RSS
środa, 28 marca 2012
Zmiany.

Zawsze uważałam, że zmiany są fajne. Dają energię. Zmuszają do uruchomienia myślenia. Wytrącają z utartych, rozjeżdżonych jak polskie drogi torów. Lubię zmiany.

Po ostatnich doświadczeniach powiem jednak: z jednym wyjątkiem. Nie mogą dotyczyć operatora internetu.

Postanowiliśmy zasmakować nowego TeleTu i porzucić na zawsze TelecomItalia. Zapragnęliśmy odżywczej zmiany. Jakby to co stare i sprawdzone, mimo swoich zalet, wymagało wymiany. Czysta forma konsumpcjonizmu.

Błąd.

Oczywiście kierowała nami chciwość. Żadna tajemnica. Chciwość rządzi światem. Zacieraliśmy rączki z tej chciwości. Chichotaliśmy chciwie i radośnie. Płacić 30 euro zamiast 90 - co za satysfakcja i złoty zysk.

No i się zaczęło: zmiana rutera. Zmiana modemu. Nowe przejściówki. Kable eternetowe. Zwykłe kable. Plątanina czerwonych, niebieskich, szarych kabli.  I tych żółtych, najgorszych, jak oczy diabła. Telefony do TeleTu. Do rodziny. Do znajomych informatyków. Konsultacje. Zwroty jednych  i zakup nowych ruterów. Z wyjściem do telefonu. Bez wyjścia. W kształcie tuby i w kształcie tradycyjnym.

Kilka dni staliśmy stłoczeni w schowku. W tym samym, gdzie koty mają toaletę. Gdzie stoi zapasowe łóżko i walizki. Ja, mój mąż, Marta i Chus, jej chłopak. Powoli ogarniała nas choroba alpinistów. Mieliśmy na zmianę ataki głupawki i agresji. Kable zdominowały całą przestrzeń. Ba, nasze dotychczasowe życie. Bo sprawa się skomplikowała. Nasz telefon internetowy Freeconetu, z trójmiejskim numerem zamilkł. Internet zgasł po długiej agonii. W domu zapanowała złowroga cisza. I tylko te lampki w ruterze świeciły czerwonym, złośliwym blaskiem.

W końcu zadzwoniliśmy jeszcze raz do TeleTu. Sięgnęliśmy do naszych korzeni. Wróciliśmy do polskiej retoryki. Byliśmy bezlitośni. Wycedziliśmy, że wracamy do TelecomItalia. Dosyć tej męki i szarpania naszych nerwów, pozwijanych ciasno jak kable telefoniczne. Dosyć tej zmiany.

I wtedy nastąpił cud. Zaświeciły zielone lampki. Zamrugały do nas z nadzieją. Potem pojawił się Google. Wlazły stare maile. Zadzwonił telefon. Wróciło, kurczę, życie.

Oni czegoś tam nie włączyli. Ale potem się zorientowali. I włączyli. Ale się nie przyznali, bo i po co? Ludzie na całym świecie są podobni. Nie lubią mówić o swoich błędach. Rozpierała nas wściekłość i wzruszenie. Tym bardziej, że po dziesięciu minutach ktoś znów od nich zadzwonił, by spytać o jakość ich serwisu. Mała ankieta. Kilka pytań. Rzuciliśmy słuchawką. Tak, by zrozumieli  przekaz. Chyba dotarło, bo już potem nikt nie dzwonił.

Powiedziałam, że lubię zmiany? Chyba byłam pijana. Albo bardzo młoda. Ostatnio dochodzę do wniosku, że ze zmianami należy uważać. Zmiany w życiu okupuje się czasem samym życiem.

10:29, anitaes
Link Komentarze (5) »
sobota, 17 marca 2012
Spełnione życzenia.

