RSS
piątek, 29 marca 2013
Ideały.

Dzisiaj nie napiszę o tym, że:

- Castello mnie przytłacza a dom w Umbertide przyprawia o zawał

- że miałam tu żyć powoli i bez deadline`ów a wyszło jak zwykle

- że zazdroszczę Li, bo ciężko mi schudnąć

- że do Sansepolcro przyszła wiosna, potem zima a teraz to nie wiadomo co

- i o tym, że nie lubię Wielkanocy i żadnych pisanek nie będzie

- i że generał strasznie chory na serce i wszystko jest możliwe

- a mój pies ma nocne koszmary i wyciem nie daje mi spać

- ani też o tym, że znów jestem, proszę pana, na zakręcie.

Napiszę dziś o ideałach, tych najczystszych, źródlanych, naiwnych i kruchych, które, mimo upływu lat, wciąż mnie wzruszają.

Tak, kiedyś wszyscy mieliśmy skrzydła.

A poza tym, poza tym moi drodzy, w tym ciężkim, monotonnym dudnieniu codziennych wiadomości i serwisów, pełnych miałkich informacji o niczym, gdzie twarz jakiejś Pawłowicz zlewa się z twarzą matki Madzi, gdzie noblista publicznie puszcza bąki i dziwi się, że towarzystwo wychodzi z pokoju, gdzie na martwe ciało euro nakłada się kolejną warstwę różowego pudru, w oparach bagiennej mgły i alkoholowego chuchu hierarchy, w tym wszystkich, dzień po dniu, niepostrzeżenie obojętniejemy.

I w końcu jest tak, jakbyśmy pogodzili się z faktem, że polityka to te serwowane nam codziennie macanki i podszczypywania, jak w marnej tancbudzie w dowolnym mieście powiatowym.

 

Robert Francis "Bobby" Kennedy:

" (...)  Kiedy rzucamy się na strukturę czyjegoś życia, którą inny człowiek żmudnie i pieczołowicie utkał dla siebie i dla swoich dzieci, kiedy tylko to czynimy, cały naród jest poniżany.
   Jednak wydaje się, że tolerujemy rosnący poziom przemocy, który ignoruje nasze wspólne człowieczeństwo i nasze nadzieje cywilizacyjne. Za często czcimy zarozumiałość, buńczuczność i tych, którzy sprawują władzę przy pomocy siły. Za często wybaczamy tym, którzy chcą budować własne życie na zrujnowanych marzeniach innych ludzi.

  Ale jedno jest pewne, przemoc rodzi przemoc, represja rodzi odwet, i jedynie oczyszczenie całego społeczeństwa usunie tę zarazę z naszych dusz. Bowiem kiedy uczysz człowieka by nienawidził i bał się swojego brata, kiedy wpajasz mu, że jest gorszym człowiekiem ze względu na rasę i wiarę, bądź zasadom, którym jest wierny, wtedy uczysz tych, którzy różnią się od ciebie, że stanowią zagrożenie dla twojej wolności lub pracy, twojego domu lub rodziny i sam również uczysz się stawać w obliczu innych nie jako obywatel, lecz jako wróg. Nie licząc na współpracę lecz na podbój. By zostać ujarzmionym i rządzonym. Uczymy się patrzeć na naszych braci jak na obcych. Obcych, z którymi potrafimy się dzielić miastem ale nie społecznością. Ludzie połączeni wspólnym miejscem zamieszkania lecz nie we wspólnym celu. Uczymy się dzielić tylko wspólnym strachem, wspólną chęcią oddalenia się od siebie. To tylko wspólny impuls do rozwiązywania nieporozumień przemocą.

Nasze życie na tej planecie jest za krótkie. Praca do wykonania zbyt wielka, by ten stan ducha dalej rozkwitał w naszym kraju. Oczywiście nie da się go usunąć programem czy rozporządzeniem ale może uświadomimy sobie, chociaż na jakiś czas, że ci, którzy żyją obok nas są naszymi braćmi, że wspólnie dzielimy krótkie życie, że oni szukają, tak jak my szukamy szansy, by je godnie spędzić zgodnie z zamierzeniami i w szczęściu, osiągając zakładaną satysfakcję i spełnienie.

Na pewno te więzy wspólnego przeznaczenia, więzy wspólnych celów mogą nas czegoś nauczyć. Przynajmniej może nauczymy się dostrzegać wokół naszych bliźnich i z pewnością rozpocząć pracę nad zagojeniem naszych ran by w naszych sercach stać się braćmi i rodakami… ponownie. "

 

Alleluja. Wesołych Świąt.

11:03, anitaes
Link Komentarze (5) »
czwartek, 07 marca 2013
Morowe powietrze czyli patriotyzm po polsku.

Ledwo przyjechałam do Polski, ledwo rozpakowałam bagaże, ledwo postawiłam nogę na sopockim gruncie, już mnie powaliło.

Najpierw suchy kaszel /to musi być rak - pomyślałam/, potem drapanie w gardle - /bezdyskusyjnie nowotwór krtani/ a potem oczywiście katar /tu zabrakło mi pomysłu na zdiagnozowanie tak śmiertelnego objawu/- tak wielki, że wypłukał z mojej głowy każdą, najpłytszą myśl, a potem...potem  umarłam, jak prawdziwy mężczyzna trafiony przez grypę.

Ale oto zmartwychwstałam i jutro wracam. Wracam do Liz z zamku która tupie ze złości, bo chce byśmy zajęli się kolejnymi pomieszczeniami, wracam do Debbie, która kupiła dom w Umbertide a teraz naciska mailami z Stanów, by jego remont już ruszył.

Wracam w końcu do mojego dziecka, które postanowiło zdawać maturę rok wcześniej i przez kilka miesięcy musi zaliczyć czwartą i piątą klasę, a które zamiast się uczyć zajmuje się teraz domem i kotami.

Wracam wreszcie, by w końcu przygotować tekst do wydawnictwa, bo w czerwcu deadline.

Morowe powietrze najpierw mnie zabiło a potem uleczyło. Udało mi się przy okazji schudnąć 4 kilo i rzucić palenie - czego nie zdołałam zrobić wdychając przez dwa lata zdrową włoską bryzę.

I dlatego kocham ten kraj jak żaden inny.

 

 

07:13, anitaes
Link Komentarze (6) »