RSS
niedziela, 27 czerwca 2010
Powroty.

Wróciłam. Teraz ogarniam rzeczywistość, bo dom, nie dość że w trakcie budowy, to jeszcze pozostawiony na pastwę własnych dzieci. Koty przetrwały, bo mają mocne charaktery, psa zabraliśmy ze sobą. Wolałam nie wyobrażać sobie codziennych awantur i wnikliwych analiz, czyja kolej na spacer. Prędzej pies by zdechł niż doczekał końca dyskusji.

Poza tym, po doświadczaniach w myjni samochodowej, postanowiłam iść za ciosem i wykorzystać pobyt w Polsce by zabrać Pinię do fryzjera. Pani Kasia z Sopotu nie skomentowala wyglądu psa, ale na odchodnym nieśmiało zauważyła, że warto byłoby ją czesać. Czasami. Wiem, pani Kasiu, wiem. Sama boleję nad swoją kondycją, także moralną i dostaję zadyszki na samą myśl o kolejnej tak ważnej sprawie, jak sierść psa. Przełknęłam dzielnie wzrok Kasi, patrzącej z troską na naszą staruszkę Pinię, schowałam do torebki kolejny wyrzut sumienia i wyszłam z całkiem odmienionym pieskiem:  włos błyszczący, oko bystre, uszka czujne. Już nie bedę musiała przemykać zaułkami, by nie narażać Włochów na mało apetyczny widok dredów przy ogonie.

W ogóle w Polsce straszne zagonienie, zawsze tak jest, bez względu na okoliczności wizyty. Dodam, że nasze zagonienie, reszta też pewnie goni, ale pędząc, nie tego zauważam. Ledwo przyjeżdżam, już wskakuję w jakieś turbo-buty i zapieprzam: a to księgowa, a to notarisz, a to różne urzędy, kupuję farbę, bo nam zabrakło, a to księgarnie, bo jakżeby inaczej, a to lekarstwa dla Pini, a to oddać niepotrzebną szafkę w Ikea, a jeszcze wspólnota mieszkaniowa, remont instalacji gazowej, a jeszcze kaloryfer przecieka w naszym mieszkaniu i prądu nie ma w przedpokoju. Wieczorem padamy nieprzytomni do łóżka, obcego, niewygodnego, a tu latarnia świeci nam w oczy, więc można zwariować, oszaleć, wyć cała noc, ale nie można jej zgasić, czy zakryć, bo to wielka sodowa lampa, oswietla pół osiedla i wdziera się w każdą szparę w zasłonie.

No i w końcu udaje się nam spotkać ze znajomymi, siedzimy sobie w gasnącym słoneczku na Monciaku, jeden jedyny stolik przy Ferberze, gdzie do końca ogrzewa nas ostatni promyk słonka, reszta już tonie w mroku, pijemy piwko, pani kelnerka nie podaje szklanek, bo "do piwa nie podajemy", ale w końcu przynosi, i jeszcze serwetki, pod nogę stolika, bo się kiwa a wtedy Peroni zjeżdża co rusz z blatu, a my nie mamy takiego refleksu, co kiedyś, poza tym jesteśmy zmęczeni tym całym bieganiem, a nasi przyjaciele też są zmęczeni, życiem, i w ogóle, więc szklaneczki nas cieszą, radują, i tylko z niepokojem patrzymy, jak za krzywym domkiem zachodzi słońce, zaraz będzie zimno i będziemy musieli gdzieś się skryć. Pani obok zamyka kiosk, pojawia się Gary, on też zasuwa po całym mieście, już od wielu lat. Zmieniają się pory roku, turyści przyjeżdżają i wyjeżdżają, a Gary, co jakiś czas w innej czapce, pędzi po ulicach miasta w swoim wyimaginowanym świecie, za swoimi arcyważnymi sprawami, by właśnie zatrzymać się przy naszym stoliku i poprosić J. o złotowkę na batonika, bo właśnie mu zabrakło, jak zawsze grzecznie " panie profesorze, czy zechciałby pan dać mi złotówkę?". Grzebiemy w portfelach i po chwili Gary, uszczęśliwiony, ze złotówką w garści biegnie do sklepu. Dawny biznesmen, wspierający kiedyś trójmiejskich artystów, dziś bezdomny, wychudzony, pędzi wraz z towarzyszącą mu schizofrenią przez Trójmiasto i wygłasza sprawne monologi o nieistniejących wystawach, które właśnie przygotowuje. Siedzimy więc zasępieni, robi się szaro i chłodno, wiaterek od morza, mimo, że lato, zimny i nieprzyjazny, myślimy o Garym, o naszych niekończących się gonitwach, o życiu. Naprzeciw nas mistrz szachowy, zziębnięty, w żółtej muszce, cierpliwie czeka na klienta, ktory zechciałby z nim zagrać, smutno powiewa jego jedwabny, biały szal, nasz stolik znów się kiwa, zaraz go porzucimy na rzecz innego, i tak w kółko, i w kółko. A w ustach gorzko-słodki smak. Jesteśmy w Polsce.

