RSS
piątek, 27 lipca 2012
Zatłuczone na śmierć.

Zamek jest z XII wieku. Jeszcze po wojnie należał do starej, umbryjskiej rodziny. W latach siedemdziesiątych kupił go znany amerykański architekt. Mieszkał w nim i pracował do końca życia. Potem, siedem lat temu odkupiła go para młodych Amerykanów. Remont trwał trzy lata. Z zewnątrz budynek zapiera dech w piersiach. Kamienne mury obrasta bluszcz. Wokół pięćdziesiąt hektarów terenu. Na żółtych polach leżą bele siana. Żadnych innych domów dookoła. Południowe zbocze porasta gaj oliwny. Tam też jest basen, z widokiem na rozległą dolinę.  Po drugiej stronie budynku, pod wiekowymi drzewami - to przepiękne quercie czyli toskańskie dęby - stoją stoły, gdzie można zjeść obiad. W cieniu i ciszy. Trawa pod nogami jest zielona i idealnie przycięta - jakbyśmy nie byli w miejscu, gdzie nie pada od trzech miesięcy.

W środku pałą w łeb.

Sprowadzony z Florencji projektant, prawdopodobnie najdroższy i najbardziej zmanierowany w całej branży pracowicie i w pocie czoła dokonał dzieła zniszczenia. Zatłukł zamek tłuczkiem. Posiekał tępym kozikiem. Powiesił na strunie. Oglądałam pokój po pokoju i nie mam wątpliwości: to był seryjny morderca. Odporny na wołanie o litość. Zabijał na zimno, bez oglądania się na zmiażdżone członki. Pokoje ani nowe ani stare. Zupełnie bez właściwości. Tynki gładkie, tzw. stucco veneziano - lśnią mdłym beżem. Żadnych detali: wszystko poszło się j..bać, jak mawiają światowi interior designerzy. Nisze drzwiowe zakryte. Drzwi nowe. Kominki wypiaskowane - wyglądają jakby były z betonu. Lampy - o mój Boże: małe czarne halogeny porozrzucane bez pomysłu na sufitach. XIII wieczna klatka schodowa - prawdziwie krwawa jatka: wymyślne barierki zrobione z drutu, w dodatku z efektem rdzy. Na podłogach nowe, ohydne cotto, coś jakby postarzone, niby nierówne, tego-śmiego, czyli ordynarny fake oraz, uwaga, drewniane panele. No i okna, rzecz, która ponoć kosztowała majątek. Te okna wychodzą na Umbrię. Na panoramę, sięgającą Perugii. Zachwycającą i nietkniętą. Pan architekt wymyślił sobie, że w zamku okna muszą być - no, jakie? Oczywiście! Bezdyskusyjnie zamkowe - kazał więc zrobić je z metalu, trochę jakby zardzewiałego - bo przecież, kurcze, czas tutaj zrobił swoje, z klamkami w kształcie głowy lwa (!?) i drucianymi podziałami, które doprowadziły nas do choroby okrężnicy - że niby ten, tego, zamek- kraty, rozumicie.

Kaloryfery natomiast, muszę o tym napisać, bo się udławię, otóż kaloryfery pozakrywał zwykłymi, grubymi na dwa centymetry płytami, przykręconymi po bokach do ścian, w taki sposób, by z góry i na dole był dostęp powietrza. I kazał je pomalować w kolorze ścian. Prawda, że sprytnie? Co za niesamowity, zmyślny wizjoner. Prawdziwy artysta. Artysta sadysta.

....

No i tak.

....

Może coś tam zmienimy. Może. Trzymajcie kciuki.

 

12:44, anitaes
Link Komentarze (12) »
niedziela, 22 lipca 2012
Wieje...

... w Sansepolcro, pierwszy raz od trzech miesięcy, dudni i dmie listopadowo, znikło słonko, jutro będzie padać - jako rzecze Coriere, trzaskają okiennice i szyby w oknach, szurają po chodnikach podarte gazety niedzielne, w powietrzu fruwają porwane przez wiatr gacie, przywiędłe kwiaty geranium i jakieś liście, całkiem jesienne, piękna, ech, doprawdy - piękna pogoda...

A ta piosenka od mojej córeczki, bo ciśnienie mi spadło i krę...ci, krę...ci mi się w głowie...

 

 

21:52, anitaes
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 lipca 2012
Dom Emmy.

Od ukończenia prac minęły 2 miesiące. Pierwsi klienci już go oglądają i myślę, że niebawem dom Emmy zmieni właściciela.

Wszystko poszło zgodnie z planem. Zaczęliśmy prace pod koniec października, skończyliśmy w maju. Cztery tygodnie opóźnienia wynikały z długiej przerwy świątecznej i z czekania na podłączenie mediów.

