RSS
środa, 28 kwietnia 2010
Anioły żyją wśród nas.

Muhhamed Al Ahib pochodzi z Maroka i pracuje w naszym domu od dwóch tygodni. Najpierw położył terracotę na tarasie i pięknie przygotował dla kowala  nieszczęsną dziurę w dachu, przez którą codziennie widziałam niebo. Potem w naszej sypialni zatynkował pianelle, czyli cegły pomiędzy belkami w suficie, w małym gościnnym pokoju właśnie kończy tynkować, a w przylegającej do niej łazience położył glazurę. Dziś kończy tynk w ripostiglio, czyli schowku, który, dzięki jego pomysłowi nadaje się do używania. Przedtem wejście do niego przypominało dziurę do psiej budy, małą i niewygodną.

Muhhamed ma, myślę, ok. 40 lat, smukłe dłonie, długie rzęsy i ładny profil. Mieszka we Włoszech od prawie dwudziestu lat, mówi dobrze po włosku, jest niezwykle opanowany i bardzo, bardzo grzeczny. Taką staroświecką grzecznością, która karze zawsze powiedzieć przepraszam, gdy przerywa naszą rozmowę, dziękuję, gdy podaję mu kawę i proszę, gdy coś mi wręcza. Ma w sobie coś, co nazywamy godnością, słowem może zbyt często używanym w innych, wcale nie tak godnych okolicznościach. Zachowuje dystans, ale nie wyniosłość, lubi pożartować i i ma w sobie delikatność, która nie niepasuje do ciężkich prac, które z zaangażowaniem wykonuje. Początkowo byliśmy w stosunku do siebie nieufni; my obawialiśmy się partactwa i bylejakości, on zapewne problemów z płaceniem i pogardliwego traktowania. Każdy z nas kierował się swoimi doświadczeniami i stereotypami, które w sobie nosimy.

Szybko okazało, się, że pracuje perfekcyjnie. Doskonale. Idealnie. Wszystko robi powoli i uważnie. Równo, prosto i czysto. Zawsze, gdy ma jakiś pomysł, powie, że jego zdaniem można byłoby to zrobić w inny sposób, wyjaśni dlaczego i czeka na naszą decyzję. Nie musimy nad nim stać i pilnować. Jest spokojny, nigdy nie narzeka, przychodzi cicho, zabiera się do roboty i po zakończeniu zostawia swoje narzędzia ułożone w nieskazitelnym porządku. Codziennie, gdy wychodzi, patrzę na K. i powtarzam z uporem i pełna szczęścia, że to dar, że go mamy.

Po polskich doświadczeniach z robotnikami, po szalonym Zenku, nawet po włoskich ekipach mogę śmiało powiedzieć, trafiliśmy na anioła stróża. Jeśli Bóg i Mahomet da, skończymy wspólnie nasz remont w jakimś normalnym terminie. Niestety, nie mamy go na własność, czasem znika, zapowiedzianie, a jakże, na tydzień, do innej pracy, ale potem znów wraca i to są powroty dla mnie świętem.

Oriana Falacci, po wydarzeniach w Nowym Jorku w 2001 roku napisała słynny, emocjonalny artykuł pt. Wściekłość i Duma, gdzie wyraziła swój sprzeciw przeciwko krótkowzroczności rządów europejskich, pozwalających na realne zagrożenie naszej chrześciańskiej kultury muzułmańskim stylem życia. Pamiętam, że przeczytałam go w Wyborczej z wielką uwagą. I w tamtym momencie wydawał mi się zrozumiały i na miejscu.

Nie znam stylu życia Muhhameda, nie wiem jak, jak odnosi się do swojej żony, jak spędza wolny czas. Widzę jak pracuje, jak martwi się o swoją małą córeczkę, która przechodzi ospę, jak dba o swoje narzędzia i nasz dom. Doceniam jego ciężki trud i szacunek, jaki nam okazuje. Podziwiam jego pomysłowość i doświadczenie i fakt, że się nim z nami dzieli.

Czy jego kultura nam zagraża? Cóż, oby.

Być może wtedy nie musielibyśmy odkuwać płytek ceramicznych ze ścian, w poszukiwaniu zamurowanych przez Zenka spływów kanalizacyjnych.

20:10, anitaes
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 kwietnia 2010
Wystawa Ferdinando Scianna.

W Citernie odbyła się doraczna wystawa fotografii. Największe wrażenie zrobiły na mnie zdjęcia Ferdinando Scianna pt. " Quelli di Baghieria".

Scianna wychował się na Sycilii, w Baghieria, małej mieścinia pod Palermo. Zdjęcia pochodzą z czasów jego dzieciństwa i młodości, z lat 40-tych - 60- tych. Do nich dopisał piękne teksty, takie małe emocjonalne zdjęcia słowne, jak będę miała więcej czasu, postaram się kilka przetłumaczyć.

Dziwna atmosfera świata, którego już nie ma. Choć jak przypominam sobie nasz wyjazd na Sycylię, to coś jednak zostało. Nie ma suszących sie na słońcu stołów do robienia makaronu, staruszek przy studniach i dziewczyn w rozkloszowanych sukienkach, ale jakiś taki smuteczek, głównie w środku wyspy, gdzie nie zapuszczają się turyści jest. Było nam dane zobaczyć niesamowite kościelne uroczystości w małym, uroczym Palazzo Adriano, magiczne krzyżyki na domach, które dotknęło trzęsienie ziemi i przemarsz koni w rytm muzyki w Camaracie.

