RSS
czwartek, 29 lipca 2010
Jadalnia.

No to udało się! Reklamówka złowieszczo szeleścila w kieszeni, ale właśnie wrzucilam do niej butelkę po winie, które wypiliśmy z okazji "jest jadalnia".

Nie wszystko oczywiście jest gotowe, brakuje półki pod rurą, nie ma grafik na ścianach, w kominku nie ma jeszcze żeliwnego Jotula a zegar stanął i nie chciał ruszyć ale nie jest źle.

Właściwie to jest super, co tam skromność i fałszywa nieśmiałość, jestem najzwyczajniej w świecie zadowolona, bo wyszło tak, jak chciałam: semplice, czyli prosto. Bez fajerwerków. Widać to, co chcieliśmy pokazać: kominek, ceglaną kuchnię i olbrzymi portal. Jest jeszcze szafa, jedyna ekstrawagancja w tym pomieszczeniu, ale odrobina szaleństwa w końcu się nam należała. Po tych miesiącach pracy i potu.

Podoba mi się światło, oświetla to, co ma podkreślać. Stół okazał się niespodzianką, ale z tych dobrych. Nie zawiódł i ładnie sobie stanął.

Kwiaty podsunęły mi pomysł na cały dom, będzie casa verde, cała w zieleni, jest tylko jeden problem, nie mam tak zwanej "ręki do kwiatów". Co posadzę to usycha. Ale może tu przełamię zlą passę, zobaczymy.

A teraz dosyć gadania, zapraszam na


.

23:26, anitaes
Link Komentarze (6) »
środa, 28 lipca 2010
Motywacja.

Jutro pokażę jadalnię.

Szafę, stół, który jeszcze czeka na rozpakowanie i kolor ścian, który jest zupełnie inny niż myśleliśmy, że zrobimy. I lampy. Wyszły fajnie.

A dlaczego dziś piszę, że jutro pokażę, a nie pokazuję po prostu? A dlatego, że teraz nie ma zmiłuj się, powiedziałam, że pokażę i koniec.

I jak tego jutro nie zrobię, to będę się strasznie wstydzić i czerwienić i założę reklamówkę na głowę, bo w końcu napisałam a nie zrobiłam.

Taki mały bacik sobie właśnie ukręciłam.

No i tyle na dziś, idę na dół, mam STRASZNIE dużo pracy.

Ale jutro...naprawdę. Obiecałam.

Albo będzie reklamówka.

21:16, anitaes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 lipca 2010
"Kobieto, daj żyć" /M. Koterski, Życie rodzinne/

Dziś będzie osobiście i niestety, znów subiektywnie.

Zaskoczył mnie ostatnio zarzut, że tutaj nie narzekam, nie mendzę, nie kwękam i nie kręcę nosem. Tutaj, czyli na blogu i tutaj, czyli we Włoszech. Ten zarzut wprawił mnie w stan refleksyjny. Bo fakt, w Polsce, to i owszem, nie powiem, że z lubością, no może za mocno powiedziane, tak po prostu, codziennie, mały rytualik, przyjemnostka smęcenia była, bo cóż, takie nasze zwyczaje i życie mało czasem zabawne.

A tu? Choroba jakby jakaś psychiczna, albo ślepota, bo tylko te moje ochy i achy, i żadnej celnej uwagi, prawdy prosto w oczy, co gorsza, żadnego nieszczęścia, choćby kradzieży portfela, czy opon, jakiś znak normalności, nie wiem, zatrucie w knajpie, sąsiad bandyta, psia kupa na wycieraczce, o strzałach camorry na rynku nie wspomnę, bo to chyba marzenie ściętej głowy. I jak te Włochy tu wyglądają, ja się pytam? Jak jakaś pieprzona, za przeproszeniem bajka, opowiastka dla dzieci i wciskanie ciemnoty.

A gdzie prawda obiektywna, jasna i ciemna strona świata, gdzie plusy i minusy, czy choćby dobro i zło, jak w szachownicy? Gdzie jest mój bystry wzrok, przed którym nie umknie żadna przewina włoska, ich wstydliwe sprawki i ukryte zamiary? No gdzie? Nie ma. I co ja mam na to powiedzieć, hę? Bo jak powiem, że jestem tu, niestety, szczęśliwa, to będzie jeszcze gorzej. To już będzie tragedia i skaranie boskie. Rumienię się ze wstydu.

