RSS
sobota, 30 lipca 2011
Braki i zasoby.

Dom opustoszał. Tydzień temu wyjechał Rzeszów, wielkie pustki czyniąc w naszych sercach. Można powiedzieć śmiało, że Rzeszów nas osierocił, zabrał z sobą nasze dusze, zmieszał nasze myśli, i coś mi się wydaje, że drugich takich uroczych gagatków długo ten dom nie zobaczy. Zostały po nich dobre filmy i śliczne pnącze na taras, które budzą tkliwość ale wcale nie osładzają  nam sierodztwa.

Dziś wcześnie rano wyjechał Poznań, wstaliśmy po piątej, bo kawka na drogę musi być i też smutno się zrobiło, bo z nimi  to pod koniec ich pobytu to już razem krok w krok, rączka w rączkę, a to na degustację wina, a to na ciaccię pod Cita di Castello i wczoraj, późnym popołudniem do Arezzo oglądać stare włoskie samochody, takie do remontu, by pomarzyć sobie o włoskich ikonach motoryzacji w pięknych okolicznościach zachodzącego słońca.

Taki dajmy na to piękny Fiat 850, z lat 60/70, czerwona tapicerka, lusterko tylko po stronie kierowcy, grafitowy lakier, delikatna kierownica, błyszcząca i gladka i cudowna drewniana deska rozdzielcza. Bajka. Kolega Marcin miał w oczach rozkojarzenie i satynowy blask. Miłość od pierwszego wejrzenia.

Ja najpierw pooglądałam sobie 500-tki, moje ciche marzenie - na ten przykład czerwona, albo kremowa, z otwieranym dachem, malutka i słodka jak kotek, do zagłaskania, a potem zamyśliłam się przy starych volkswagenach, tzw. ogórkach, z dużym "W" na przodzie. Można byłoby pięknie to odpicować, odmalować, w środku firanki zrobić i koniecznie taką drabinkę z tyłu, by skrabać się na pakę i upychać różne walizki i co rok wyjeżdżać na wyprawę po pięknym kraju, co Włochy się nazywa.

Tak więc Poznania już nie ma, Capella świeci pustką, ręczniki się smętnie piorą, dziwny i niemiły to czas, godzina po wyjeździe gości. Jakby ich cienie tu jeszcze sobie buszowały i wędrowały korytarzami, ale w milczeniu, bezgłośnie, więc pośmiać się z nimi nie da i wina napić też nie, jak to z duchami.

Wrocław właśnie odjeżdża, miodek z własnej pasieki zostawia, dzieci kanapeczki sobie szykują, zażyczyły sobie katchupu do środka, a nasz ostry jak nieszczęście i tylko pomidora mogę zaproponować  zamiast, choć widzę, że nie o to chodzi w tej zabawie. Jasiek bawi się zmywarką, bo w niej świeci tajemnicze niebieskie światełko, Hania zawija bułki, przedtem kapiąc na nie ostrym sosem, i już ich nie ma.

I siedzimy sobie teraz we dwójkę, dom pusty, Marta pobiegła na śniadanie do Chiusa, wstała o 9.00, znaczy kocha, bo pora dla niej niemiłosierna, muzyczka gra w radiu sobotnio, cicho na piętrach, Jaś nie tupie, Marcin się nie śmieje, Kasia nie śpiewa, po prostu syndrom opuszczonego gniazda.

I tylko pociesza nas myśl, że jutro przyjeżdżają nowi goście, pokój już na nich czeka a my do tego czasu skończymy składać półki na książki i tak, tak, po dwóch latach wypakujemy je z kartonów i zaczniemy żyć jak ludzie. Skręcamy więc je z zapartym tchem, te półki, nie książki, ze ściśniętym sercem, w nabożeństwie jakimś bo to wielka sprawa, wielka i ważna.

I jak je tak skręcamy bez pośpiechu, w zamyśleniu, to znów wraca wspomnienie Marcina i Kasi, co to nam swój własny samochód pożyczyli w czwartek, byśmy mogli z Rimini przywieźć te mebelki, bo w naszym Aigo ani rusz by się nie pomieściły. Ech...i jak tu nie tęsknić?

11:36, anitaes
Link Komentarze (11) »
piątek, 22 lipca 2011
Umieranie po włosku.