Foty z wystawy są na FOTKI DO NOTKI. Męczyłam z moim Maczkiem, by z Picasa web wrzucać moje zdjęcia, ale zdaje się, że potrzebuję nowe oprogramowanie dla Mac OS X 10,4, a do tego teraz zupełnie nie mam głowy.

Więc zrobiłam drugi blog, jak kto ma ochotę i cierpliwość, może zerknąć, na ten czas tam będę umieszczać zdjęcia.

13:13, anitaes
Link Komentarze (1) »
środa, 21 kwietnia 2010
Refleksja na tę noc.

Jest taki czas, tuż przed zaśnięciem, gdy nie wiele trzeba, byśmy odpłynęli w sen. Jednym pomaga w tym cicho grające radio, innym myzianie włosów przez męża lub żonę, jeszcze innym tykanie zegara. Ja potrzebuję drepczących po mnie kotów.

Delikatne, leciutkie i niepewne stąpania Petuni, zawsze zakończone na moich plecach. Potem zdecydowanie pewniejsze kroczki Serka, obejście poduszki na około i konsekwentne, uparte szukanie dziury w całym, czyli sposobu, by dostać sie pod kołdrę. Moje warknięcia z reguły nie przynoszą efektu, Seruś wie, co w życiu najlepsze. I że słowa czasem nic nie znaczą.

Dopiero zdecydowany ruch ręką i lot Serka na koniec łóżka przynosi krótkotrwały spokój. Nie musze dodawać, jaki trudny i okupiony wysiłkiem jest wspomniany gest, gdy rzeczywistość prawie znika, ciepło i mruczanka Petuni rozleniwia a myśli zaczynają swoje samodzielne życie.

Serek, po pierwszej porażce nie rezygnuje, czuję, jak znów się skrada, potem zatrzymuje, znów dwa kroki, bada teren, sprawdza, czy już nie istnieję. Wtedy, ostatnim rzutem swiadomości, czuję lekkie skrob, skrob, pazurek haczy delikatnie kołderkę, i Seruś-triumfator bezszelestnie wsuwa się do środka. Już nie przy poduszce, w końcu po co znów ryzykować, ale przy stopach, gdzie wiadomo, nie będzie mi łatwo zadziałać.

A poza tym z każdym lotem przybywa mu doświadczeń, wie, że czasem ciepłe futerko przy zimnych stópkach to sama radość, więc warto podążać tym szlakiem, a nuż okaże się złoty. W tym czasie Petunia, która zajmuje zawsze tę samą, strategiczną i bezpieczną pozycję, nieruchomieje i zamiera, w nogach mięciutki serkowy plusz i następuje koniec świata, czyli słodki, koci, koci, ciii, sen. Dobranoc.

22:36, anitaes
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Panie, panowie, jej wysokość kuchnia!

No więc jest. Po półtora miesiąca oczekiwania, biegania po piętrach, by ugotować makaron (zapomniałam łyżki do mieszania), po zbiciu umywalki w łazience upadającą filiżanką (moją ulubioną - dzięki Bogu przetrwała!), po żmudnym robieniu fug, po składaniu mebli (niech nam niebo wybaczy wszystkie te okropne przekleństwa), po oczekiwaniu na nowy zlew, bo ten kupiony w Polsce miał defekt (nowy też ma, ale po drugiej, niewidocznej stronie), po godzinach poziomowania blatów - JEST.

Może to nie żaden hi-life, szafki z Ikea, proste to do bólu, zwykłe, żeby nie rzec, pospolite, ale dla mnie najpiękniejsze. To jedyne, oprócz łazienki, tak nowe miejsce w domu, ale takie już mam poglądy, kuchnia i kibelek muszą być wygodne i praktyczne, ot co.

Odkręcam wodę - leci! Zapalam gaz- grzeje! Otwieram szuflady - a w środku łyżeczki! Czy to nie cud, ja się pytam? Włączyłam zmywarkę i piję sobie, zgodnie z obietnicą winko, bo jak tu nie uczcić takiego wydarzenia? Ostatni raz odpalałam zmywarkę na początku września,w Sopocie i przyznam, że dziś miałam tremę, bo to w końcu wielka zmiana w życiu kobiety.

Czekam jeszcze na szanownego pana z serwisu Ilve, by naprawił włącznik w okapie, czekam już drugi tydzień, ale dziś nie mam ochoty ani potrzeby psuć sobie dnia tak mało ważnym detalem. W końcu tu dotrze a ja powitam go z otwartymi ramionami.

A teraz proszę o gratulacje, nie musi to być zaraz owacja na stojąco, ale małe oklaski, czemu nie...

ku1ku2ku3

Ale żeby nie było złudzeń, tak wygląda nasza jadalnia:

i tu, niestety, blox mi powiedział a kuku, 13,5 KB i ani grama więcej. Jak się dowiem, co zrobić z tym problemem, to wrzucę inne foty, jak nie, nie wrzucę. Proste.

 

20:50, anitaes
Link Komentarze (13) »
niedziela, 18 kwietnia 2010
Kolacja z przesłaniem.