Co najwyżej mogę dać sobie po uszach, ale czy to wystarczająca pokuta?

Więc mogę tylko obiecać,że gdy zobaczę coś, co mnie ruszy, dotknie, powali, zasmuci, zirytuje, wścieknie, wstrząśnie i dopadnie, to na pewno o tym napiszę, kto wie, czy nie z większą przyjemnością, w końcu zmieniłam miejsce zamieszkania, ale geny, te nasze, prawdziwe, słowiańskie, to już nie.

Ale to tylko obiecanki cacanki, bo może być też tak, że żadne nieszczęście mnie tu nie dotknie, i jak ja wtedy będę wyglądać? No jak?

16:48, anitaes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 lipca 2010
Włoska biurokracja.

Tytuł w sam raz na sezon ogórkowy. Bo wiadomo, jak to z tą biurokracją, szczególnie włoską jest. A ja przekornie powiem "a kuku".

Dzisiaj przyznano nam dotację miejską na wykonanie elewacji. Miasto spłaca odsetki od kredytu. Cała procedura zajęła nam 5 tygodni, poczynając od pomysłu, szukania wykonawcy /to trochę trwało, wpłynęły 4 oferty, z każdym trzeba było się spotkać i pogadać/, projekt naszych geometrów / 1 tydzień/ i oczekiwanie na decyzję / 2 tygodnie/. W międzyczasie jeszcze małe spotkanie z konserwatorem miejskim pod naszym domem, który określił jaki kolor możemy zastosować - tak, tak, tu hulać z kolorami można tylko w środku, na zewnątrz trzeba słuchać urzędnika. Decyzja zapadła w poniedziałek, a dziś dostaliśmy z Comune pismo. Teraz trzeba tylko z tym iść do banku i we wrześniu zaczynamy prace.

Na włoski dowód czekaliśmy 3 tygodnie: złożyliśmy wnioski, kupiliśmy znaczki, zrobiliśmy zdjęcia, po tygodniu przyszedł policjant do domu /taka tu procedura, sprawdzają, czy pod danym adresem się mieszka/, podpisaliśmy protokół i dwa dni później odebraliśmy dowody. Dodam, że urzędnicy byli bardzo mili, żadnego czekania, fochów, wywracania oczami i jedzenia bułki z pasztetową.

W ubiegły piątek starałam się o bilet uprawniający do parkowania w ścisłym centrum. I znów poszlam do Comune, do biura Policji Miejskiej. Tam dostalam do wypełnienia prosty wniosek, nazwisko właściciela, adres, nr rejestracyjny samochodu. Miałam jeszcze zrobić ksero dowodu rejestracyjnego, dowodu osobistego i kupić znaczek skarbowy za 14,62 euro. Kobieta w okienku wypisała dla mnie i mi dała tymczasowy bilet, ważny dwa tygodnie, bym mogła od razu parkować na starym mieście. Poprosila, bym wróciła z kompletem potrzebnych dokumentów jeszcze tego samego dnia, to postara się na poniedziałek wszystko załatwić. Wszystko szło gładko, najpierw odwiedziłam punkt ksero na Piazza, potem poszłam na małą kawę, a potem postanowiłam wracając kupić znaczek i odnieść całość na Polizia Municipale. Cała procedura zająła mi, wraz z kawą 30 minut. Niestety, kiosk, gdzie można kupić znaczki był zamknięty na wakacje. Wróciłam więc do miłej pani w okienku i pytam, co teraz, mam wszystko, tylko ten znaczek... niestety nie. A ona zabiera dokumenty i mówi: proszę przyjść w poniedziałek, bilet będzie już gotowy, wtedy pani doniesie znaczek. A może go pani kupić koło marketu Coop, w pawilonach po prawej. I w poniedziałek faktycznie bilet czekał na mnie od rana u panienki z okienka.

I co? Fajna ta biurokracja, nie?

17:39, anitaes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 lipca 2010
Różnica - piękna rzecz.

Każdy wie jak to jest. Malujemy ściany więc potrzebna jest nam farba. Jedziemy do sklepu, w Polsce zwykle do profesjonalisty Flügera, oglądamy próbniki, kłócimy się z mężem o kolory, w końcu wybieramy. Miła pani ukręca naszą farbę w maszynie, zabieramy puszki do domu i heja. Do roboty.

