RSS
sobota, 28 maja 2011
Cud życia.

Moje orto, tarasowy ogród/ek, zrobiony bardziej dla zabawy i śmiechu, żeby nie powiedzieć dla jaj, zakwita. Malutkie pomidorki, przypominające mi szklane, zielone kulki, cukinie i ogórki wielkości złamanej wykałaczki i wiotki koperek garną się do życia jak oszalałe. Kto by pomyślał, że się uda? Że dam im szansę? Bo nic przecież nic nie zapowiadało szczęśliwych narodzin. Oczekiwałam raczej kolejnych suchych badyli, szeleszcącyh w zakurzonych doniczkach. A tu, proszę, owoce mojego żartu wcale nie są gorzkie.  Choć czuję, że moja zasługa w tym żadna. Prawdopodobnie we Włoszech nawet zasadzona zapałka wypuści liście, he, he.

Ale przyznaję, dzień w dzień, karnie, jak niewolnica babilońska podlewam je co wieczór, zawsze o 20.00, zgięta w pół a potem się prostuję i prostuję i prostuję. A jak się w końcu wyprostuję, to wtedy patrzę sobie w niebo wieczorne. A nade mną, dokładnie nad naszym tarasem przelatują raz za razem, wysoko, ledwo widoczne, jak malutkie kropki, pasażerskie samoloty, z Rzymu na północ, zostawiając pomarańczowe, jeszcze oświetlone zachodzącym słońcem linie. Cicho jest o tej porze w mieście, słychać tylko postukiwania naczyń, w końcu to święta pora kolacji, jakieś dalekie, spokojne rozmowy oraz ptaki i nietoperze pogwizdujące nad dachami przed nocą. Powietrze pachnie podlaną zielenią, wieczorem i jakimś dobrym jedzonkiem, nakładanym w tym momencie na większość talerzy w mieście. A tycie pomidorki i ogórki piją wodę radośnie i z wdzięcznością, co słychać i widać i czuć. Jak dla mnie, cud życia.

o1

o2

o3

12:54, anitaes
Link Komentarze (9) »
czwartek, 26 maja 2011
Ludzie pasa środkowego.

Stephen King napisał kiedyś opowiadanie o ludziach godziny dziesiątej. Polubiłam je, mimo, że jest  kompletnie popieprzone i stworzone przez mocno chorą w tym czasie wyobraźnię autora. Być może będącego akurat w trakcie kolejnej kuracji odwykowej. Zresztą nałog jest w pewnym sensie też bohaterem opowiadania, nałóg zgubny i beznadziejny, co z historii opisanej przez Kinga jasno wynika.

Ludzi godziny dziesiątej łączą dwie rzeczy: są palaczami, którzy chcą zerwać z nałogiem palenia - stąd tytuł - słynna pierwsza fajka o 10.00, ani minuty wcześniej, okupiona męką 3 godzin czekania, oraz albo raczej w związku z tym widzą rzeczy, których nie dostrzegają inni śmiertelnicy. Widzą ludzi nieludzi, potwory, czujne i zdeformowane, żyjące wśród nas, gotowe zabić, gdy dostrzegą, że zostały rozpoznane. Ludzie godziny dziesiątej rozpoznają je, w przeciwieństwie do reszty, wolnej od nałogu i chcąc przeżyć, udają, pokonując strach i własną słabość, że wszystko jest w należytym porządku. W przeciwnym wypadku śmierć.

Dla ciekawych dodam, że próba konspiracyjnego spotkania kończy się zdradą i krwawą jatką. Swoją drogą, to powiadanie powinno być lekturą obowiązkową na terapeutycznych spotkaniach rzucających palenie. Choć na mnie nie podziałało, co kładę na karb swojej niesubordynacji.

A teraz przejdę do ludzi pasa środkowego. Tych braci w męczęństwie, wizjonerów połączonych wspólnotą losów. Jazda  po włoskich autostradach to niezapomniane przeżycie. Kto nie jechał, niech jedzie. Zwłaszcza, gdy wjeżdża się na nie po przejechaniu kilkuset kilometrów niemieckim autobanem i pamięta się obowiązujące w Niemczech zasady. Pominę milczeniem jazdę na długich, nagłe, radosne odbicia kierownicą, by zjechać na stacje /pijemy kawę, chłopaki?/, perwersyjne ocieranie się auta o auto czy stawanie okrakiem na pasach przy zjazdach. To tylko incydenty i zdarzenia. Stałą są ludzie pasa środkowego. Od Como po Palermo, zawsze i wszędzie, bez względu na porę dnia, bez względu na tłok i posiadany samochód, bez względu jak bardzo się im spieszy albo nie, nawet przy pustej jak włoskie kościoły autostracie ludzie środkowego pasa nie opuszczą środka. Jakby zjechanie na inny pas groziło śmiercią.