Emma dała nam wolną rękę, nie ingerując w żaden pomysł. Jedynym ograniczeniem był określony na początku budżet, który musieliśmy utrzymać w ryzach.

Ostatni miesiąc upłynął na wyszukiwaniu elementów wyposażenia wnętrz.

Lampy zamówiliśmy w w firmie Paulmann, trochę zakupów zrobiliśmy w IKEA, w Arezzo znaleźliśmy stare płytki ceramiczne do kuchni i łazienki, grafiki i kratę, którą wmontowaliśmy w ścianie. Dzięki niej przestrzeń przy schodach dostała nieco naturalnego światła.

Kamienne blaty kuchenne kupiliśmy u Stefano, w Valtiberina Marmi. Perfekcyjny człowiek, bez zawodowych wad. Ten sam kamień zastosowaliśmy pod umywalką w łazience - a stolik powstał z dwóch starych, drewnianych nóg, znalezionych dawno temu w składzie staroci u Daniele.

Nisza, zamknięta teraz piękną drewnianą ścianą była kiedyś przejściem do drugiego domu. Dodaliśmy jej łuk, zamontowaliśmy światło a zniszczone, rozpadające się drzwi, które z pewnością znalazłyby się wkrótce na śmietniku zostały wyczyszczone, przycięte, nawoskowane - i wyglądają, jakby były tam od zawsze. Zostawiliśmy stary zamek i zawiasy, by przypominały przeszłość.

Najwięcej problemów sprawiła nam łazienka, ta poprzednia była wąską, długą kiszką, bez możliwości zamontowania w niej brodzika. Wtedy powstał pomysł przesunięcia ściany i oddzielenia części łazienkowej od WC. Jesteśmy z tego efektu zadowoleni.

Cała stolarka pozostała oryginalna. Stare okna zostały na nowo oszklone i pomalowane, a drzwi spatynowane farbą i woskiem.

Kominek stanął w miejscu, gdzie zawsze było palenisko - ściana, którą odkryliśmy pod tynkiem wciąż jest okopcona i ciemna. Staraliśmy się kupić jak najbardziej tradycyjny, kuchenny, typowo toskański, by pasował do rustykalnego pomieszczenia.

Zdjęcia i artykuł kończący cykl znajdziecie w Dobrym Wnętrzu, w numerze 8:

dw

Reszta zdjęć, która się tam nie zmieściła jest na naszej nowej stronie - Marcin, wielkie, wielkie  dzięki.

Zapraszam.

12:03, anitaes
Link Komentarze (8) »
niedziela, 15 lipca 2012
La notte bianca.

Tylko raz w roku, raz jeden, gdy całe miasto jest na zewnątrz, bez wyjątku, no, może tylko poza starcami i oseskami, w każdym najciemniejszym zakątku, oraz na piazza, i w parku Piero della Francesca, wszędzie, przez całą noc, i jedzą kolację, pod gołym niebem i cienkimi jak mgła białymi baldachimami, w każdej knajpie, na każdej ulicy, przystrojonej białym jak do ślubu tiulem, a potem zabawa, do rana, do białego rana, z muzyką jaką chcecie, flamenco, blues, jazz, disco, techno, co komu w duszy gra, od Porta Romana do Porta Fiorentina, i z powrotem, leje się wino, białe i czerwone, oraz piwo, dzieci piją wodę, jedzą lody śmietankowe i skaczą na dmuchanych zamkach, muzea są otwarte, także katedra, a w środku muzyka organowa, w pustym kościele brzmi najczystsze sacrum, tylko my i organy, a na zewnątrz dzikie tańce, prawdziwe profanum, śmiechy, śpiewy i krzyki, jakby miał nastąpić koniec świata, a to tylko Włosi odreagowują kryzys, i własne strachy, i znów leje się wino, stukają wysokie obcasy, fruwają białe sukienki, śpiewy na całe gardło, do ochrypnięcia, przez Corso nie można się przecisnąć, i tak do czwartej, do piątej, ostatni wracają do domu o szóstej, najwytrwalsi, wstaje słońce, ulice toną w śmieciach, plastikowe kubki szurają pod nogami, terkoczą puste butelki, to zniknie do ósmej, ale wtedy miasto będzie jeszcze spało, snem pijanym i sprawiedliwym, bal się skończył, notte bianca e finita, niestety, i tylko starsze panie, omijając zgrabnie plączący się pod nogami tiul, teraz brudny i pozbawiony niewinności, idą na mszę niedzielną, cotygodniową, jak Bóg przykazał, w tych swoich malutkich garsonkach, w loczkach na głowie i wypastowanych do połysku butach, by pomodlić się za stracone nocą dusze i ich grzechy wczorajsze, śmiertelne.

