzałam w niebo. Było fajne, prawie chabrowe, z białymi kłaczkami chmur. Zatrzymałam się i gapiłam do góry, bo dawno tego nie robiłam. Okazało się, że dobre wiadomości i kolor niebieski mogą kręcić, jak najlepszy hardcorowy news. Chyba dziwna jestem...

11:20, anitaes
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 sierpnia 2010
Bruno, ciao!

Ostygłam po wczorajszym evencie. Wieczorem K. pomalował naszą sypialnię i w ten sposób, śpiąc już u siebie, koiłam nerwy.

A dziś wrócił Bruno, wraz z synem, by dokończyć dzieła. I znów sie zagotowałam, bo:

1. wczoraj nie tylko spalił nam kawałek mieszkania

2. używał szlifierki i zasyfił całe piętro, bo nie chciało mu się zamknąć drzwi, lub użyć folii, wystawione na korytarzu rzeczy Marty pokrywa półcentymetrowa warstwa pyłu

3. upieprzył do wysokości pół metra ściany farbą podłogową, bo zmywając ją nie podłączył do maszyny odsysarki

4. brudnymi łapami dotykał ściany w przedpokoju i zostawił ślady

5. nie powiedział ani przepraszam ani dziękuję - a w końcu uratowaliśmy nie tylko nasz dom, siebie ale też jego, bo stał jak kołek

A dziś przyszedł, wyjął szlifierkę włączył do prądu a wtedy we mnie coś pękło.

- Bruno - mówię - wyłącz szlifierkę, chcę ci coś powiedzieć.

Wyłączył.

- Chcesz używać szlifierki? - pytam spokojnie.

- Oczywiście.

- I nie zasłonisz drzwi, aby nie brudzić do okoła?

- A macie tu drzwi? - pyta Bruno.

- A mamy. I wczoraj też tu były. A ty pracowałeś nie troszcząc się, że wszystko będzie brudne.

- Bo ja zawsze tak pracuję - odpowiada Bruno.

- A ja nie lubię sprzątać. I dlatego zapraszam twoją żonę, by zrobiła to za mnie, ok?

- Zawsze tak pracuję i wszyscy są zadowoleni.

- A ja nie. I nie będziesz tu tak pracował. Musisz posprzątać kurz, pomalować zabrudzoną ścianę i dokładnie wyczyścić podłogę, bo nie zrobiłeś tego dokładnie. No i ściany. Ściany trzeba oskrobać i doprowadzić do porządku.

- Moja praca to podłoga, reszta mnie nie interesuje.

- A powinno, bo będziesz musiał za to zapłacić.

I wtedy Bruno powiedział, że w takim razie on nie będzie już nic tu robił. Że stara się pracować jak najlepiej, wczoraj to nawet się poparzył, a podłoga to taka trudna, że nie pamięta, by kiedykolwiek taką czyścił, a wkońcu ma te 40 lat doświadczenia i on już nie może tu wytrzymać. A wszystko to spokojnie, bez jednego nerwa. Completamente calmo. Wtedy K. wtrącił się do rozmowy i powiedział: Bruno, zrobisz, jak uważasz. Moim zdaniem powinieneś zmienić fach.  I Bruno wziął narzędzia i poszedł sobie. Na odchodnym, już na dole wyraźnie poruszony, dodał: - Zgłosiłem do ubezpieczalni ten pożar. Bądźcie spokojni. I nie chcę od was żadnych pieniędzy, chcę tylko, by mnie dobrze wspominać.

Niestety, Bruno, mimo, że zachowałeś się przyzwoicie rezygnując z wynagrodzenia, tego akurat nie możemy ci obiecać. Ciao.

19:52, anitaes
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Ten wpis miał być o czymś innym.

Kilkanaście sekund może zmienić nasze całe życie. Dziś przeżyłam te sekundy i było to wstrząsające doświadczenie. Nie spodziewamy się gwałtownych wydarzeń w swoim życiu, choć codziennie czytamy lub słyszymy, że zdarzają się innym. Wydają się odległe i nierealne. I nagle banalna sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli. Stajemy bezradni i przerażeni. Czujemy, że to przypadek sprawia, że udaje nam się uniknąć najgorszego.