 

10:30, anitaes
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 czerwca 2010
Myjnia filozoficzna.

Wczoraj byliśmy na myjni by, oczywiście, umyć samochód. Wydawać by się mogło, że ot, banalna sprawa. Mycie samochodu to nie pisanie wierszy, wystarczy tylko chcieć. Nic bardziej mylnego. Nasz samochodzik jest z nami od sierpnia i tak się jakoś składało, że do tej pory nie było okazji, by porządnie go umyć. To znaczy w środku były nieśmiałe próby sprzątania, nawet pewnego dnia odkurzaliśmy go dzielnie, mimo nawałowego deszczu, ale by zmyć brud na zewnątrz - jakoś zabrakło motywacji.  Ale nie bądźmy drobiazgowi i wybaczajmy sobie małe zaniechania. W końcu naprawdę nie wyróżniał się na niekorzyść wśród swoich włoskich współbraci, stojąc miesiącami na parkingu. Wspierała nas ulubiona przeze mnie, ciemna, "praktyczna" - jak mawiała moja babcia - karoseria i intensywne, zimowe opady.  I gdyby nie moja smęcąca samoświadomość nieprzyzwoitości sytuacji i fakt, że wyjeżdżamy na tydzień do Polski, pewnie nie straciłabym swojej cennej półgodziny na myjni.

Wyjechaliśmy stamtąd lekko speszeni i radośni - obydwoje mieliśmy wrażenie, że tym razem znów przypadkowo wygraliśmy los no loterii, bo za 6 euro udało nam sie zmienić samochód. Ale nie to, wbrew pozorom, jest clue tej historyjki. Istota sprawy brzmi filozoficznie i prowokująco: dlaczego Włosi są szczęśliwi a my, Polacy jakby trochę mniej? Do mnie odpowiedź na to pytanie przyszła nagle i znienacka, gdy kończyłam kawę, obserwując ze zdumieniem metamorfozę własnego auta. Co ciekawe, moje oświecenie z autem nie miało nic wspólnego. Miły pan na stacji wyszedł zza kontuaru, uruchomił myjnię i zaproponował, abyśmy usiedli sobie przy stolikach na zewnątrz i poczekali na spokojnie napis "avanti". Zamówiliśmy więc kawę i wtedy przyszła odpowiedź. A brzmi ona:

Bo oni, czyli Włosi, są na swoim miejscu.

???

Tak, tak, powtórzę: Bo oni są na swoim miejscu. Pan na myjni, pani w piekarni, kasjerki w markecie, Stefano sprzedający marmury, urzędniczka w Comune, nawet piękna pani śmieciarka. Nie mają poczucia, że to wypadek, nieszczęście, zły los, a tak naprawdę powinny być i robić coś zupełnie innego. Coś, do czego są stworzeni NAPRAWDĘ. Nie mają poczucia klęski, straty czasu, bezsensu i wredoty życia. Są uprzejmi, mili, zadowoleni, uśmiechają się w pracy, żartują z klientami, mają cierpliwość i czas.

A  foch, wkurw i złość? A kwaśna mina? A brak reakcji na "dzień dobry" czy "do widzenia"? A burczenie? A wymowne milczenie? A wzrok zimny i lodowaty? A zniecierpliwienie? A obojętność? A kolejny foch bez powodu? No właśnie... Zastrzegam się jednak, że to moja własna, prywatna teoria, malutka hipoteza bez pretensji do prawdy. Oparta na niedoskonałej metodzie sporadycznej obserwacji. W dodatku poczyniona w chwili euforii, gdy okazało się, że jestem posiadaczką naprawdę ładnego samochodu.

