RSS
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Koniec wojny czyli koniec pieśni. Na jakiś czas.

Wracam. Najpierw zdjęcia, z ręki, potem K. zrobi lepsze i umieści na stronie B&B:

ap1

ap2

ap3

ap4

a

ap5

ap7

ap8

ap9

ap6

ap10

Oczywiście wyszło. I sesja do październikowego Dobrego Wnętrza, która okazała się niezłą całodniową tyrką, i spotkanie, na które przyszło bardzo dużo osób. Nie zawiódł Martini, od którego mieliśmy porchiettę i salami, nie zawiódł Severio, który dostarczył wino i kieliszki, nie zawiedli goście, którzy powpisywali się do naszej książki i przynieśli różne miłe drobiazgi. Aldo na przykład, razem z Michele z informacji turystycznej rozrysowali nam całą naszą ulicę, z nazwiskami dawnych i obecnych właścicieli, zaznaczająć specjalnie nasz dom i dopisując nas do całej reszty mieszkańców Via San Giuseppe a potem pięknie to oprawili. Oriela przytargała umbryjskie specjały, miód, oliwę i ciasto, Alessandra zrobiła niezwykłe zdjęcie naszego okna a na dodatek dołożyła własny dżem z pomarańczy. Ugo chodził z otwartymi ustami, Bruno, z agencji nieruchomości, chciał nas polecać swoim klientom a chłopaki z naprzeciwka pożyczyli nam do sesji naręcza pięknych ramek i przyszli z mamą, która natychmiast znalazła z Aldo wspólne tematy. Był Fabrizzio, był Franco, Massimo od elewacji, generalicja, Renato z Danielą, była żona Aldo z Michele, który szalał z aparatem fotograficznym, był Paweł, Sofia, bez której to bym nam się nie udało, i wiele innych osób, które do drugiej w nocy przychodziły na rekonesans.

W małym Borgo jest więc o czym mówić, mam nadzieję, że dobrze, bo w niedzielny poranek, gdy zmarnowani poszliśmy odetchnąć na chwilę na piazza, na targ staroci, w przyjemnym, chłodnym jeszcze słonku, wymieniając pozdrowienia z co niektórymi sprzedawcami i właścicielami psów, wyprowadzanych o tej porze na spacer, zza narożnika wytoczyło się dwóch mocno zawianych panów, podtrzymujących się z trudem wzajemnie. Widok w tym mieście, w niedzielny cichy poranek nieprawdopodobny. A gdy jeden z nich się potknął na prostej drodze i po polsku wyraził głośno swoje niezadowolenie, w słowach mało podniosłych, a drugi zaintonował w tym czasie czkane, głośne lalala, pomyślałam, że chyba odwaliliśmy kawał dobrej ambasadorskiej roboty i minister Sikorski, razem ze Zdrojewskim powinni nam ładnie podziękować.

Ale miało być o wojnie, która właśnie się skończyła. Czas na opatrzenie ran. Opadł kurz i odkrył kawał pustej, wydeptanej ziemi. Bo na wojnie nie ma wygranych. O zwycięstwie może mówić nasz dom, ale my, poobijani, z ranami szarpanymi i kłutymi, uwalani błotem, nie jesteśmy tutaj bohaterami.

Więc jak w starym, dobrym amerykańskim filmie, zdejmuję hełm, ocieram z twarzy pot i brud i płaczę nad wszystkimi ofiarami tego starcia. I zdejmuję swój mundur, mój strój maskujący, uszyty z żartów, kpin i cynizmu, za którym mogłam ukryć taktycznie swoje zwątpienia i wszystkie myśli o dezercji. Bo w naszych okopach, jak to na wojnie, znikali sojusznicy, kruszyły się podpisane rozejmy i zawodzili towarzysze broni.

A teraz czas na chwilę ciszy, na budowanie pokoju i zapominanie o walce. Czeka mnie szpital polowy, czyli pisanie, a także czytanie pewnej powieści, która czeka od paru tygodni w komputerze i coś, czego muszę nauczyć się na nowo - odpoczywanie.

