RSS
środa, 26 maja 2010
Republika czyli wolność. I pieniądze.

W 1440 roku, podczas soboru we Florencji papież Eugeniusz IV dogadał się z władcą Republiki Florenckiej i odsprzedał je część swojego terytorium. Jedną z granic sprzedanych ziem miała być rzeka Rio, płynąca ok 1 km od Sansepolcro. Ponieważ strony nie do końca chyba sobie ufały, każda przysłała swoich mierniczych, by precyzyjnie wykreślono granice. Wszystko poszło zgodnie z planem. Pracowicie zaznaczono na mapach zakupione tereny, zapłacono należycie, podpisano dokumenty. A wtedy okazało się, że życie niesie niespodzianki, o których królom i papieżom się nie śniło.

Mimo wielkiego zaangażowania i czujności jednych i drugich, nie przewidziano, że rzeka Rio ma dwie odnogi, a każda z nich nazywa się... Rio. Tak więc pomiędzy odnogami zostawiono obszar 5000 m kw, prawdziwą ziemię niczyją. A co w takie sytuacji mówią Włosi? Włosi mówią : Allora, zróbmy republikę.

I tak oto mieszkańcy wspomnianych 5000 mkw powołali Republikę Cospaia, najmniejszą republikę świata. I czym prędzej zajęli się handlem, bo cóż można robić mając za sąsiadów dwa potężne państwa? Uprawiać maliny? Nie. Trzeba ogłosić się obszarem wolnocłowym i zarabiać. Interes zaczął się kręcić naprawdę znakomicie, gdy zaczęto handlować tytoniem. Ponieważ w swym najlepszym okresie Republika Cospaia liczyła 300 mieszkańców,  śmiało więc można powiedzieć, że wszystko zostawało w rodzinie. Niestety, do czasu. Po prawie 400 latach słodkiego życia najmniejsza republika została zlikwidowana i wchłonięta przez Wielkie Księstwo Toskanii. A za co? A za brzmiące dęto, powiedzmy sobie szczerze, przestępstwa, czyli za sprzyjanie przemytnikom tytoniu. Ha, ha, śmieszne. Moim prywatnym zdaniem Toskania postanowiła partycypować w zyskach z rozwijającego sie świetnie biznesu.

Po Republice został tylko bar Dogana, czyli celny, stojący w miejscu dawnej granicy, gdzie podają świetną kawę, muzeum tytoniu, kościół i kilka zabudowań.Tak czy owak, cześć i chwała mieszkańcom Cospaia, którzy w locie złapali swoją okazję, i zamienili w złoto. Czego serdecznie wszystkim nam życzę.

18:06, anitaes
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 maja 2010
Il colore migliore.

 

Skończyliśmy właśnie sufit w jadalni. Stare belki oskrobaliśmy ręcznie z kilkunastu warstw farb, do  gołego drewna. Tzw. pianelle, czyli ułożone na poprzecznych beleczkach cegły, czarne i tłuste od dymu zatynkowaliśmy. Natychmiast przebił przez tynk brązowo-rdzawy kolor. W końcu kopcący przez pięćset lat kominek zostawił w ścianach swój niezatarty ślad. Ale jesteśmy przecież z Polski. Radzimy sobie w ekstremalnych warunkach. Po wielu poszukiwaniach kupiliśmy farbę " antyfumo", przeciwdymną, i o dziwo, pokryliśmy wszystkie przebicia. Wszyscy pytani o radę w tej kwestii Włosi zgodnie twierdzili, że nie ma rady na wyłażące spod spodu sadze a tu proszę bardzo. Przypieliśmy sobie natychmiast ordery, bo nam się należało. Na koniec usunęliśmy zatopione w gipsie taśmy malarskie, ciężka, durna robota i pomalowaliśmy przezroczystą bejcą belki i castogniole, czyli małe beleczki. I wtedy okazało się, że drewno, samo z siebie nabrało pięknego, ciemno brązowego, miejscami czarnego a miejscami bursztynowego koloru. Bez żadnego podkręcania. Wyszło zjawiskowo.