Ludzie grają w lotto, zbierają pieniądze na podróż marzeń, śnią o miłości życia. W tych snach rzeczywistość znika jak wymazany gumką rysunek, nieudany i pokraczny, w szarym kolorze ołówka a w jej miejsce pojawia się świetlista wizja cudownego, upragnionego stanu: wolności od problemów, dostatku, zdrowia, urody, niekończącego się szczęścia, bycia wreszcie na właściwym miejscu.

Mnie natomiast zawsze interesował stan "po".

Co się dzieje, gdy w końcu życzenia się spełniają? Gdy sięgnęliśmy nieba? Gdy mamy to, o czym marzyliśmy w ciemne, ciche noce, czasem przez wiele nużących lat? Czy ogarnia nas błogostan czy pustka? I o czym wówczas rozmyślamy nocami?

Ktoś powie: trzeba się cieszyć. Ok. Cieszymy się więc. Używamy. Doświadczamy. Ale stan szczęścia nie jest permanentny. W końcu mija a my wciąż jesteśmy w świecie, który ściele się nam do stóp. W którym staliśmy się królami życia. Trzymamy świat w garści i czujemy, jak bije jego serce. Tyle tylko, że zapłaciliśmy za niego najdroższą posiadaną walutą.

Czy warto trwonić marzenia na spełnianie marzeń?

Nie wiem dlaczego, ale wróciło do mnie pewne wspomnienie: czy ktoś jeszcze pamięta ten moment z dzieciństwa, we wrześniu, gdy rozpoczynał się rok szkolny i leżały przede nim nowe, czyste zeszyty? Pierwszą stronę zapisywało się pięknym, równiutkim pismem. Czasem jeszcze drugą. Ale kolejne już nie.

A wracając do spełnionych marzeń: jak je oswoić i polubić, gdy swój dotychczasowy stan lotny zmieniły na stały? I co pozostaje w duszy, gdy marzenia ją opuszczą? Do tej pory miały w niej swoje ciepłe, zaciszne miejsce. Mały kącik albo rozległe przestrzenie. Teraz hula tam wiatr.

Obejrzałam właśnie film "Capote". Po raz drugi czy nawet trzeci. Piękny film. Chłodny choć parzący. Pełen subtelnych emocji, które wydają się być przybite do każdej sceny pordzewiałymi gwoździami.  Udręka pisarza, wybrańca bogów i ulubieńca elit , który w imię sztuki splótł swoje życie z bohaterami pisanej przez siebie powieści. Splótł na zawsze i tak mocno, że gdy w końcu obydwaj opisywani przez niego zabójcy po wielu latach oczekiwań zawisną wreszcie na stryczku, Capote skończy powieść życia i przepłaci to wszystkim co posiada - jego talent pochłonie piekło spełnionych marzeń.

Jego kolejna, ostatnia niedokończona nigdy książka nosi tytuł " Spełnione życzenia". Nieudana próba odczarowania losu, która ostatecznie odebrała mu ostatnią rzecz, na której mu w życiu zależało: grono wiernych i, wydawać by się mogło, zawsze podziwiających go przyjaciół. To właśnie tam zawarł cytat ze Św. Teresy z Avila, o którym kiedyś już tu wspominałam a który wciąż mnie fascynuje:

"Więcej łez wylano z powodu spełnionych życzeń niż z powodu niespełnionych."

20:10, anitaes
Link Komentarze (10) »
czwartek, 15 marca 2012
Pokajanie procentowe.

Kajam się. Nie było mnie tutaj bo wróciła Emma. Bo kwitnie życie domowe. Bo zaczynam uprawiać włoskie podatkowe pole. Bo pieszczę dom w Anghiari a na dodatek mam stałe baczenie na sprawy kocie i inne sprawy.

Kajam się więc i tym kajaniem chcę zadośćuczynić wiernym czytelnikom, którzy codziennie tu zaglądają i widzą jedynie przeterminowanego Kolesia lub white russian, po raz dziesiąty, czyli do mdłości.