A może grozi? Zastanawiam się, co widzą ludzie środkowego pasa? Czy widzą potwory? Jednookie monstra? Trąby zamiast głów, macki zamiast rąk? Czy zagraża im zagłada? Cokolwiek widzą, musi to być straszne, straszniejsze od tego, co widzieli bohaterowie Kinga. Stąd kurczowe trzymanie się środka, spocone dłonie, sztywne nadgarstki i nieruchoma kierownica. Napięci i zdeterminowani, nie rozglądający się na boki, zatopieni w swoich wizjach, opętani jedną tylko myślą: by broń Boże nie zmienić pasa. Bo wtedy niechybna, potworna śmierć. Zaczyna się czas letnich wyjazdów do Włoch. Ludzi pasa środkowego nie można lekceważyć. Może naprawdę widzą więcej niż my? Bądźcie dla nich wyrozumiali.

08:38, anitaes
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 23 maja 2011
Róża czyli miód na moje serce.

Różę kupiliśmy w Mezzavia, czyli w połowie drogi pomiędzy Anghiari a Sansepolcro. Aby ustawić ją przy drzwiach wejściowych potrzebowaliśmy płaskiej ale wysokiej doniczki. Jedyna, jaką udało się nam znaleźć, była pokruszona i w kiepskiej kondycji. Stała bidulka na placu, pewnie szósty rok i łuszczyła się z każdej strony. Idealna w wymiarze. Wg. cennika kosztowała 100 euro. !?!?!?. No właśnie. Pani, po obejrzeniu doniczki i konstatacji, że jest ostatnia z tej słynnej nieudanej partii zaproponowała obniżkę. 50 %. Dotknęła mnie tym do żywego, ale byłam twarda. Jak Bratny Roman, he, he. Ostatecznie kupiłam ją za 15 euro. Przepłaciłam 14, ale pal sześć.

Róża okazała się okazała. Ledwo dało się ją do tej doniczki upchać. To znaczy po bokach ma dużo przestrzeni, ale już w szerz dużo mniej. Czy zechce rozpościerać korzonki w zdłuż, jak ja to sobie wymyśliłam? Zobaczymy, choć przyznam, że raczej nie ma innego wyjścia.

Postawiliśmy różę przy drzwiach kuchennych. Kilka dni temu rozkwitła. Pod nasz dom przychodzą wycieczki. Jakby nigdy nie widzieli róż w tym mieście. Przystają. Wąchają. Oglądają. Komentują.

A bo ładna. A bo kwitnie. A bo w sobotę ragazzi, w pijanym widzie ją zniszczą. A bo nie zniszczą, ale słońca ma za mało. A wcale nie za mało, tylko za dużo. A bo trzeba zawiązać kakardkę czerwoną, od złego uroku. I podlewać dwa razy dziennie. A nie, bo jeden raz wystarczy. Wcale nie jeden, tylko dwa. I nawozić. Tak, tak, koniecznie nawozić. Najlepiej skorupkami jajek. Jakimi znów skorupkami, popiołem z kominka! A nieprawda, w Brico jest płyn do podlewania róż, ponoć  najlepszy. W Brico? Broń Boże, szkoda róży...

Nasza róża spokojnie sobie kwitnie, obojętna na codzienne dyskusje i uporczywe wąchnięcia. Z żółtawych, lekko pudrowo-różowych pąków rozwinęły się kwiaty w kolorze ecru, co mnie samą zachwyciło, a i cała sytuacja, to znaczy róży kwitnięcie a nie więdnięcie jest zachwycająca. Sąsiedzi naprzeciwko jakby częściej i z większą przyjemnością zaglądają na swój taras. A to kwiatki w doniczkach przesuną o kilka centymetrów, a to papieroska zapalą, oprą się przy okazji wygodnie o balustradę i popatrzą na nasz dom, a to z listków jaśminu jakieś pyłki strzepną czule. Podpatrzyłam, że turyści robią zdjęcia przed naszymi drzwiami. Czyż to nie miłe, biorąc pod uwagę to, że jeszcze tydzień wcześniej, przed pojawieniem się róży, nie robili? A ostatnio przydreptały pod różę dwie staruszki, każda osobno i złożyły nam szczere gratulacje. I to wcale nie z powodu róży, bo udział nasz w cudzie jej istnienia jest niewielki, ta codzienna porcja wody się nie liczy, ale dlatego, że jak się wyraziły bez uprzedniego umówienia się i namówienia, dom z nicości zmartwychwstał i chwała nam za to. I wielkie podziękowania, bo to ruina była i wstyd.