Schodzę więc z nieba na ziemię, zakładam ciemne okulary, włączam klimę, bo w Toskanii 30 stopni i  swoim wypucowanym, jak nowym autem wyruszam na spotkanie szczęśliwych Polaków. Więc życzcie mi powodzenia. I odwagi. Czyste samochody są takie prowokujące...

 

 

07:50, anitaes
Link Komentarze (8) »
niedziela, 13 czerwca 2010
Rozważania nad otwartą studnią.

Czytamy sobie od czasu do czasu, bez planu, ładu i składu historię Włoch. Robimy to głównie z powodów koniunkturalnych, fascynuje nas historia miejsca w którym mieszkamy i śladów, które w nim znajdujemy. Jeśli coś jest interesującego, chcemy wiedzieć kiedy i dlaczego powstało oraz jak zachowało się do naszych czasów.

Nasz tajemniczy portal, widoczny częściowo w kuchni a częściowo przy studni ciekawi nas najbardziej. Ma bardzo charakterystyczny wygląd kamiennych podpór, na których opierała się wielka, kamienna belka, spinające jego dwa łuki. Już nasz geometra datował go na XIII wiek, a teraz znaleźliśmy tego potwierdzenie. Podczas naszej wieczornej, pierwszej wizycie w Cita' di Castello, chodząc po starym mieście, natknęliśmy się na głównym piazza na wieżę, która miała takie sam portal i jego zwieńczenie. Sprawdziliśmy: wieża jest także z początku XIII wieku.

Na II piętrze, dokładnie nad znajdującą się na parterze kuchnią, jest odkryta przeze mnie ściana, zbudowana z wielkich kamieni, w której jest małe okienko, zwężające się na zewnątrz. Wygląda jak okno strzelcze. Skąd tu okno strzelnicze? Tym bardziej, że za ścianą jest inny, wyższy od naszego dom? K. od pewnego czasu zaczał przebąkiwać, że być może kiedyś w tym miejscu była wieża, i ta ściana jest ostatnim, pozostałym po niej fragmentem. Bo skąd wzięłyby się w niej tak olbrzymie głazy, jeśli wszystkie pozostałe ściany są z o wiele mniejszych kamieni i z cegieł? Ściana wydaje się dużo starsza, masywniejsza od innych. Natomiast łuk na I piętrze przypomina sklepione przejście nad uliczką (!), jakie do tej pory można spotkać we włoskich miastach. Tym bardziej wydaje się to prawdopodobne, że patrząc na plan miasta, łatwo dostrzec kontynuację tej uliczki w podwórkach sąsiednich domów.

Dostaliśmy od Sergia i ojca Filippo ksero fragmentu obszernej, bogato udokumentowanej książki, mówiącym o historii Sansepolcro. Wybrany fragment dotyczył naszej ulicy. Od XII wieku kwartał dziesiejszej Via San Giuseppe i XX Septembre, zwany Castrum Novum zamieszkawala rodzina Boccognani ze stronnictwa Gibelinów. W tym czasie napięcia pomiędzy nimi i Gwelfami osiągnęły taki stopień, że w 1368 roku doszło do zaczętych i krwawych walk. Zwyciężyli Gwelfowie, pustosząc część miasta należącą do Gibelinów i zabijając wszystkich, do ostatniego człowieka. Niestety, dosłownie. Z rodziny Boccognani ocalało jedno, ukryte w balli dziecko. Brzmi dość romantycznie i filmowo, ale historia jest prawdziwa i udokumentowana historycznie. Niedaleko obecnej Via San Giuseppe pozostało jedno wielkie gruzowisko. Tak doszczętnie zrównano dom - warownię przeciwników, że przez długi czas wewnętrzą (!) ulicę Via Nova  nazywano Via del Calcinaccio - ulicą gruzów. W zapiskach z tamtego okresu widnieją informacje, że z palazza - fortezzy Gibelinów pozostał jedynie duży portal i fragment wieży. Nie jest do końca jasne, w którym miejscu wspomnianego kwartału leżała Via Nova i stała wieża.

Ha! Oczywiście, że mamy nadzieję, że to TEN portal i TEN fragment wieży. Innych, XIII wiecznych portali w naszej okolicy nie ma.  No, chyba że są ukryte, tak jak był nasz, pod grubą warstwą tynku, i to tak skutecznie, że w wspomnianej książce w części dotyczącej naszego domu jest wzmianka o sklepionym suficie w kaplicy, pochodzącym z późniejszego okresu, a nie ma słowa o tak spektakularnej rzeczy, jak wielki, kamienny portal w ścianie. Mamy zamiar, gdy uporamy się z remontem, zaprosić autora książki do siebie, by zobaczył odkrycie i skomentował nasze przypuszczenia.

