RSS
wtorek, 29 maja 2012
Zatrzęsło.

Było kilka minut po 9.00. Akurat usiadłam z kawą i komputerem, by sprawdzić wiadomości. Zakołysała się podłoga, frędzle przy kluczach i fotel, na którym siedziałam.

Nawet, jeśli trwa to kilka sekund to wrażenie jest niepokojące. Budzi strach bo mocne podparcie pod nogami to stan stały i gdy nagle ziemia drży, wszystko wokół wydaje się nierealne i niezrozumiałe. Jakbyśmy znaleźli się na innej, obcej planecie, która faluje, jak zbyt miękki materac.

Od kilku dni w okolicy Modeny trzęsie co kilka minut, czasem bardzo mocno. Naruszone wstrząsami domy rozsypują się w końcu jakby były z piasku. Mieszkańcy San Felice i Cavezzo mieszkają w namiotach, zbyt przerażeni, by wrócić do domów.

Współczuję.

15:13, anitaes
Link Komentarze (10) »
czwartek, 24 maja 2012
Historie uliczne czyli dźwięki, które usłyszę.

Historie następują jedna po drugiej, z zegarową nieustępliwością. Czasem ich fabuły bywają zupełnie niezrozumiałe, jak wyszeptane na ruchliwej ulicy słowo, a czasem huczą w głowie pojedynczym uderzeniem dzwonu na wieży kościelnej. Zresztą bicie dzwonów towarzyszy im nieustannie, podkreślając najważniejsze wydarzenia lub przecinając je na pół. To letnie opowieści, więc wpływają do mojego domu przez otwarte okna, krążą w rozgrzanym powietrzu, zmieszane z ulicznym kurzem i popołudniowym słońcem, z bzyczeniem samotnej pszczoły nad pelargonią i osiadają na sierści rozłożonych na parapecie kotów. Powtarzają się, czasem wielokrotnie ale nie są nudne, bo czy nie lubimy piosenek, które już znamy? Historie znikną wraz z pierwszymi chłodami, gdy zamknę okiennice przed jesiennym deszczem i zasunę grube zasłony. Posłuchajcie ich więc, dopóki trwają.

Pierwsza zacznie się o piątej rano, gdy obudzą się ptaki i podniosą świergotliwy raban. Druga o siódmej dziesięć, gdy córka Morettiego wyprowadzi z garażu samochód, zawsze z tą samą, prawie nieznośną punktualnością, choć pojawia się suspens - Marii Moretti czasem zdarza się zaspać a wtedy kluczyki wypadają jej z rąk z głośnym pobrzękiwaniem i co rusz gaśnie silnik.

Gdy swój tour zacznie śmieciarka by zebrać sprzed domów pękate worki, wystawione poprzedniego wieczora za drzwi, zaczyna się trzecia historia. Wówczas signora Maria mieszkająca naprzeciwko otworzy swoją okiennicę - codziennie z tym samym cichym skrzypieniem - wychyli się z okna i jak zwykle rozejrzy się po ulicy, jakby chciała sprawdzić, czy przez noc świat pozostał na swoim miejscu. Później zniknie w kuchni i zacznie postukiwać naczyniami, szykując pierwszą tego dnia kawę dla swojego syna, Giovanniego. Głosy dzieci idących do szkoły pojawiają się na krótko, tuż przed ósmą, tak samo jak nierówny, warkotliwy rytm wysokich obcasów jakiejś spóźnionej urzędniczki, pędzącej dzień w dzień na złamanie karku w tych niewygodnych butach po nierównym bruku. A później nastąpi trwająca przez chwilę cisza.

Ta cisza też będzie miała swoją historię bo ciszę przerwie samochód czyszczący ulice, a jego dudniąco - szumiący dźwięk zagłuszy nie tylko ją, ale też radio grające w domu obok i wypowiedziane właśnie zdanie, które mogłoby być początkiem nowej historii.

Tuż po dziewiątej właścicielka znanego skądinąd pudla o wdzięcznym imieniu Dido wyprowadzi go na spacer. Jak zwykle, zatrzyma się przy naszych drzwiach, gdzie Dido będzie próbował niecierpliwymi piskami zwabić naszą Pinię i gdzie, jak zwykle, zlekceważony i sponiewierany całkowitą obojętnością, zostawi mokrą plamę. Niestety, historia tej miłości na zawsze pozostanie bez szczęśliwego zakończenia. 