W piątek byliśmy umówieni z Narayaną na kolację. Oczywiście zapomnieliśmy, całe popołudnie przesiedzieliśmy w Cerbara, u Danielo, gdzie oglądaliśmy wielką, osiemnastowieczną szafę. W zasadzie to nie szafa, a mała kawalerka. Wysoka na prawie trzy metry, szeroka na 2,70, głęboka na 89 cm. Czyli kolos. Gdy zobaczyliśmy ją pierwszy raz, po prostu nas rozśmieszyła. W tej masie wydawała się szafą jakiegoś olbrzyma, staliśmy przy niej, zadzierając wysoko głowy. Następnym razem znów do niej podeszliśmy, nie dawała nam spokoju. A w piątek zaczęłam już bardzo poważnie rozważać, czy nie wstawić jej do naszej jadalni. Szukamy stale jakiegoś kredensu, ale pomysły są przecież po to, by je zmieniać. I właśnie zaczęłam sobie wyobrażać tego potwora w naszym domu, pomalowanego na ciemny, prawie grafitowo czarny kolor, stojącego na przeciwko kominka. I wyszło mi, że chyba byłoby nieźle. Bo wymyśliłam, że w środku, po otwarciu byłyby półki i blaty, na których stawiałabym jedzenie dla gości. W środku, w górnych półkach byłyby halogeny, które dawałyby wewnątrz jasne światło, a dolna część byłaby zasłonięta białą, lnianą zasłonką, gdzie trzymałabym to wszystko, czego nie zdołam upchnąć w kuchni. Na otwartych drzwiach byłyby małe haczyki, na których wisiałyby serwetki a w lnianych otwartych woreczkach sztućce. Na górnych poziomach mogłyby leżeć obrusy i inne, mniej używane rzeczy. Taki kombajn wielofunkcyjny. A po zamknięciu na tle dużej ściany stałaby sobie wyniosła szafa z czerwonym pomponem zawieszonym na kluczu. K. oczywiście gorąco zaprotestował, wyciągając setki argumentów na nie. Ato, że za duża, a to że kolor dziwny, a to, że za chwilę wstawię tam jeszcze dodatkowe łóżko.

A ja mam już wizję, i wszystko wskazuje na to, że raczej jej nie zmienię, chyba, że Danielo nie obniży ceny. Wtedy będę musiała wybierać: szafa czy szkolna wyprawka dla mojego dziecka. I raczej wybiorę szafę.

Gdy wróciliśmy do domu, kłócąc się zawzięcie w samochodzie na temat naszych szafowych potrzeb, okazało się, że jest przed ósmą. I wtedy przypomniało mi się, że Nari zaprosiła nas na kolację. Kurczę, głupio. Ale wzięliśmy wino i pojechaliśmy w stronę Monte Casale.We Włoszech czas jest bardziej płynny, uznaliśmy, że lepiej być późno niż wcale.

Droga na Monte Casale jest bardzo wygodna, asfaltowa, klasztor odwiedzają latem setki ludzi. Ale teraz, wieczorem, jest tam kompletnie pusto. Zjazd do domu Narayany jest nieoznaczony, łatwo go przegapić. Poznaliśmy go po stercie drewna - jej maż zajmuje się także sprzedażą drewna kominkowego.

To zwykły, nieubity trakt, rozjeżdżony przez koła ciągnika, z wielkimi dziurami i wystającymi kamieniami. Jechałam w ciemnościach, ostrożnie, w obawie, że zniszczę zawieszenie. Droga prowadzi w dół, w pewnym miejscu zakręca nagle na stromiźmie, w dodatku wokół sterczą korzenie drzew. Jechaliśmy na oślep, nigdy wcześniej tu nie byliśmy, nigdzie żywego ducha, żadnego światełka w oddali. Naraz pojawiły się trzy wielkie psy, każdy inny, atmosfera jak z filmu "To nie jest kraj dla starych ludzi". Nari kiedyś wspominała, że ma duże psy, więc mieliśmy nadzieję, że jesteśmy blisko. W światłach samochodu wyłonił się jakiś zardzewiały ciągnik, potem przykryta plandeką sterta dachówek, w końcu biała furgonetka. Stanęliśmy przy krzywych klatkach, prawdopodobnie na jakieś zwierzęta. Wszędzie ciemno, psy obwąchują koła, cisza. Tylko drzewa, poruszane przez wiatr, skrzypią jękliwie. Zatrąbiłam. Po chwili pojawiła się Narayana, zakutana w chustę. Okazało się, że ona też zapomniała.

Ich domek jest malutki i widać jak rozrastał się wraz z rodziną. Główna część ma ok. 30 mq, i powstała jako pierwsza 7 lat temu. Ma kamienną podłogę, kominek z otwartym ogniem , część kuchenną i duży stół, z ławami wokół. Obok, po jednej stronie jest łazienka, coś na kształt garderoby, z pomysłowymi szafami z bardzo grubego kartonu, zamykanymi na skórzane paski. Po drugiej stronie sypialnia Nari i jej męża a na antresoli, umieszczonej nad kuchnią jest pokój ich trójki dzieci. Wnętrze jest własnoręcznie przez nią otynkowane, takim grubym, niedoskonałym tynkiem i pomalowane na ciepły, ciemnopomarańczowy kolor. Nie mają prądu, baterie słoneczne dostarczają go tylko tyle, że starcza na oświetlenie, podgrzanie wody i naładowanie komórek. Wszędzie jest mnóstwo półek i półeczek, ponieważ dom ma małą powierzchnię, dużo rzeczy znajduje się na ścianach. Całość robi bardzo przytulne wrażenie, w domu pachniało lekko dymem z palącego się drewna i waniliowym kadzidełkiem. Nari postawiła na stole zrobioną przez siebie ricottę, upieczony własnoręcznie chleb, własną oliwę i pastę oliwkową oraz makaron z pesto. Siedzieliśmy i gadaliśmy prawie do dwunastej, jedzenie było rewelacyjne, lepszego chleba, zamoczonego w oliwie, nie jadłam w życiu. Mam nadzieję, że czasem będę mogła kupić od niej takie pyszności.

