RSS
wtorek, 29 marca 2011
Choroby są wśród nas.

Drapie mnie w gardle i nic mi się nie chce. Ktoś może powiedzieć, że to przeziębienie. Albo początek grypy. Ha! Naiwność. Pójście na łatwiznę i skrajna nieodpowiedzialność. Powiem więcej, głupota.

Przecież wiadomo, że takie niewinne drapanie w krtani to pełzający rak gardła. A nagłe kłucie w sercu? Oczywiście zawał. Wieczorny ból w kościach i stawach? To musi być białaczka. Nowy pieprzyk? Czerniak. Migrena? To na pewno początek wylewu.

Wpadam w panikę. Robię pośpieszny rachunek sumienia i solenne obiecanie poprawy. Zapewniam siebie i wszystkich świętych, że teraz to już naprawdę, tylko brokuły i sałata, żadnych słodyczy, ani jednej ulubionej "Danusi", ani jednej czekolady z orzechami. Te cztery marne fajki dziennie ograniczę do jednej, do porannej kawy, błagam, odkurzę materacyk do ćwiczeń, naiwnemu psu przyobiecam długie, naprawdę długie spacery, zagrzeję wodę na zieloną herbatę, kawę odstawię na najwyższą półkę a z szuflady wyciągnę magnez.

A potem zapominam o wszystkich tych obietnicach, o wszystkich zdrowych nawykach, o wszystkich przedłużaczach życia aż do następnego ukłucia w uchu lub w łokciu, co zwiastuje moją kolejną, niechybną śmierć.

Pamiętam, jaką ulgę poczułam, gdy usłyszałam w którymś z filmów Larsa Van Triera, zdaje się, że w Idiotach, że cierpi on na tę samą przypadłość i że umiera kilka razy dziennie na wszystkie choroby świata. I jak pomyślałam sobie wtedy, że to niesprawiedliwe, bo hipochondria to zdaje się raczej męska domena, większość mężczyzn zna to bolesne umieranie od kataru i widzi długi, zakończony świetliście tunel, gdy boli ich głowa, więc dlaczego natura tak ze mnie zakpiła? W poprzednim wcieleniu byłam facetem? Rodzice chcieli synka? A może noszę w głowie brata bliźniaka, medycyna zna przecież takie przypadki, straszne przypadki, brata bliźniaka, który żyje, się rozwija i pluje testosteronem? Boże, to na pewno to!
06:35, anitaes
Link Komentarze (10) »
piątek, 25 marca 2011
Ckni się.

Dziś piątek. A w piątki najbardziej na świecie brakuje mi: Trójki z Mannem i Drakulą, Wyborczej na stole i kawy. Oczywiście, kawy tu dostatek, więc to mogę sobie darować. A Trójkę i Wyborczą mam w komputerze, wystarczy kliknąć. Ale, powiedzmy sobie szczerze, co to za Trójka i co to za Mann, jakiś taki klikany?... I co to za Wyborcza?...Nie szeleści, nie pachnie farbą ani świeżymi bułkami ze sklepu na dole, które przyniesione razem w siatce, lubiły się zapachowo z gazetą pomieszać. I podzielić tej Wyborczej nie można, na okładkę i środek, żeby starczyło dla dwojga, no, nędza po prostu. Ech...Piątkowe poranki są najgorsze, zupełnie nie rozumiem, dlaczego?

11:13, anitaes
Link Komentarze (14) »
czwartek, 24 marca 2011
Potykając się o własne nogi.

W toskańskich miastach przeważa kolor kamienia. Gdzieniegdzie trafi się ceglana ściana. Tynki, przez setki lat moczone i spłukiwane deszczem spadły lub stracił swój prawdziwy kolor. I tylko czasem, pod samym dachem, potykając się o własne nogi i nierówny bruk, mogę zobaczyć blade resztki obmalowań.

Oglądam stare miasta i czuję się w nich tak, jakby czas się cofnął. Spękane mury, drewniane bramy, zaśniedziałe kołatki, kraty w oknach. Ale przecież nie oglądam prawdy. Widzę jedynie wyblakłą od słońca i wody, spłowiałą reprodukcję, na której rzeczy straciły swój pierwotny wygląd i kształt. Cień tego, co mogłabym zobaczyć, cofając się o kilkaset lat.