Tak, nasza róża, kupiona w Mezzovia, kompulsywnie i bez zastanowienia, z powodu nagłego szarpnięcia zachwyconego serca, okazała się być wisienką na torcie, co dom się nazywa. Albo diabłem, co tkwi zwykle w szczegółach. A zresztą, wisienka czy diabeł, co to za różnica? Ważne, że działa. Zobaczcie sami:

r1r2r3

 

 

 

 

02:04, anitaes
Link Komentarze (19) »
sobota, 21 maja 2011
Albo koniec albo koniec.

Nie mam czasu na nic. Zasuwamy jak wściekli, ostatnia prosta, już prawie widzę metę. Szczerze mówiąc, to mam dość. Najchętniej bym rzuciła tę budę i wyjechała gdzieś w dal. Siną i wyremontowaną. Z dala od wszystkiego, co widzę wkoło.

Wyczerpałam swój życiowy zapas zapału i energii. Nie mam ochoty wstawać, bo wiem, co mnie czeka: malowanie okiennic i felców w drewnianej podłodze, szlifowanie desek, sprzątanie podłogi w kaplicy, bo w poniedziałek wchodzi pavimentista, czyli Argentyńczyk Mario, który zajmie się starym cotto na podłodze, szycie zasłon i takich cholernych zasłonek do łóżek, by zakryć nogi, czego nie cierpię najbardziej na świecie, zaraz po myciu garnka po bigosie.

Dlatego nic więcej nie napiszę, schodzę na dół do pracy, po tych przeklętych, niewygodnych schodach, które pokonuję codziennie setki razy, bo stale o czymś zapominam, co akurat jest na górze, lub w piwnicy, wprost odwrotnie do tego, gdzie się akurat znajduję, by wieczorem włazić po nich na czworakach, z wywieszonym językiem i bez czucia w ciele.

Gdzieś tam, w Polsce, zaczynają się pakować nasi goście, licząc, że znajdą tu miejsce do spania i czysty kąt, więc choć byśmy padli martwi na pyski, musimy skończyć za miesiąc ten przebrzydły remont. I nawet majacząca w oddali perspektywa końca prac nie jest w stanie mnie radować, ani też fakt, że efekty są czasem bardzo piękne, bo poczucie estetyki jest w hierarchii ludzkich potrzeb na niższej półce niż potrzeba wypoczynku i spokoju.

Ostrzegam wszystkich chętnych do remontowania domu w Toskanii: dwa lata na takiej budowie wystarczy, dłużej się nie da, bo potem już tylko szaleństwo, depresja, rozwód, picie wódki i mocny sznur. Powtórzę: szaleństwo, depresja, rozwód, picie wódki i mocny sznur.

Weźcie sobie te słowa do serca.

 

11:31, anitaes
Link Komentarze (7) »
wtorek, 10 maja 2011
Sto pokus. Civita di Bagnoregio.

 civ

To było w piątek.
Wstaliśmy o 3.30. Nieprzytomni. Kompletne szaleństwo. Dobre określenie. Jechaliśmy 2 godziny 3 minuty.
W Bagnoregio byliśmy o 5.57. Przejechaliśmy przez miasteczko i jego końcu, przy zniszczonym, XIII-wiecznym konwencie zostawiliśmy samochód. Przez dawny park i ogród klasztorny doszliśmy do miejsca, gdzie rozciąga się widok na Civita di Bagnoregio. Było pioruńsko zimno. I pięknie.

O 6.03 wstało słońce. Wkoło kwitły absolutnie wszystkie drzewa. Absolutnie na biało. Akacje. Ich zapachu i świergotu ptaków w dolinie pod nami nie potrafię opisać.

Miasteczko na horyzoncie ciemniało na tle pomarańczowej poświaty. Wydawało się wisieć w powietrzu, nad dawną doliną Tybru, wśród tufowych skał.
Malutka mieścina na tle wielkiego nieba.