Wychodząc obejrzeliśmy małe kózki, które urodziły się kilka tygodni temu. Ale największym zaskoczeniem były dla nas kury, zwykłe, dobrze nam znane pospolite kwoczki, które spały na drzewie. Okazuje się, że to ich naturalne środowisko. Stąd pewnie w kurach ta potrzeba grzędy, gałęzie były dla nich doskonałym schronieniem.

Podziwiam ludzi, którzy potrafią wybrać inne, alternatywne życie. Imponuje mi, że umieją być samowystarczalni, nie boją się natury i potrafią z nią współpracować. Zazdroszę im świeżego powietrza, przestrzeni i wolności. Ale jak bardzo nie smakowałoby mi to ekologiczne jedzenie, własnoręcznie zrobiony ser czy upieczony chleb, to jednak nie potrafię wyobrazić sobie życia bez pralki, z trójką malutkich, wiecznie ubrudzonych dzieci. Kochana, słodka Nari, jesteś wielka a ja wygodna i leniwa, ale kocham swoje życie. Nad życie.

10:42, anitaes
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 kwietnia 2010
Il terremoto - naturalnie.

Terremoto czyli trzęsienie ziemi. 3,7 stopni. Niby nie dużo. Odczuliśmy je pierwszy raz od czasu, jak tu mieszkamy, w nocy z wtorku na środę, o 3.45.

Zadrżało łóżko i mała szafka, stojąca nieopodal. Obudziałam się w tej samej chwili, czując jak wszystko się kołysze. Spytałam K.- co to? Odpowiedział, że pewnie kot skoczył na szaflę i potrącił jakieś naczynia.

Rano Marta stwierdziła, wychodząc do szkoły, bez emocji: mamo, w nocy było trzęsienie ziemi. Sprawdziliśmy w internecie, na stronach włoskiego instytutu sejsmicznego. Faktycznie, w Umbrii, w okolicy Cita di Castello.

Nie jestem strachliwa, ale natura jest bezwzględna. Bezwzględne są też firmy ubezpieczeniowe - we Włoszech nie można się ubezpieczyć na tę ewentualność. Państwo przejmuje odpowiedzialność za naprawienie zniszczeń, ale jak to wygląda, można sprawdzić w L'Aquili, do tej pory tysiące ludzi mieszka tam w namiotach. Poza tym należy być obywatelem lub choćby rezydentem. Czyli muszę ruszyć tyłek i zacząć załatwiać formalności, traktując to jak swego rodzaju niedoskonałą, ale zawsze polisę. Podpisanę przez, mój Boże, pana Berlusconiego.

Wszystko ma swoją cenę. Zamieniliśmy polską, solidną płytę prekambryjską na rozdygotany Półwysep Apeniński. Teraz musimy wierzyć, że licho jednak śpi i na wszelki wypadek zaopatrzyć się w niezawodne latarki, by zawsze czekały w szaflkach przy łóżkach.

Swoją cenę ma także wybuch islandzkiego wulkanu i pył, który może być z niego wyrzucany o przez następnych kilka lat. Zadbamy w końcu o nasz samochód, zrobimy konieczne przeglądy, bo być może będzie to w najbliższej przyszłości nasz jedyny środek lokomacji na trasie Sansepolcro - Gdańsk.

13:58, anitaes
Link Komentarze (1) »
środa, 14 kwietnia 2010
Dido, miły mój.

Życie toczy się dalej. Wczoraj mój drogi K., węsząc w samotności od kilku miesięcy, wywęszył w końcu, co stało się z wielkim kamiennym zwieńczeniem naszego XII-wiecznego portalu. Bo kamienna belka powinna być, powtarzał co rusz, i pokazywał dowody w postaci wielkich bram, widocznych głównie na ścianach najstarszych kościołów w mieście.

No i znalazł belkę, która spokojnie od pewnie sześciuset lat leży sobie odkryta, żeby nie użyć eufemizmu, na naszych oczach, mało tego, depczemy po niej codziennie, a ostatnio szczególnie często, gdy gotuję na naszej kuchence na dole, ale naczynia, przyprawy i szczućce mam na górze. Co mówię, włażąc po raz piąty na górę, bo mimo, że skupiam się i wytężam, zawsze czegoś zapomnę, nie będę przytaczać, bo to same bardzo brzydkie wyrazy. Bardzo.

No więc, by skończyć te puste dywagacje powiem wprost, że belka jest pierwszym stopniem na schodach na I piętrze, bo jakże miałaby być gdzie indziej, ludzie renesansu też nie lubili się przemęczać, portal kończył się tam, gdzie zaczynała podłoga na piętrze wyżej, więc wystarczyło belkę przesunąć na podest, bez zdejmowania, i schodek gotowy.