Ale że dla nas nigdy nic nie jest doskonałe, zaczęliśmy baniaczyć, jak te wściekle białe sufity pogodzić z odrobiną nonszalancji, która powinna się dominowac w  naszym domu, a także pojawić się w jadalni, a mianowicie pozostawienie pewnych elementów takimi, jakie są. Bez zbytniego czyszczenia, pucowania i wycykania. No i tu, jak zwykle mamy dwie szkoły: pierwsza, radykalna, czyli biel niech świeci, kominek niech się sypie, kamienne łuki niech się kruszą, a na ściany dajemy mocny, prawie czarny kolor. Wszystko to razem plus nawoskowane migotliwe cotto na podłodze rzuci nas na kolana i doprowadzi do kompletnego oszołomienia.

Szkoła druga to ścieżka prób, zwątpień, mazania po ścianach i niekończących się pytań. Szary jasny? Szary ciemny? Ciepły? Może zimniejszy? Zieleń z granatem? A może czerwona linia na cokolo? Przeciery? Ale wtedy czym? Suchym pędzlem? Specjalną rękawicą? A może przeciwnie, malujemy na mokry tynk? Dwie różne warstwy? A jeśli tak, to jasna czy ciemna najpierw? A jakie proporcje rozwodnienia? 50 na 50? A może jednak polecieć radykalnie, wtedy kominek i kamienne portale wyjdą do przodu. A wtedy co z sufitem? To może tę biel przyciemnić, np. jakimś rozwodnionym beżem? Więc kupiliśmy z dziesięć puszek farby i całą ścianę, którą zasłoni nasza kolosalna szafa od Daniele pomazaliśmy w kwadraty. Próby wyszły pomyślnie. Szaro żółty - ok. Niebiesko szaro zielony - boski. Szaro ciepły - super.

Teraz, gdy skończyła się fajna zabawa, musimy wrócić na ziemię, a to znaczy, że trzeba wreszcie skończyć czyszczenie kominka, uzupełnić dziury w portalach, wysprzątać podłogi i cierpliwie poczekać na pana, który nasze stare cotto doprowadzi do dawnej świetności. Wtedy pomalujemy jadalnię, przywieziemy od Orieli oczyszczoną szafę i wyciągniemy z piwnicy wielki, zapakowany ciągle jeszcze stół, który kupiłam w internecie i który boję się otworzyć, bo obawiam się, a właściwie jestem pewna, że okaże się pomyłką. Dużą pomyłką, długą na 2 metry i 80 cm. W pażdzierniku zobaczyłam go na zdjęciu wielkości znaczka pocztowego i podjęłam decyzję o zakupie a dziś czuję przez skórę, że chyba chybiłam. Ale póki co robię dobrą minę do złej gry i nie próbuję nawet wydłubać małej dziurki w opakowaniu, by zajrzeć do środka, bo po co się śpieszyć i potwierdzać najgorsze przeczucia. Poza tym, nie chcę stresować K., wystarczy, że ja nie śpię po nocach. Za dwa tygodnie nastąpi godzina prawdy i wtedy okaże się, czy istotnie zakupy internetowe to jedna wielka ściema, jak zawsze przeczuwałam.

P.S. Zdjęć nie robiłam, bo tak jakoś wyszło. Ale niebawem coś wrzucę. Może jak rozpakuję stół? Nie ma to jak grande sorpresa.

00:04, anitaes
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 17 maja 2010
Lori, c.d.

Przyjechał Lori.

Przywiózł dwie szyby do przykrycia studni.

Tamte poprzednie okazały sie za duże.

Nie dawały się, skubane, wcisnąć.

Tak wyszło.

Uśmiech Loriego musiał nam wystarczyć.

Więc je skrócił.

Skracał.

Długo skracał.

Ale już jest.

Cieszymy się wszyscy, że Lorenzo to taki zuch.

Ustawia je przy studni.

Najpierw jedną, potem drugą.

Ciężkie, bo każda gruba na 3 cm.

Byśmy do studni nie wpadali.

