RSS
wtorek, 26 kwietnia 2011
Goście moi drodzy czyli nie ma kompromisów.

Zaopatrzyłam ich: w czyściutką pościel, wiecie, taką szeleszczącą. Poduszki mięciutkie, kołdry leciutkie, ręczniki bielutkie, mydełka pachnące. Podłogi lśniące, tak jak i okna. Meble napastowane, o zapachu miodu. Codziennie rano dostali pachnące rogaliki z piekarni, cztery rodzaje pieczywa, ciepłe jajeczka na sianku, zerówki, rzecz jasna, żadne tam trójki broń boże, od łysych, klatkowych kur. Dżemy: pomarańczowy, truskawkowy, wiśniowy i specjalnie dla niejadających wędlin, z fig z migdałami. Do tego miód kasztanowy, na zdrowie. Mleko "biologico", nie uhate, jogurty do wyboru do koloru, cztery różne płatki śniadaniowe: z błonnikiem 18 %, alpejskie, gwiazdki czekoladowe dla dzieci i zwykłe corn flakes z ciemną czekoladą. Do tego półmisek szynki gotowanej, prościutto crudo i  salami toskańskim, pachnącym. A potem jeszcze sery: gouda, pecorino, scamorza wędzona i biała i ser pleśniowy. Dla amatorów serek filadelfia i nutella. I oczywiście kawa włoska, z ciepłym mlekiem z ubitą pianką, dla chętnych, dla przyjemności. I herbata zielona, albo earl grey, albo breakfast tea dla niecierpiących kawy. A, i talerz z owocami.

Nie narzekali. Nie kręcili nosem. Nie mieli uwag. Uff. Chyba im smakowało. Domniemywam.

 

22:05, anitaes
Link Komentarze (19) »
niedziela, 24 kwietnia 2011
Trzepot tysięcy skrzydeł.

Dzisiejszy poranek był pochmurny. Ulice były mokre, padał prawie niewyczuwalny deszcz. Wyszłam rano z psem. W mieście było pusto. Po wczorajszym szale zakupów i po piątkowej wieczornej procesji, w której tłumnie uczestniczyli wszyscy mieszkańcy, przesuwając się ze świecami w rękach w powolnym tłumie od Porta Romana do Porta Fiorentina, dzisiaj miasteczko spało spokojnie snem sprawiedliwym.

Wróciłam po kilkunastu minutach, nie mam coś ostatnio chęci na długie spacery. Było cicho i spokojnie. Odpięłam smycz i właśnie wkładałam klucz do drzwi, gdy nagle usłyszałam nad głową głośny dźwięk, jak trzepot tysięcy ptasich skrzydeł. Krótki, kilkusekundowy. Spojrzałam w niebo, ale było szare i puste.
W pierwszym momencie byłam zdezorientowana. Potem popatrzyłam na psa. Dotarło do mnie, że to trzęsienie ziemi. Gdzieś z zakamarków umysłu wypadła taka dziwna myśl i pewność. Ale nasz stary pies spokojnie wpatrywał się drzwi, czekając, aż je otworzę. Jakby nic się nie stało. A podobne zwierzęta wiedzą lepiej.
W domu ze schodów zbiegała Marta. Była przestraszona. Stanęła na kamiennych stopniach bez butów, w samych rajstopach. Powiedziała, że uciekła z pokoju, bo podłoga się zakołysała a ona bała się, że wpadnie z nią do znajdującej się pod jej pokojem kaplicy.

Teraz jest spokojnie i przestało padać. Nic się nie trzęsie. Na zewnątrz ptaki ćwierkają wiosennie. Moje białe geranium, podlane wczoraj należycie suszą w słońcu mokre od deszczu liście. Po mieście spacerują Włosi z całymi rodzinami. Nie wyglądają na przejętych porannym wstrząsem. Dla nich to żadna nowość. Sprawdzilam w internecie. 3,2 stopnia w skali Richtera, z epicentum w San Giustino.

