RSS
czwartek, 26 kwietnia 2012
Piotr Skrzynecki.

Nie wiem dlaczego, ale od kilku dni o Nim myślę. Znalazłam kilka piosenek na You Tube, z rocznicowych koncertów Piwnicy. A dziś sprawdziłam w Wikipedii. Jutro rocznica jego śmierci, zmarł 15 lat temu, dokładnie 27 kwietnia.

Magia.

Pomyślałam więc, że może ktoś też ma ochotę sobie pomyśleć...

08:01, anitaes
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 kwietnia 2012
Słodkie okruchy życia.

Niedziela we włoskim miasteczku ma swój stały, znany wszystkim scenariusz. Znany, nudny i odtwarzany co tydzień z precyzją frezarki. Ale biada tym, co chcą w tym grzebać, pod wymówką innowacyjności. Nie ma gorszych łobuzów i łajdaków niż ci, co podnoszą rękę na świętą tradycję, nawet, jeśli ta tradycja dotyczy kupowania ciastek w niedzielny poranek.

Cotygodniowe zakupy w cukierni są tu jak wyczekiwany niecierpliwie tysięczny odcinek telenoweli, jak pocałunek kochanków w brazylijskim tasiemcu, wyciskające łzy pogodzenie ojca i syna w amerykańskim kinie i jak makaron u Felliniego. Są w końcu jak polski "Rejs", gdzie widz zna każde kolejne słowo, zna je na pamięć, ale i tak czeka, podjarany tym, co zaraz nastąpi.

Pamiętacie "Pierwszy łyk piwa i inne przyjemności"? Tam też był rozdział o ciastkarni. Ale włoski niedzielny obyczaj nabywania słodkości ma swoje narodowe smaczki, jak własne posypki i kremy na tortach, niewielkie różnice, detaliki, wydawać by się mogło, nieistotne, ale które w całości, zabrane razem, pozwalają już w pierwszym momencie stwierdzić, precz z poprawnością polityczną - jak ostatnio powiedział klasyk, że mamy do czynienia z Włochem, Niemcem lub Ugandyjczykiem.

Włosi kupują ciastka rano. Nie w południe, nie, broń Boże, wieczorem ale rano, około dziesiątej. W tak małym mieście jak to nie ma zbyt wiele miejsc, gdzie sprzedaje się wypieki. A nawet jeśli są, i tak wszyscy idą do "Chieli", cukierni z tradycją, gdzie ciastka kupowały pokolenia, a która ostatnio zmieniła miejsce, na większe i nowocześniejsze, i wyniosła się poza stare centrum.

No więc o dziesiątej u "Chieli" jest pół miasta, bo drugie pół przygotowuje niedzielny obiad, śpi po gorączce sobotniej nocy albo poluje. Tłok, ścisk i hałas nieprawdopodobny, ale, zdaje się, tylko ja tak to postrzegam. Cała reszta tłoczy się tam z wyraźną przyjemnością, ba, wręcz z rozkoszą, ociera się o siebie, depcze sobie po palcach i natychmiast przeprasza, plotkuje, rozdaje buziaczki, poklepuje się, krzyczy na powitanie, macha ręką, trzyma w ramionach uradowane dzieci, zamawia kawę, próbuje ją wypić, a w końcu kupuje ciastka, tę sankcjonowaną tradycją wymówkę cotygodniowych uścisków, płaci i z szeleszczącą paczką, obwiązaną ozdobną tasiemką wychodzi, najwyraźniej wniebowzięta. 

Co miałoby być puentą dzisiejszej opowieści? Markotne porównanie do kupowania w Polsce marcińskich rogali, które nie dość, że tylko raz w roku, to jeszcze skalane bitwą o nazwę, jak wrzuconym do kadzi zbukiem? A może słów kilka o narodowym charakterze, co wyłazi z nas zawsze i wszędzie, jak krem z nadgryzionej rurki? E, chyba nie. Dziś powiem jedynie "mniam" a po południu z niecierpliwością otworzę pakuneczek, popatrzę na zawartość w słodkim napięciu, pozastanawiam się, od czego zacząć, a potem, na koniec, oblizując palec wyjem z pakowania wszystkie okruszki, co do jednego, bo każdy jest pyszny i tego wart.

08:11, anitaes
Link Komentarze (11) »
środa, 18 kwietnia 2012
Kiedy ostatni raz jechaliście pociągiem?