Potem zeszliśmy w dół i weszliśmy na most. Jedyny most, łączący Civita do Bagnoregio ze światem. Pieszy most. Przepastny z obydwu stron. Most jest długi i czasem mocno na nim wieje. W piątek też wiało. Słońce skryło się za murami miasteczka.
Gdy podeszliśmy do kamiennej bramy, znów się pojawiło, w prześwicie pomiędzy domami. Nagle zrobiło się ciepło i przyjemnie. I przestało wiać. Obudziły się gołębie, ukryte w zakamarkach starej warowni i błyskały srebrem na tle pociemniałego od starości sufitu.

Miasteczko spało. Tak naprawdę spało jego 12 stałych mieszkańców. Reszta czyli pozostała setka to pojawiający się tam latem turyści. Teraz ich domy stoją puste. Czekają na sezon i właścicieli.

Przy głównym placu, przed kościołem pojawił się jakiś człowiek , pchając ciężki motor. Strasznie ziewaaaał. Straaaasznie. Zaraził nas tym, oczywiście. Nieeee moooogliśmy przestać.
Minęliśmy się z szeroko otwartymi ustami, nawet nie starając się ukryć infekcji. Gdy zniknął za bramą usłyszeliśmy, jak uruchamia swój motocykl i zjeżdża z mostu. Powolutku...powolutku...bo tam nie można się spieszyć.

Przeszliśmy miasteczko w pół godziny. Na jego wschodnim końcu są małe ogródki, takie, co to do pozazdroszczenia. Z widokiem na wzgórza i słońce. I pełne białych drzew i kwitnących na czerwono krzewów.
Kwitły karczochy a na figowcach były już spore owoce. U nas dopiero co pojawiły się liście. Nie wiedziałam, że takie zimne miejsce ta Toskania.

Lazio jest ciepłe. Civita di Bagnoregio jest w Lazio. Niedaleko Orvieto, wśród ciągnących się w nieskończoność krzewów winorośli.
Wrócę tam w sierpniu lub we wrześniu, wtedy cała dolina wczesnym rankiem niknie we mgle i tylko miasteczko na wzgórzu, jak zawieszone w chmurach nie daje się zakryć. Może też przyjedziecie? 6.30, początek września, we Włoszech, w Lazio. Civita di Bagnoregio.

A o 7.00, zziębnięci i niedospani wypiliśmy cudowną kawę w z lekka zapuszczonym i zaniedbanym Bagnoregio, doczepionym do Civita di Bagnoregio mostem, jak zwisającym niewesoło ogonkiem.
Bar mieścił się w budynku kina i o tej porze był już pełen. Zjedliśmy do tej kawy po ciepłym, pachnącym wanilią, posypanym migdałami, przepysznym ciastku. Z kremem na środku i kroplą czekolady.
Choćby po to warto tu wrócić.

W takich miejscach, o takiej godzinie, przy syczącej maszynie do kawy, ubijającej mleko na gęstą piankę nie myśli się o żadnej diecie. Nie myśli się o kłopotach. Ani o tym, że czas zmienić opony na letnie, bo lato za dwa tygodnie. Ani o tym, że spało się cztery godziny. O niczym się nie myśli. Jeden poranek i sto pokus. Nadmiar szczęścia.



00:07, anitaes
Link Komentarze (9) »
niedziela, 08 maja 2011
Easy riders.

Życie nie jest sprawiedliwie. Ta myśl, wyświechtana jak kurtka każdego szanującego się rockendrollowca przyszła mi do głowy wczoraj, gdy w piękny i ciepły dzień zobaczyłam pewnego starszego pana w czerwonym, sportowym kabrio. Jechał powoli przez miasto, słońce odbijało się w lśniącej masce wypielęgnowanego auta a wiatr trzepotał lekko w kołnierzyku jego polo. Polo białego jak śnieg i jego włosy.

Pieniądze powinniśmy mieć wtedy, gdy jesteśmy młodzi - pomyślałam z pewnym smutkiem. By szaleć i spełniać swoje dzikie, niepokorne marzenia. Choćby po to, aby jeździć kabrioletem z niedozwoloną prędkością i wrzeszczeć co sił w płucach. By wyjeżdżać nocą nad morze, dając się porwać potrzebie chwili. By czuć jak wiatr szarpie włosy a muzyka odrywa samochód od ziemi.

Potem, niestety, żar i energia słabną, ludzie zaczynają się statkować, zakładają firmy, płodzą dzieci i zapominają o marzeniach.
Problem polega na tym, że dopiero wtedy stać ich na kabriolety. Ale wtedy kupuje się samochód z dużym bagażnikiem, takim, by zmieścił się wózek dziecięcy, albo nawet dwa.
No, ale w końcu dzieci dorastają, pieniędzy przybywa a wraz z nimi pojawia się nagła, szaleńcza myśl, by może spełnić pragnienia młodości.