Ruch samochodów zacznie się ponownie tuż po dwunastej. To wtedy na pranzo zaczną wracać pierwsi Włosi, ci najbardziej głodni. Na wąskiej ulicy, pomiędzy ocieniającymi się wzajemnie fasadami i otwartymi szeroko oknami będzie odbijać się echem: postukiwanie sztućców i garnków, odgłosy z włączonych telewizorów, szum wody lecącej z kranów i rozmowy przy stole. Każda z tych rozmów miałaby szansę na tytuł "Historii Dnia", gdyby tylko znalazł się śmiałek, który potrafiłby dokonać wyboru.

Potem przetoczy się szybka, gwałtowna fala młodzieży śpieszącej na pociąg i przed drugą miasto zamilknie. Jeszcze tylko spóźniony sąsiad głośno trzaśnie drzwiami, Mario uciszy swojego ukochanego psa teatralnym "ciiii" i nagle zapadnie zupełna cisza; wtedy to nasza ulica, jak co dzień, umrze na całą godzinę.

Zmartwychwstanie rozpocznie się powoli, przed trzecią, wraz z pierwszymi samochodami ruszającymi niechętnie do pracy a już o czwartej spacerowicze, z dziećmi powtarzającymi w kółko "Chcę loda! Mamo! Loda!" będą kierować się na piazza. Gloria, jak zawsze radośnie będzie krzyczeć "Tony! Guarda!", co już jest zabawną historią samą w sobie, bo Gloria jest damą dojrzałą, z prawie pięćdziesięcioletnim małżeńskim stażem a stale się czemuś dziwi, i tym swoim nieustannym zdziwieniem zawsze dzieli się z mężem.

Signora Maria siedząc na tarasie wymieni ze swoim zamyślonym Giovannim uwagi o zakwitłych dopiero co różach, jak co dnia i jak co dnia ich spokojne, stłumione słowa będą brzmiały tajemniczo, jak przekazywane sobie na ucho wstydliwe rodzinne historie.

Do siódmej ulica będzie rozbrzmiewać krzykami chłopców pędzących na rowerach, rozmowami przez telefony i przez przez sąsiadujące okna a także poszczekiwaniem psów i muzyką z przejeżdżających z rzadka aut. O ósmej wszystkie te odgłosy ucichną. To wtedy właśnie nietoperze nabiorą śmiałości a ich świsty mocy, i będą tak pobrzmiewać aż do dziesiątej, by w końcu rozpłynąć się w ciemnościach.

Z oświetlonego na żółto okna w domu na wprost będzie słychać brzdąkanie; ktoś zacznie grać na gitarze, codziennie coraz lepiej, a w międzyczasie miasto znów ożyje i będzie wyglądało, jakby nigdy nie spało. Wieczorna passagiata, jeśli nie jest to akurat spokojny zmęczony poniedziałek, potrwa aż do północy i dla każdego z jej uczestników zakończy się inną historią.

W piątkowe i sobotnie wieczory głosy powracającej z zabawy młodzieży słuchać będzie jeszcze do trzeciej. Ale za to w niedzielę rano córka Morettiego zostanie w domu, tak jak kierowca śmieciarki i samochodu sprzątającego ulice. Znany szczęk zamka w bramie ich garażu i stuknięcie drewna o mur pojawi się dużo później, bo dopiero o dziesiątej, co być może zmieni bieg historii, choć Moretti, wybierający się właśnie z żoną na poranną mszę do ulubionego kościoła w Anghiari nie będzie miał o tym pojęcia.

08:14, anitaes
Link Komentarze (7) »
środa, 23 maja 2012
He, he...

..fajne. Dostałam właśnie z usa:

mk

Ale ten chyba jeszcze lepszy - dla eleganckiego samotnika, w stylu vintage:

mk1

I jeszcze jeden, kosmiczny, jak kapsuła czasu:

mk2

No i rzut oka do środka, dla ciekawych /też zajrzałam/:

mk3

/ze strony: http://www.vwcampervanblog.com/

07:15, anitaes
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 maja 2012
Artura W. listek rukoli.