Chodzi mi o podróż zwyczajną, z własnej woli a nie dlatego, że inaczej się nie da. Gdy świadomie zostawiamy samochód i idziemy na stację. Gdy mamy wybór i wybieramy pociąg. Tydzień temu pojechaliśmy do Perugii. Najpierw mała stacja w Sansepolcro, z przyjemnym dworcem i lśniącymi drewnianymi ławkami w holu - aż się prosi, by myśleć o ludziach, którzy przez lata na nich siadali, otoczeni swoimi tobołkami, wciąż jeszcze tu ale właściwie już nieobecni, a potem wsiadali do swoich pociągów i wyjeżdżali, czasem na zawsze.

Kasa jest zamknięta, bo jest niedziela ale to nie problem: w barze przy dworcu można zawsze kupić bilety. Trzy pięćdziesiąt w jedną stronę. Na peron przechodzi się po torach, a tam już czeka pociąg, prawie pusty i dość niepozorny, złożony z dwóch niedużych, szaro-czerwonych wagonów. Nikt się nie śpieszy, kolejarz flirtuje z konduktorką, dwie młode dziewczyny palą siedząc na stopniach i opowiadają sobie wczorajsze nowinki, poranne słońce przebija przez granatowe chmury i wszędzie kwitną kaczeńce. Potrzebujemy półtorej godziny, by dojechać na miejsce. W tym czasie można gadać, jeść jabłka i gapić się przez okno, mijając spokojne umbryjskie wsie, zielone pola i łagodne wzgórza.

To właśnie wtedy, jadąc w prawie pustym przedziale wpadamy na pomysł zrobienia albumu o tych wielkich, opuszczonych włoskich domach które widać tylko z okien pociągu, domach oddalonych od głównych tras i ukrytych wśród parkowych drzew. Sypiące się siedziby rodów, z wieloma pustymi pokojami, w których czasami żyje już tylko ostatni potomek, stary człowiek człapiący po zakurzonych posadzkach, gdy tymczasem na pokryte drogim pluszem kanapy, dziś wytarte i pozbawione kolorów leje się woda z przeciekającego dachu.

Pewnie zawsze panuje tam półmrok, bo przez zamknięte, oblazłe z farby okiennice światło do środka nie wpada; może to i lepiej. Słońce odsłoniłoby brzydkie zacieki i szare od brudu firanki. Nie będzie łatwo tam docierać. Bo daleko od drogi, bo brama, choć pordzewiała i krzywa to stale zamknięta, bo nieufny właściciel i adres nieznany. No i ten ciągły brak czasu, nasz największy deficyt i niezaspokojone pragnienie - bo nawet tu, we Włoszech czas jest nieprzekupny, bez względu na to, ile byśmy mu nie zaoferowali.

W wagonie jest ciepło, na zewnątrz zacina drobny deszcz i od czasu do czasu uderza mocno o szyby. Mijamy kolejne, małe stacje. Widać, że dworce nie cieszą się już szacunkiem. Kiedyś nadzieja na lepszą przyszłość, początek wielkiej podróży, własna niecierpliwość i smutek żegnanych bliskich, obecny potem w snach przez całe życie. A dziś popisane farbami ściany, zatrzaśnięte na głucho drzwi albo wprost przeciwnie, otwarte szeroko na oścież, a środku wiatr szura pustymi paczkami po chipsach.

Gdy docieramy do Perugii, robi się pogodnie i całkiem wiosennie. Pociąg staje w centrum, na stacji Św. Anny, tuż przy katedrze San Domenico. Schodami ruchomymi wjeżdżamy na górę a potem przechodzimy przez ruchliwe Corso. Gdy z jasnej ulicy wchodzimy w chłód ogromnego wnętrza, dźwięcząca pustka kościoła przytłacza i ziębi. Staję przy starym konfesjonale. Jest duży, jakby za  obszerny, zrobiony z ciężkiego, ciemnego drewna; widać od razu, że to miejsce pracy dla prawdziwych dostojników, nieprzejednanych i surowych w swoich sądach a nie dla chudziutkich i miłosiernych braciszków, którzy w swej łatwowierności wszystko wszystkim wybaczają. Kratka, wytarta od tysięcy gorących szeptów ma gęsty, ciasny splot i przywodzi na myśl sito, durszlak o nieziemskich właściwościach, który potrafi odcedzić prawdę od kłamstwa.