No i kiedy okazuje się, że brudny róż na naszej ścianie to wściekły róż a średni beż okazuje się tzw. świeżym łososiem, Boże uchowaj, to co wtedy robimy, oprócz liczenia strat, awantury domowej i rzucania pędzlami? Wtedy idziemy do sklepu, właściwie dla zasady, bez cienia nadziei i oczywiście dowiadujemy się, że farba ukręcona nie podlega reklamacji i jak pewnie powie nam nasza miła pani: dupa blada, zwrotów brak. Możemy sobie tą farbą odnowić piwnicę lub garaż, jeśli my i nasz samochód ścierpimy tego łososia na ścianie.

A tu? A tu niespodzianka. Ciemna farba do jadalni, położona na specjalnym, niechłonnym podkładzie okazała się zupełnym nieporozumieniem. Zamiast pięknego dymnego efektu, wyszedł kolor szarej blachy, w dodatku całkowicie blaszany, bez jakichkolwiek przetarć. A przecież pędzle kupiliśmy specjalne, katalogowe  a K. to nawet przeczytał, kurczę, instrukcję. W dodatku przed, a nie jak każdy szanujący się Polak, po zabraniu się do pracy.

A mimo to wyszedł przysłowiowy łosoś.

Wtedy po wielu próbach z innymi farbami wybraliśmy zupełnie inny kolor i zupełnie inny rodzaj farby, po który pojechałam do naszego sklepu malarskiego. I gdy przemiły pan kręcił go dla mnie w maszynie, poskarżyłam się delikatnie, że tamten kolor, co to miał być taki super, okazał się do bani i że drugi raz kupuję farbę do tego samego pokoju. A pan na to : to proszę ją przywieźć.

No i wczoraj przywieźliśmy farbę, jedna puszka zamknięta a jedna otwarta, jasna sprawa, przecież malowaliśmy kawałek ściany,  a pan sprzedawca bez żadnych dyskusji przeprosił nas za kłopot, zaproponował, że przyjmie wszystko , mimo, że otwarte i oddał kasę.

?????

No właśnie. To samo pomyślałam. I jeszcze to, że prawdę mówią ci, co twierdzą, że na tym polega uroda świata. Na różnicach. Nawet jeśli są tak subtelne, jak te pomiędzy świeżą i martwą rybą.

 

 

16:56, anitaes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 lipca 2010
LORI znaczy nirwana.

 

Znacie? To posłuchajcie.

Przyjechał Lorenzo. Przywiózł szyby.

(Dla mnie brzmi jak horror.)

Ale kontynuuję: pojawił się niespodziewanie o 14.00. W najgorszy upał. Świat się wtedy gotował. Nie miałam siły zejść do niego na dół. Ale zeszłam. Wytarłam szyby, by przyssawki chwyciły /znaczy, Lori uczy się na błędach/.

I co?

Ha, kto zgadnie? Nikt? No to powiem, nie będę taka: szyby zostały przycięte w romb. Pamiętacie z geometrii? Romb. Mieliśmy już za duże szyby, były szyby za krótkie, były szyby potłuczone, teraz jest ROMB.

No i pytanie, jak z testów mensy: co nas czeka w przyszłym tygodniu? No?

Kto odpowie, ten zuch! Oczywiście, że tak. W przyszłym tygodniu dostaniemy koła! Lori przytnie szyby w koła i przytoczy pod nasze drzwi. Z tym samym radosnym zdziwieniem na twarzy.

Siedzę sobie na schodach w holu i bez słowa patrzę, jak Lorenzo próbuje wcisnąć szkło w metalową ramę. Pot leje się z Loriego, szkło trzeszczy a ja w jakimś stuporze gapię się na to wszystko i nagle stwierdzam, że moje gapienie robi się coraz bardziej i bardziej obojętne.

I myślę sobie, że w końcu, czyje to zmartwienie, moje czy jego? I kto się poci i sapie, ja czy on? I kto przyjeżdża do kogo, w dodatku w środku sjesty? A w ogóle, to o co chodzi? Przecież w końcu się doczekamy, czyż nie? Przecież nadejdzie taki dzień, gdy szyby wskoczą na swoje miejsce i będą pasowały do siebie, jak dziecięce puzzle. Może to będzie sierpień, może wrzesień, ba, może nawet listopad.

