RSS
niedziela, 02 czerwca 2013
Dzizus...

Wracałam dziurawą E45 z Ikea, wioząc pełen samochód ręczników, szklanek i pachnących świeczek dla moich najdroższych i prawdziwie ukochanych klientów z Umbertide. Mój zachwyt nad nimi nie wynika z dogłębnej znajomości ich anielskich dusz, wręcz przeciwnie, widzieliśmy się tylko raz, przez godzinę, we wrześniu ubiegłego roku, i było to nasze jedyne spotkanie, a ich ufne twarze przeciętnych Amerykanów musiały, oczywiście, gdzieś w tyle mojej chorej głowy obudzić podejrzenia, czy aby nie mam do czynienia z seryjnym mordercami, którzy zazwyczaj, jak wiadomo z telewizyjnych relacji, mają poczciwe twarze i nieco rozkojarzone spojrzenia.

Nie, moje uwielbienie dla Państwa S. bierze się z porównania, tej najprostszej i niezawodnej metody poznawczej, a na skali od 1 do 10 mojego prywatnego rankingu ulubionych klientów umieszczam ich na 10, w przeciwieństwie do Pani J., którą jednym pstryczkiem dość szybko przesunęłam na pozycję -10, utworzoną specjalnie dla niej, gdzie jak przypuszczam będzie jedyną królową do końca swych dni.

Ale przecież nie o pracy miałam pisać, praca mnie zmęczyła, wywróciła na drugą stronę, wypatroszyła, zmieliła i zlepiła na nowo. Wyglądam teraz jak ludek z plasteliny, wykonany przez maluchów na pierwszych zajęciach w przedszkolu, gdzie jak wiadomo, większa część plastelinowego tworzywa jest przez twórców zjadana a te pozostałe nędzne resztki to właśnie jestem ja. Dlatego pozwalam moim myślom fruwać wysoko, w przestworzach, pod niebieskim niebem, by odnaleźć dobrą perspektywę i pooddychać czystym powietrzem, o czym będzie za chwilę.

Ale nie narzekam, nie, nie, sama chciałam, robię co lubię, prawie, bo są rzeczy na które nie mam czasu, w zasadzie to nie mam czasu na nic, mówiąc szczerze, to zupełnie na nic, ale oto nadchodzi czerwiec, a w czerwcu będzie koniec, zamknę drzwi, jedne i drugie, a nawet moje własne, trzecie, i opuszczę Toskanię, by w końcu pojechać na wakacje, pierwsze od kilku lat, bo mi się należą jak psu kość.

No więc wracajmy na podziurawioną jak włoska gospodarka E45, gdzie jechałam spokojnie do domu, obserwując jednym okiem ziemię, asfalt raczej, a dokładniej jego brak a drugim niebieskie, popołudniowe niebo, wolne od deszczowych chmur po raz pierwszy chyba tej wiosny, poprzecinane białymi liniami po pędzących w świat samolotach. Pomyślałam sobie wtedy, co by było, gdyby w taki piękny dzień jak teraz jeden z nich zaczął spadać, spadać i spadać, kręcąc młynki w powietrzu, wprost na zielone, zamglone wzgórza, które wydawały sie być na wyciągnięcie ręki; oczywiście głupie pytanie, wiem, ale ja jestem do głupich pytań powstających w mojej głowie przyzwyczajona.

I wyobraziłam sobie natychmiast, jak ten samolot leci w dół, z wysoka, zostawiając za sobą poskręcaną spiralę białego dymu, jak narasta huk silników, wróciły perwersyjne wizje wszystkich obejrzanych katastrof w przestworzach i najwyższą siłą woli powstrzymywałam się, by nagle nie zahamować i nie krzyknąć " O Jezu!", co z pewnością doprowadziłoby do rozbicie siebie i szklanek Bogu ducha winnych Państwa S., gdy w tym czasie pełna ludzi maszyna, połyskując złoto w zachodzącym słońcu spadałaby na wzgórza nad Ceseną by za chwilę wybuchnąć jak wielka bomba atomowa.

A potem, już po ochłonięciu, gdy umilkły krzyki ocalałych i opadł dym, oczywiście, nie muszę dodawać że wszystko to nadal w mojej chorej głowie, a Cesena została daleko w tyle, dotarło do mnie, że oto właśnie potknęłam się o bardzo interesujące zagadnienie, zagadnienie lingwistyczno-antropologiczno-religijne, zagadnienie, które natychmiast podchwyciłam i zamknęłam w dłoni, jak przedszkolak miętolący kawałek plasteliny. A wszystko to mimo wstrząsu, spowodowanego wypadkiem / i latających w powietrzu resztek samolotu/, a raczej dzięki niemu, co bardzo mi się spodobało, bo nic mnie tak nie nastraja i koi, jak roztrząsanie kwestii bezcelowych i pozbawionych sensu.

A teraz meritum, czyli wspomniana wyżej kwestia, która do teraz zadręcza mnie wewnętrznie, i raduje jak cukrowa wata, a mianowicie: skąd to się bierze, że w chwilach grozy, uniesień, zdumienia lub satysfakcji na usta cisną nam się boskie imiona na zmianę z ciężkimi przekleństwami? I czy nasze swojskie "jezusmariajapierdolękurwajegomać" ma podłoże kulturowe, religijne czy społeczne? I czy Aborygen w australijskim buszu, lub mieszkaniec dalekiej Papua-Nowa Gwinea, patrząc na opadający na jego rodzinną wioskę samolot, opadający oczywiście w trybie mocno przyśpieszonym, też krzyknąłby "Dzizus!" czy może spokojnie i z namysłem żułby dalej swoje liście koki?

Oczywiście, jeśli chodzi o Włochów, to ja nie mam tutaj żadnych wątpliwości; w końcu jak twierdził prof. Krawczyk jesteśmy z jednego kręgu kulturowego, jak wielka włoska rodzina, w które to twierdzenie za czasów komuny wierzyłam święcie, a teraz już jakby trochę mniej.  I nie mam wątpliwości, że ich  "porka madonna" czy "porka dio" brzmiące jak anielski śpiew kupidynków, po przetłumaczeniu poraniłyby uszy każdego polskiego katolika jak rozbite butem szkło, nawet tego katolika, który praktykuje jedynie pisanki i świąteczny bigos.

I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o sprawy mało praktyczne. Kwestie bardziej praktyczne są stosunkowo nudne, i raczej nie warto je eksploatować, choć w tym miejscu muszę zakomunikować, że szklanki i kieliszki do grappy przywiozłam w stanie nienaruszonym, czego wszystkim serdecznie życzę w ten deszczowy, a jakże, wieczór. Ahoj.

23:21, anitaes
Link Komentarze (20) »