Przesuwam ręką po  rzeźbieniach, lśniących w głębokim półmroku. Nachodzi mnie kolejna, jak zwykle w takich miejscach, świętokradcza refleksja: konfesjonał jak ławka dworcowa - niezbyt wygodny ale potrzebny przystanek w drodze do lepszego świata.

John Steinbeck powiedział, że to nie ludzie kreują podróże ale podróże kreują ludzi.

To co? Kiedy ostatni raz jechaliście pociągiem?

19:05, anitaes
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Kropla słodkiego życia. Dwa monologi o tym samym.

Dom w Toskanii. Koniecznie kamienny. Położony na malowniczym wzgórzu, rzecz jasna. Do domu wije się wąska droga. Ta droga w twoich marzeniach jest zawsze obsadzona cyprysami. A więc wije się ta droga, kręci, pojawia i znika aż w końcu ginie wśród słonecznikowych pól. Wszędzie pachnie bazylia i dojrzałe pomidory. Pachnie też rozmaryn, kto wie, czy nawet nie bardziej, ale rozważenie tej kwestii to temat na osobny wpis.
Siedzisz na tarasie i sączysz wino. Oczywiście chianti. Oczywiście z czarnym  kogutkiem.  Słońce świeci z błękitnego jak niebo nieba i wszędzie prószy złotem. Czujesz, że twój podniszczony słomkowy kapelusz i biała koszula dodają ci niesamowitego uroku. Tyle jest tego uroku, że twoja dusza łka cicho i rzewnie a opalona skóra pokrywa się od tego łkania gęsią skórką. Od stóp do głów. Wino  połyskuje w migoczących plamach popołudniowego światła. Leniwie bzyczą pszczoły i grają zaspane cykady.
Oto twoja Toskania. Życie jest tu słodkie i intensywne jak pecorino polane miodem i nie muszę tutaj chyba dodawać, że w tych okolicznościach do miodu nigdy nie wpada żadna mucha. W twoich marzeniach wszystkie oczywiście uciekły, he, he, jak to gdzie? Na północ.