Dlatego w prostych, żołnierskich słowach mówię: cześć. Podobno wojenne traumy leczy się długo, mozolnie i czasem bezskutecznie. Dlatego więc dziś mówię: część i nic więcej. I dziękuję Wam za każde dobre słowo, napisane przez te prawie dwa lata na blogu, w komentarzach, które było dla mnie jak przysyłana na front pocztówka z słodkim aniołkiem na odwrocie. Życzenia z innego świata. Pozdrawiam pocieszaczy, zagrzewaczy i zazdrośników. Tym ostatnim życzę sprawnych karabinów i dużo odwagi w sięganiu po marzenia. A teraz bywajcie zdrowi. Znikam.

Wrócę po zdjęciu bandaży.

18:00, anitaes
Link Komentarze (28) »
sobota, 11 czerwca 2011
Sprawozdanie z pola bitwy.

1. Dziecko wysłane.

2. Pies wyprowadzany.

3. Koty karmione.

4. Kwiaty niepodlewane - pada.

5. Fotele obite.

6. Zasłony uszyte.

7. Zaproszenia wydrukowane.

8. Częściowo rozesłane.

9. Appartamento wykończone.

10. Okna pomalowane.

11. Frędzle zawieszone.

12. Goście przyjęci.

 

Hę? Kto by pomyślał?

I nawet znalazłam czas, by umyć włosy i wyskubać zwiędłe kwiecie ze skrzynek pod oknami. Po prostu bohaterka jestem jakaś chyba, no nie?

23:13, anitaes
Link Komentarze (13) »
środa, 08 czerwca 2011
Help!!!!!!!!!

Znikam do 25 czerwca bo oszaleję.

23 czerwca jest sesja zdjęciowa do pewnego magazynu wnętrzarskiego. 24 robimy otwarcie, o którym trąbiliśmy od roku. Zapraszamy wszystkich, którzy podczas tych prawie dwóch lat nam tu pomagali i towarzyszyli. Wyszło prawie 80 osób. Będzie Fabryzio i jego ekipa, Oriela z Santo, nasi sąsiedzi z boku i z naprzeciwka , oczywiście generalicja, Ugo z galerii, Renato, Nari, Dado i Sati, będzie Filippo, będzie Sofia, Franco, Daniele, ten od naszych mebli, Giani - elektryk i Maurizzio, hydraulik, dwie Alessandry, Stefano z Valtiberina Marmi, Aldo czyli Luigino i wielu innych, a każdy z osobą towarzyszącą.

Do piątku muszą być zaproszenia i z trzy plakaty B1 ze zdjęciami z budowy, dla piorunującego efektu - muszę nakleić je na karton.

A w między czasie musimy zamknąć budowę, zrobić zmiany w katastrze - nasz dom to 3 mieszkania i trzeba je scalić w jedno, dokończyć formalności z B&B i zrobić tzw. habitabilita czyli prawo do zamieszkania.

A poza tym wykończyć kaplicę, oprawić grafiki, pomalować cerą podłogi, każda po 36 mkw, uszyć zasłony, obić fotele, pomalować lazienkę i okna, położyć podłogę, oczyścić stare drzwi, upchnąć gdzieś kartony z książkami, jechać do Ikea, odwieźć dziecko na lotnisko Forli,  kupić drewniane sztućce i plastikowe kieliszki, przywieźć frędzle do załon z Arezzo, zamontować lampy, przygotować jedzenie, kupić wina, pożyczyć stojak do prosciutto, sprzątnąć dom do sesji, przyjąć kilku gości, podlewać codziennie kwiaty, wyprowadzać psa, zmieniać piasek kotom i nie zwariować. Jeśli miałabym jeszcze pisać blog, to już teraz mogę związać się pasami i podskakując przez piazza przemieszczać się w stronę szpitala.

Chciałam umiescić kilka zdjęc z dzisiejszego ranka, wszystkie prawdziwe, ale właśnie wyładowała mi się bateria w aparacie a jej naładowanie przekracza moje możliwości percepcyjne.

Dobra, znalazłam drugą!

ii1i2i3i4

Czy nie ma tam nikogo, kto może tu przybyć na pomoc???!!!Ognik, Li, M, gladys, leo, Ania, jo, jamande, kati, leloop, Kinga, Misia, leszek, m.dawid, gosia.irl, echoes, yours, cashub, Warmianka uruska i i wszyscy inni -  GDZIE JESTEŚCIE????? HELP!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! ZOSTAŁO 12 DNI!!!!!!!!!!