Spędziliśmy w Anghiari trzy dni. Zaplątani pomiędzy cytrynami, koronkami, kieliszkami, świecami, szarym mydłem, gałązkami oliwnymi, serem pecorino, lnianymi ściereczkami i chianti. Od rana do wieczora. Potykając się o statywy i kable, oślepieni lampami szukaliśmy ładnych planów, blików na złotych ramkach i mocnych kontrastów.

Czekając na słońce przesuwaliśmy meble, kroiliśmy owoce i opowiadaliśmy sobie o obejrzanych filmach. W przerwach zjadaliśmy i wypijaliśmy dekoracje. W piątek zabraliśmy Artura do renesansowej kamienicy naprzeciwko, gdzie w ruinę popada prywatny, XVII-wieczny teatr. Pęknięty w połowie po dawnym trzęsieniu ziemi. Cały pomalowany w niezwykłe ornamenty w kolorze szarej zieleni. Z aksamitną, ciemną czerwienią posadzki. I wąskim balkonem biegnącym wzdłuż ścian, który, by nie runął,  podparto gęsto prymitywnym rusztowaniem.

Piękny temat dla naszego projektu, tego o znikających włoskich zabytkach i ich właścicielach.

W sobotę skończyliśmy pracę. Dom Emmy, przyprawiony jak należy, nabrał toskańskiego smaku. Jak dla mnie, jest niezły. Jak mała bruschetta przybrana listkiem rukoli, który przecież niewiele zmienia, ale zmienia wszystko. Tradycyjne włoskie co nieco, z nutką słodyczy. Żadne tam obżarstwo, raczej niewielka przekąska po której ma się ochotę na jeszcze.

"I am so pleased with the way it
looks, congratulations to you both! It is really better than I ever could
have imagined." - napisała właśnie Emma H., po obejrzeniu zdjęć.

You`re welcome.

Dziś zabieram stamtąd nasze ostatnie drobiazgi, pakuję do samochodu poduszki wypożyczone ze sklepu Busatti i zamykam drzwi na klucz. Koniec zabawy. Chowając się przed deszczem myślę o spóźnionym lecie.

Obrazki pokażę za jakiś czas.

 A teraz gorąco zapraszam tutaj. Energia oka Artura. Niezwykłe wejrzenie w zakamarki świata, tego dalekiego i całkiem bliskiego, oglądanego z własnego okna.

Polecam zwłaszcza projekt "Moja ulica".

21:09, anitaes
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 maja 2012
Podróż na gazie czyli sto pytań na godzinę.

Czy dom może być w życiu celem?

Nawet jeśli to dom w Toskanii?

Piękny, subtelny i pełen smaku?

/coś jak włoskie spaghetti?/

?

Czy warto z powodu domu szczytować na tarasie i wpadać w zachwyt nad studnią?

/nawet jeśli studnia głęboka a taras z widokiem?/

Albo odwrotnie?

I skąd te myśli takie?

/upierdliwe jak głos w gps?/

?

I znów zapytam: czy dom może być celem w życiu?

A jeśli powiem, że nie?

To co?

Oszalałam?

Bo gdyby tak sprzedać ten makaron pachnący bazylią?

I kupić samochód?

Taki do podróżowania?

Ale niezbyt wypasiony?

Żaden camper z prysznicem i bateriami słonecznymi?

Tylko taki nieco weselszy?

Na przykład zamienić sznurek na ogórek?

Zielony z białą kierownicą?

I drabinką z tyłu?

I tym ogórkiem do Maroka?

Albo do Portugalii?

Lub na Kretę?

Bez podatków od nieruchomości?

Bez skrzynki pocztowej?

I telefonu stacjonarnego?

I bez składek emerytalnych?

Oraz wiadomości telewizyjnych?

Codziennie inny widok za oknem?

Przez pięć lat albo dwa?

Całkiem bez znaczenia?

Tylko pytam...

vv

 

20:37, anitaes
Link Komentarze (20) »
czwartek, 10 maja 2012
Informuję...

że żyję.

Kończymy dom Emmy. W sobotę zaczynamy zdjęcia.

Poza tym się działo...

Niebawem napiszę, jak znienacka wpisaliśmy się w 1000-lecie miasta, co to ma wspólnego z papieżem i dlaczego posadzono nas koło kominka.

A teraz - sruu....lecę do Anghiari...wieszać zasłony...i obrazki...i kwiaty w wazonach ustawiać...i takie tam...różności.

09:25, anitaes
Link Komentarze (7) »