Tzn. nie taki znów schodek, trochę skromnie się wyrażam, schod raczej, bo ma ponad 2 metry długości,, czyli szerokość portalu. K. chodzi dumny i szczęśliwy, nie dziwię się, ma prawo, ja na takie pomysły nie wpadam, niestety. Brak mi samozaparcia i szalonej duszy odkrywcy, co może i lepiej, bo ktoś musi gotować.

Ale za to dowiedziałam się niedawno, że biały pudel mieszka teraz 20 metrów od naszego domu, nazywa się, a jakże, Dido, i jest całkiem sympatyczny, pod warunkiem, że nie towarzyszy mu jego nerwowa właścicielka. Przybiegł do nas ostatnio, podskoczył idiotycznie kilka razy, pomachał żywiołowo swoim nieszczęsnym ogonkiem, ale poza tym był miły i zabawny. Nawet miałam ochotę go pogłaskać, co K. skwitował krótkim: nie przesadzaj, więc pomyślałam sobie, że ma rację, i dam spokój czułościom. Na miłość zawsze przyjdzie czas.

A wniosek jest taki, że choć ludzie upodabniają się podobno czasem do swoich pupulków, o wiele tragczniej jest, gdy to psy upodabniają się do ludzi, co dedykuję głównie wszystkim testosteronowym właścicielom psów obronnych. Dzięki Bogu, tu nie ma ani jednych, ani drugich.

12:54, anitaes
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Albo o XV-wiecznej Hiszpanii. / La Folia, Jordi Savall

 

23:42, anitaes
Link Dodaj komentarz »
Weź oddech przed snem i pomyśl o dalekiej krainie - np. o Sardynii.

22:43, anitaes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 kwietnia 2010
Il grande dolore.

Z powodu żałoby składam wszystkim najszczersze wyrazy współczucia. Mimo różnic w poglądach, są rzeczy które nas łączą.

Na naszym domu powiesiliśmy polską flagę z czarnym kirem; to była potrzeba serca.

12:42, anitaes
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 kwietnia 2010
Pobudka.

Powoli wychodzimy z wiosennego letargu. A to znaczy, że zaczynamy znów troszczyć się o nasz dom. Bo nie oszukujmy się, tak jak w każdym, nawet najbardziej zmysłowym związku, pełnym szalonej miłości, całkowitego zauroczenia, codziennego seksu, porannych czułości, huśtawki emocji, bolesnych rozstań i euforii powrotów, tak i w naszym  silnym związku z toskańskim domem poczuliśmy przesyt i zmęczenie. Ile można się można, do diabła, dotykać z tą samą emfazą i zachwycać, po raz sto sześćdziesiąty piąty, tą samą posadzką.

Wchodzimy z naszą kamienicą w etap wzajemnej akceptacji, długich rozmów i wspólnego milczenia, bez ciążącego, przykrego poczucia niestosowności ciszy, bez gorączkowego poszukiwania słów.  Może mniej w naszych relacjach ekstatycznych uniesień i motyli w brzuchu, ale nie żałuję, bo ta faza, tak jak kolejny wspólny krok do bycia razem, jest potrzebna nam i domowi i daje inne, fasynujące i nowe wrażenia. Wszystko, co do tej pory się nam tu zdarzyło i moment, w którym teraz jesteśmy jest ok.

Ten ostatni miesięc prawie nicnierobienia, przystosowania do niedogodności, niedostrzegania wad właśnie mija i czas zacząć działać. Od wczoraj na naszym tarasie pracuje Marco. Wmurował ramę pod okno w podłodze tarasu, w wtorek Lori zamontuje tam szybę, swoją drogą fascynująca sprawa, grubość ponad 3 cm, o lekko zielonkawym zabarwieniu, i zniknie na zawsze dziura, która straszyła mnie wietrzynymi nocami. Do tego czasu Marco położy na tarasie terrakotę i będzie można śmiało chodzić po nim i szklanym świetliku. Na podeście II piętra pojawi się wreszcie dzienne światło a ja będę mogła bardziej konkretnie myśleć o posadzeniu roślin i zrobieniu z naszego tarasu zielonego ogrodu.

W poniedziałek wraca też Tano i zaczyna, wraz z Narayaną skrobać sufit w jadalni. Nie zmienia to faktu, że nasza kuchnia ciągle nie gotowa. Ale dziś K. przycina blaty i zaczyna ich montaż. Właśnie wszedł, by mnie poinformować, że są kurewsko ciężkie, i znikł tak szybko jak się pojawił. Być może jutro będę mogła je olejować. Jutro też skręcamy szuflady i podłączamy zlew i zmywarkę. Jednym słowem, jest szansa na niedzielny, mieszczański obiad, ugotowany we własnej kuchni.Sama myśl o tym jest krępująca.