I bardzo drogie.

Z tego samego powodu.

Patrzymy z wypiekami. Nareszcie, myślimy, nareszcie...

Kochany Lorenzo, przywiózł szyby.

Biegnę po wodę dla Loriego, może spragniony.

Lori przykłada przyssawkę do pierwszej szyby.

Wstrzymujemy oddech - pasuje?

Czy nie pasuje?

Pasuje!

Lori - wołamy - pasuje!

Lori sięga po drugą. Przyssawka przyssana.

Zaraz będzie komplet - myślę wzruszona.

Lori ostrożnie unosi szybę.

Przyssawka puszcza.

Szyba spada.

Widzę minę Loriego.

Uśmiech Loriego.

Bezcenne?

Szyba szybuje.

Szyba spada na inne szyby.

Jezu!

Jezu...

Boimy się ruszyć.

W końcu podchodzimy bliżej.

Szyby się potłukły.

Wszystkie.

Lori stoi z przyssawką i patrzy na szyby.

I na nas.

Szyby to nie jest specjalność Loriego.

Przecież mówił o tym, prawda?

 

23:44, anitaes
Link Komentarze (3) »
środa, 12 maja 2010
Niedziela, 9 maja - gdy zdaję sobie sprawę.

Niedzielny poranek. Jadę do Rzymu, na lotnisko, bo wzywa mnie Polska. Ha, ha, pięknie powiedziane. Tak naprawdę wzywa mnie SPRAWA. Nie jestem z tego powodu szczęśliwa, powiem otwarcie, jestem bardzo nieszczęśliwa. Mam dużo pracy w domu, mam swoje sprawy, już nie tak kapitalne, ale dla mnie ważne, poza tym czekamy na wizytę z Comune, i powinnam ścierać uparcie kurze, nasz dom przypominał choć trochę dom a nie plac budowy. Ale SPRAWA jest niecierpiąca zwłoki, zagryzam więc zęby i ruszam.

Jest 8.00, słońce świeci, trasa E45 jest zupełnie pusta. W nocy padało i teraz cała zieleń lśni. W samochodzie znajduję płytę mojego syna, gra mi Dead Can Dance, robi się nierealnie. Mgły nad Apeninami wiszą pomiędzy ziemią a szczytami, niektóre gęste i kremowe, jak mocno ubita śmietana, inne prawie zupełnie przezroczyste, szyfonowe, jakby ktoś rozrywał delikatnie tkaninę i w pewnym momencie pozostały mu w palcach pojedyncze nitki. Zieleń ma co najmniej pięćdziesiąt odcieni, od szaroniebieskiego po prawie żółty. Gdy mijam Cita di Castello, miasto na tle gór jest zupełnie złote, z nad migotliwej mgły wystają tylko wieże kościołów i dachy niektórych domów. Czerwona dachówka wydaje się poruszać i płynąć.

W okolicach Todi, gdzie wzgórza łagodnieją i pojawiają się winorośle, we wszystkich dolinach kwitną mlecze i jakieś drobne, białe kwiaty. To sprawia, że łąki są w całości srebrno - żółte. Odległe szczyty ciemnych gór zawinięte niedbale w mleczną watę wyglądają, jakby zawisły w powietrzu. Zatrzymuję się na poboczu, opieram o barierkę i wącham poranek. Przede mną, w oddali, po rozległej łące biega swobodnie duże stado koni. Nikt ich nie pilnuje. Wokół cisza, słychać tylko głośne ptasie ćwierki i odgłos parskania.

Postanawiam nie robić zdjęć, bo musiałyby mocno pachnieć, szczypać lekkim chłodkiem i delikatnie drżeć, jak powietrze w ten umbryjski, wiosenny dzień. Wsiadam do samochodu i ruszam szybko w stronę Rzymu. Uśmiecham się - gdyby nie nudna, bezsensowna SPRAWA, nigdy nie dowiedziałabym się, że tego dnia swiat był tak zachwycająco zachwycający.