W Sansepolcro jest ulica Marco Buttoni, rondo Buttoni, stadion Buttoni i górująca nad miastem Villa Buttoni. Rodzina Buttoni, zaczynając od domowego wyrobu makaronów, przez lata opanowała rynek, stworzyła imperium makaronowe, wybudowała potężną  fabrykę, którą potem kupiło Nestle, i miała wpływ na losy większości rodzin w okolicy. Ostatni z Buttonich skończył życie bezpotomnie, w nieszczęśliwych okolicznościach, albo szczęśliwych, zależy, co uważamy za szczęście. Zmarł w swojej olbrzymiej willi, z widokiem na całą Valtiberinę, w otoczeniu tłumu nagich kurewek z pobliskiego Arezzo, podczas jednej z dzikich orgii, jakie się tam często odbywały. Zmarł prawdopodobnie z wyczerpania i nadmiaru wrażeń, że posłużę się delikatnym eufemizmem.

To tytułem wprowadzenia. Teraz będzie historia o pewnym staruszku, jego niewdzięcznej córce i czarnej farbie do włosów, która zawsze, jak Cyganka, prawdę ci powie.

Pan, dajmy na to Stefano, imię oczywiście zmyśliłam, czytają mnie Włosi z Sansepolcro, próbując złapać sens i iskrę inteligencji w kulawych tłumaczeniach google, no więc imię fikcyjne, dla zmyłki, choć i tak wiadomo o kogo chodzi. A więc pan Stefano, albo nie, Stefano do niego nie pasuje, pan Bruno, tak, tak brzmi lepiej, pan Bruno ma 89 lat.

No to co z tego, ktoś spyta, i słusznie, bo nic z tego. To tylko pewien fakt, który przyda się w dalszej części opowieści, fakt nawet dość istotny bo prawdziwy. Pan Bruno ma 89 lat. Farbuje włosy na czarny kolor, kolor kruczych skrzydeł, granatowo-czarny, czarny jak dajmy na to noc dzikich rozkoszy i zaczesuje je potem na jedną stronę, dość gładko i jakby to powiedzieć, luźno, z pewną nonszalancją, bez zbytniej perfekcji i dbałości o szczegół. Ten kolor, czerń granatu, dodaje Bruno wyrazistości, łudzi, przyprawia skrzydła i sugeruje siłę, wigor i moc.

Poznałam go dwa lata temu, w październiku, gdy wyrzuciliśmy Silvio z budowy i z coraz większą rozpaczą szukaliśmy nowego wykonawcy. Ale, jak to tutaj zwykle bywa, gadka - szmatka, znajomy znajomego, rodzina w Urbino, murarz w rodzinie, wylądowaliśmy kiedyś w pewnym domu na włoskiej kolacji. Dom zamieszkiwała córka Bruna, 60-letnia Carla, imię zmyślone, rzecz jasna, /Marco i Giovanni i tak już wiedzą, o kim mowa, prawda chłopaki?/, nasz czarnowłosy Bruno oraz charczący, dławiący się własną śliną, obrzydliwy pies. Nasz znajomy był zaprzyjaźniony z Carlą, blisko, nawet powiedziałabym, bardzo blisko, więc przyniósł upieczoną przez siebie kurę.

Ale dajmy spokój kurze, ona nie ma tu żadnego znaczenia, tak jak i ten nieszczęsny, charkający ohydnie zwierzak. Bruno powitał nas w swoim imponującym, bogatym palazzo polską strofką, wypowiedzianym poprawnie jakimś wierszykiem, coś o kukurydzy, i że nie ma chleba. Nie powiem, wzruszył mnie i zaimponował, choć jego gładka czuprynka, jakby natarta czymś tłustym i niewykwintnym nie zachęcała do zbytnich czułości. Tak, ta fryzurka była jak gorejący krzak, choć wtedy, w październiku 2009 nie mogłam tego wiedzieć. Tak więc ten wiejski wierszyk, polska mowa, przyklejone do bladej czaszki czarne, podzielone szeroko-zębnym grzebieniem włosy, oraz fakt, że jest jesień a my nie mamy ekipy remontowej, wszystko to było dziwne i trochę straszne..

Potem okazało się, że Bruno nic więcej po polsku nie potrafił, nawet włoski sprawiał mu pewną trudność a wierszyk usłyszał dawno temu, po wojnie, gdy w Sansepolcro osiedlili się polscy żołnierze, wracający z Afryki i go zapamiętał, bo to rymowanka. Potem była kolacja, pyszne rzeczy się tam działy, kura niezła, bruschietta jeszcze lepsza, na koniec grappa, ostra i słodka jednocześnie, po prostu mniam. Bruno przysypiał w fotelu, objedzony jak bąk, ten obrzydliwy pies u jego stóp, widok żałosny i smutny jednocześnie, ściskający boleśnie serce. No i jeszcze ta grappa w żyłach, co rzewność wywołuje... Pomyślałam wtedy: oj, biedny staruszek, tak pewnie skończy swój żywot, w tym zapadniętym fotelu, spokojnie i miło, z ukochanym psem między kapciami.