Przez kilka ostatnich dni jeździliśmy do pobliskiej Cerbary, gdzie odwiedzaliśmy magazyny z antykami. To całe zagłębie starych mebli, warsztatów renowacji i stolarzy. Jest tam dużo podróbek, kopii, czasem niezwykle starannie wykonanych, ale też graciarni, ze wszystkim, co ma ponad dwadzieścia i więcej lat. Szukaliśmy mebli do naszej jadalni. Myślałam o dużym kredensie, w ktorym będę mogła trzymać część naczyń a jednocześnie mającym blat, na którym będę mogła ustawiać jedzenie dla gości w B&B. Trafiliśmy najpierw do Allesandra, który robi ładne, porządne kopie. Zaprojektował nawet, wg. moich sugestii mebel, który mógłby być odpowiedni, ale nie byliśmy przekonani, czy o ten właśnie efekt nam chodzi. Potem poznaliśmy Mateo, prowadzącym imponujący salon ze starociami. Jego kopie były naprawdę świetnie wykonane, ze starego drewna, co pozwala uzyskiwać przepiękne kolory po woskowaniu. W zasadzie byliśmy prawie gotowi złożyć zamówienie, ale daliśmy sobie jeszcze dwa dni. Wszystko by tak piękne, że aż przytłaczające. Obce dla nas przez swoją doskonałość. Mateo nie krył rozczarowania, już witał się z gąską, gotowy druk do spisania umowy leżał na stole. Tym bardziej był sfrustrowany, że znalazłam u niego także wielką, kasztanową szafę do naszego ingresso. Oraz drzwi, które oddzielą nasze piętro od niższego, które będą zajmować goście. I stół, solidny, drewniany, w pięknym bursztynowym kolorze, długi na prawie 3 metry, przy którym napewno miło jadłoby się pyszne śniadanka.

Ale my nie potrafimy wybierać prostych, łatwych rozwiazań, życie musi mieć swoje skomplikowanie, trochę drapać, jak wełniany sweter z prawdziwej wełny. Więc zostawiliśmy miłego, choć może ciut zbyt sprytnego Mateo w niemiłym zawieszeniu i zajechaliśmy do ostatniego magazynu, gdzie od razu, na progu, powitała nas stara, zniszczona, powiedzmy otwarcie, prawie całkowicie zżarta przez korniki i czas toskaństa szafa, duża i niemiłosiernie koślawa. Po prostu piękna. Daniele, młody chłopak, właściciel, miał u siebie jeszcze inne cuda. To było to, o co nam chodziło: prawda, nawet jeśli jest niedoskonała i trochę rozklekotana. Znalazłam tam cudowny, krzywy stolik kuchenny, ze takimi śladami używania, że blat zrobił  się w środkowej części wyżłobiony w łódkę, krzesła do jadalni, z wyplatanymi siedziskiami, każde inne, w innym odcieniu, od zielonkawej szarości, przez prawie czerń do czerwono-żółtych barw drewna, i inne meble, które choć bardzo interesujące, nie pasowałyby do naszego prostego domu. No i szafa, o której wspomniałam. Okazało się, że szafa po renowacji będzie i tak tańsza od tej, którą miał Mateo, więc wczoraj wróciliśmy i zamówiliśmy ją. Obok Daniele ma swój warsztat przemiła pani w średnim wieku, która zajmuje się renowacją i to ona będzie ją odświerzać. Ustaliliśmy szczegóły, postanowiliśmy, że będziemy co kilka dni przyjeżdżać, by wspólnie wybrać najlepszy efekt, bo zależy nam, by nie odnawiać jej zbyt perfekcyjnie, żadnego odpicowania. Nasz dom by tego nie zniósł. Zaprosiliśmy ją wraz z mężem do nas, bo mamy w domu znalezione w naszej piwnicy stare, XVII- wieczne, kompletnie zniszczone drzwi, które chciałabym umieścić w wejściu do jadalni. Trzeba je wzmocnić, utwardzić, zmienić położenie okuć, zamontować uchwyty. Są piękne jak obiekty sztuki, czarno - szare, poorane i niestety, bardzo umowne, jeśli chodzi o wartość użytkową. Myślę, że oni będą wiedzieli, jak sobie z tym poradzić.

Wiele rzeczy, w tym stół do jadalni zamówiłam w pewnej włoskiej firmie, która zaopatruje sklepy z wyposażeniem wnętrz. Te same lustra czy stoliki, które zamówilam w internecie, po dotarciu do sklepów, drożeją o 500 %. To chore. Firma swoje produkty sprzedaje wyłącznie innym firmom, ale przyznaję, uciekłam się do małego, niewinnego kłamstewka, wymysliłam nawet nazwę mojej skromnej firemki i dostałam login do internetowego sklepu. A jak złożylam zamówienie, nikt już nie pytał o szczegóły. Tak więc pod koniec kwietnia przyjadą stoliki pod lampy, lustra, wspomniany stół, swieczniki i inne drobiazgi, które umilą przestrzeń. Pod warunkiem, że nadejdzie dzień, gdy będę mogła je wypakować z pudeł i ustawić w tej przestrzeni. Ale nie oczekujmy zbyt wiele, piano, piano, jak powiedziałby Renato, na wszystko przyjdzie czas.

11:15, anitaes
Link Komentarze (3) »
wtorek, 06 kwietnia 2010
Roosh your ass.

Pierwsze święta wielkanocne we Włoszech to nie była wielka wyżerka. Szynka, jak wiadomo wylądowała w koszu na lotnisku w Gdańsku, nie zrobiłam tradycyjnej już sałatki, bo nie mam ogórków kiszonych, K. nie upiekł tradycyjnie drożdżówki, bo wiadomo, cuccina non e pronta.