 

20:28, anitaes
Link Komentarze (3) »
sobota, 08 maja 2010
Na zdrowie.

Długo, bardzo długo czekałam na wywiezienie gruzu z holu. Od momentu, gdy ekipa Fabrizzia zabrała zabawki i poszła sobie w nieznane, worki ze zbitym tynkiem gromadziliśmy na dole, intencjonalnie, bliżej wyjścia, bo miały szybko zniknąć. Ale minął luty, potem marzec, w kwietniu powiedziałam K., że tracę cierpliwość a na początku maja zaczęłam się awanturować. Oczywiście, zniknięcie tych przeklętych worków nie sprawi, że dom będzie wykończony, o nie. Do tego jeszcze daleka droga. Chodziło wyłącznie o przyzwoitość - nie można codziennie przedzierać się przez ustawione w piramidę worki z cementem z jednej strony a zakurzone gruzowisko z drugiej. Nawet w naszej pokręconej rzeczywistości też  trzeba mieć zasady. K. widząc moją desperację i czując, że zbliża się moment graniczny, próbował skontaktować się z Fabrizzianim, szalonym wywozowym gruzu, któremu wisimy jeszcze pieniądze za pażdziernikowe prace, ale nawet pokusa wypłaty nie była w stanie go wzruszyć, bo mimo kilku telefonów i wielu zapewnień, nie pojawił się.

Ale, jak nie wiadomo nie od dziś, życiem rządzą przypadki. Idziemy sobie w ostatni wtorek przez Piazza, wracamy z urzędu, gdzie w końcu postanowiliśmy załatwiać rezydencję i kogo spotykamy? Cossimo, rozśpiewanego pracownika Fabrizzia. Okazało się, że remontuje wraz z Marco sklep przy katedrze. Zaprosił nas do środka, by pokazać niedawno odkryte, zamurowane w ścianach przez tysiąc lat kolumny, pozostałość po najstarszej części miasta. Wyglądają dziwne, niskie, przysadziste, prawie niezgrabne przez swoje wielkie i ciężkie zwieńczenia. Tak, jakby świat po Grekach i Rzymianach od nowa uczył się proporcji. Pooglądaliśmy je sobie z przyjemnością i wtedy mnie olśniło - przecież Cossimo ma mały samochód dostawczy, tzw. pierdziawkę, który może okazać się wybawieniem dla naszego związku - gruz zniknie a ja znów pokocham swojego męża!

Umówiliśmy się na wczoraj. Cossimo wraz z Marco przyjechali punktualnie, zabrali wszystko bardzo sprawnie, pozamiatali ulicę i odjechali. Wszystko razem  zajęło im godzinę. Mimo padającego od tygodnia deszczu i ciemnych, burzowych chmur, rozbłysło dla mnie słonko i świat pokraśniał. Nawet K. wypiękniał w tej krótkiej chwili. Poczułam, że zaczynam nowy rozdział w swoim życiu, rozdział pt. Sprzątamy. W myślach już zaczynałam myć kamienną podłogę i pucować stopnie. Ale czym byśmy byli, gdyby nie zwiątpienia i szukanie prawdy. Minęła raptem godzina od czasu zniknięcia tych przeklętych worów, gdy K. zawołał mnie na pierwsze piętro, wskazał na sufit na schodami i powiedział stanowczo i bez wahania: pod nim coś jest. Na dowód postukał nad sobą i triumfująco zademonstrował głuchy dźwięk.

Pod sufitem, który codziennie oglądam schodząc ze schodów, białym, płaskim, co tu dużo gadać, nudnym, jest prawdopodobnie drugi, ukryty. Już wiedziałam co się święci, młotek i przecinak na schodach nie zostawiał złudzeń - szykuje się wielka demolka. Po błysku w oczach K. poznałam, że chodzi o mu adventure i że tylko czeka na mój znak. Najpierw pomyślałam NIE. W końcu sufit jest, nawet jeśli bez fajerwerków, to cieszmy się tym co mamy. Podświetlony lampami nie wyglądał źle. Czeka nam praca w jadalni, na korytarzach, w piwnicach, już myślimy o meblach i kolorach ścian, więc proszę, żadnego kucia. Przecież oczami duszy widziałam już błyszczące posadzki, czyste okna. i kwiaty w doniczkach. Ale nie oczekujmy cudów, zaraz potem moja poczciwa, polska i anarchistyczna natura szepnęła mi do ucha, że nigdzie nie uciekniemy przed przeznaczeniem - zasady zasadami ale życie musi mieć smak. Nawet, jeśli to będzie smak kurzu. Kiwnęłam głową, zasłoniłam lampy w ścianach, K. chwycił za młotek i poooszło!