I tak oto, na tych zakurzonych schodach osiągnęłam piękną i całkowitą równowagę. Wtedy wstałam, dałam Loriemu zimnej wody z lodówki, podałam rękawice, których zapomniał i pomachałam mu na dowidzenia. Oraz szybom, rzecz jasna.

Jesteśmy we Włoszech. Cierpliwość ponad wszystko, czas jest względny, liczy się tylko spokój - oto wielka tajemnica dolce vita. Poznałam i doświadczyłam -  tak było.

I zaraz potem przypominam sobie pana od Ilve, ostatnio dzwonił w maju, że będzie za tydzień. Czyli pamięta - myślę sobie i pogwizdując wchodzę po schodach, by przemyśleć przy kawie swoje odkrycie. Ciao!

 

20:20, anitaes
Link Komentarze (6) »
środa, 14 lipca 2010
Prawo bezwłosego człowieka.

Najpierw najważniejsze: obiecuję, obiecuję szczerze i gorliwie, że lada moment będę mogła pokazać zdjęcia. Właśnie wróciłam do naszego domu, po czterech dniach nieobecności i okazało się, że mały pokój gościnny jest quasi gotowy. Czyli prawie. Łazienka pomalowana, podłogi zrobione, ściany są pięknie szare, z jaśniejszym cokolo, szerokim pasem odcinającym kolor ścian od podłogi. Brakuje okna, które naprawia Oriela, no i okno w łazience trzeba wykończyć, ale to detale. W jadalni natomiast ściany także zostały pokryte specjalnym podkładem, na który teraz położymy rownie specjalną farbę, która pozwoli uzyskać efekt przecierki, czyli da jasniejsze i ciemniejsze krycie. Mam wątpliwości, co do wybranego koloru, jest...hmm...kontrowersyjny, jak na toskańskie standardy, ale poczekam na zakończenie malowania i wtedy zobaczymy. Może się okazać, że pomysł był głupi, i w dodatku kosztowny, ale cóż, dajcie mi szansę.

Wtedy do jadalni wniesiemy mój, ciągle jeszcze zapakowany stół-niespodziankę i szafę gigant, którą Oriela skończyła w ubiegłym tygodniu. Obiecuję, że jeśli okaże się, że popełniłam błąd, też pokażę, by uchronić innych. W końcu lepiej uczyć się na błędach, ale oczywiście cudzych. Jednak nie tracę nadziei, ten dom jest nasz, czyli musi mieć też północne wpływy, bez tego byłby nieprawdziwy i sztuczny. Skoro wolę ciemne kolory, to znaczy że nie powinnam udawać, że lubię jasne, żółto-beżowe, jak zwykle maluje się tutaj pokoje, bo do cholery tych akurat nie lubię. Wystarczy, że wszystkie korytarze będą jasne, po bożemu, czyli po toskańskiemu. Ale akurat tam biały kolor mi się podoba, bo wniesie światło i uspokoi nerwy. Skołatane po obejrzeniu jadalni. Ha, ha.

A łysi? No właśnie. Znów zawitałam do Polski, tym razem na cztery dni, pokonując samotnie i samodzielnie 2000 km, czyli kawał Europy. I nagle, po przekroczeniu naszej granicy pojawili się łysi mężczyźni w nieprawdobnych ilościach, w zasadzie prawie każdy w wieku od 18 do 35 był bez włosów, z dziwnym wyrazem twarzy, coś między pogardą a wściekłością i szarżowali tymi swoim autami, w całym w pasie nadmorskim, od Kołobrzegu przez Koszalin, Słupsk, aż do Wejherowa, pędząc ponad setką przez pomorskie, leniwe wsie. I gdy tak sobie jechałam, mijając lub będąc mijana przez tych panów, zastanawiałam się, skąd się biorą i jakim cudem, bo przejeżdżając całe Włochy, Austrię i Niemcy nie było ich widać, a napewno nie w takich przemysłowych ilościach, a tu nagle całe chmary,w dodatku wszyscy w jednakowej konwencji. Jak bracia. Ich kopcące i ryczace BMW, muzyka, od której drżał asfalt i koledzy, co piją piwo siedząc obok i rechoczą czkając, albo ich dziewczyny o blond włosach, spalone na heban, jak maskotki na tylnych siedzeniach, pamiętacie, te co ruszały głowami, wszystko to nastroiło mnie trochę filozoficznie. I mialam ochotę trochę o tym pomyśleć, o tym kraju w kraju, o naszej i ich bajce, o braterstwie broni, ale niestety, nie dało się, bo musiałam skupić się na tym, by nie dac się zabić na tych ostatnich 350 km mojej podróży. I tak zostałam, z problemem socjologiczno-etniczno-narodowym, ale cala i żywa, dzięki Bogu.