13:47, anitaes
Link Komentarze (6) »
piątek, 13 lipca 2012
Na zasadnicze pytania odpowiedzi są najprostsze.

 

Gdy mówię moim przyjaciołom, by pośpieszyli się z odwiedzinami naszego toskańskiego domu, bo za chwilę może nas tam nie być, patrzą na nas, jak byśmy znów doznali poplątania umysłów lub bredzili w pijanym widzie. A przecież wystarczy spojrzeć w przeszłość i sprawdzić, ile czasu jesteśmy w stanie wytrwać w jednym miejscu. Nawet, jeśli to miejsce jest piękne, urocze i wyjątkowe.

Odpowiadam: niewiele..

Choć brzmi to jak bluźnierstwo, dom nigdy nie był naszym celem, wymarzonym i hołubionym potem przez całe życie, nie bawi nas zamieszkanie, no, może na początku, ale potem, cóż, jakby to powiedzieć...potrzeba nam zmiany. Nie przywiązujemy się do podłóg, kominów i mebli, nie łaskocze nas uroda ścian. Nasz dom, ten i poprzednie, dał nam przyjemność obcowania ze sobą, oraz szansę na przygodę i wieczną satysfakcję. Pomogliśmy mu przecież, któż zaprzeczy, powstać z kolan i otrzepać z siebie stary kurz. Na zawsze pozostawi w nas niezapomniane doświadczenia, to podniecające uczucie, gdy poznawaliśmy jego skryte tajemnice i wyparte dawno temu zalety, skarby zdobyte kosztem trzeszczącej w zębach zaprawy.

I nic ponadto.

Udało się, i dobrze. Daliśmy czadu. Przekroczyliśmy siebie. Zafundowaliśmy sobie jazdę bez trzymanki. Zmierzyliśmy się z nieznanym. Odkryliśmy nowe możliwości. Poznaliśmy mnóstwo ludzi. Wygraliśmy. Ale smakowanie zwycięstwa przez lata rozwadnia jego smak.

Dlatego czas na zmiany. Znowu pojawi się niepewność, lęk przed nowym i wymyślanie swoich losów, trochę tak, jakby świat zaczynał się od początku. Proszę nie pytać mnie, co dalej, bo ten rysunek dopiero majaczy w naszych głowach. Bardzo prawdopodobne, że wyrzucimy go do kosza i zrobimy nowy. A potem jeszcze jeden, i następny. Jedno jest pewne: kolejne idee, potrzeby i pomysły zabieramy ze sobą, bo miejsce które stworzyliśmy już ich nie potrzebuje. Dom w Toskanii  jest skończony, powstały i gotowy i nic tu po nas.

I nawet, jeśli to nastąpi dopiero za jakiś czas, za rok, albo dwa, decyzja zapadła.

Idzie nowe.

Czujecie wiatr?

 



12:33, anitaes
Link Komentarze (16) »
piątek, 06 lipca 2012
Dyktatura piękna.

....................
Polizia Penitenziaria
Polizia Municipale
Polizia Provinciale
Polizia di Stato
Carabinieri
Guardia di Finanza
Corpo Forestale
Polizie all'estero
Vigili Urbani
Guardia Costiera
Gdyby ilość służb mundurowych świadczyła o stopniu skryminalizowania społeczeństwa, Włochy jawiły by się jako kraj bandytów, złodziei i dewastantów przyrody, gdzie dzień zaczyna się kawą i poderżnięciem gardła staruszce z naprzeciwka a kończy kieliszeczkiem grappy i podeptaniem klombu w parku.
Kto był, wie, że to nieprawda.
Skąd więc ten wszechobecny kult munduru, dyktatura epoletów i władza lampasów?
Moim zdaniem fenomen ten należy sprowadzić do rzeczy prostej i mało zawiłej - do męskiej pychy. Nie jest tajemnicą, że największy kurdupel oraz najmniejsza oferma po założeniu munduru nabiera splendoru i chwały. Jego rysy szlachetnieją, sylwetka mężnieje, nogi się wydłużają a tors napręża. 
A gdy ktoś jest z natury przystojny i powabny, mundur uwypukli jego atuty i wszelkie, skrywane powody do dumy. Teraz wystarczy tylko założyć lustrzane okulary, koniecznie Ray Ban Avaitors i buon giorno, tajemnico.
Brad Pit we włoskiej wersji, wypisz wymaluj z Bękartów Wojny.
No i co?
Było się śmiać?
Ludzka rzecz, każdy chce być piękny.



 



 



19:24, anitaes
Link Komentarze (4) »