Renato powiedział, że poświęcił dziesięć lat na remont swojej wiejskiej posiadłości a drugie tyle na rozkoszowanie się jej pięknem i do tej pory nie potrafi stwierdzić, co było gorsze. Teraz wynajmuje nieduży dom w centrum starego miasta, z ogrodem, palmą i kotem i chyba jest zadowolony.
- Bo to jest tak - mówi upijając duży łyk z kieliszka. - Przyjeżdżasz, z reguły wczesnym latem i  natychmiast czujesz, że Bóg cię kocha. Oto widzisz swój toskański dom, upragniony i wyśniony, kupiony, nie bądźmy tu skromni, za ciężki grosz i masz poczucie potęgi. Jesteś radosny i świeży jak wyłażące z ziemi szparagi. Wdychasz mocno ciepłe letnie podmuchy a wokół takie widoki, Chryste Panie, takie widoki, że twoja dusza ryczy ze szczęścia. Z czułością strzepujesz szerszenia z twarzy i wiesz, że żyjesz. Oglądasz się czy żona nie patrzy i poklepujesz kamienne schody a nawet, tak, a nawet nieśmiało głaszczesz drzwi wejściowe. Moje, mruczysz. Znów jesteś królem i niech lepiej nikt nie próbuje przerwać ci tej twojej corocznej wakacyjnej elekcji. Dotleniasz się do samych pięt i zaczynasz się rozglądać. I wtedy stwierdzasz, że zimą przeciekał dach a deszcz zalewał ci twoją sypialnię. Zielona wilgoć pełznie po łóżku jak jadowite węże, przez co twoja żona pada w histerię. Przeklinasz w myślach świat ale nie dajesz się sprowokować. Przecież król się nie poci. Wchodzisz na górę i naprawiasz dachówki. Z góry wszystko lepiej widać więc widzisz, że ogród zarósł jak nieszczęście. No to kosisz. Potem przepychasz szambo, bo mimo że to czerwiec, wiosenne deszcze do tej pory wylewają się z twojej toalety. Potem naprawiasz murki na tarasach oliwnych, bo się posypały jak domino. Cholerna robota, wierz mi. Później znów kosisz. Jak skończysz, instalujesz siatki we wszystkich oknach, bo z jakiegoś powodu w tym roku komary  postanowiły cię zjeść. Jak kończysz ostatnie okno, czyścisz basen bo dzieci krzyczą, że się brzydzą i zaraz znów kosisz, bo lubisz, jak jest równo wykoszone.
W międzyczasie rosną ci pomidory, więc pielisz pomidory. Obok rośnie cukinia, więc pielisz cukinię. Skończysz pielić, mocujesz okiennice bo obwisły i nie możesz ich zamknąć, gdy w południe żar z nieba wypala ci dziury w ceglanej podłodze. Nie wspominam nawet, że przez ten cały czas źle sypiasz, bo cykady w tym roku wyjątkowo hałaśliwe a na nie, człowieku, nie ma mocnych. Znów kosisz, bo odrosło. Jak skosisz, zrywasz winogrona i robisz wino. Potem zrywasz pomidory i robisz sos pomidorowy, bo twoja żona do pizzy nie użyje kupnego. Znów kosisz. W międzyczasie skończyło się lato i zaczynasz wieczorami marznąć. Rozpalasz więc w kominku, ale cholera dymi. Więc co robisz? Włazisz na dach, odtykasz komin i przy okazji skręcasz nadgarstek. Ostatni raz próbujesz kosić ale dajesz sobie spokój bo z jedną sprawną ręką tylko kręcisz się w kółko. W końcu pakujesz do samochodu tysiąc słoików z sosem pomidorowym choć wiesz, że twoja żona zrobi zimą pizzę najwyżej cztery no, może pięć razy i czujesz, że żyjesz. Oddychasz głęboko i drapiąc się po całym ciele, ze świadomością, że ślady po komarach, jak blizny po spełnionych marzeniach zostaną z tobą na zawsze, wreszcie zamykasz dom. Tak, to wielki dzień, nareszcie zamykasz swój dom i zjeżdżasz z tego cholernego wzgórza z taką ulgą, z taką ulgą, człowieku, jakbyś był prawdziwym królem, który dodatkowo wygrał w Lotto. Oczywiście, po twojej głowie kołacze bolesna myśl, kołacze i drży jak twój samochód na błotnistych toskańskich wertepach, że za siedem, osiem miesięcy wszystko zacznie się od nowa, ale odganiasz ją niecierpliwie jak ostatniego szerszenia w tym roku.
- Tak. - Renato kończy swoje wino i wzdycha. - La dolce vita to ciężka tyrka. Nie wierzcie, dzieci,  reklamie. Ale z drugiej strony, mówię wam, warto marzyć. Zawsze. Bez tego życie byłoby nędzne i diabła warte - przysuwa kieliszek w moją stronę. - Dolej mi tu jeszcze kropelkę, moja piękna.

21:54, anitaes
Link Komentarze (13) »
Pamięć.

W taką wiosenną, deszczową niedzielę wiele rzeczy wydaje się innych niż dotychczas. Choćby ta piosenka. Przez wiele lat byłam przekonana, że mówi o tęsknocie i pustce po nieobecnym. A dziś, późnym nudnym popołudniem dotarło do mnie, że się mylę. Ona mówi o pamięci. Bez pamięci nie byłoby ani tęsknoty ani pustki ani smutku. Ani nieobecnych.

Kaszubi, gdy ktoś opuścił dom i wyjechał w podróż mówią, że jest on "wyjechany". Lubię to słowo, bo ma w sobie dotknięcie losu i okruchy fatalizmu. Jakby decyzje o wyjazdach przychodziły trochę z zewnątrz, spoza ludzkiej woli i rozumu i powodowały nasze znikanie. Jest też w tym słowie odrobina nadziei, dodatkowy bonus dla tych co zostali: być wyjechanym to zawsze lepiej niż wyjechać bo czas przeszły dokonany nie gwarantuje powrotów.

Niedzielne popołudnia, takie jak to dzisiejsze nastrajają mnie sentymentalnie. Cóż, deszczowe dni mają swoje prawa i lepiej ich nie zmieniać. Idę więc za tym głosem, rzewnym i czułym jak rosyjska dusza i dedykuję powyższą piosenkę wszystkim moim nieobecnym i wyjechanym. Pamięć to dobra rzecz, bez niej niedziela nie miałaby sensu. A już zwłaszcza deszczowa niedziela.

00:00, anitaes
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 kwietnia 2012
Anghiari, jedenasta zero pięć przed południem.