Pojechaliśmy więc, prawie na czczo, do pobliskiej Citerny i Monterchi. Wiało i padało. Ale uznaliśmy, że trzeba ruszyć tyłki, bo się starzejemy na tej naszej  emigracji. I okazało się że trafiliśmy w fajne miejsca. Oddalone od Sansepolcro nie więcej niż 10 kilometrów, inne niż np. pobliskie Anghiari, które jest zbyt wietrzne i strome, obydwie miejscowości mają swój nieśmiały urok. Monterchi ujęło mnie bardziej, kameralne, malutkie, prowincjonalne do bólu. W Citernie za to trafiliśmy krytą uliczką do podziemi miasteczka, gdzie, zgodnie z nazwą mieszczą się rzymskie cysterny na wodę. Niezwykłe miejsce, ciche, puste, wśród ścian roznosi się tylko odgłos kapiącej wody. Idealne na ekspozycję sztuki. Zresztą same cysterny są także niezwykle malarskie. Potem nie wiem jakim sposobem, otworzyłam jakieś zamknięte drzwi i znaleźliśmy się w na dziedzińcu ratusza miejskiego, zamkniętego na cztery spusty, bo to w końcu święta. Więc musieliśmy radzić sobie sami i otworzyliśmy główne drzwi urzędu, wychodzące na ulicę i przez nikogo nie zatrzymywani wyszliśmy na zewnątrz. Drzwi nie udało zamknąć się od ulicy, więc prawdopodobnie do dzisiejszego ranka zostały otwarte. Taki mały polski ślad w pozbawionym większych zmartwień miejscu. A poza tym wiosna pełną gębą, co widać, słychać i czuć.

wiosenkaciterna1citerna2citerna3citerna4

A to jest to co lubię we Włochach najbardziej, czyli ich bezwarunkową miłość do swoich samochodów. Wszystkich.

auta

16:38, anitaes
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 kwietnia 2010
Giro d'Italia

Aby na święta uruchomić kuchnię, położyć blaty i zrobić świąteczny obiad, musimy wymienić jedną z szafek Ikea. Nie daje się jej wcisnąć, brakuje 1,5 cm. Zamiast 80 cm, będzie 60. Wyruszamy więc do Florencji, bo tam jest najbliższy sklep. Słonko świeci. Jest nieco tłoczno, wiadomo - święta. Uśmiechamy się wyrozumiale, muzyczka gra, jest fajnie. Wyjeżdżamy o 17.30. Trochę późno, ale nasz poczciwy gps mówi: spoko, o 19.05 jesteście na miejscu. Wierzymy mu, choć nie powiniśmy. Zwłaszcza po tym, jak w drodze do Urbino wjechaliśmy w San Giustino ciasnymi, krętymi uliczkami na czyjeś podwórko. Właściciel wpadł w szał. Ale zostawmy to. Stara historia. Jedziemy więc sobie, Tracy Chapman nam przygrywa, wokół szaleje wiosna. Widzę, że paliwa starczy nam na 189 km. Ok, my nasz cel za 140 km. Jakby co, zatankuję na trasie.

Po drodze mijamy rowerzystów, zaczął się już sezon. Śmiejemy się, że aby pojeździć po okolicznych górkach, przebierają się w super hiper profesjonalne ciuchy, okulary, czapki, buty. Do tego najdroższe rowery, jakieś Campagnolo czy Cannondale, bidony, zegarki. Jak lans to lans. Czapka pasuje kolorystycznie do roweru, rower do butów, buty do pompki. Wyglądają, jakby zgubii się na Tour de France albo Giro d'Italia.  Kocham ich za to. Ubarwiają życie, jak Priscilla, królowa pustyni.

Najpierw do Arezzo, potem wjazd na A11, Rzym - Florencja. Ruch na autostradzie z każdym kilometrem rośnie. Zatrzęsienie tirów. Wygląda, jak by jechali na jakiś tirowy zjazd. Ale nie narzekajmy. Za Arezzo burza. Nie jakaś tam zwykla, nie. Małe trzęsienie ziemi. Zwalniam, bo widoczność spada do kilku metrow. Do Montevarchi gnamy sześćdziesiątką. Gps mówi, żeby się nie przejmować, bo 19.15 będziemy w Ikea. Wypogadza się tak samo nagle, jak zaczęło lać. Mijamy San Giovanni Valdamo i stajemy. Korek. Roboty drogowe, jak informują porozstawiane przy trasie tablice. Żeby było fajniej, na odcinku 50 km. Wokół nas samochody wypakowane po dach wielkimi wielkanocnymi jajami w celofanowych owijkach, ze sterczącym piuropuszem każde. A pomiędzy nimi, dzieci, matki, wózki, pieluchy, termosy. Wyjątek stanowi stojące za nami Ferrari, wypełnione wyłącznie siedzeniami w słonecznym kolorze i nieziemsko pięknym kierowcą. Niestety, tak jak większość kierowców, właściciel czarnego Ferrari myśli, że w swoim wozie jest niewidzialny, i z zapamiętaniem dłubie  w zębach. Wzdycham. Nie ma ideałów.