Ta część domu, która tworzy obecną fasadę, w skład której wchodzi nasza jadalnia, hol, schody na piętra i pokoje na górze, od strony ulicy, powstała później, w XV wieku i już nie budzi takich gorących emocji. Jest ciekawa, oczywiście, ma wiele architektonicznych smaczków, ale to nie XII wiek. Jedynie odkryta także przez nas kamienna brama w jadalni zastanawia, bo ułożona jest równolegle do portalu w kuchni i na wprost niego. Tak, jakby była pierwszym wjazdem, na dziedziniec. Ma nawet zawiasy i ślad po zamknięciu. Pozostałe ściany są postawione trochę pod innym kątem.

Bardzo ntryguje nas studnia, znajdująca się tuż przy samym portalu, niespotykana na tym terenie, bo bardzo duża i z kamienną cembrowiną. Czy była pierwsza, a potem zbudowano portal? Dlaczego w takim razie jest w świetle wejścia? I jak wjeżdżano do środka, jeśli studnia była na samym wjeździe? Bo na pewno wjeżdżano - na bocznych kamieniach widać ślady zużycia, przyciemnienie, świadczące tym, że ludzie, wozy i konie ocierały się przez wiele lat przy wjeżdżaniu do środka. A może studnia powstała przy odbudowie? Ale dlaczego w takim razie jest kamienna, skoro wówczas budowano mniejsze i z ceglanymi cembrowinami? Z drugiej strony studnia była źródłem życia dla mieszkańców fortecy, musiała więc być chroniona i znajdować się wewnątrz zabudowań, by nie było można jej zatruć.

I co kryje w sobie, jeśli jest tak stara? Na pewno wpadały do niej naczynia i drobne przedmioty. Ale czy wrzucano do niej coś świadomie, by ukryć to przed wrogiem? Możliwe, prawda? Nie mamy pomysłu, jak zbadać studnię. Jest głeboka na 10 metrów, z czego 8 to woda. Nie można jej wypompować, bo jest obawa o konstrukcję studni - woda rozpiera jej ścianki. Gdy jej zabraknie, pojawia się pytanie, czy kamienie nie zaczną się wsypywać do środka. A na nich przecież opiera się część domu. Poza tym woda w studni nie wysycha, ma stały poziom i jest przezroczysta a to znaczy, że ma swoje źródło i ciągle napływa i cyrkuluje. I znów pytanie - jak szybko? Czy pompa dałaby radę usuwać wodę, gdy ktoś byłby w środku? I w końcu podstawowa sprawa -  gdzie wypompować te 12 metrów sześciennych wody?

Może się zdarzyć, że tajemnice studni nigdy nie zostaną odkryte. Albo kiedyś zrobi to ktoś inny, nie my. To też część naszej historii tutaj i musimy zaakceptować jej warunki. Najważniejsze, że portal, studnia, ceglany łuk na I piętrze i okienko odkryliśmy i wydobywamy na światło dzienne. Dzięki nam znów zaczęły istnieć, skrywane przez setki lat pod wieloma warstwami tynku. A poza tym, jaka frajda!

20:24, anitaes
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 czerwca 2010
Zagłębiam się w zagłębie.

Od pewnego czasu wolne chwile spędzam u Gianlucci, u Daniele, w Old Europa czy Marco Polo. A, zapomniałabym o Mateo, który niecierpliwi się, bo nie odbieramy zamówionych drzwi. Wszyscy prowadzą sklepy, składy lub magazyny ze starymi meblami i różnymi przedmiotami. Czasem to prawdziwe perełki, czasem nic nie warta zbieranina. I dopiero dziś uświadomiłam sobie, że to nie jest żaden przypadek, że wystarczy pojechać kawałek, by co krok napotkać starą szafę, lustro lub komodę. Okolice Cita`di Castello to po prostu zagłębie staroci. Całe ulice, ba, kwartały zajmują antyki i zakłady zajmujące się ich renowacją lub robieniem kopii. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że lasy pokrywające Apeniny to stałe źródło doskonałego materiału. Okoliczne targi staroci, takie jak przereklamowany w Arezzo, w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, w Folignio, czy największy pod Ceseną, gdzie całe miasteczko zamienia się w jeden wielki market staroci, to frajda i radość dla każdego kolekcjonera czy miłośnika staroci.