Dziś siąpił zimny deszcz, ale mimo tego zrobiłam sobie mały spacer. Stary szpital w Anghiari dzieli od domu Emmy kilkadziesiąt metrów. Budynek ma duży zegar na elewacji i ładne kolumny przy wejściu. Zamyka sobą Via Mateotti, jedyną prostą ulicę w miasteczku. Zajrzałam do niego bez specjalnej ciekawości, ot tak, by odetchnąć i oderwać się przez moment od pracy.

Wyremontowano go w latach siedemdziesiątych bardzo starannie, powiedziałabym nawet, że za starannie. Zakurzone zdjęcia, zrobione przed renowacją i niedbale oprawione w drewniane ramy wiszą do dziś na ścianach wewnętrznego dziedzińca. Obejrzałam je dokładnie. Spodobał mi się stan sprzed remontu: krzywe okiennice, odłażący tynk, stara pięćsetka zaparkowana w bramie i wspinający się na ściany bluszcz.

Za budynkiem i przylegającym do niego kościołem znalazłam nieduży park, z widokiem na odległe  wzgórza, otoczony gęstym żywopłotem i kilkoma starymi drzewami piniowymi. Latem pinie dają przyjemny cień. Spokojna przestrzeń odsunięta bezpiecznie od głośnej ulicy, w sam raz dla drepczących małymi kroczkami rekonwalescentów.

Przez deszcz i wiatr było tu całkiem pusto, tylko z otwartego okna na pierwszym piętrze dobiegał odgłos czyjejś rozmowy i uporczywy dźwięk telefonu. Drobne białe kamyki, którymi wysypano alejki chrzęściły pod moimi butami i przywoływały wspomnienie plaży. Na mokrym trawniku znalazłam dwie duże, ciasno zamknięte szyszki. Były ciężkie i pachniały żywicą. Wróciłam do pracy, ściskając je w zimnych rękach.

00:07, anitaes
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 kwietnia 2012
Puste kalorie.

W taką bezsenną, pochmurną jak ta noc przychodzą mi do głowy różne rzeczy. Choćby ryż prażony, sprzedawany w wielkich jak poduszki pakach - mój przysmak z dzieciństwa. Kupowało się taki napchany wór, siadało na ławce na podwórku, koniecznie w większym gronie i garściami sięgało do wora nie zwracając większej uwagi na fakt, że lekki i gładki ryż wysuwał się z zaciśniętych dłoni i rozsypywał na ziemię. Ryż był tani, dostępny i było go dużo i to wystarczyło, by nie cieszył się szacunkiem - w przeciwieństwie do takiego choćby torcika wedlowskiego, który zawsze zjadało się do ostatniego okruszka, w samotności i w najwyższym skupieniu. Tak, ryż był fajny i dawał sporo frajdy, ale ile by się go nie zjadło, zawsze pozostawiał w nas dręczące uczucie niedosytu i jakiejś ściemy, jakbyśmy jedli powietrze, za które przecież, mało bo mało, ale jednak trzeba było zapłacić.

Właśnie zaczęło padać a myśl, jak pchła, skacze z tematu na temat. I teraz wskoczyła na wspólną walutę europejską, która ledwo dyszy i ma się źle. Druga dwadzieścia pięć to nie jest najlepszy czas na rozważania o euro, ale spróbujcie w ciemności złapać pchłę. Zamyślam się więc i dochodzę do wniosku, że jednak fajnie to było kiedyś, gdy wraz z każdym przekroczeniem granicy wkładało się do portfela nowe pieniądze. Pierwszy kontakt z innym krajem. Szeleszcząco - brzęczące pozdrowienia. Kontakt z jego historią, stylem i ulubionymi bohaterami.  Bo waluta narodowa to przecież nie tylko środek płatniczy - to poczucie tożsamości i identyfikacji. Coś jak sztandar, totem albo język. Obecna od zawsze. Taki torcik wedlowski, który stwarza niepowtarzalną wspólnotę. Czy euro, wraz ze swoją praktycznością i nijakim, wyblakłym designem wzbudza ciepłe emocje? Chyba nie. Trochę mi żal niepoważnych lirów, beztroskich franków i egzotycznej drachmy. A przede wszystkim twardych marek, w które to, wraz z tytanowymi dolarami zapobiegliwi Polacy zawsze lokowali swoje oszczędności.