Obiecałam, że zamieszczę zdjęcia z domu. I zamieszczam. Pokoje na I piętrze i hol po zmianach oraz jadalnia czekająca ze śniadaniem na gości.
Jestem zadowolona z efektów, choć to nie koniec. Jeszcze musimy powiesić tam kilka grafik i dopracować kilka detali. A od wtorku zabieramy się za kaplicę.

Patrzę na zdjęcia i myślę o tym, że kilkuminutowy trzepot tysięcy ptasich skrzydeł może sprawić, że to wszystko zniknie i przestanie istnieć. A więc podziwiajcie, kochani, podziwiajcie dopóki jeszcze istnieje. Wesołych Świąt wszystkim życzę.

holl

holll

holll

j1

j2

j3

pi1

pi2

 

pi3

pi4

pi5

pi6

17:23, anitaes
Link Komentarze (13) »
wtorek, 12 kwietnia 2011
Jadą goście, jadą...
a ja jeszcze w polu...16 kwietnia pojawią się pierwsi, zaraz potem następni, szyję więc zasłony, niezastąpiona Sofia pastuje meble, przykręcamy półki, wieszamy karnisze, Oriela przywiozła dziś stół do holu, piękny, z poprzecieranym, czerwonawym blatem i szarozielonymi nogami. Ten z holu poszedł na I piętro a ten z I piętra wrócił do Daniele. Taka zgrabna zamianka.
Wiem, jesteśmy równie nienormalni z tą meblową wędrówką jak nie przymierzając generalicja, te stołowe podróże to przecież nic innego jak przejaw ciężkiej choroby. Prawdopodobnie przenoszonej drogą kropelkową, w Polsce nie byliśmy jeszcze zainfekowani.
W domu potworny bałagan, potykamy się o farby, bejce, wiertarki, skrzynki z kołkami i o pudełka z nićmi. To wszystko musi zniknąć w piątek wieczorem, potem robię ciasto i na wieczór zaproszę Alessandrę i Stefano, bo muszę się trochę otrząsnąć i ukoić.
Ktoś się pyta, czy zdążymy? Oczywiście, że nie zdążymy.
Ale i tak jest pięknie. Ja w każdym razie tak uważam, na przekór faktom i zdrowemu rozsądkowi.
I znów daję nura chaos, co dom się nazywa. Ciao.
22:52, anitaes
Link Komentarze (6) »
wtorek, 05 kwietnia 2011
Nad przepaścią czyli moje wszystkie schizofrenie.

Nie lubię prasowania. Tak jak i pozostałych prac domowo - porządkowych. Doprowadzam siebie i rzeczy do sytuacji granicznych, odkładam żelazko z dala od swoich oczu i czekam cierpliwie na ostatni moment czyli na chwilę, gdy nie mam już w czym chodzić, czym się wycierać i w czym spać.
Wtedy czuję, że znów staję na granicy przepaści i czas zrobić właściwy krok. Oczywiście musi to być krok do tyłu, he,he, broń Boże w przód, tam tylko czarna czeluść i dzikie światy, swoją drogą często mnie kusi, by je poznać.
Ale w końcu zawracam, zawracam z wyboistego traktu abnegacji i wjeżdżam na autostradę przyzwoitości, obowiązków i cnoty.

Co tu dużo mówić, właśnie otwarcie odsłaniam dwoistość swojej natury i pokazuję jej dwa nienasycone, zwarte w walce potwory i całą moją duszę. Duszę rozdartą pomiędzy koniecznością i czerpaniem przyjemności życia w ładzie, w ładzie który, dodam, koi moje popieprzone nerwice a koniecznością i czerpaniem przyjemności z życia w lenistwie. Która to przyjemność, nie muszę chyba tego dodawać, koi moje popieprzone nerwice.
 