Ten cień ciągle jest wart wzruszeń. Już fakt, że przetrwał jest zachwycający. Choć malarstwo  z XIV i XV wieku uświadamia mi, co zniknęło. Poniższe zdjęcia zrobiłam dzisiaj rano, idąc przez puste o tej porze miasteczko, z zadartą do góry głową.

Jestem pewna, że w tamtych czasach towarzyszyła temu walka na piękno. To widać, że dom stawiano przeciw innemu domowi. Musiał być jeszcze większy i jeszcze dostojniejszy. Do tej pory Włosi lubią zadziwiać i czuć satysfakcję z własnej urody, stroju, kobiety lub samochodu. Każda nacja ma swoje szaleństwa i obsesje.

p1p2p3p4p5p6

Ludzka natura ma swoje ograniczenia. Ale czy nie byłoby przyjemnie żyć w czasach, gdy jako oręża używano koloru i rysunku? Gdy to malarstwem pokazywano sąsiadowi swoją pogardę i wyższość, zamiast pluć mu na klamkę ? Chyba nie miałabym nic przeciwko temu...

p7p8p9

 

 

 

09:52, anitaes
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 marca 2011
Specjalnie dla M. Najwęższy dom świata.

Najwęższy dom świata znajduje się na Via Aggiunti.
Aby w nim zamieszkać, trzeba być chudym człowiekiem.
Trzeba być Włochem. Prawdziwym Włochem. W wąskich spodniach, dopasowanej marynarce, z fantazyjnym szalikiem na szyi, w kolorze cudownej ultramaryny i w okularach słonecznych, koniecznie.

Trzeba rano wypijać małą kawę i zjadać świeżutki rogalik. Potem, o 11.00, druga kawa. O 13.00 panini lub makaron, ewentualnie kawałek pizzy i wino, bezsprzecznie. Potem, o 18.00 małe co nieco, do aperitifku, tylko na ząb.
O 20.00 solidne jedzonko, pasta, mięso, sałata, wino, oczywiście, kawa, nie zapomnijmy o słodkim kawałku czegoś pysznego i kieliszku grappy. Lub limoncello, wyłącznie na trawienie.


Wtedy dopiero wracamy do naszego domku /zdjęcie poniżej/, sprawdzamy co zawiera nasza skrzynka na listy, wbiegamy lekko po schodach, potem znów schody a potem zatrzymujemy się na sekundę i zerkamy przez nasze ulubione owalne okienko i dalej, w górę, znów schody, i na koniec ostatnie stopnie schodów. A potem hop, do łóżeczka, bo w domku, oprócz łóżeczka, nic się więcej nie mieści. A! Jest jeszcze komin na dachu! Jak mogłam zapomnieć!

wąski domwąski dom2

Nie muszę dodawać, że tajemnica włoskiej chudości tkwi w schodach. Czego wszystkim serdecznie życzę - szczęśliwa posiadaczka 38 niewygodnych, kamiennych stopni.

20:22, anitaes
Link Komentarze (5) »
piątek, 18 marca 2011
Włoski smak. Uwaga, tylko dla zdesperowanych.

Dzisiaj podzielę się kawałkiem torciku. I dwoma herbatnikami. Torcik jest bogato zdobiony, ma frymuśne beziki i słodko-kwaśny smak. Znalazłam go w jednym z włoskich czasopism. W jego przygotowanie włożono wiele wysiłku. Tyle, bo się porządnie spocić i umęczyć.

Niestety, tak to często bywa, że gdy dużo wysiłku, to z daleka go widać i czuć. Wiem, że się trochę pastwię nad torcikiem. W końcu nie wszystkie się udają i nawet ozdoby w stylu empire nie pomogą w ich przełknięciu.

Ten wybrałam, bo on też został wybrany. Ktoś postanowił pokazać go smakoszom. Zaprezentować, jako przykład smacznej przekąski. Jako wzór, no, może wzorek do naśladowania. I to mnie zastanowiło.

W końcu Włochy to kraj kucharzy. Ich niektóre wyroby sprawiają, że się ślinimy i chcemy jeszcze. Ich pomysły potrafią powalić na kolana. Mówimy mniam i myślimy mniam. A tu proszę, ktoś serwuje nagle taki torcik. Torcik - bombę wodorową.