W ciągu dwóch godzin w naszym holu stanęło dokładnie tyle samo worków gruzu, ile wywiózł Cossimo. Kurz ograniczył widoczność do metra, schody zawalone starym forati zrobiły się nieprzechodnie. Ale za to mamy nowy - stary sufit, z belkami, kryty drewnem, wyższy i dużo piękniejszy niż to co było. Jako bonus dostaliśmy zwieńczenie portalu, który był dziwacznie schowany w ścianę. Staram się nie myśleć o tym, kiedy znikną worki. Statystycznie rzecz biorąc, będzie to koniec lata. Ale nie zmienia to faktu, że szaleństwo wychodzi nam na zdrowie. A żeby było jeszcze zdrowiej, otrzepaliśmy się z pyłu i poszliśmy na kolację do makrobiotycznej restauracji. Jak szaleć to szaleć.

Dla ciekawych: zdjęcia na FOTKI DO NOTKI.

 

08:29, anitaes
Link Komentarze (7) »
sobota, 01 maja 2010
Rządza i żądza* pieniądza czyli Lori w opałach.

Lori, czyli Lorenzo, substytut, jak to się mawia w sądach, naszego nieodżałowanego Luiggiego, sprawił wczoraj, że poczuliśmy się jak w domu. W polskim domu. Od dobrych kilku tygodni namawialiśmy go gorąco, by w końcu skończył swoje prace. Otwór na szybę w podłodze tarasu przygotowany, drzwi na chiostro zaczynają rdzewieć, studnia odkryta, w zbrojowno okno kurzy się pod ścianą a w kuchni się nie domyka. W końcu Lori, jak zwykle uśmiechnięty i lekko zdziwiony pojawił się i zabrał do roboty.

Zaczął od dachu. Już był gotowy, by wtargać szybę na taras, z pomocą Muhhameda, gdy powiedziałam stop. Lori nie zabezpieczył ramy na czas kładzenia płytek i teraz okazało się, że jest brudna i zarysowana. Wspólnie ją oczyściliśmy, Lorenzo pomalował i przyszedł czas czekania, aż wyschnie. Aby nie stać bezproduktywnie na dachu, ściągnęłam go na parter i pokazałam drzwi. Nie dość, że rdzewieją, po czterech miesiącach od zamontowania, to jeszcze silikon, który Lori nakładał, wyłazi z ramy, faluje i spływa, jakby kładł go po wypiciu litra polskiej wódki. Lorenzo pokiwał głową i z rozbrajającą szczerością przyznał, że tak właściwie to on jest kowalem, a takie rzeczy to najlepiej robi vetrista, czyli szklarz. Urocze.

Ponieważ wkurzam się we Włoszech o wiele rzadziej niż w Polsce, odśmiechnęłam się więc do Loriego równie szeroko i powiedziałam, że ok, ale to mi się nie podoba i trzeba to zmienić. Nie wywarło to na nim żadnego wrażenia, pewnie stwierdził, że mi przejdzie. Nie przeszło. Z Sati próbowalam próbowałyśmy usunąć ten nieszczęsny, czarny silikon, ale po godzinie rzuciłam nożyk w cholerę i uznałam, że dosyć. Lori będzie musiał zrobić tę pracę od nowa. Każda próba usunięcia silikonu to niestety nacinanie farby, a to z kolei otwarcie drogi do powstawania rdzy. Farfoły czarnego silikonu lepiły mi się do rąk, usunięcie tego dziadowstwa z szyb doprowadzało mnie do rozpaczy. Efakt końcowy był gorszy niż na początku, Lori próbował położyć silikon ponownie i wyszła przysłowiowa kupa. Nie, nie i jeszcze raz nie. Jeśli takie rzeczy powinien zrobić szkarz, to niech zrobi. Wezwałam wieczorem poleconego szklarza i poprosiłam, by zrobił na jednej z szyb silikonową uszczelkę. Wyszło super.