Tak pomyślałam właśnie: spokojnie i miło. Zamknięte oczka i smolisty, cienki kosmyk na czole, który kłuł moje oczy i budził dreszcze. A wczoraj spotykam naszego znajomego, tego od kury i Carli, wymiana grzeczności, jak zwykle, pozdrowienia dla narzeczonej - mówię, dziękuję - słyszę w odpowiedzi, więc idę dalej w tę kurtuazję włoską, dla Bruna także, dodaję, a tu cisza. A jak cisza, to znaczy że jest jakiś problemik, do wyartykułowania, czekam zatem cierpliwie na to, co pewnie zaraz usłyszę.

I się nie zawiodłam. Bruno miał wypadek. Wypadek samochodowy. Cóż, powiecie, zdarza się. Zgadzam się, zdarza się. Oczywiście, pewne zdziwienie budzi fakt, że staruszek jeszcze jeździ samochodem, zamiast na przyjemnym, bezpiecznym wózku, ale jak wiadomo, Włosi żyją dłużej i w większej sprawności, no i ta ich słabość do samochodów...Składam więc wyrazy ubolewania, bo to smutna wiadomość, co prawda dziadka widziałam raz, wtedy, na kolacji, ale zawsze znajomy. 

A nasz kolega, ten co Carlę hołubi a może i kocha kiwa głową i mówi, żebym przestała, bo go dupa boli, jak tego słucha. Ho, ho, pomyślałam sobie, a cóż z tym staruszkiem uroczym się dzieje, że takie wulgaryzmy prowokuje, czyżby czekała mnie jakaś niespodziewana wisienka na torcie? Jakieś jajko niespodzianka, z mikroskopijną zastawą stołową do składania? Nie pomyliłam się. Owszem, czekała.

Bruno miał wypadek. Rozbił się swoim audi na trasie Cesena - Rawenna, na wysokości Pieve Santo Stefano. Złamał sobie rękę i uszkodził biodro. Potargał fryzurę i skasował auto. Leży w szpitalu i każe naszemu znajomemu wycinać sobie kłaki z uszu. Mówi do niego: tej, wytnij mi kłaki z uszu. Nie używa imienia, słowa "proszę" ani "dziękuję". Tego drugiego nie używa pewnie dlatego, że nasz znajomy nic mu nie wycina i każe się gonić.

W zasadzie to koniec historii. Prawie. Bo Bruno rozbił się na E-45 o 24.00, w środku nocy, na wysokości tętniącego nocnym życiem klubu Paradiso, gdzie spędzał prawie każdy wieczór, tracąc resztki rodzinnego majątku, zdrowie i czarne jak piekło włosy. Wymykał się z domu około północy, gdy nasz znajomy w poczuciu przyzwoitości opuszczał dom Carli, tańczył tam do rana, wśród pięknych blond Rumunek, ocierał się o ich nagie ciała, wsuwał za skąpe staniki złożone w kostkę stueurowe banknoty, dodam, że pewnie trzymając je w ustach, śpiewał piosenki Madonny i starał się bezskutecznie utrzymać w ładzie wypracowaną w pocie czoła, he, he, fryzurę.

A teraz koniec raju, boli biodro, pokruszone jak stare herbatniki, nie ma co i komu wsuwać, wokół same pozbawione humoru, grube włoskie pielęgniarki, ręka pod gipsem swędzi, kłaki sterczą z uszu, na głowie siwe i długie na pół centymetra odrosty i w dodatku ukochany wóz w kasacji. A niewdzięczna córka, zamiast godzinami tkwić przy szpitalnym łożu, być na każde skinienie, czytać wiadomości o Berlusconim, tym brachu w nieszczęściu, zamiast poić ojca sokiem z zimną wódką, kupować świerszczyki, te suche i martwe substytuty upojnych nocy, ta niewdzięcznica powiedziała dość i  postanowiła wyjechać z ukochanym na Sardynię.

A wiesz, powiedział nasz znajomy, wiesz, o co spytał mnie dziś stary w szpitalu? Pokręciłam przecząco głową. Spytał: "Tej, a jak wrócisz, zawieziesz mnie do Paradiso, w co drugi wieczór, póki mi się biodro nie wyleczy i łapa nie zrośnie, nie?"

14:06, anitaes
Link Komentarze (8) »
środa, 20 lipca 2011
Helołłł...