09:26, anitaes
Link Komentarze (28) »
niedziela, 05 czerwca 2011
Congratulations oraz complimenti! Dla wszystkich!

Ania, zgadłaś! Oto dowód:

p6

Pannolino igienico pochodzą z zamierzchłych czasów, gdy o ultra soft skrzydełkach nikt jeszcze nie słyszał. Moje he, he, serwetki wyprodukowano w latach czterdziestych i pięćdziesiątych i wygląda na to, że przetrwały w jakiś zamkniętych magazynach w idealnym stanie.

Nasuwa się refleksja, jak szybko rzeczy tracą swoje właściwe przeznaczenie i przybierają śmieszną a czasem tragiczną rację bytu. Dziś te skrawki sztywnego, idealnie zaprasowanego materiału straszą i budzą grozę, ale też pozwalają na chwilę dotknąć świata, nieodległego, który znikł. W ich czystości jest jakaś osobista troska, choć wiadomo, że trafiły na bazar w Arezzo ze starych, pewnie sklepowych zasobów.

Z drugiej strony, gdyby nie ludzka pomysłowość, te wszystkie rzeczy, już niepotrzebne i martwe, zniknęłyby na zawsze z naszych oczu. Tak więc nie żyje kreatywność i odwaga w używaniu podpasek, bo bez tego świat byłby uboższy. Choć czasem ta swoboda używania starego w nowy sposób mnie zniesmacza. Pal sześć, jeśli stare koryta stają się donicami a metalowe wanny kanapami. Ale ja znam pewnego artystę, który z mennonickich nagrobków potrafi wydłubać stół do kultowej knajpy w Warszawie i ręka mu nie drgnie.

Ania, cantucci są Twoje! Gratuluję! Zresztą wszystkim gratuluję! Niektórzy byli bardzo blisko. I było tyle szalonych skojarzeń, ten kielich kościelny to już mnie zupełnie wzruszył...

08:40, anitaes
Link Komentarze (6) »
sobota, 04 czerwca 2011
Targ staroci w Arezzo - czyli lipa.

Po raz pierwszy, odkąd tu mieszkamy, wybraliśmy się na targ do Arezzo. Każda pierwsza sobota i niedziela miesiąca, zawsze na starym mieście, czy słota, słońce czy śnieg. Tym razem było trochę słońca i deszcz. W sumie dość przyjemnie. Skąd więc ta lipa, ktoś spyta? A bo mamy już pewne rozeznanie, ile kosztują we Włoszech stare stoły, ramki czy haftowane prześcieradła. I w Arezzo ceny, jakie proponują handlarze są absolutnie kosmiczne. Assolutamente. Oczywiście, nie biorą się one z kosmosu. To tylko i wyłącznie odpowiedź na zasoby i potrzeby klienteli. A ta, w dużych ilościach międzynarodowa, amerykańsko-niemiecka, płaci bez mrugnięcia okiem 250 euro za dwie poszewki na poduszki z koronkową, ładną i owszem, ale bez przesady wstawką czy za malutką, złoconą rameczkę z fikuśną kokardką na szczycie. Za metalowe łóżeczko dla dziecka, pordzewiałe i wymagające dużo pracy, w dodatku nierozkładane, które ewentualnie postawiłabym dla malucha do lat 3 jako dostawkę uprzejmy pan z muszką zawołał 900 euro. Trochę mi to schlebia bo to znaczy że po 2 latach łykania kurzu, wściekłego remontu, ciężkiej harówki i spłukania się do ostatniego centa wyglądamy na zasobnych i dobrze rokujących amerykańskich turystów, co nie zmienia faktu, że wyglądamy też na jeleni, którzy za taki rzęch zapłacą prawie tysiaka.

Ale co tam, doświadczenie zdobyte, słynny targ w Arezzo zaliczony a my i tak bedziemy jeździć w każdą trzecią niedzielę miesiąca do Cita`di Castello, gdzie co prawda mniej stoisk, ale też ani jednego Amerykania, a co za tym idzie, ceny normalne, czyli dla Włochów. I gdzie można kupić piękne grafiki z XV wieku za 18 euro za sztukę, albo lniane, ręcznie tkane prześcieradła o grubym splocie za 20 euro.