Zdawać by się mogło, że niegdysiejszy ryż i triumfujące do niedawna euro to odległe zestawienie. A przecież jedno i drugie jest jak sztuczna karma bez właściwości. Wymyślona przez idealistycznych (?!) technokratów wspólna waluta okazała się dmuchaną paszą. Europejskie kraje, zwłaszcza te najbardziej wyposzczone żarły ją garściami jak głodne, niesforne dzieci, żarły do utraty tchu, w euforycznym poczuciu upragnionego dostatku. I oto nastała era bolesnej niestrawności: burczenia w brzuchu, niekontrolowanych gazów i rozdętych od napompowanej powietrzem skrobi żołądków. Jak wspomniałam, prażony ryż nie syci choć niewątpliwie daje dużo przyjemności. Tak jak lśniące dworce w zapadłych portugalskich miasteczkach, z bezszelestnymi windami niemieckiej produkcji i nienagannie gładkie drogi z francuskiego asfaltu na hiszpańskiej prowincji. O ulubionych przez Włochów i Greków Audi nie wspomnę.

Druga pięćdziesiąt. Za oknem cisza. Powinnam powiedzieć, że idę spać, ale gdzie tu iść, skoro jestem we własnym łóżku? Moja umysłowa pchła z zaawansowanym ADHD chyba usnęła. Rozsypywanie wokół siebie ryżu i euro w samym środku nocy nie jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza, gdy tak jak ja nienawidzi się okruchów na prześcieradle. Zgarniam je więc czym prędzej i mówię: dobranoc. Może jutro będzie słońce? O, znów pada.

03:06, anitaes
Link Komentarze (4) »
sobota, 07 kwietnia 2012
Tożsamość narodowa drutem powiązana .

Na pewno to znacie:

szopa postawiona na tyłach domu. Albo gdzieś w polu. Lub w otoczeniu innych szop. Składanka - lepianka. Z drewna, żelastwa, grubej folii, blachy falistej, eternitu, papy, starych furtek, wymontowanych okien i plastiku. Pochylona, krzywa, ledwo trzymająca się kupy. Nieśmiertelna.

Zawsze myślałam, że to nasza specjalność. Pokomunistyczna skaza. Bieda-mentalność. Jak Polska długa i szeroka, od Rawicza po Orunię, od morza do Tatr: szopy, altany, składziki, chlewiki i przybudówki. Niezależne od pogody, rządów, od tego czyś Ślązak czy Kaszub i kto wygra YCD - nasz rys charakteru, piętno a zarazem wyróżnik na tle innych narodów.

Nieprawda. Nie jesteśmy narodem wybranym. Włosi w kwestii szop to nasi bracia i siostry. Najbliższa rodzina. Ich szopy i nasze szopy urodziła ta sama matka. Ta włoska była nawet bardziej pobłażliwa. Jak budynki Daniela Libeskinda - wszystkie mają ten rozpoznawalny, ponadczasowy styl. I nawet okoliczności przyrody, te zauważalne różnice pomiędzy buraczanym zagonem a rozpiętą przy szopie winoroślą nie zmieniają faktu, że powołała je do życia ta sama potrzeba ducha, poryw serca i zmysł praktyczny.

Otoczenie szop też jest takie samo: pordzewiałe wanny, beczki po oleju napędowym, złożony na stertę złom i stare sztachety a nawet, tak, a nawet widoczne tu i ówdzie wypatroszone Fiaty 126, teraz budy dla psów i kur polskich i włoskich - wzruszający mianownik naszych narodowych cech i losów.

O czym mówi nam szopa, ta ponadnarodowa, sklecona polskimi i włoskimi rękoma niewykwintna twórczość? Mówi nam o braku i o pamięci biedy. Ale też o wolności. O swobodnej kreacji. O nieskrępowanej zaradności i nieodpartej potrzebie anarchii. Te szopy są jak demonstracja ludzkiej siły: żeby świat się walił a światowy kapitał poszedł z bankowym dyktatem na noże, my w naszych szopkach zawsze znajdziemy wszystko, co do życia potrzebne. Szopa jako emanacja duszy. Jako fundament tożsamości. Cała prawda o narodzie. 