Wtedy starsi panowie kupują wypasione harleye, z ponabijanymi groźnie ćwiekami na siodle, zakładają na szyje czerwone jak krew bandany, kurtki skórzane dają swojemu kierowcy, by je odpowiednio znosił i zszargał /autentyk/ i z kumplami na równie imponujących maszynach, w cywilu prezesami, dyrektorami i zasłużonymi aktorami ruszają w świat.
I tylko wiatr nie szarpie włosów, bo nie ma co szarpać i to jest ta przykra konsekwencja spełniania marzeń w późnym wieku. Ale zawsze można założyć czarny, matowo połyskujący hełm i udawać, że jest się aniołem piekieł. Dzikim i strasznym, jak ryk silnika motoru. Wolnym i zbuntowanym oraz wściekle nieprzewidywalnym.

Oczywiście tylko do końca urlopu, bo potem trzeba ubrać garnitur, odnowić lokaty i zwołać posiedzenie zarządu.
Życie naprawdę jest niesprawiedliwe.

08:44, anitaes
Link Komentarze (7) »
środa, 04 maja 2011
Sisley mnie odwiedził.

A właściwe ja jego. A było to tak:

Jak zapowiadałam, działamy w kaplicy. Terminy nas gonią, bo co odważniejsi i żądni przygody goście porobili sobie na nią rezerwację. Wczoraj robiłam fugi na wszystkich odkrytych fragmentach kamienno-ceglanych ścian. W kaplicy jest ich kilka: pod oknem, które robił Lorenzo /niestety, na razie jego otwarcie grozi śmiercią lub, przy dużym szczęściu, roztrzaskaniem czaszki/ i w dawnych niszach drzwiowych, które prowadziły do stajni. Jedną z tych nisz postanowiliśmy trochę podmurować, cegły były krzywe i mało efektowne.
Wyjęliśmy kilka z nich. Za nimi był tynk, stary i nienaruszony. A co jest za nim? Ha, każdy chciałby wiedzieć.

To ostatni moment, przed zakończeniem prac, by pozaglądać w różne miejsca i schowki, odkryć co nieco, otworzyć nisze i zerknąć pod XV wieczne cotto, przemknęło mi przez myśl. K. też przemknęło, bo pobiegł po wiertarkę. Najpierw zrobimy małą dziurkę, powiedział, a potem ewentualnie rozpieprzymy całą tę ścianę. Zamarłam. Rozpieprzymy? Za dwa miesiące mają tu zamieszkać ludzie! Dokładnie rok temu powiedział to samo, rozpieprzając, przepraszam, ale użyję jeszcze raz tego słowa, bo jest bardzo adekwatne, sufit nad schodami. Zaczęło się od małej, niewinnej dziurki, takiej, przez którą można włożyć aparat fotograficzny. A potem zagruzował mi wejście do domu i zasypał kilkucentymetrowym kurzem dopiero co posprzątany korytarz.

Ale zwyciężała przygoda, w końcu sufit okazał się wtedy piękną niespodzianką, więc nasza wiertarka zawarczała, tynk ustąpił i w otworze ukazał się, pełen przyjemnego półmroku sklep Sisley, który niedawno powstał na Corso. Hmm. Chyba nie o takie niespodzianki nam chodziło. Na szczęście dziurka nie była zbyt duża, być może dla sąsiadów niezauważalna, poza tym była pora sjesty, włoski naród wtedy nie istnieje, nikt nic nie zauważył a ja miałam okazję obejrzeć sobie, przyciskając twarz do ściany, fragment letniej kolekcji damskich ubrań w kolorach szarego beżu i jasnego błękitu. A potem K. zakleił otwór gipsem, zamurował dziurę cegłami i zamknęliśmy, tak, zamknęliśmy sprawę naszych odkryć w tym pomieszczeniu.

Kaplica broni swoich tajemnic, ukazując nam co najwyżej średniowieczne kanały kanalizacyjne albo bawełniane kiecki. I dobrze, bo od czego jest wyobraźnia? Poza tym ja i tak wiem, że kiedyś był w niej kościół. Tak, tak, kościół. Z XII wieku.

15:12, anitaes
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 maja 2011
Nadzieja nie umiera nigdy.