A że lubię sobie pogrzebać w takich sklepach, to grzebię z lubością. Ostatnio wygrzebałam starą klatkę dla chomika? ptaków? - będzie w sam raz na kaktusy. Jeżdżąc po wszystkich tych miejscach, można czasem natknąć się na rzeczy niesamowite. Widziałam niedawno w jednym, nowo odkrytym miejscu wielkie wrota do katedry, wysokie na ponad 5 metrów, zastawione niedbale krzesłami i kulawymi szafkami. U Gianlucci wisi XIV-wieczne lustro, prawie całkiem ślepe a u Roberty stoi wypchany wilk.

Większość oryginalnych mebli pochodzi z XVII i XVIII wieku, zdarzają się też starsze, ale to prawdziwe rarytasy. Niektórzy sprzedają meble całkowicie odnowione, niezwykle wypieszczone, idealne, inni takie, jak je kupili: krzesła z brakującą nogą, komody bez uchwytów, szafy zjedzone przez kornika. Ja wolę te drugie. Przede wszystkim dletego, że te perfekcyjne, błyszczące meble wydają się nowe i pozbawione historii i nie mam pewności, czy to aby nie doskonała podróbka, wykonana ze starego drewna.

Te stare, zakurzone, wstydliwie wstawione w ciemne kąty, czasem okazują się naprawdę cennym nabytkiem. Wymagają cierpliwości, uwagi, czasu, ale są prawdziwe i pełne własnych tajemnic. W szufladach znajduję zapomniane zdjęcie, na drzwiach piękny, pełen zawijasów podpis, w brudnym zakątku szafki, podczas odkurzania pojawia się pozostawiony tam przez kogoś krzyżyk.

A jeśli komuś brakuje czasu i cierpliwości, zawsze może porozmawiać z Orielą i jeszcze kilkoma, równie rzetelnymi rzemieślnikami, którzy za naprawdę niewielkie pieniądze przywrócą meblom dawną świetność, w dodatku używająć wciąż tych samych, starych technik. Zamiast gwaździ - drewniane kołki, zamiast lakieru - pracowicie wcierany wosk. Zarówno sprzedawcy jak i stolarze mają bardzo dużą wiedzę o meblach, potrafią bezbłędnie określić ich pochodzenie, kształt brakujących cipolli - cebulek, czyli toczonych, okrągłych nóg oraz rodzaj drewna, z jakiego są wykonane. Żadnych własnych pomysłów czy radosnej kreatywności. Idea jest prosta - rzeczy mają swoją historię i swoje przeznaczenie i temu powinny służyć. Natychmiast przypomina mi się pewien znajomy gdański artysta, który do swoich modernistycznych mebli wykorzystywał stare, bezpańskie płyty nagrobne. Nie jestem pewna, ale chyba do tej pory jedna w waszawskich knajp ma takie stoły na swoim wyposażeniu. Bolesny brak wrażliwości.

A wracając do spraw bardziej właściwych, do naszego włoskiego zagłębia rzeczy ładnych i fascynujących, sprawa najważniejsza: takie meble można zabrać do Polski, do swojego domku, ustawić w salonie i napawać się widokiem - bez żadnych konsekwencji prawnych. Włosi, tak jak i reszta Europy, nie reagują histerycznie, że w ten oto sposób pozbywają się dziedzictwa narodowego i nie robią problemów z wywozem. W drugą stronę to niestety nie działa. Mimo, że jesteśmy w Schengen, polskie przepisy są niezwykle restrykcyjne i do tej pory wszystko co zostało wykonane przed 1955 roku jest zabytkiem i wymaga zgody na wywóz. Inaczej kryminał czyli 5 lat kary więzienia.

Swoją drogą, dla tych wciąż nieprzekonanych, to chyba kolejny powód, by zamieszkać we Włoszech,

16:04, anitaes
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010
Letnie wieczory.

Poznałam Markusa z żoną, mieszkających od lat w Niemczech, którzy każdy urlop spędzają na pieszych wędrówkach po Europie. Przeszli szlak do Santiago de Compostella a w tym roku nasze Sansepolcro leżało na trasie ich drogi do Asyżu. Podziwiam. Okazało się, że w internecie, szukając noclegu, znaleźli ogłoszenie Narayany i Dado, którzy służą pielgrzymom zmierzającym do Monte Casale, śladami Św. Franciszka, pokojem z kolacją i śniadaniem. Markus napisał do mnie, niepewny, czy ta Nari to naprawdę TA Nari, i poprosił o pomoc w rezerwacji.

