RSS
piątek, 29 czerwca 2012
Lewe usprawiedliwienie.

Zazdroszczę ludziom systematyczności. W wybrane dni uczą się języków, chodzą na jogę, pracują, uprawiają sporty, uprawiają seks, segregują pranie, segregują śmieci, farbują odrosty, i sprzątają mieszkanie.

Ja, niestety, mam inaczej.

Gdy piszę to mnie tu nie ma. Wtedy nie rozumiem, co się do mnie mówi. Nie mam potrzeby ruchu. Od siódmej rano do drugiej w nocy sama z komputerem. Cokolwiek by się działo. Trup w domu lub wygrana w Lotto. Nie gotuję i nie sprzątam. Nie podlewam kwiatów. Nie jestem troskliwa. Nawet wręcz przeciwnie. Nie mam współczucia. Nie myślę o innych. O sobie też zbytnio nie myślę. I o kotach. Nie czytam. Nie patrzę. Nie słucham muzyki. Nie rozmawiam. Tak naprawdę to mieszkam TAM.

Jestem człowiekiem zrywu. Mam krótkie zrywy a potem cisza. Teraz mam zryw. Jak będzie cisza - wrócę.

 

03:13, anitaes
Link Komentarze (8) »
sobota, 23 czerwca 2012
Un'occasione czyli rzecz o wygrzewaniu kości.

Dla czytelników bloga mam do dyspozycji kilka ostatnich wolnych miejsc w naszym B&B.

Terminy: 22.07 - 29.07 i 15.08 - 22.08

Dla tych, co jeszcze nie zdecydowali, gdzie chcą się byczyć w te wakacje proponuję 30 % zniżki. Kto chętny na lenistwo w Sansepolcro, zapraszam gorąco - 29 stopni C - w tym roku cieplej już nie będzie.

Piszcie na: anitaes@gazeta.pl

10:14, anitaes
Link Komentarze (3) »
środa, 20 czerwca 2012
To coś, jakby bez sensu.

Włosi mają rozkoszną nazwę na to, co wyrasta nam na boczkach, gdy folgujemy sobie przez dłuższy czas zajadając pączusie - jak delikatnie napomykają jedni, lub, gdy żremy jak świnie - jak nazywają rzecz po imieniu drudzy.

To " le maniglie d`amore" - uchwyciki miłości.

Czy można piękniej skomplementować ciało, zwłaszcza jeśli jest nieco większe niż powinno? I równie  lekko podejść do nadwagi? Tak lekko - jakby nie istniało ciążenie ziemskie i uchwyciki - że pozwala każdemu pofrunąć w niebo, hen, jak najlżejsza chmurka a potem spadać na ziemię, lotem kołysząco - anielskim, jak łabędzi puszek, i rozsyłać całuski swoimi pulchnymi palulkami? 

Nie można.

Jedzenie i miłość mają wspólną matkę, co Włosi wiedzą najlepiej, bo karmieni są przez nią przez całe życie, od rana do późnej nocy.

I są najszczuplejszym narodem w Europie.

Gdzie tu logika?

 

20:18, anitaes
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Heartbeats. Pod umbryjskim niebem.

Dzisiaj postanowiłam napisać o pewnej wycieczce w okolice  Lisciano Niccone, które położone jest pomiędzy Cortoną, Lago Trasimeno a Umbertide. Od razu powiem, że z własnej woli bym się tam nie wybrała, ta część Umbrii jakoś nigdy mnie nie pociągała, wolę własny grajdoł i swoje pchły. Ale Emma się uparła: zobaczysz coś niesamowitego, mówiła, i miała słuszność, przyznaję, spotkała mnie tam niespodzianka choć, oczywiście, nie jest to niespodzianka przyjemna, zresztą przeważnie spotykają mnie niespodzianki nieprzyjemne, nie byłam więc bardzo zdziwiona.

Wracając do doliny rzeki Noccone, krajobraz jest tam pofałdowany, przyjemny, wszędzie zielono, żółcą się pola wśród przyjaznych wzgórz, a na wzgórzach stoją umbryjskie domy. Domy wielkie, wielgachne, rozbudowane do granic przyzwoitości, kamienne, z maleńkimi okienkami i okiennicami w kolorze głębokiego brązu. Wielkość domów w tej części Włoch jest porażająca, to wygląda jak domy dla całych wsi, a przecież służyły jedynie włoskim podstawowym komórkom społecznym czyli rodzinie. Także ich ilość jest nieprawdopodobna, na każdym wzgórzu stoi taki dom, na każdym bez wyjątku, stoi jak krowa, rozpycha się, zsuwa z pagórka i rycząc daje mleko, dużo mleka, o czym później.