Poruszamy się skokami. Jedziemy chwilę w miarę szybko i po kilku kilometrach stoimy. Od celu dzieli nas 30 min., gdy stajemy na dobre. Problem w tym, że wskażnik paliwa pokazuje, że natychmiast powinniśmy uzupełnić bak. W trakcie burzy jedną stację ominęłam, druga była nieczyna ze względu na remont drogi. Muzyczka już nie gra - wyłączyłam radio, światla i ogrzewanie, bo ten sposób zyskam dodatkowe kilka kilometrów. Gps mówi, że o19.55 będziemy na miejscu. Posuwamy się wolno, słońce zachodzi, wokół zielona zieloność winnic. Gdyby nie pusty bak, sklep zamykany o 21.00 i te wszechobecne, wyzierające zza szyb samochodów wielkie, błyszczące jajka, powiedziałabym, że życie jest piękne.

W Scandicci postanawiamy zjechać, w naszym baku jest pustka. Uznajemy, że lepiej będzie nie stanąć bez paliwa na autostradzie. Ci wszyscy ludzie wokół nas, w świątecznym nastroju, podkręconym dodatkowo staniem w korku z jajkami i teściową na tylnym siedzeniu nie byliby zadowoleni, gdybyśmy zablokowali jeden jedyny pas ruchu. Przy zjeżdzie, na bramce pytamy o stację. Dritto, un kilometro. Acha, prosto, 1 km i żyjemy. Dojeżdżam do ronda. Dritto, dritto, powtarzam i skręcam w prawo. Czyli destra. Patrzymy na siebie bladzi i zaskoczeni. Wjechałam na drogę jednokierunkową, szybkiego ruchu, bez możliwości zjazdu. To typowe dla mnie, w dzieciństwie dostałam pysznego pączka, wyjęłam z papierowej torebki, zgniotłam ją, zatrzymałam się przed koszem na śmieci, chwila zastanowienia i sruu, pączek wylądował w koszu. Pamiętam zaskoczenie, gdy patrzyłam na trzymany w dłoni pognieciony papier i pączek na dnie smietnika.

W końcu jakiś zjazd i jesteśmy wśród pól golfowych i rezydencji z wypielęgnowanymi trawnikami. Nasz samochód jedzie na powietrzu. Milczymy. Skupiam się, aby jak najmniej cisnąć na gaz. Przystajemy przy restauracji. Stacja za pół kilometra. Nareszcie docieramy. Do podstawowych przyjemności życiowych dodaję dziś tankowanie. O 20.08 powinniśmy być u celu. Wracamy na autostradę, jak się okazuje tylko po to, by po 500 metrach zjechać, postać w korku, objechać rondo i zawrócić. Znów jesteśmy przy zjeździe na Scandicci. Obiecuję K., że jak wrócimy do domu, wrzucam gps do studni. To kretyn. Byłam tu kilka minut temu, mogłam zawrócić przy bramkach. Straciliśmy całe 10 minut!

Do zjazdu na Sesto Fiorentino docieramy o 20.30. Jest już ciemno. Dla mnie nawet bardzo ciemno. Jestem pewna, że szwankują światła w naszym samochodzie. Ale nie. Zapomniałam zdjąć okulary przeciwsłoneczne i jadę od pół godziny po omacku. Uprzejmy pan na bramce każe jechać prosto, do Ikea jest jeden kilometr. Faktycznie, w oddali widać świecąco na żółto napis. Przybijamy piątkę. Zjeżdżamy na centrum Sesto. Neon Ikea mamy na wyciągnięcie ręki. Upieram się, że zjazd do sklepu będzie bezpośrednio z drogi ekspresowej. K. uważa, że powinniśmy szukać drogowskazów na widocznym w oddali rondzie. Postanawiam wrócić na obwodnicę, zawracam nieprawidłowo, wjeżdżam z powrotem na drogę szybkiego ruchu i zostawiam Ikea za nami. Zjazdu nie ma. Wiem, błąd. Do zamknięcia sklepu zostało 30 minut. Jedziemy przed siebie. W końcu jest zjazd. Wracamy. Rondo, McDonald, Ikea. Po pięciu minutach wjeżdżamy na prawie pusty parking przed marketem. Nie mamy czasu na smakowanie zwycięstwa i przeżucie ostatnich porażek. Biegniemy do środka. Niech żyje korporacja. Wszystko identycznie jak w Gdańsku, hol, schody, po lewej restauracja, przed nami kanapy. Gnamy na dział kuchnie. Pustka, ostatni klienci dźwigają torby do kas. Jest 20.50. O 20.55 mamy w garści zamówienie na szafkę. Teraz sprint na dół do magazynu, szukanie wózka, regałów i o 21.05 jesteśmy przy kasie. Ostatni maruderzy, niespeszeni faktem, że sklep nieczynny, grzebią w koszach przed kasami. Jak zwykle we Włoszech, wszyscy ze wszystkimi gadają. Kasierki uśmiechnięte, mimo że powinny już zakładać buty i pędzić do domu. Naprzeciwko w magazynie odbieramy fronty i wracamy. Teraz tylko wieczorne korki na ulicach Florencji i przy wjeździe na autostradę i jedziemy. Od kilku godzin marzyliśmy o kawie. Stajemy na stacji o 23.00. Najlepsza kawa w życiu. W domu lądujemy dokładnie o 24.00. Puste uliczki Sansepolcro koją nas bezgłośnie. Cisza, spokój, miasto śpi. Przed snem pijemy wino. Jest druga w nocy. Niech żyje nudna prowincja! Viva nostro zadupie!

09:45, anitaes
Link Komentarze (7) »