Zanim pokażę zdjęcie, proszę, by z uwagą spojrzeć na talerz. Nasz torcik podano na gazecie, moi państwo. I to na całkiem podłej gazecie, z dodatkową podkładką ze starej wycieraczki. Co za  pomysł. Awangarda.

A na koniec świeczka torcikowa. Perełka. Rarytas na pustym, gładkim, żeby nie powiedzieć betonowym zwieńczeniu. Po prostu cacuszko. Ta świeczka powinna przejść do historii cukiernictwa. To wisienka, pod której wrażeniem pozostanę do końca wiosny.

A teraz...Panie, Panowie, zapraszam! Włoski smak! Prawdziwy obraz tego, o czym marzy wielu Włochów w cichości swych surowych, zimnych sypialni. Nigdy już nie wstydźcie się swoich szklanych karpi na telewizorze, ani skąpanych w boazeriach przedpokojów. To tylko drobne wykroczenia. Oto przestępstwo większego kalibru, popełnione przez ludzi, którzy uważają się za mistrzów designu:

napoleon

A to herbatniczki. Jeden o smaku toskańsko-polinezyjskim:

polinezja

A drugi? Drugi jest poza kategorią. Może to zwieńczenie kominka, jak martyrologiczna rzeźba poległych kogoś zainspiruje i nazwie ten styl jakoś adekwatnie, bo ja nie bylam w stanie:

kominek och

A wszystko za:

"La camera da letto" Rivista Internationale di Arredamento di prestigio

by International Editions Jel

08:12, anitaes
Link Komentarze (5) »
środa, 16 marca 2011
Chińsko - włoski sposób na wydajność.

Wpadłam wczoraj do banku. Musiałam aktywować kartę. Tu nie można aktywować karty w bankomacie. Nie pytam się dlaczego, bo stawianie takich pytań frustruje i nie przybliża wcale do prawdy.

W banku są dwa okienka kasowe. W jednym siedzi pani Czarna, w drugim pani Biała. Tak je nazwałam ze względu na ich potargane czupryny. Lubię jedną i drugą, choć pani Biała jest przyjemniejsza w obyciu i nie próbuje mówić po angielsku.

Przy okienku pani Czarnej stał klient. Ale okienko było puste. Okienko obok także. Drugi klient czekał pod kaloryferem, gdzie zawsze sobie wszyscy czekamy.

Pani Czarna, pani Biała, kierownik działu kont osobistych, zresztą bardzo miły człowiek, który robi wrażenie, że zna wszystkich klientów banku, pan Luca, który kiedyś podał mi SWIFT i IBAN i obsługuje firmy, dyrektor, jak zwykle w nienagannym garniturze oraz znany pewnie co niektórym boski Ricardo, wszyscy stali w holu, w zwartym kole. Maddaleny nie było, ma urlop.

Przyjrzałam się uważniej zgromadzonej drużynie. Jedno ciało było obce. To ciało, ubrane w ciemną marynarkę i takie same spodnie miało bardzo kolorowy, fioletowo, czerwono, zielony szalik na szyi. Popatrzyłam jeszcze bystrzej. To ciało to był ksiądz.

Ksiądz wygłosił krótką mowę o etyce pracy w banku. Potem wszyscy zmówili modlitwę. Potem krótkie przemówienie wygłosił kierownik, potem było kropienie i święcenie wszystkiego i wszystkich, nawet nam, grzesznikom, nie udało się przed tym uciec. Całość trwała 10 minut.

A potem ksiądz wyszedł a bank przystąpił do pracy. Mam wrażenie, że z większą ochotą. Jeszcze dodam, żeby z moich obserwacji wynika, że Włosi naprawdę nieźle sobie poradzili z rozdziałem państwa i kościoła, mimo trudnych do udźwignięcia tradycji i wielowiekowej spuścizny. Czym więc była ta wizyta w banku? Wypadkiem przy pracy? W tym miejscu wzruszam ramionami.

Bo wszystko to przypomniało mi obrazek z pewnej ogromnej restauracji w Aberdeen, koło Hong Kongu. Tuż przed samym otwarciem cały personel stanął w zwartym szyku przed managerem firmy. Cała obsługa, czyli ci, którzy zaprowadzają gości do stolika, ci, co najpierw przynoszą im, bez pytania herbatę, kelnerki, które zbierają zamówienia, ci, co wynoszą jedzenie z kuchni, a także ci, co je odbierają i podają kelnerom, którzy potem podają je gościom. W sumie ze sto osób. Każdy ubrany według swojej przynależności.