Wczesnym wieczorem zawieźliśmy ich do Narayany, i załapaliśmy się na świetną kolację. A żeby nie było, że na krzywy ryj, postanowiliśmy podlać ogród. Był piękny, letni dzień, słońce zachodziło, osioł ryczał, Dado doił kozy, las pachniał słodko, a Nari piekła chleb - po prostu raj. Narayana przyniosła nam na zewnątrz zrobiony przez siebie napój z kwiatów dzikiego bzu, którego już sama nazwa prosi o nagrodę: sambuco. O smaku nie wspomnę, bo jak tu oddać smak?

A potem, kiedy już podlaliśmy wszystkie pomidory, groszki, fasolki, marchewki i inne takie, urządzając sobie wyścigi, kto dalej i drobniej siknie z węża, poszliśmy na jedzenie: makaron z zieleniną różną / nawet listki rzodkiewki/, sery własnej roboty /Dado jest mistrzem/, świeża sałata, chleb z oliwą, też własny i pesto. A na drogę dostałam jajka prosto od kury, tej samej, co to mieszka na drzewie.

Pamiętając o zimowej przygodzie, samochód zostawiłam przy drodze, w związku z tym wracaliśmy później przez ciemny, naprawdę zupełnie czarny las. I tak jak godzinę wcześniej patrzyłam z zazdrością na ogród, łażące kury i małe kózki, i mówiłam, że też bym tak chciała, tak powrót przez nocny, pełen własnych odgłosów, nieznany las nie należał do przyjemności. Po raz kolejny, odwiedzając Narayanę i Dado, pełna jestem ambiwalentnych uczuć. Bo jak tu czerpać radość z życia na wsi, gdy odgłos łamanej gałązki wśród drzew wywołuje atak serca?

Tak czy owak, ustaliłyśmy z Nari, że jak będzie w Sansepolcro, podrzuci mi czasem torbę z dziecięcymi ciuszkami, to jej wypiorę, bo brak mi wyobraźni, jak ona ręcznie opiera trójkę dzieciaków. Oczekuję w zamian 6 świeżych jajek, co wydaje mi się całkiem niezłą zapłatą.

A w naszym domu? W naszym domu dużo się ostatnio działo. Przyszedł dzisiaj pewien bardzo małomówny, starszy pan i wyczyścił nam podłogę w jadalni. Można śmiało powiedzieć, zobaczyliśmy ją po raz pierwszy od dnia zakupu. Zawsze była zakurzona, brudna, przykryta foliami albo zasypana gruzem. Po zmyciu zaprawy i starych wosków, okazało się że jest czerwono-pomarańczowa, z kilkoma żółtymi cegłami, miejscami okopcona, czyli absolutna toskańska klasyka. Jutro tajemniczy pan położy trattamento, czyli zabezpieczy ją na przyszłość a potem trzy razy nałoży wosk. I podłoga będzie gotowa. Wtedy, obiecuję, naprawdę obiecuję, że zrobię zdjęcie, bo chwila będzie wielka. Pozostanie nam jeszcze tylko stoczyć bitwę o wybór koloru na ściany, próbując się nie pozabijać i możemy zasiąść pierwszy raz do stołu.

Oriella kończy renowację pierwszych drzwi, tych do jadalni. Zostały zdemontowane tydzień temu i Oriella z synami zabrała je do siebie. W jadalni zrobiło się nagle jasno, bo szyby w górnej części nie były myte przez czterdziesci lat. Dziś odwiedziłam ją, by zobaczyć efekty i jestem pod wrażeniem. Zamontujemy je pod koniec miesiąca, po powrocie z Polski /wybory!/ i wtedy otworzymy wiecznie zamknięte wrota kuchenne i nastanie światłość, bo drzwi będą na nowo przeszklone. Następna w kolejności jest brama wejściowa. Gdy zostanie zabrana, będziemy na ten czas korzystać z kuchennego wejścia, a to główne zabijemy deskami.