Po długiej przerwie wrócił Bruno, pan od czyszczenia starych podłóg. Marta wyjechała na wakacje i postanowiliśmy wykorzystać ten fakt, by zrobić w końcu u niej podłogę. Wczoraj dokładnie okleiłam w jej pokoju kaloryfery, kabinę, wc, i glazurę. Podczas czyszczenia zachlapują sie ściany. Okazało się, że cotto w jej pokoju zostało pomalowane bardzo mocną, czerwoną farbą i zwykłe środki do usuwania starych warstw nie działają. Bruno postanowił więc, że zastosuje silny rozpuszczalnik nitro. Polewał nim podłogę i szlifował swoją maszyną. Zrobił większość pokoju i zaczął łazienkę. Byliśmy zadowoleni z efektu, choć bardzo nabrudził.

Łazienka jest mała dwa metry na półtora i nie ma w niej okna. Opary rozpuszczalnika wypełniły małą powierzchnię. Stałam akurat z K. na korytarzu, gdy usłyszałam wybuch i poczułam pieczenie na nodze. Odwróciła się gwałtownie. Paliła się podłoga w pokoju. Język ognia, który dotknął mojej nogi, cofnął się teraz do środka. Zdezorientowana spojrzałam na K.a potem na dół. Na podłodze koło mnie stały trzy pięciolitrowe puszki z rozpuszczalnikiem, jedna otwarta. Bruno wyskoczył z łazienki, która zaczęła płonąć. K. krzyknął, bym uciekała. Serce waliło mi jak oszalałe. Chwyciłam dwie puszki i zbiegłam schodami na dół. Schody wyłożone były tekturą falistą, zabezpieczyliśmy je wczoraj, by ich nie wybrudzić. Z trudem dawało się po nich chodzić, a co dopiero biegać. W sytuacji stresu organizm zaczyna pracować na innych obrotach. Myślenie koncentruje się tylko na jednej rzeczy, zawięża się widzenie. Oddech przyśpiesza gwałtownie. Przefrunęłam nad tymi schodami. Krzyknęłam, by przywołać mojego syna. Pobiegłam znów na górę po kolejną puszkę i inne środki, które przywiózł Bruno. Po domu rozniósł się smród palonego plastiku. Bruno stał z komórką w ręku jak skamieniały. Myślałam tylko o tym, że trzeba zabrać stamtąd to cholerne nitro. K. i mój syn biegali z wiadrami do naszej lazienki i wracali z wypełnionymi w połowie. Próbowali gasić  zgasić płomienie wodą. Wszystko trwało dwie, trzy minuty. Udało się.

Ogień w łazience sięgał sufitu. Całkowicie stopiła się kabina prysznicowa, zostały tylko czarne, osmolone szyby. Tynki od wysokiej temperatury spadły ze ścian. Farba na kaloryferze się spiekła. Wysiadła instalacja elektryczna, spaliły się kable. Pokój pociemniał od dymu. Nad pokojem Marty jest tylko dach. Suche, stare drewno. Na korytarzu stały jej rzeczy, książki, meble, ubrania. Wystarczyło, by wybuchła jedna z puszek a nie mielibyśmy wówczas żadnej szansy, by to zgasić. Dom spłonąłby doszczętnie. Zanim w wąskie uliczki przyjechałaby straż, byłoby po wszystkim.

Po ugaszeniu ognia emocj wzięły górę. Rozpłakałam się. Z przerażenia, bo dotarła do mnie groza sytuacji. I ze szczęścia, że się udało. Że te kilka sekund zmieniło łazienkę ale nie nasze życie. I że byliśmy tak blisko tragedii. Bruno odkamieniał także. Zaczął nas uspokajać, że ma polisę. Miałam ochotę go zabić. Gdy wyszedł, zabierając rozpuszczalnik, i swoje narzędzia, usiedliśmy przy stole i siedzieliśmy, patrząc na siebie bez słowa. To milczenie trwało bardzo długo. Bo jak opisać słowami tę malutką odległość, jaka dzieli nasze dotychczasowe życie od tego, które mogłoby się toczyć kilkanaście sekund później?

Ja nie potrafię.

14:24, anitaes
Link Komentarze (12) »