Najpierw była krótka, męska przemowa, w krótkich, chińskich słowach. Potem krótkie oklaski, później skandowanie zagrzewających do boju haseł, znów oklaski, tym razem trochę dłuższe i na koniec okrzyk szefa, brzmiący jak komenda " cel-pal", po której wszyscy rozpierzchli się do swoich obowiązków.

Jak mawiają Włosi, mondo e picollo, czyli po naszemu, świat jest mały. I chyba wszyscy, bez względu na kontynent potrzebujemy kopniaka, by ruszyć tyłki i wziąć się do pracy. A że jutro we Włoszech wielkie święto, 150-lecie zjednoczenia, to mnie to nie dotyczy. Jutro się lenię i wszyscy Włosi też! I żeby nie było, że nie swiętuję godnie, upiekłam moje brownies. Lepiej nie mogłam tego uczcić. Mniam!

 

21:35, anitaes
Link Komentarze (5) »
niedziela, 13 marca 2011
W każdym drzemie zwierzę.

Na bocznej uliczce, naprzeciwko dawnego klasztoru Św. Klary, w małym, niepozornym garażu znajduje się warsztat pewnego staruszka. Nie wiem, co w nim produkuje lub naprawia, ale przesiaduje tam od rana do późnego wieczora. Czasem, gdy drzwi są otwarte, mogę zobaczyć oprawione w skromne ramki jakieś czarno-białe zdjęcia, zawieszone na ścianie przy wejściu, czyste, zapełnione pudełkami i kartonikami półki i blat z drewna, z dużym imadłem.

Staruszek jest mały, pokurczony i chudziutki. Ubrany w wypchane na kolanach, za krótkie spodnie, wyciągięty sweter i lichą marynarkę, nie wydaje się być osobą, która jakoś specjalnie dba o swój strój. Nie wiem, jak się nazywa, ale mówimy sobie dzień dobry, lub dobry wieczór, gdy mijam jego warsztacik, idąc na spacer z psem. Pilnuję, by Pinia nie sikała pod jego drzwiami, bo w końcu wymiana grzeczności zobowiązuje. Swoją drogą, coraz więcej wkoło znajomych i jeszcze rok lub dwa a biedny pies nie będzie miał miejsca, by spokojnie się załatwić.

Dziś niedziela, we Włoszech dzień rowerów. Wyszłam sobie na spacer z psem, deszcz padał, zimno, tylko poczucie obowiązku i miłość do starej suki wygoniła mnie z domu. Koło warsztatu staruszka jakiś rowerzysta przecierał rower. Wariat, pomyślałam, bo pogoda była wyjątkowo podła i para buchała z ust. Podeszłam bliżej. Przyjrzałam się ze współczuciem rowerzyście, pomyślałam, że ludzie są dziwni i już miałam iśc dalej, gdy nagle, w momencie gdy prawie go mijałam dostrzegłam, że to nasz mały staruszek.

Wyglądał jak zblazowany pogromca szos. Markowe, czarno-białe ciuchy, z hiper-super-ultra-mikro-fibry, czy innego plastiku, który ściśle oblepiał jego ciało, na twarzy ochraniacz na usta, szpanerskie okulary, specjalne butki i rower, rower jak pojazd kosmiczny. Z jakiś lekkich stopów, z mnóstwem nalepek i srebrnym, pięknym bidonem. Staruszek miał zarumienione policzki i lekko załzawione oczy, w końcu było cholernie zimno. Pozdrowił mnie dziarsko, z uśmiechem i wraz ze swoim wypasionym rowerem zniknął w warsztacie. Szczęka mi opadła. Szłam przed siebie, z otwartą na oścież gębą, przez ten zimny deszcz, zakutana w kurtkę i szal i zastanawiałam się, jakie jeszcze niespodzianki szykują mi mieszkańcy tego miasta. Ile jeszcze niespodziewanych osobowości się mi znienacka objawi i jakie przemiany będę miała okazję tutaj podziwiać. Bo dzisiejsza przemiana miłego, człapiącego powolutku staruszka w dzikie, pewne siebie zwierzę szosowe kompletnie zbiła mnie z nóg.

Co za facet, ja pierdzielę! Co za facet!