A żeby było trochę fanu, mam zagadkę dla wszystkich amerykańskich turystów i tych niemieckich też, co to się rozlokowali tłumnie nad jeziorem Trasimeno, a także dla tych, co czują się jednymi i drugimi i tych wszystkich, którzy maniakalnie konkursują lub nudzą się akurat w domu.

Co to jest?

p1

p2p3

Sprawa wydaje się prosta, ale nie jest. Kupiłam tego 12 sztuk, w nieotwartym, oryginalnym opakowaniu, ślicznie złożone, 100% bawełna, z małymi frędzelkami, z ozdobnym szlaczkiem, będą mi służyć jako serwetki na stół dla przemiłych gości, którym może coś skapnąć z łyżeczki podczas smakowania śniadanka i po co nam wtedy awanturka i foch? Dodam, że mam już 13 takich samych, z targu pod Ceseną, też były ładnie zapakowane, ale bez karteczki w środku, piorą się bosko, bez stresu zatem, jeśli kropelka kawy spłynie z bródki albo kapka miodu się zsunie ze świeżego chlebka z ricottą, ale dziś dopiero, z tego opakowania się dowiedziałam, w czym rzecz i oniemiałam.

Zatem, kto wie, niech napisze. To drugi konkurs w moim życiu, pierwszy rozwiazany został błyskawicznie, do tej pory zwycięzcy czekają na nagrody, co mnie męczy i dławi nocami, ale będą, będą, piano, piano, muszę tylko do tej Polski dojechać i w dodatku z bagażem, bo ani butelki wina z Sansepolcro ani dżemu figowego w podręcznym zawieźć się nie da. A tu nagrodą będą cantucci, ciasteczka z migdałami, które Wlosi jedzą w czasie swiąt Bożego Narodzenia, bo znając swoją niechęć do opuszczania domu, dostarczę je pewnie do Polski w listopadzie, albo i w grudniu, więc będzie jak znalazł.

No więc, kto ma ochotę na chrupiące cantucci? Zamaczane na chwilę w vinsanto? Pachnące dojrzałymi winogronami? I wygrzanymi na słonku migdałami? W zimny listopadowy wieczór, zamiast herbatki lipowej, gdy za oknem czai się mrok i z oddali słychać zrozpaczony zimą śpiew wracającego z baru sąsiada?

21:51, anitaes
Link Komentarze (13) »
środa, 01 czerwca 2011
Ogórki i inne ostateczne przemyślenia.

W czasie warzywnych dramatów, które mają miejsce w Niemczech, moje hodowanie własnych ogórków i pomidorów na tarasie nabiera innego znaczenia. Staje się małym protest-songiem przeciwko ludzkiej chciwości, pazerności, podnoszeniu w nieskończoność wydajności, a wszystko to w celu osiągania jak największych zysków. A zaczęło się tak zabawnie, miało być trochę śmiechu i mały plon. Teraz dbam o moje orto jak o własne dzieci. Podwiązuję, zraszam i doglądam.

A swoją drogą, czy komuś normalnemu przyszłoby do głowy, by podlewać swoje warzywa, które trafią niebawem na własny stół, swoim własnym nawozem? Rodzina uznałaby, że oszalał i odizolowałaby go od reszty, jako niebezpiecznego wariata.

Tak, drodzy moi, bo my, konsumenci, czyż sami nie powinniśmy walnąć się w pierś i powiedzieć sobie, że w pogoni za okazjami, obniżkami, wyprzedażami, i ochotą zjadania pomidorów wczesną wiosną, nie przyczyniamy się do napędzania tej wirującej dziko karuzeli?

Wszystko już było: krowy jedzące krowy, zapaskudzone chemią warzywa, kurczaki o smaku ryby i kupa na ogórkach. Dlatego podlewając własne cukinie i koperek, lichy i cieńki ale wolny od własnych i cudzych świństw, powiadam Wam :przeżyje ten, co ma spłachetek ziemi lub kilka donic czyli własne ziemniaki i marchew. I kilka kurek zielononóżek w wannie. I żeby mi potem nie było, że nie uprzedzałam.

14:58, anitaes
Link Komentarze (9) »