No więc tak: po pierwsze, wróciłam. Życie pędzi dalej a ja z nim. Nawet mam wrażenie, że je wyprzedzam. Jak to się mówi na Kaszubach, cudowne ozdrowienie, energia z nieba i serce w dłoniach. Mam dzisiaj dobry dzień, bez powodu, na tarasie urosły mi 4 ogórki, padało w nocy, nie ma upałów, zdjęcia do sesji wyszły super, piję piwko Moretti, zimne, moja córeczka zrobiła dziś obiad, rzecz osobliwa w tym domu, co prawda tylko piadine, gotowe placki, które trzeba opiec, do środka włożyć mozzarellę, prościutto i rucolę, polać oliwą i złożyć na pół, ale nie bądźmi drobiazgowi i cieszmy się życiem, żując ze smakiem.

Po drugie: mamy w domu niezwykle miłych gości, cały dom pełen ludzi a każdy inny i jestem wstrząśnięta bezgranicznie, bo mówię Wam, co za osobowości niezwykłe! Chyba zaczynam lubić ludzi, he, he. No dobra, przesadziłam. Więcej nie napiszę, żeby mi potem gadania nie było, że zdradzam tajemnice, upodobania i sprawki klientów. Chciaż nie, napiszę, na przykład taki W., dajmy na to, studiował medycynę, bardzo przykładnie, został dobrym lekarzem, do serca przyłóż, i nagle, bach, wypisał się z zawodu i postanowił zostać grafikiem. I został. Wykłada i chyba szczęśliwy jest bardzo. Co za odwaga, szaleństwo prawie, odwaga i szaleństwo, czyli bohaterstwo wielkie, machnąć ręką na 7 lat studiów i iść za głosem serca.

Po trzecie: po trzecie właśnie mija dwa lata, jak K. zjechał do Sansepolcro zapakowanym po dach Renault Masterem, z Matim i kolegą A., w pewną upalną noc, i próbowali przejechać Piazza zapełnioną kartonami paletą. Paletą, która dodam, miała doczepione kółka, własnoręcznie przez K. doczepione, żeby było, cha, cha, łatwiej. Była 22.00, samo serce miasta, średniowiecznego miasta, tłum Włochów na spacerze, wszyscy piękni i pachnący, kobiety zamiast kostek mają cieniutkie pęcinki, a one same jak czcinki, a tu nagle, z pochyłości przy Porta del Castello wyłania się trzech spoconych Polaków i bez skutku stara się zatrzymać ten pojazd kosmiczny, ten wóz słowiański, słowiańsko-pogański, cały w rozchybotanych kartonach, sklecony, trzeszczący, który pędzi jak oszalały i miażdży wszystkie jedzące lody i nieświadome nadchodzącego nieszczęścia dzieci.

Nie wiedzieliśmy wtedy, że istnieje Renato, Sofia, Alessandra, Maurizzio i wszyscy inni, nie wiedzieliśmy, jak używać czasu przeszłego w języku włoskim, do tej pory chyba do końca nie wiemy, nie wiedzieliśmy, że 22.00 to pora wylegania mieszkańców miasta na miasto, głupi byliśmy, zieloni, wydawało nam się, że do świąt zamieszkamy w naszym domu, że taki tam remoncik mały, machniemy go i gotowe, co za tupet i nieświadomość, jak dzieci, jak dzieci z lodami w garści...

I dwa lata minęły, przeżyliśmy je łapczywie, jakby to miesiąc był, tylko trochę dłuższy, poznaliśmy smak lodów latte i fondente, smak tynku w naszym domu i pecorino z pobliskich wzgórz, pożar ugasiliśmy, wodę z przeciekających okien wytarliśmy do sucha, na kolanach podłogi nabłyszczaliśmy i Lorenzo, fabro diabelskiego przegoniliśmy precz. I co by nie mówić, to przeżycie się tylko liczy, przeżycie, kochani, te smaki różne, słodkie jak miód kasztanowy i gorzkie też, żeby słodkie mocniej poczuć, te triumfy nieduże, żadne prawie a jednak, te sukcesy nieznaczne, niezauważalne, choćby ciepła woda w kranie, kolor w jadalni na ścianie, światło w holu, wycieraczka przed drzwiami, wieszak na płaszcze. Niby nic a zbierane jak najdroższe kosztowności, jak grosiki złote, jak złotówki w skarbonce pierwszaka, którymi potrząsa się, by poczuć się prawdziwym bogaczem.

Tak. Jestem. Wróciłam do życia. Witajcie zatem. Znów będę pisać. Helołłł!

19:07, anitaes
Link Komentarze (16) »