23:57, anitaes
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 marca 2011
Historia pewnej podłogi.

Ta podłoga była najbrzydsza w całym domu. Gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy, zimą 2008 roku, nie chciało mi się wierzyć, że ktoś ją tutaj położył z własnej woli. Bez psychicznej przemocy lub bitwy na pięści. Być może nawet z pewną satysfakcją! Była z lastryko, pociętego w parszywe, nudne kwadraty, 20 x 20, z grubym ziarnem, w kolorze wypłukanego buraka, lub bladego salcesonu, z wielkimi okami, tak, tak, okami żółtawego i czarnego tłuszczu. Oczywiście, to nie był żaden tłuszcz a zatopione w masie i zeszlifowane kamienie. Ale wyglądało to jak przykurzony tłuszcz. Przykurzony tłuszcz. Lepiej nie mogłam tego określić.

Kolejny wstrząs, związany z tą podłogą przeżyłam latem, 2009 roku. Włoscy robotnicy, ale też inni, odwiedzający nas w tym nieludzkim czasie goście, oni wszyscy piali z zachwytu. Bello! Bella graniglia! Patrzyłam na nich, na K., na podłogę i miałam wrażenie, że każde z nas żyje w innym, osobnym świecie. Przecież, do diabła, ta podłoga jest obrzydliwa! Ludzie, ona jest obrzydliwa! Czy jesteście ślepi!? Uznałam, że są różnice pomiędzy nami a Włochami, których nie zasypie nawet wspólne kulturowe dziedzictwo. Na przykład to salcesonowate lastryko.

Podłoga nie była duża, miała ok. 12 mkw. I taki cholernie irytujący, szeroki na pół a długi na metr stopieniek. Tak, stopieniek. To coś miało z osiem centymetrów wysokości, znajdowało się przy oknie i aż prosiło, by się o niego potknąć i wybić sobie wszystkie zęby o metalową, okienną ramę. A w dodatku, ten STOPIENIEK miał trochę inną, bardziej żółtą, okatą, to naprawdę jest właściwe słowo, fakturę.

Znienawidziłam tę podłogę natychmiast. Z całego serca i tak gorąco, jak tylko kobieta potrafi nienawidzieć swoją rywalkę. Wypowiedziałam jej wojnę. Postanowiłam ją zniszczyć i wyciąć w pień. No, powiedzmy, do gołego cementu. Wtedy, we wrześniu 2009 roku pogwizdywałam z radością, patrząc na to coś. Jej dni były policzone. Tak wówczas myślałam.

Najpierw zdjęliśmy lastyko ze stopieńka. I stał się cud. Pod nim a potem pod cieńką warstwą wapiennej zaprawy leżał sobie wielki, lekko nacięty w ukośne zagłębienia, piękny, solidny kamień. Dokładnie wielkości stopieńka. Jezu! Tego się po tej podłodze nie spodziewałam! Zrobiła mi niezwykły prezent, stary, zaskakujący i godny naszych marzeń. Byłam pod wrażeniem. Przez następne  kilka dni odwiedzałam go, nie wierząc własnemu szczęściu.

Czy z jej strony było to wyrachowanie? Próba zmiany swojego losu? Pewnie tak. Bidulka. Nie ze mną te numery. To było sprytne, ale nie do końca. To było mało sprytne. Bo teraz kontrast kamienia i reszty podłogi był porażający. Ona była jak szklanka po nutelli, ze strusiem pędziwiatrem, na stole podczas uroczystej kolacji w Watykanie. Albo gdzie indziej. Ona była po prostu niestosowna.

Teraz należało ją czymś zastąpić. Tylko czym? Przywoziliśmy z firmy Stefano kamienne płyty, marmurowe płyty, jakieś dziwne, inne kamienne płyty. Z tych zgromadzonych przez te kilka miesięcy płyt moglibyśmy, przy odrobinie fantazji, ułożyć z dwie takie podłogi. Potem były jeszcze dwie nieśmiałe próby z cotto, czerwonym i żółtym. Nic nam nie pasowało.

Nic nie pasowało do tego metalowego, jak starym w warsztacie okna, z napisem "paris" na ozdobnym uchwycie i do kamiennej ściany, którą odkryliśmy naprzeciwko. Pewnie mi się tylko wydawało, ale miałam wrażenie, że podłoga cicho trzeszczy. Jakby chichotała. Potrzebowaliśmy kontrastu, czegoś innego, niż kamień. I innego niż lastryko, oczywiście.