Tak. Tu dotykam kwestii zasadniczej, a mianowicie prostego, zasadnego i bolesnego pytania, po co mi w takim razie taki duży dom? No właśnie. Po co? Bo przecież nie po to, by katować się codziennym widokiem kłaków kurzu, fruwających w narożnikach schodów, ani widokiem metrów kwadratowych posadzek do umycia. Także nie po to, by budzić się co rano własnym krzykiem, bo oto nadszedł czas stawania nad przepaścią, która zawsze chłodzi moje serce jak pamięć  błyszczących stalowo, perfekcyjnie umytych szyb w domu mojej babci.
Zadaję sobie to pytanie przy okazji każdej przeprowadzki, poprzedzonej solenną obietnicą ograniczenia przestrzeni życiowej i mimo, że zadaję i obiecuję, kończy się jak zwykle, a nawet jeszcze gorzej.

Cóż, myślę, że prawda o tej obsesji, nie bójmy się tego słowa, jest prozaiczna i powszechnie znana. Oto odreagowuję swoje blokowe dzieciństwo w małym mieszkaniu z wielkiej płyty, co zapewne wdrukowało we mnie konieczność poszukiwania przestrzeni i powietrza i doprowadza mnie za każdym razem do takich właśnie, szalonych i sprzecznych z własną naturą decyzji. Niestety, nie wdrukowało to we mnie potrzebnej energii i mocy, by tę przestrzeń opanować, wręcz przeciwnie, wyniosłam z domu taką oto wizję świata, że książki i dobry teatr lub film jest zdecydowanie właściwsze i ciekawsze poznawczo, niż uporczywe bieganie z miotłą i szmatą.
I tylko moja niezrównana babcia, produkt przedwojennej, poznańsko-kujawskiej szkoły pracowitości, starała się mi i mojej matce wskazać właściwy kierunek i drogę, niestety, bezskutecznie.

Tak oto, kończąc remont, zaczynam dojrzewać do wcale nie takiej znów nowej dla mnie myśli, że właśnie nadchodzi czas, by zacząć rozglądać się za czymś małym, no, powiedzmy mniejszym, bo moje priorytety życiowe nie zmieniły się, nawet powiem więcej, w tym korowodzie remontowanych domów nieco się jeszcze ugruntowały i ciągle mam niejasne ale mocne wrażenie, że mój czas tutaj jest zbyt ograniczony i krótki, by poświęcać go na uświęcone porządki.
 
Z drugiej zaś strony, gdy w końcu sprzątnę dom i wykończona ogarniam mętnym wzrokiem, piętro po piętrze, te cudownie świeże bezkresy, czuję w sobie jakby nirwanę i szczęśliwość. Niesie mnie ona w powietrzu i upaja, jak niezapomniany pierwszy kac w młodości. I słyszę jak w środku, mrucząc warkotliwie i mlaszcząc z rozkoszy, jedna z bestii przewraca się z boku na bok, zadowolona i spokojna, bo znów świat jest pełen harmonii i słodkiego ładu.

A póki co zasiadam do sterty rzeczy do prasowania i już się cieszę, tak, tak, cieszę się jak dziecko, bo oto będę mogła nakarmić obydwie bestie jednocześnie. Jak zwykle, poprasuję wszystko, do ostatniego marnego ręczniczka a jednocześnie spokojnie i bez wyrzutów sumienia, bez ciężkiego poczucia winy i z największą przyjemnością obejrzę kolejny film, stojąc nad deską i żelazkiem. Tym razem wracam do Broukeback Mountain i do jednej z najsmutniejszych i najpiękniejszych  historii o miłości niemożliwej.

I dodam na zakończenie tej nieprzyzwoicie osobistej notki, że według mnie zaglądanie w przepaście jest jednocześnie strasznie ryzykowne i cudownie ekscytujące, a wiem co mówię bo niejedną przepaść mam za sobą.
I mam nadzieję, przed sobą także.
20:18, anitaes
Link Komentarze (11) »
Ponte Alla Piera. Jeszcze słówko.