Moje zagmatwane i pełne wzajemnej rezygnacji stosunki z kwiatami opisałam tutaj. Od tamtej pory nic się oczywiście nie zmieniło, w końcu, tu zacytuję samą siebie, z naturą nie wygrasz. Co prawda pojawiły się w skrzynkach pod oknami białe geranium, nawet przyjemne, ale staram się zbytnio z nim nie zakolegować, bo gdy tylko pogoda się ustabilizuje i zaczną się upały, nic je nie uchroni przez suchą i wiotką śmiercią.
Ale dopóki żyją, niech żyją.


Ale jak to mówią w reklamach proszków do prania, pokazując smutne dzieci z domów dziecka, nadzieja nie umiera nigdy. Tak więc, gdy Sofia przyniosła mi w siatce trzy rozsady pomidorów,każda inna, moja wyobraźnia poszybowała w niebo jak wiosenna, niewinna gołębica i zniknęła w przestworzach. A gdy przeczytałam na wciśniętej w ziemię, sztywnej karteczce, że z jednej roślinki można wychodować od 5 do 7 kilogramów owoców, wpadłam w euforię. Już widziałam te nie przebrane ilości pachnących włoskim słońcem, soczystych, naturalnie dojrzewających pomidorków z własnego ogródka.
Zakładam warzywnik, zakomunikowałam domownikom przy obiedzie. Będę uprawiać cukinię, paprykę i koperek. Na tarasie, dodałam.
Entuzjazmu nie było. Mam wrażenie, że była za to pewna, niezbyt dobrze ukrywana wesołość. Żeby nie powiedzieć śmiech. No dobra, popukali się w głowę. I powiedzieli, że mam natychmiast przestać. Bo się zadławią makaronem.
W zasadzie nie jestem zdziwiona. Ten śmiertelny dotyk moich palców to nie jest żadna wielka tajemnica. K. dodał na koniec, że on nie będzie targał na górę żadnej ziemi, bo szkoda jego pracy i potu. Poza tym na tarasie ma rosnąć pnący jaśmin i róże a nie cebula.


Czy ja mówię nie? Zgadzam się z nim w pełni. Ale dopóki stoją tam puste doniczki, to chyba to żadne przestępstwo wetknąć w nie te śliczne rozsadki, prawda? I jeszcze inne, które mam zamiar kupić.
Tam ci się wszystko upiecze, powiedziała moja nieczuła córka, daj spokój, mamo. Spojrzałam na nią jak na ciało obce i kazałam sprzątnąć kuchnię. Czasem brak wiary jest taki przygnębiający.

Mój warzywnik jest gotowy. Wczoraj stanął na tarasie. Nie wygląda zbyt imponująco, wiem, wiem. Początki są zawsze trudne. Podlałam go i zaraz spadł deszcz. Nie jest to może zbyt dobra wróźba  ale nie bądźmy drobiazgowi. Co prawda czuję przez skórę, że po raz kolejny popełniłam maniakalne szaleństwo a klęska wisi w powietrzu jak wiosenna burza, ale czym byłoby życie, gdybyśmy rezygnowali z marzeń? Nawet tych beznadziejnych. W doniczkach stoją świeżutkie roślinki i wyciągają łebki do nieba. Są ciągle żywe i to się liczy. Moja wyobraźnia pracuje i grzeje mózg. Wychodzi mi, że moje orto prawie zaspokoi nasze potrzeby na zielsko przez całe lato. Mam zamiar zakisić ogóreczki małosolne z własnym koperkiem. Na karteczce przy ogórkowej rozsadzie napisane było, że mogę spodziewać się 60 ogórków z jednego krzaczka. A ja mam cztery! K. podłączył mi wąż do podlewania. I nawet nie narzekał, wnosząc donice na taras. Z tej radości oblałam go wodą, oczywiście przypadkiem. Zaczynam nowy rozdział w życiu. Pod zielonym sztandarem łopoczących na wietrze cukinii. Zielonym jak nadzieja. Trzymajcie za nią kciuki. I za czerwone pomidory też, w ten pierwszomajowy dzień.

zie1

zie2

P.S. Przyjechał mój syn. Pokazałam mu ogród. Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Gdy schodziliśmy z tarasu wąskimi schodkami, jedno za drugim, zapytał czy planuję też kury i kozę. Nie mam pewności, ale chyba żartował. Wstrętne te moje dzieci czasami. Chociaż...kozie mleko... mniam...

13:03, anitaes
Link Komentarze (7) »