Wygląda to uroczo, nie powiem, im wyżej, tym więcej domów, wokół falują wzgórza, hen, w oddali a  każdym majaczy kanciasta, kamienna nieruchomość. W dodatku każda z nich tonie w cyprysach, nurza się w drzewach piniowych, otacza zielenią jak kołdrą i moczy nogi w niebieskim basenie. Bardzo to było malownicze i estetyczne, nigdzie nie ma szop włoskich, niezrównanych w swojej brzydocie, nigdzie obrzydliwych capannone, czyli postawionych z blachy falistej budynków gospodarczych, nie wspominając o porozrzucanych narzędziach rolniczych, niebieskich beczkach - nieśmiertelnych, pordzewiałych traktorach czy psach uwiązanych do swoich lichych bud. Jest sielsko, anielsko i drogo, o czym poinformowała mnie z westchnieniem Emma, specjalistka od włoskich nieruchomości, jak wiadomo, niezrównana.

A potem zawiozła mnie w okolice Preggio, gdzie nad doliną góruje Castello Reschio, centrum olbrzymiej kilkusethektarowej tenuty, czyli inaczej posiadłości, a wokół niego, na sąsiadujących ze sobą wzgórzach porozrzucane są domy, rzecz jasna, wielkie - jest ich około czterdzieści - ich widok zapiera dech w piersiach i budzi tęsknotę za bogactwem, co, miałam wrażenie, zadrżało przez moment w głosie Emmy. Podjechaliśmy pod zamek, mimo, że był szlaban z napisem: nieruchomość prywatna, ale, jak zauważyłam, nigdy nie robiło to na Emmie wrażenia i podziwialiśmy spod jego zatrzaśniętych na głucho murów wielebną okolicę.

To właśnie wtedy Emma, z tą samą drżącą nutą w głosie, drżącą od mocniejszego uderzenia serca powiedziała, że, niestety, całą posiadłość kupił kiedyś pewien inwestor ze Stanów, wyremontował domy - castello raczej nie, choć głowy nie dam - i sprzedał je, jeden po drugim zamożnym Amerykanom - jakby jednym uderzeniem kija trafił wszystkie bile na zielonym suknie umbryjskiej ziemi. To jej "niestety", dotyczyło raczej trafności strzału niż samej gry, w którą, jestem pewna, sama z chęcią by zagrała, ale, znów niestety, game is over.

Bo zaraz potem poszła lawina, jak w tej reklamie telewizora Bravia, z piłaczkami podskakującymi w rytm piosenki Jose Gonzaleza, wszystkie domy w okolicy poszły pod młotek, lub, jak kto woli, pod nóż, i skończyła się pewna epoka. 

I tak, wbrew umbryjskiej, wioskowej tradycji, domy tutaj żyją tylko przez jeden miesiąc w roku, okolica i drogi także, nawet niebo żyje tylko przez 30 dni, gdy pojawiają się na nim prywatne helikoptery, a potem wszystko zamiera, znika i milknie. Amerykanie mają do dyspozycji wspólne pole golfowe, wspólną ujeżdżalnię koni, wspólne pole do krykieta oraz winotekę, do wspólnych, oczywiście, degustacji win. A także wspólny serwis włoski, choć bardziej chyba dalekowschodni niż tutejszy, przycinający trawę, formujący żywopłoty, czyszczący baseny i ścielący łóżka. Wszystko to razem, w połączeniu z ludzkim snobizmem i jakże ludzką potrzebą lenistwa i posiadania - ale bez zbytniego wysiłku, wszystko to dało wspomnianemu inwestorowi nie mleko nawet, a ocean pełen gęstej, prawdziwej śmietany, szeleszczący zielono, jak opadłe liście umbryjskich dębów.

A pomiędzy domami ścielą się łagodne wzgórza, świadome coraz bardziej, że wszystko skończone, świat dla nich zwariował do reszty, bo na nich Włocha nie uświadczysz - na nich tylko ścięte siano, i nigdzie ani spłachetka zboża, ani oliwnych drzewek, o winorośli nie wspomnę, bo i po co.