A wniosek? Proszę bardzo: w Polsce da się żyć. Jakby ktoś nie wierzył, może mnie uszczypnąć.

 

20:44, anitaes
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 lipca 2010
Lori, epopei ciąg dalszy.

Lori wrócił. Pojawił się dzisiaj, niespodziewanie i przywiózł nowe szyby. Na szczęście dla niego, zwlekał z tym prawie dwa miesiące. Bo gdyby przyjechał trochę  wcześniej, K. zabiłby go na śmierć. A tak, emocje opadły i dziś usłyszał jedynie, że jest po prostu głupkiem. A dlaczego takie dosadne słowa? A dlatego, że trzy tygodnie temu poprosiłam K., by otworzył okno w kuchni. Dodam, że okno, które dawno temu zamontował Lorenzo. Ponieważ uchwyt do otwierania nie był jeszcze gotowy, a klamka jest wysoko, K. wziął drabinę, wspiął się na nią i pociągnął za zatrzask. I wtedy, niespodziewanie, mimo specjalnego zawiasu, który ma chronić okno przed całkowitym otwarciem, ono rozwarło się całe i poleciało w dół. Gdyby nie drabina, na której się oparło, roztrzaskoło by zlew i połamało meble. Bo okno jest ciężkie, całe z metalu i szkła i waży przynajmniej 70 kg.

Jednak prawdziwa tragedia byłaby wówczas, gdybym nie chciała wyręczać się K. i sama, stojąc na dole, usiłowałabym je uchylić. Bo wtedy te 70 kg spadłoby mi na głowę i pewnie roztrzaskało mi czaszkę w drobny mak. Bo nie byłabym w stanie go utrzymać, otwarło się z impetem i niespodziewanie.

Tak więc można powiedzieć, że zarówno Lori jak i ja uniknęliśmy śmierci przez własne lenistwo. Ale aby historia była jeszcze ciekawsza dodam, że te nowiutkie szyby do przykrycia studni, które dziś z zadowoleniem zademonstrował nam Lorenzo, utracone tak brutalnie i ostatecznie, a dziś pachnące nowością, tak długo oczekiwane, żeby nie powiedzieć upragnione, te szyby okazały się tym razem za małe.

I znów miałam okazję zobaczyć minę Loriego, gdy przyłożył szkło do ramy, i napawać się do bólu jego dziecięcym zaskoczeniem, jego wielkim O! w oczach, A! na ustach i dwiema poziomymi kreskami na czole, jak wielkim znakiem =. Lori równa się Lori. I nic więcej. Nawet śmiać mi się już nie chce, bo ułomność innych tak naprawdę wcale nie jest zabawna.

14:15, anitaes
Link Komentarze (3) »
sobota, 03 lipca 2010
Za gorąco by myśleć.

Za gorąco by pisać. Nawet zakupy odłożyłam na 19.45, by zdążyć przed zamknięciem marketu o 20.00. Pomyślałam sobie: be smart - będzie pusto, miło i chłodno. Przemknę sobie przez sklep, wrzucę do koszyka owoce i lody i zniknę, zanim zgaszą światła. Nic mylnego. Na ten sam pomysł wpadli wszyscy mieszkańcy Borgo. No i stałam w kilometrowej kolejce, wśród rozwrzeszczanych dzieciaków, spoconych facetów i roznegliżowanych Włoszek. Oczywiście każdy miał koszyk zapakowany po dach, bo jutro niedziela i wszystko zamknięte.

A jutro wycieczka do Rzymu, do ambasady, bo przecież wybieramy prezydenta. To nic, że w corriera della sera ostrzegają, że będzie 40 stopni i lepiej nie wychodzić z domu. Mój ułomny patriotyzm nie zna litości, jadę i już. Najwyżej skryję się w katakumbach S.Clemente i przeczekam do zachodu słońca.

A na FOTKI DO NOTKI mały, smaczny filmik. Czyli święta prawda o ludziach, którzy będą mi towarzyszyć przez resztę życia.

21:06, anitaes
Link Komentarze (1) »