Następnego dnia rano uznałam, że czas na poważną rozmowę z przemiłym Lorenzo. Pokazałam mu jego pracę, pokazałam próbkę pracy szklarza i nie zostawilam złudzeń: albo usunie cały silikon, zdejmie szyby, oczyści ramy, pomaluje ponownie i przygotuje wszystko dla szklarza, albo koniec zabawy - nie płacimy i we własnym zakresie naprawiamy fuszerę. Poza tym szkarz powiedział, że ten czarny silikon, ponieważ jest na bazie acetonu, nie nadaje się do metalu, powinien byc neutralny, wtedy nie wejdzie w reakcję i nie będzie powodował rdzy. Lori najpierw zadzwonił na infolinię do Henkla, by dowiedzieć się czy to prawda. Prawda, ale nie do końca. Potem powiedział, że nie trzeba wyjmować szyb, i że da się wymalować wszystko z osadzonymi szybami. Potem dodał, że Luiggi źle skalkulował tę pracę i powinna kosztować dwa razy więcej. Padło pytanie, dlaczego w takim razie się jej podjął. Gadaliśmy z godzinę. Zmarzłam, bo na parterze zimno. Byliśmy skłonni poszukać kogoś do tej roboty, skoro fabro nie ma czasu, ale gdy okazało się, że Lori nie chce wziąć odpowiedzialności za czyjąś pracę, opadły mi ręce. K.  się wkurzył, w krótkich słowach powiedział Loriemu, by się gonił i że on idzie do swojej pracy, bo szkoda mu czasu na te idiotyczne dyskusje. I poszedł. Lorenzo trochę się spłoszył, do tej pory był jak skała, taka, której nic nie rusza i w zasadzie problemu nie widzi.

Zaciągnęłam Loriego do chostro i najspokojniej, jak potrafiłam, powiedziałam: Lorenzo, zobacz, zrobiłeś tu gównianą robotę. Chcemy znaleźć jakieś rozwiązanie. Albo się dogadamy albo będzie problem. Po co nam to? Chcemy zapłacić, ale to nie jest bella roba. Nie możesz sam, ok, ktoś to zrobi za ciebie, ty tylko musisz to sprawdzić i potwierdzić, że jest dobrze. Potem szklarz zrobi uszczelki i zamykamy sprawę. Jeśli nie usuniemy szyb, zadrapane miejsca nie będą dobrze zamalowane i za kilka miesięcy będą rdzewieć czyli będziemy powtarzać wszystko od początku.

Zgodził się. Zapłaci za osobę, która to wykona i za szklarza. Uff, Lori, ofiaro własnej chciwości! Wystarczyłoby byś nie oszczędzał na tym cholernym silikonie i zamiast kupić Henkla za dwa euro, kupiłbyś Wurtha za cztery. I wziałbyć vetristę za stówkę, który położyłby go perfekcyjnie raz na zawsze. Lorenzo wyjdzie z tą pracą na zero, żal mi go, bo jest miły i przesympatyczny. Ale też okazało się, że jest misiem o małym rozumku, skoro wziął się za pracę, której po prostu nie potrafi wykonać, licząc w swej naiwności lub sprycie, że jakoś to będzie.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o polskie akcenty w ten piękny majowy dzień święta pracy.

* miało być od rządzenia, ale dostaję pytania, czy aby nie o pożądanie mi chodziło, co zmienia postać rzeczy, więc będzie jedno i drugie. Dla wiernych czytelników zrobię wszystko.

10:28, anitaes
Link Komentarze (5) »