I to: po co? było jedynym pytaniem, które przyszło mi wtedy do głowy, bo dla mnie osobiście sens tego jest pozbawiony sensu, no bo jak? We Włoszech bez Włoch? Z popołudniowymi drinkami "manhattan" zamiast vino della casa?  Wśród znajomych poznanych zimą w Aspen? A wszyscy w wielkich jak koła kamienne kapeluszach, kapeluszach zasłaniających twarz od jakże niezdrowego, w dodatku pospolitego słońca, tak wielkich jak żarna z nieistniejących już mulino, które  wyciskały kiedyś oliwę oliwek zebranych z pobliskich wzgórz, dawniej, bo teraz te wzgórza są porośnięte jedynie trawą, trawą - strawą, w sam raz dla polskich arabów, parskających z nudów w estetycznych stajniach w stylu vintage.

Czasem lepiej jest nie wnikać w naturę rzeczy, mimo pofałdowania terenu natura bowiem może okazać się mniej skomplikowana niż byśmy sobie życzyli, lub wręcz przeciwnie, pokręcona jak wąskie ścieżki do raju; pieniądze bowiem ponoć szczęścia nie dają, choć ja tego komunału nie kupuję; raczej powiedziałabym, że im więcej płacimy tym mniej dostajemy, paradoks, który trudno zrozumieć, zwłaszcza w ten piękny letni dzień, pod Castello Reschio.

A na zakończenie, by strząsnąć z siebie rosę melancholii - co za cudownie kiczowate porównanie - informuję, że zaczęło się tutaj prawdziwe lato, idealne wprost by je podziwiać i się w nim potarzać, bez wysiłku umysłowego, bez wgryzania się w krajobraz, bez drżenia strun głosowych na myśl o niepoczętej inwestycji - bo piękno nieba i słońca nad Umbrią, bez względu na to komu świeci, jest nieograniczone.

 

17:07, anitaes
Link Komentarze (8) »
sobota, 09 czerwca 2012
Szkoła.

Dziś koniec roku szkolnego dla licealistów. Rano, jak zwykle, wszyscy poszli do szkoły z plecakami. Rady pedagogiczne odbędą się w przyszłym tygodniu. Od pierwszego dnia roku szkolnego do ostatniego, czyli do dzisiejszego popołudnia trwa nauka. Dziś głównie odpytywanie, bo każdy chce poprawić oceny. Nie ma tu dwutygodniowej laby, jak w polskich szkołach, gdy po radzie nie wiadomo co z dzieciakami począć. Nie ma też uroczystego rozpoczęcia i zakończenia roku, białych bluzek, kwiatów dla nauczycieli, i zbiórek pieniędzy na prezenty. Nawet świadectw nie ma, będą później.

By zdać, trzeba zaliczyć więcej niż połowę, czyli mieć sześć w skali od jeden do dziesięciu. Kto nie zda, we wrześniu ma egzamin. Wolno mieć trzy egzaminy poprawkowe. Zasady są jasne i proste, dlatego dziś wszyscy będą wiedzieli na czym stoją i przyszłotygodniowa rada pedagogiczna już nic nie zmieni. W wakacje nauczyciele przychodzą do szkoły i robią dla takich matołków dodatkowe zajęcia, z reguły ok. sześciu godzin - skrót najważniejszych informacji i trochę zadań do przećwiczenia. Nie każdy zdaje, bo wakacje trwają 3 miesiące, są imprezowe i łatwo się zapomnieć.

Ale tragedii nie ma. Ostatnio do szkoły Marty wróciła dziewczyna, która kilka lat temu przerwała naukę a teraz jej się odwidziało. Szkoła przyjęła ją z otwartymi ramionami. Nikt nie traktował ją jak debila, ba, budzi pewien respekt. Ma 23 lata i robi trzecią klasę. Przed nią jeszcze dwie.

Generalnie we włoskiej szkole nie ma stresu. Uczniowie przeważnie lubią nauczycieli. Nauczyciele lubią uczniów. Nie gnoją się wzajemnie, bo nie o to tutaj chodzi. Nie ma niezapowiedzianych kartkówek. Nie ma odpytywania bez uprzedzenia - wszyscy wiedzą kiedy i z czego będą pytani. Ale jeśli wtedy się nie nauczą, nie ma zmiłuj się. Drugiej szansy nie będzie. Taka szkoła. Szkoła życia.