Otóż dowiedziałam się dzisiaj jeszcze dwóch ciekawych rzeczy o tej magicznej wiosce, położonej malowniczo w głębokich, kasztanowych lasach.
Po pierwsze, słynny mostek kamienny to pozostałość po rzymskim moście, przebudowanym tylko w średniowieczu. Znak, że prowadził tamtędy ważny, starożytny szlak.
Druga informacja jest jeszcze ciekawsza. Okazuje się, że w okolicach Ponte Alla Piera nie działają kompasy. Prawie jak w trójkącie bermudzkim. A to dlatego, że w skałach, tych które wraz ze słońcem oślepiały mnie swoim oleistym blaskiem na górskich zakrętach, znajduje się dużo magnetytu, który działa jak magnes.
Wg. wyznawców terapii skałami, zwanej zdaje się litoterapią, magnetyt przyśpiesza leczenie połamanych i poobijanych kończyn.
I to byłoby na tyle w kwestii tej dziwnej wioski, która przyciąga - teraz już wiemy dlaczego - swoim niezwykłym, tajemniczym urokiem.

15:25, anitaes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Ponte Alla Piera

Czasem nieplanowany, zwyczajny wieczór okazuje się być zupełnie niezwykły.
W niedzielne popołudnie pojechaliśmy do Ponte Alla Piera. Bez planu i bez żadnych oczekiwań. Miejscowość położona jest za Anghiari, w drodze do Caprese Michelangelo. Jechaliśmy tam wąską drogą, w zachodzącym słońcu, które momentami świeciło nam prosto w oczy i oślepiało na wijącym się wokół zbocza trakcie. Skały, w których go wykuto opalizowały złoto i srebrzyście, jakby cały czas moczyła je woda. Było ciepło, prawie letnio. Otworzyliśmy okna i podczas jazdy co chwilę wpadaliśmy w przestrzenie ciepłego, nagrzanego słońcem powietrza, pachnącego wiosną i parującą zielenią i w miejsca, gdzie czuło się wilgoć i chłód otaczających nas lasów.
Ponte Alla Piera okazała się małą mieściną, rozciągniętą wzdłuż wąskiej drogi, wiszącą a łagodnym zboczu jak na długiej półce. Kamienne domy po jej dwóch stronach otaczały niewielkie, zadbane ogródki. W jednym z nich jakiś zapalony rzeźbiarz umieścił setki kamiennych posążków i głów, wydłubanych starannie w kamieniach. Musiały leżeć tam od dawna, bo niektóre porosły już mchem. W innym domu ktoś wszystkie okiennice i ozdobne kraty pomalował na dziwny, zaskakujący kolor ciemnej lawendy. Patrzyłam na to i myślałam, że są to dowody na ludzkie tęsknoty i potrzeby ducha i że takie niespodzianki można spotkać wszędzie, w najmniejszej włoskiej wiosce.
Na wzgórzu, tuż nad wioską jest remontowany wielki, rozległy budynek, wyglądający jak dawny klasztor. Przyczepiony do frontowej ściany drewniany balkonik wyglądał jak przywieziony z dalekich Alp, rzecz niespotykana w tych okolicach i wydawał się czekać na kogoś, kto z jego wysokości przemówi do cichych, milczących domków na dole i ich niewidocznych mieszkańców.
Na końcu drogi, za zakrętem zobaczyliśmy nieduży most, powód i przyczyna nazwy tej mieścinki. Prawdziwy, średniowieczny most, zbudowany z kamienia. Szeroki na dwa metry, długi na dwanaście, który wznosi się w połowie swojej długości, by tuż za nią zaraz opadać w dół. Idealny dla turkoczących, drewnianych kół. Głęboko na dole, w zarośniętym dębami i drzewami kasztanowymi jarze huczała rwąca, górska rzeka. Przelewała się z hałasem po kamieniach, tworząc małe wodospady i pędziła dalej, w dolinę.
Most pochodzi z XIII wieku. Wykonano go z solidnych, prostokątnych głazów, które starannie ułożono w strzelisty łuk, zawieszony nad wodą. Dwóm najwyższym, centralnym kamieniom, wieńczącym sklepienie nadano kształt twarzy, które dawno straciły swój zarys i ekspresję.
Staliśmy pochyleni na moście, słuchając odgłosów wody i patrząc na rozpędzoną rzekę. Domki wydawały się być niezamieszkałe, tylko snujące się w powietrzu dymy z kominów świadczyły, że jest inaczej. Z szarego, gęstego lasu, który otacza Ponte Alla Piera, pełnego kasztanowców i paproci wyłoniła się drobna staruszka z workiem pełnym kasztanowych, suchych łupin i drobnych gałęzi. Niosła je do domu, by prawdopodobnie rozpalić ogień. Była prawie ósma, pora kolacji. Pozdrowiliśmy ją, odpowiedziała, a potem powoli przeszła przez most i zniknęła za kamiennym domkiem.