W maju zeszłego roku pojechaliśmy razem do Polski. W domu została Marta ze swoim starszym bratem, który zjawił się, nieco skruszony, po niezaliczeniu semestru i postanowił pomóc w pracach. Dobre i to. Wyjechaliśmy na tydzień, może osiem dni. W Polsce doznaliśmy olśnienia. Sizal! To jedyny materiał na podłogi, oprócz naturalnych okładzin, który dobrze wygląda w starych wnętrzach. Ten, który znaleźliśmy, miał ładny, bursztynowo-szary kolor i dość klasyczą fakturę. Zadzwoniłam do moich dzieci. Odebrał synek. Wytłumaczyłam mu, w czym rzecz. Poprosiłam, by wziął do pomocy Martę. Zmierzył, zapisał, podał wymiary. Droga do unicestwienia lastryko zostala szeroko otwarta.

Wykładzina przyjechała zaprzyjaźnionym transportem na początku lipca. Synek już powoli się pakował, marząc o wolności od znanego. Czyli od kurzu i farby. Praca przy malowaniu sufitów nie spełniała do końca jego ambicji a piątkowe, czasem też sobotnie wizyty w Red Rock Valey nie satysfakcjonowały go już towarzysko. I wtedy, przypadkiem, nie wiem, z jakiego powodu, pewnie palec Boży, albo inna opaczność, zmierzyliśmy wykładzinę. Brakowało dokładnie metra. Jednego metra.

Pomyślałam, wygrała. Jest górą! Jak od kilkudziesięciu lat. Miałam ochotę wylać na tę podłogę olejną emulsję i zalepić jej te żółte oczy. Oka. Potem wpadłam w furię. Nie byłam miła dla synka, o nie. Podczas naszej nieobecności zniknęły dwie butelki z najlepszym Chianti. Wtedy milczałam, teraz musiałam połączyć te dwie, wydawać by się mogło, odrębne sprawy. Wino i wykładzina. Niebo i piekło. POMYLIŁEŚ SIĘ!!! Słyszysz!? Pomyliłeś się.

Pomylił się. Zrobił błąd. Popełnił pomyłkę. Jakkolwiek by to się nie nazywało, musiał to naprawić. Przedyskutowaliśmy sprawę. I podjęliśmy decyzję, że zrobimy drewnianą podłogę, taką samą, jak w małym pokoju, zaraz obok. I niech wreszcie się to, do jasnej cholery, skończy! Moja nienawiść do niej osiągnęła apogeum.

Przez cały lipiec i sierpień, w piękne, letnie dni, gdy znajomi i przyjaciele baraszkowali sobie w polskich górach, moje dziecko szlifowało deski. A dokładnie 51 desek. Każda miała być gładka i idealna, jak, powiedzmy, pusta bytelka po winie. Najpierw szlifierką, potem ręcznie, papierem ściernym. A później trzeba było brązową bejcą pomalować felce. Cztery razy, z każdej strony. Skończył w ostatni dzień sierpnia. I wyjechał z ulgą. Winy/wina zostały odkupione.

Podłogę kładliśmy tuż przed świętami. Gdy nasze dzieci w komplecie zjawiły się w domu i nudziły się, czekając na świąteczne prezenty. 23 grudnia lastryko zniknęło z mojego życia. W korytarzu zrobiło się cieplej i ciszej. Pod stopami już nie dźwięczała, histerycznie i nieprzyjemnie, zimna posadzka. Drewno było surowe, ale i tak miałam wrażenie, że to najpiękniejsza podłoga świata.

Dziś skończyłam ją malować. Najpierw cztery razy, dzień po dniu, bejcą w kolorze kasztana. Dokładnie i powoli. Nie zatrzymując pędzla w miejscu, bo pozostawały brzydkie ślady. Potem, gdy dokładnie wyschła, lakierem wodnym, satinato, czyli prawie bez połysku. Praca przy malowaniu podłogi jest nudna i niewygodna. Zaczyna się w kucki, potem się klęczy a potem już siedzi na podłodze, bo bolą nogi. Ale sprawiła mi dużo radości. Dobrze się przy tym myśli. Okazało się, że ja, człowiek szybkich efektów i przyjemności, człowiek łatwych i prędkich rozwiązań, musiałam cierpliwie, bez pośpiechu, ciągnąć ten pędzel w jedną i drugą stronę i nie gonić czasu. POWOLUTKU.