12:36, anitaes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 czerwca 2012
Krzysztof Varga - wąż zagraniczny na polskim łonie wyhodowany.

Czytam właśnie "Trociny" Krzysztofa Vargi i chichoczę chichotem pozbawionego złudzeń cynika, bezgłośnie, z uśmiechem krzywym i gorzkim jak po piołunówce przeklętej, przez niektórych zwanej też absyntem, nawet w nocy, gdy zamiast spać snem sprawiedliwym i wolnym od koszmarów dnia codziennego, bo ja tu a ojczyzna moja żałośliwa tam, nawet wtedy rżę, choć rżenie to pozbawione jest wesołości i zbawiennego ruchu przepony, który pomógłby mi pozbyć się tej nieustannej goryczy z ust.

Najpierw Varga wprawnym ruchem rozbija na polskiej głowie polskiego czytelnika polską butelkę po polskiej wódce, jak na porządnym polskim weselu, a potem już tylko gorzej: jazda bez trzymanki z nieba na ziemię i z powrotem, z gwiazdami pijanymi pod powiekami, buraczane horrory o wyrwanych sztachetach, kwaśny deszcz po polskich bigosowych bąkach, chroniczne jak kac dramaty Polaka-dreptaka i wieczorne narodowe modlitwy o deszcz wygłodniałej szarańczy na polu sąsiada. A na dodatek ten styl: olśniewająco bezczelna słowna akrobacja, skoki przez ogień i taniec na rurze, rozkroki połączone z orgią niebiańskich metafor, szyderczych porównań i ekshibicjonistycznych parad, a wszystko to unurzane w smrodku gaci biało-czerwonych, nie pierwszej świeżości, podtykanych co rusz pod wrażliwe - bośmy już europejczycy przecież - czytelnicze nosy.

Patriotów malujących twarze w nasze ukochane barwy, w debilnych kapeluszach na głowach, z flagami biało-czerwonymi schowanych w wersalkach uprzedzam: nic, ani wódka nasza jak chleb powszechna, pita prosto z gwinta, ani prozac zagraniczny, zjadany garściami jak groszki miętowe, ani nawet rozweselająca moc konopi indyjskich, uprawianych cichcem na polskim zagonie, nic wam nie pomoże: słowa tej książki są jak jadowita ślina egzotycznej kobry - z każdym kolejnym zdaniem ta ślina wsączy się w waszą polską, czystą jak królowa niebieska krew i zatruje ją na zawsze, a wraz z nią wasze narodowe, bogoojczyźniane sny o potędze.

A tu rozmowa z autorem o jego najnowszej książce.





10:16, anitaes
Link Komentarze (11) »
niedziela, 03 czerwca 2012
Niedokończone opowieści.

Każdy ma chyba w pamięci takie niedomknięte sprawy: przerwane rozmowy, za krótkie spotkania, nienapisane listy, osoby, które zniknęły chociaż powinny zostać. Ja dodam do tego obejrzane kiedyś filmy, których tytułów już nigdy sobie nie przypomnę i książki, które na zawsze utraciłam - bez szans na odzyskanie.

Oraz wiersze zapomnianych poetek.

W 1989 roku kupiłam w kiosku " Ruchu" - czy coś takiego jeszcze istnieje? - czasopismo kulturalne Integracje, wydawane przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą, dział Redakcji Wydawnictw Młodego Ruchu Wydawniczego i Debiutów. Mam je do tej pory, choć z tamtego okresu, po wielu przeprowadzkach i zmianach zostało mi jedynie trochę zdjęć, kilka egzemplarzy Literatury Na Świecie, Non Stop z Korą na okładce z 1986 roku i mój syn.

Format dużego zeszytu, szorstki papier makulaturowy, czarno-białe fotografie, do każdego numeru dołączona grafika znanego twórca - mnie akurat trafił się numer z Janem Młodożeńcem i artykułem Andrzeja Wróblewskiego o początkach polskiego jazzu, który ilustruje cudowne zdjęcie Krzysztofa Komedy, Jana Ptaszyna-Wróblewskiego, Marka Tarnowskiego i Stanisława Zwierzchowskiego, z 1955 roku, grających w samych gaciach.