Czas się cofnął i zatrzymał na chwilę. Zapadający mrok, odgłos rzeki, chłód wiosennej zieleni - wciąż taki sam przez setki lat.  I ta starsza kobieta, wracająca do domu, która niosła na plecach worek chrustu, szczęśliwa, że może przechodzić bezpiecznie nad tą dziką, pędzącą na oślep rzeką. Piękny wieczór.
10:13, anitaes
Link Komentarze (4) »
piątek, 01 kwietnia 2011
Kino domowe.

Obejrzałam film "Casino" Martina Scorsese. Nadrobiłam dawną zaległość w ostatnią sobotę i jeszcze raz, przedwczoraj, poświęcając na niego w sumie ponad pięć godzin własnego życia. Powiem jedno: doskonały.
Świetny film, świetni aktorzy, Joe Pesci absolutnie niezwykły i fascynujący, Sharon Stone absolutnie zachwycająca, Roberto de Niro, mimo niebieskich butów boski, fabuła cudownie poprowadzona, scenki z życia mafijnych bossów absolutnie prawdziwe i ten niezrównany klimat lat siedemdziesiątych. Las Vegas i otaczająca miasto pustynia, blichtr, różowe garnitury, srebrne sukienki, pieniądze, tandeta i piękno, wszystko to razem podane w powalającej formie.
Jest w tym filmie jakiś smutek i prawda, mimo fajerwerków akcji, mimo spektakularnych scen, mimo przemocy i śmiechu, smutek świata, który znika, smutek samotności, smutek reguł, które kto inny tworzy.
Oczywiście, "Ojciec Chrzestny" Coppoli jest porażający, niezwykły i niezrównany. Ale tamtejsza mafia, jej prawa i życie z nią związane mają pewną koturnowość, są teatralne, pełne patosu. To nie razi, bo cała trylogia jest podporządkowana tej formule, tworzy jej strukturę.
W filmie "Casino" bossowie mafii to dobrotliwe dziadki, zajadające na tyłach sklepu z włoską żywnością makaronowe specjały gotowane przez starszą, zwyczajną mammę, którzy lubią wygrywać w karty i mają sporo cierpliwości. Ale ferowane przez nich wyroki są równie krwawe jak wyroki posągowego Vito Corleone.
Dla ofiar żadna więc różnica, czyż nie?
I najważniejsze, jest w tym filmie atmosfera najlepszych filmów amerykańskich, z przełomu lat 60 i 70, tych, które powstały, zanim przyszła kolejna era wielkich produkcji, widowiskowych tematów i hitów lat 90-dziesiątych.
Mam na myśli "Klute" z Jane Fondą i Donaldem Sutherlandem Alana Pakuli, "Narkomani" /zupełnie nieszczęsny tytuł/ z Alem Pacino Jerry`ego Schatzberga /to jego był "Strach na wróble"/, czy "Rozmowa" Francisa Forda Coppoli.
Dla mnie to jedne z najlepszych filmów, jakie wydała z siebie Ameryka, zanim nastał czas walecznych serc, tytanika i władców pierścieni.

Nie używam telewizji od prawie dwóch lat. Nie czuję, by czegoś mi brakowało. Wszystko co tam się dzieje jest jednorazowe i umiera natychmiast po narodzinach. Mała strata. Ale gdyby odebrano mi dvd, o, wtedy byłabym zła. Naprawdę zła...

15:38, anitaes
Link Komentarze (10) »