Zatem:

- pierwszej osobie która do mnie napisze oddam na tydzień, w maju lub w czerwcu - daty do uzgodnienia -  za 50 % ceny pokój piccolo

- drugiej dam zniżkę 40 % - żeby nie było, że kto pierwszy ten lepszy

- a trzeciej - dla równowagi i adekwatności - 30 %

Czekam na maila.

Jeśli w kwietniu będzie mnie tak mało jak w marcu to obiecuję za miesiąc znów zrobić takie a kuku.

Albo nie, nie obiecuję - ze wspaniałomyślnością tak jak i z samobiczowaniem nie należy przesadzać.

Ciao.

23:55, anitaes
Link Komentarze (7) »
środa, 07 marca 2012
Dudeizm.

Przypominam:

Biały Rosjanin składa się z 50 ml Kahlua, z 100 ml skondensowanego mleka, 100 ml wódki i kostek lodu.

Dziś dzień Kolesia. Wypijcie jego zdrowie. Gdyby nie Big Lebowski, świat byłby spięty, dopasowany i trzeszczący jak garnitur szyty na miarę.

Jak wiadomo, życie już takie jest: czasem ty zjadasz batona a czasem on zjada ciebie.

W innym tłumaczeniu w miejsce batona pojawia się niedźwiedź, ale, odpowiedzcie sobie sami, jakie to ma znaczenie?

Równie dobrze mogłaby to być kura - Koleś przyjąłby to z takim samym, niewzruszonym spokojem i zrozumieniem -

- czego wszystkim nam życzę.

07:00, anitaes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 marca 2012
Piekielne zdroje czułości.

Wiosenne przesilenie właśnie się przesiliło a energia spłynęła z nieba i dała rozgrzeszenie naszym zimowym niecnotliwym uczynkom. Ranki jeszcze chłodne ale za to od wczesnego popołudnia słońce szaleje. Wczoraj było 25 C, wszystkie okna w naszym domu otwarte, sprzątam zeschłe badyle czyli to, co w zamyśle miało być uroczym zielonym zakątkiem ale nie przetrwało moich czułych zabiegów pielęgnacyjnych.

Wieczorem wyjęłam z szafy swój letni płaszcz i poszliśmy na spacer. Włosi oczywiście w puchowych kurtkach i wełnianych szalach, oni potrzebują bardziej oczywistych argumentów by uznać, że zima za nimi, choć z drugiej strony trochę rozumiem tę ich ostrożność i zapobiegliwość, rok temu pod koniec marca szalała tu śnieżna zamieć.

Rozmawialiśmy ostatnio z parą Rzymian; mieszkają w Sansepolcro od kilku lat, przyjechali za pracą, którą zresztą właśnie jedno z nich straciło. Ze pewnym smutkiem stwierdzili, że Toskańczycy są niezwykle zamknięci i pełni dystansu do obcych/?!/. Dziwny jest ten świat. Dla nas nasi włoscy znajomi i sąsiedzi są tak otwarci, że czasem musimy chować się przed tą ich zachłanną bezpośredniością, w obawie, by nas całkiem nie pochłonęła i nie pożarła. Jak w takim razie wyglądałoby nasze życie w Bazylikacie, Apulii czy Kalabrii? Czy nasze ogryzione, białe kości porastałaby już pierwsza, wiosenna trawa?

Mam wątpliwości, czy przeżyłabym tę pozbawioną zahamować uczuciowość - podobnie jak moje biedne, obumarłe rośliny na tarasie, które przecież każdej wiosny darzę tak wielką sympatią...i podlewam, podlewam, podlewam...

09:05, anitaes
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 marca 2012
Cisza.

Nie piszę, nie dzwonię, nie mówię.

Jestem zmęczona.

Poczekajcie.

W tym czasie zajmijcie się kupowanie biletów na Dead Can Dance. 15 października będą w Warszawie.

Powodzenia.

09:45, anitaes
Link Dodaj komentarz »