A, byłabym zapomniała: mamy włoskie dowody tożsamości. Nie żadne tam karty plastikowe, tylko normalne, papierowe książeczki, z wklejonym zdjęciem i wyciskaną pieczątką. Okazuje się, że nie wszędzie świat zwiariował na punkcie dyrektyw unijnych. Uprzejmy urzędnik w Comune zrobił je własnoręcznie, włożył do foliowych okładek i wręczył z uśmiechem. Czekaliśmy na nie 6 minut, tyle, ile zabiera ich wydrukowanie. W ten sposób staliśmy się cittadini, czyli pełnoprawnymi mieszkańcami Borgo.

Ale żeby nie było tak słodko, będzie jeszcze o podatkach: dziś zapłaciłam półroczny podatek od nieruchomości. Ponieważ mamy rezydencję, byłam pewna, że ostatni: w końcu Berlusconi zapewnił Włochom zerowy podatek od pierwszej nieruchomości. Niestety, Rosina, nasza księgowa wyprowadzila mnie z błędu. Nasz dom jest co prawda jednym budynkiem, ale w katastrze figurują tam trzy mieszkania. Tak więc, do czasu dokonania zmiany w księgach, za dwa mieszkania musimy płacić dalej. Pocieszyła mnie, że nie zapłacimy podatku od największego. Aby zmienić wpis w katastrze, nasz geometra musi odebrać budynek i wydać nam zaświadczenie o dopuszczeniu do zamieszkania, tzw. abilibita. By tak się stało, wszystko musi być skończone. Innymi słowy, trzeba dalej zasuwać, by do końca roku udowodnić, że dom jest domem, a nie budową.

A w ogóle jest 28 stopni w cieniu, kwitną wszędzie róże i lipy, Włoszki ubrały sandały i pokazują opalone ramiona, lodziarnia pracuje pełną parą, wieczorami na ulicach znów roi się od spacerowiczów a w sobotę koniec roku szkolnego. Jednym słowem: lato.

22:02, anitaes
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 czerwca 2010
Semantyka.

Uwielbiam fast food. Bez tej żywności zginąłabym na naszej budowie. Jest zdrowa i pyszna, miła dla oka, tania i nie marnotrawi naszego cennego czasu.

A teraz dowód: 1. Gotuję makaron spagetti - 7 min./0,85 eurocentów/ 2. W tym czasie na patelnię leję oliwę/3-5 euro/litr, wrzucam najpierw ząbek czosnku/0,70 eurocentów za główkę/ a zaraz potem garść aromatycznych, mieszanych ziół/1 euro opakowanie/. 3. Makaron odcedzam makaron i przekładam do miski. 4. Całość polewam oliwą z przyprawami i posypuję parmezanem/7 euro za kg/. Czas przygotowania i oczekiwania 10 minut, koszt 1,50 euro.

Przykład drugi, z tych bardziej wypasionych: 1. myję rybę Rombo, odpowiednik naszego Turbota/16 euro/kg/, kładę na  blachę do pieczenia, posypuję solą, pieprzem, okładam plasterkami cytryny / 1,60 euro/kg i koprem. 2. Polewam oliwą, wkładam do gorącego piekarnika na 35 - 40 minut i idę do swoich spraw. 3. Gdy prawie gotowa, kroję chleb/1.6 euro/kg, posypuję rybę garścią natki z własnej doniczki/ 0,50 eurocentów za sadzonkę/ i wcinamy, maczając chlebek w pysznym sosiku. Czas przygotowania 5-7 min., czas oczekiwania ok. 40 min. Koszt ok. 18 euro.

I na koniec ostatni przykład moich fastfoodowych doświadczeń, ulubiony i na czasie: 1. myję zielone szparagi i obcinam ich twarde końcówki /2,75 Euro/kg 2. wkładam je do wyższej blachy lub naczynia żaroodpornego. 3. Posypuję solą, polewam dużą ilością oliwy i posypuję startym parmezanem. 4. Wkładam do piekarnika na 15-20 minut. 5. Kroję chleb 6. Reszta jak wyżej. Czas przygotowania 7 min, oczekiwania 20 min., koszt 4 euro.

A slow food? Proszę bardzo: zrazy - godziny zawijania, pomidorowa - to krojenie i doglądanie, klopsiki - kompletna porażka, krojenie, mieszanie, formowanie, smażenie. Dziękuję.

A następnym razem napiszę o wernisażu pewnego księcia, o ludziach co chodzą pieszo po Europie, o wyżerce w Garfagnianie i wieczornym podlewaniu ogrodu Narayany. Tylko ten czas, kurczę...tak ucieka.

08:06, anitaes
Link Komentarze (7) »