A co z tymi, którzy nie mają szop? Włoskie szopy sięgają do Niziny Padańskiej. U podnóża Alp się kończą. Tam niemiecki porządek ruguje je jak wstydliwą przypadłość. Zastępują je malowane co rok ekologiczną bejcą zgrabne szałerki. W dodatku ozdobione podrzeźbionymi okienniczkami. Tam kultura szop nie dotarła, bo nie znalazła podatnego gruntu do rozwoju. Tamtejsza tożsamość narodowa wyklucza pordzewiałą blachę falistą i naddartą, plaskającą na wietrze papę.

A przecież gdy byliśmy dziećmi, bez względu na narodowość, wszyscy bawiliśmy się budując z krzeseł, deski do prasowania i ściągniętych z wersalek koców nasze sekretne domki i bazy. A potem właziliśmy do nich, by w ciemności, z latarką w ręku naradzać się w ważnych kwestiach, oddzieleni od świata dorosłych i ich spraw. Polacy i Włosi nadal oddają się tej niewinnej, szczenięcej radości klecąc swoje szopy. Czy to znaczy, że nigdy nie dorośli? A może ci, co ze swojego krajobrazu pozbyli się szop, przy tej okazji pozbyli się ze swojej duszy czegoś, co ważne?

Kiedyś nie lubiłam szop. Szopy mnie wkurwiały. Synonim naszej bylejakości. Wiem, że się myliłam. W tym coraz gładszym, coraz bardziej estetycznym i zunifikowanym świecie daję im prawo do istnienia. Szopy to jeden z ostatnich przejawów ludzkiej wolności i kreatywności, nieuregulowany żadnymi przepisami. Gdy biurokraci z Brukseli zaczną planować i dawać wytyczne jak budować szopy, czas umierać. Albo posłać Unię do diabła.

szopa

09:11, anitaes
Link Komentarze (7) »
niedziela, 01 kwietnia 2012
Oczarowania serio i nie całkiem serio.

Znów wróciły stare, dobre czasy. Śpimy po kilka godzin. Mamy miesiąc by wykończyć dom Emmy do sesji zdjęciowej. Deadline - początek maja. Dzieje się. Nawet dzisiaj, przy niedzieli palmowej i pomimo, że na każdym stole stygł tradycyjny królik po toskańsku Francesco i Angello, dwaj robotnicy z Pugli malowali ceglane sufity i belki. Wieczorem generalne sprzątanie, usuwanie kurzu i pyłu, bo jutro wchodzi Mario, specjalista od podłóg. Wyświeci Emmie jej cotto i wreszcie stanie się DOM.

Potem krótka przerwa - czyli czas na schnięcie podłogi - a my wtedy jedziemy na południe na zaproszenie generalicji do ciepłego o tej porze Taranto, by zobaczyć wielkanocne mistyczne misteria. A później już tylko malowanie i cała przyjemność po mojej stronie, czyli meble, tkaniny i inne takie...

Emma wraca po 14 kwietnia i wtedy po raz pierwszy zobaczy efekty.

He, he. Surprise!

Od początku dała nam całkowicie wolną rękę - określiła jedynie budżet - a myśmy się nie hamowali w swoich pomysłach. Wymarzony inwestor - pełen życiowej mądrości - w końcu każde dziecko wie, że  nic tak nie rozwala projektu, jak dwie szefowe o silnych osobowościach i przeciwstawnych wizjach.

Jak wyszło? Jak zwykle, czyli pięknie. Do diabła z fałszywą skromnością. Z małej, zimnej, brudnej i nieprzyjemnej norki wyłonił się miły, przytulny, pełen fajnych detali i ciekawie zaaranżowany domek. Zazdroszczę Emmie, że go ma. Też bym taki chciała.

A Anghiari mnie zupełnie zaczarowało - byłam tu codziennie, po kilka razy: w słoneczne świetliste poranki, pomarańczowe popołudnia i wieczorami, gdy mury miasta oświetlają latarnie. I stale mi mało.

Może by się tu przeprowadzić, co? - i tu mrugnęłam okiem.

zaułek

To przy tej uliczce stoi domek Emmy. Wewnętrzna dróżka starego konwentu, który mieścił się w tym miejscu w XII wieku. Powyżej były klasztorne ogrody, które, jak widać, przetrwały.

zaułek2

A tu ta sama uliczka widoczna z małego parku, którym schodzę codziennie w dół, sprawdzić, co się dzieje na budowie. Miło, prawda?

16:49, anitaes
Link Komentarze (8) »