Tak, ta podłoga nauczyła mnie cierpliwości, dała czas na przemyślenie wielu spraw, całkiem odrębnych, jak powiedzmy wykładzina i wino. Albo niebo i piekło. I jakkolwiek bym o niej źle nie mówiła, to przecież liczy się efekt, a ten okazał się całkiem niezły. Całkiem niezły. Powiem więcej, dobry. Naprawdę dobry.

Co udowodnię niebawem.

 

12:12, anitaes
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 marca 2011
Powód.

Chciałam dziś pisać o kolorach włoskich domów w średniowieczu i o tym, że to co dziś oglądamy w Toskanii nijak się ma do dawnych toskańskich ulic. Chciałam też napisać o końcu włoskiego karnawału i nawet sfotografowałam takie różowe i puchate ciasteczka, które ostatnio z tej okazji dostaliśmy od Chusa, chłopaka Marty. Swoją drogą, dość obrzydliwe. Chciałam w ogóle napisać coś mądrego, albo zabawnego albo błyskotliwego, albo choćby pochwalić się dzisiejszą pogodą i tą słoneczną, piękną niedzielą. I tym, że cały dzień okno było otwarte na oścież.

Ale nie napiszę, bo mam czarne myśli i brak mi nastroju na napinanie się i intelektualne harce. A poza tym żyję pewną powstającą właśnie historią, która tłucze mi się po głowie i zasłania skutecznie rzeczywistość. I nie wzrusza mnie nawet fakt, że niebawem otwieramy dom dla naszych gości i trzeba działać, bo ta historia to wyższa potrzeba i przyziemne sprawy nie mają teraz szans.

Więc przenoszę się na jakiś czas w okolice roku 2006, do pewnej włoskiej kamienicy, starej i pełnej dawnych opowieści, do przylegającego do niej ogrodu i do pięciu mieszkań i  spraw, którymi pewnego lipcowego dnia żyli ich mieszkańcy. I te ich sprawy wydają mi się w tym momencie ważniejsze od moich, ich historie i myśli mnie wzruszają, śmieszą i bolą a moje mnie męczą i denerwują. I dopóki się z tym nie uporam, moje bycie tutaj będzie tylko takie w połowie, bez zaangażowania i ognia. I będzie tego bycia mniej, bo nie jest łatwo, tak na zawołanie, zmieniać czas i przestrzeń. I za to przepraszam.

 

 

 

18:10, anitaes
Link Komentarze (7) »
czwartek, 03 marca 2011
Le Quattro Volte.

Byłam w Polsce cztery dni. Sobota była jedynym dniem, kiedy miałam czas. Postanowilam iść do kina.

Wybrałam "Le Quattro Volte", film o małym, kalabryjskim miasteczku. Nie pada w nim żadne słowo. Jako pierwszy pojawia się stary pasterz, chory na płuca. Leczy się kurzem z kościelnej posadzki, który zmiata dla niego, za litr koziego mleka, sprzątająca tam kobieta - guślarka. Gdy przyzwyczajamy się do naszego bohatera, okazuje się, że on znika a pojawia się nowy, zaskakujący. A potem znów to samo. I tak cztery razy.

Nie żałowałam.

A do tego zdarzył się mały, piękny gratis: Przed seasem chciałam kupić wodę. Pan barman wyszedł z zaplecza i powiedział, że bar czynny od 16.00. Była 15.57. Czekaliśmy trzy minuty, patrząc na siebie w pustym barze. Gdy minęły, sprzedał mi wodę. I kto powiedział, że Polska to smutny kraj?

 

 

20:15, anitaes
Link Komentarze (5) »
wtorek, 01 marca 2011
Proste pytania.

Wróciłam i mam zagadkę. Co to jest:

Coop, Sma, Penny, Dico, Famila, Pam?

Imiona psów? Nie. Nazwy jakiś maskotek? Nie. To może marki jakiś produktów? Cieplej.