Pamiętam, że mój wzrok najpierw przyciągnęła jej fotografia, zrobiona prawdopodobnie z zaskoczenia, w grupie innych osób, które potem, na potrzeby publikacji pozostały poza kadrem. Małgorzata Dobrowolska stoi na tle jakiegoś socjalistycznego bloku, ma włosy obcięte na pazia -  jak ja w siódmej klasie - i patrzy w obiektyw otwarcie, z uśmiechem i zaciekawieniem. Wygląda jak pilna licealista, tuż przed ważnym egzaminem.

Przeczytałam jej wiersze jeszcze na ulicy, pamiętam, że było lato a ja szłam przez park Kasprowicza w Inowrocławiu i gwarną jak zwykle Solankową, potykałam się o nierówne płyty chodnikowe i nie potrafiłam przestać. Dzisiaj umiałabym już powiedzieć, czy zafascynował mnie kontrast jej grzecznego zdjęcia i zmysłowych wierszy, czy może wspólnota - przeczuwana bardziej niż udowodniona - mojej i jej wrażliwości i losów?

A może fakt, że była moją rówieśniczką i podczas gdy ja, idąc przez rozświetlone słońcem miasto ściskałam w ręku to efemeryczne czasopismo i czułam wiatr na twarzy w samym środku gorącego, pięknego dnia 1989 roku, ona nie żyła już od czterech lat? Pewnie wszystko to razem - jej śmierć i twarz i intensywne wiersze spowodowało, że zapadła mi w pamięć i towarzyszy mi w życiu przez cały ten czas.

Tworzyła w czasie, gdy nie istniał internet i w tej nowej, pełnej śmieci, odpadków i nielicznych pereł przestrzeni nie można jej znaleźć. Nie miała profilu na Facebooku, ani w Naszej Klasie, nie ma o niej informacji i zdjęć nawet na dwudziestej stronie wyszukiwarki. W tej rzeczywistości nie istnieje, jakby nigdy jej nie było, a przecież była.

Kilka dni temu pomyślałam, że - być może - jestem ostatnią osobą, która ma XXIV numer Integracji z 1989 roku. I, że - niewykluczone - pozostałe 2999 egzemplarzy już nie istnieje lub kończą swój żywot w zakurzonych, wilgotnych piwnicach powiatowych bibliotek, skazanych, jak one same, na stracenie. Dlatego dziś, zamiast wpisu o włoskim życiu, Emmie, smaku pierwszych czereśni i poznanych dopiero co ludziach, podzielę się kilkoma wierszami zapomnianej poetki, z rzeczywistości, która zniknęła dawno temu i która trwa jedynie w mojej niedoskonałej, ułomnej pamięci:

***

Piszesz me losy na liściach

a one spadają tak szybko

czując ból od czubków

po koniuszki ogonków.

I pozostaje tylko wstyd nagiego drzewa.

 

MÓJ KOMENTARZ DO "WTAJEMNICZENIA"

I żeby się tak stało:

Życie wieczne i reinkarnacja

Bezsens naszego życia  to

obcowanie oświeconych we wtajemniczeniu

Wierzę w ducha świętego

On zaczyna kolejne życie tam

gdzie kończy się nasza świadomość

To co jest 3,5 cala poniżej naszego pępka

już trzeciego dnia po poznaniu przestaje być czystym ideałem

gdy grzebiemy siły witalne chociaż nie umarły

Poncjusz i Nagasaki to ukrzyżowanie prawdy i niewiedzy

I tylko energia jest niezaprzeczona

Kiedy niebo i ziemia wymyślają Boga

 

***

zapal sobie

zapal

nie żałuj

zapal sobie włosy

zapal sobie piersi

także prawą nogę

trochę bardziej krzywą

zapal sobie usta

co po niej wędrują

spopiel w sobie to co się narodziło

to co nie zdążyło

           i tak wieczny płomień

i nigdy nie pytaj

kto jest ogniem

 

***

Quel age a tu?

- wyobraźnia pieczołowicie naciąga zmarszczki

Boję się boję się żeby nie rozmnożyła się moja

                                          trójwymiarowość

gdy życie jest tabliczką, a nas mnożeniem

 

Małgorzata Dobrowolska urodziła się 3 XI 1964 roku w Gołdapi, zmarła 30 stycznia 1985 roku. Była słuchaczką Państwowego Studium Kulturalno - Oświatowego i Bibliotekarstwa w Ciechanowie. W 1982 roku zdobyła nagrodę w konkursie poetyckim zorganizowanym przez MGOK w Gołdapi.

 

11:41, anitaes
Link Komentarze (3) »