To nazwy marketów, które znajdują się w małym Sansepolcro. Sześć dużych sklepów, walczących na śmierć i życie wpychanymi do skrzynek pocztowych ulotkami, które informują mnie o przecenach. Tydzień w tydzień dowiaduję się, że mam szansę na Chianti za 2,5 euro, makaron za 45 centów albo mortadelę za 9,99 euro za kg, gdybym zamarzyla o takiej przyjemności.

W starym centrum zostały cztery sklepiki z warzywami, trzy z mięsem i trzy spożywcze, gdzie na miejscu pokruszą parmezan i sprzedadzą mi sery z Anghiari. Do tego dochodzi cotygodniowy targ i raz w miesiącu bazar z regionalnymi produktami z okolicy. Reszta zniknęła, umarła, zabita raz na zawsze w ulotkowej wojnie na ceny.

Jasne, w Coopie taniej. I większy wybór. A sprzedawcy tak samo uprzejmi i mili. Jadąc do Rzymu w ostatni piątek, ulubioną trasą E45 jak zwykle z przyjemnością słuchałam muzyki i obserwowałam moje myśli, które podczas jazdy samochodem stają się bardziej ruchliwe i niepokorne.

I wtedy przypomniał mi się wywiad w Dużym Formacie z Zygmuntem Baumanem, który mówił dużo i mądrze o ostatnim, światowym kryzysie. Mówił o tym, że zapomnieliśmy oszczędzać. Oraz o naszej zachłanności. A także o potrzebie posiadania tu, teraz i natychmiast. Niepohamowanej potrzebie posiadania. Powiedział, że kiedyś pracodawca znał swoich pracowników z imienia i nazwiska. Więź, która ich łączyła, była wzajemna. Jedni bez drugich nie mogli istnieć. Czy florencki zarząd Coop zna imię tego sympatycznego grubaska w okularach, który siedzi i kasuje moje zakupy? Nie zna. Czy on zna ludzi, którzy zarządzają Coopem? Nie.

Wiem, wiem. Jest taniej. Jest wybór. Nawet mogę sobie sprawić kartę Coop i zacząć należeć do społeczności Coop. I będę dostawać biuletyn Coop, zbierać punkty Coop a na kartę dodatkowe zniżki Coop. I w całych Włoszech te zniżki będą na mnie czekać. Tak długo, aż się po nie zniżę.

Tylko zastanawiam się, po co? Po co mi to prosciutto po 10 euro. Przecież mogę kupić takie po 12, zrobione przez rolników z pobliskiego Montone ale wziąć plasterek mniej. Zapłacę tyle samo, tyle tylko, że zamiast jechać samochodem do Coopa, podejdę za róg, na Via Luca Pacioli. Oszczędzę na benzynie i nie zatruję powietrza. I nie kupię, wchodząc tylko po wodę mineralną dwudziestu dodatkowych rzeczy. Makaron też mogę  kupić za rogiem, tylko trochę droższy. Nie po 55 centów a po 85. I co? Mogę ugotować 3/4 paczki, dla nas wystarczy. Jak ugotuję całą, resztę daję psu. Czyli, ucierpi pies ale on wybaczy mi każdy występek.

Jechałam E45 i myślałam o korporacjach, o podstępnych kartach kredytowych, o chorych, ludzkich zachciankach i dokąd to prowadzi. I wyszło mi, że donikąd. Do ciągłego, beznadziejnego nienasycenia. Smutna to była konstatacja, więc najpierw się zasępiłam a potem w Orte zjechałam na autostradę, zmieniłam płytkę na mniej depresyjną, pojechałam na Fiumicino i poleciałam do Poznania. A tam, na Rynku, wypiłam obrzydliwą kawę za 9 zł(!), którą podała mi obrażona na mnie i resztę świata kelnerka i zatęskniłam za Włochami, kwitnącymi drzewami migdałowymi i uśmiechniętym, wesołym grubaskiem w Coopie.

Ale nie będę narzekać na Poznań, o nie! Dawno temu, za głębokiej komuny, jeździłam do Poznania, bo było tam jak na zachodzie, europejsko i ładnie. Ale najważniejsze, że urodził się w nim Zygmunt Bauman, który mówi mądre choć nieprzyjemne rzeczy, dzięki czemu szeroko otwieramy oczy ze zdziwienia i pytamy z niedowierzaniem: naprawdę nie było kiedyś korporacji a ludzie oszczędzali na buty? NAPRAWDĘ?

18:45, anitaes
Link Komentarze (6) »