RSS
poniedziałek, 29 marca 2010
Prośba bez adresata.

W życiu każdego inwestora przychodzi taki dzień, kiedy zadaje sobie TO sakramentalne pytanie: i po co mi to było. Taki właśnie dzień przyszedł do mnie wczoraj. Siedziałam przy stole, na moich kolanach leżały obojętnie śpiące koty, za oknem piękny ciepły marzec a ja płakałam, płakałam, płakałam... Przez łzy patrzyłam na psie kłaki pod łóżkiem, kurz na parapecie, stojącą nieopodal maszynkę do gotowania od generałów i ogarniała mnie coraz większa rozpacz. Podłogi w naszych pokojach wymagające wykończenia, niepomalowane ściany, drzwi i okna do naprawy, folia z materaca przy prysznicu...Bałam się myślami zapuszczać dalej w otchłań domu, bo im dalej tym gorzej. Ale niestety, moje myśli biegały zestrachane po piętrach, od piwnicy po strych, i wszędzie, wszędzie widziałam jedno wielkie nieszczęście. Na jaki fragment domu nie padłby mój wzrok, zawsze zgroza. Mnóstwo pracy, kurz i smutek.

Wiem, wiem, w końcu to zrobimy. Pewnego dnia usiądę, wypiję kupione na tę okazję Brunello i powiem: oto jest! I pewnie będę szczęśliwa. Ale życie jest teraz, już. A teraz jest tak, że nie ogarniam tej masy prac do wykonania, tej prowizorki, od której nie udaje się uciec, bo jest wszechobecna. Nie mam siły, gdy myślę, że MUSZĘ. Muszę wstać i odkurzyć Marty pokój, bo za chwilę pokona ją alergia. Muszę skręcać szafki w kuchni, bo już czas, muszę skrobać sufit w jadalni, muszę..."Muszę" i "powinnam" to słowa, które jako pierwsze wykreśliłabym ze słownika. Słowa killery, odbierające chęć do życia i radość z każdej czynności. Towarzyszą mi od pewnego czasu codziennie, osaczają, nie pozwalają swobodniej oddychać. Budzę się i zasypiam z nimi, piję kawę, myję zęby, kroję chleb a one tuż za mną, bliziutko. Szeleszczą w tyle głowy. Jak celofanowe papierki w kinie. Nic innego nie słychać, tylko ten dźwięk.

Poproszę o przerwę od "muszę". Krótką, tygodniową. Poproszę o błyszczącą podłogę, o dom bez kurzu. Firanki w oknach, półki z książkami, ulubione filmy. Kuchnię, gdzie rano wypijam pierwszą kawę i zjadam na stojąco grzankę z dżemem. Gdzie gra sobie radio i szumi woda w czajniku. Gdzie otwieram szufladę, a tam, równo ułożone, leżą moje łyżeczki do cukru i ulubiony nóż do krojenia cytryny. Poproszę o zwykły dom. Nie musi być duży, piękny czy niebanalny. Nie musi być nawet podobny do tego w Sopocie, bez drewnianych podłóg, ciemnych ścian czy widoków zamglonych wzgórz za oknem. Ma być czysty, ciepły i pachnący. To wszystko.

Jeden tydzień...Proszę.

20:34, anitaes
Link Komentarze (12) »
sobota, 27 marca 2010
Dołek kwiatowy.

Wczoraj odwiedziłam sobie sklepy z roślinami. Taki szybki balsam na duszę, bo wszechpanujące wokół mnie niedokończenie zaczyna mi już mocno doskwierać. Chciałoby się w końcu coś zamknąć, poukładać, uporządkować /ten mój wielkopolski defekt/, a tu chaos. I kurz kosmiczny. Włosi, jak każdy szanujący się Polak - ups, przepraszam, Polka piorą przed świętami zasłony, trzepią dywany, myją zawzięcie okna. A co ja mam trzepać i czyścić, skoro wokół stoją worki z gruzem? Więć wpadłam na chytry pomysł, że kupię sobie piękną roślinkę, najlepiej kwitnącą, wstawię do jeszcze piękniejszej donicy i oszukam trochę ten odwieczny zew wiosenny. I poczucie wyobcowania w wypucowanym, lśniącym świecie

A w ogrodniczym zdołowałam się jeszcze bardziej, bo rośliny piękne, cudowne, świeże. Szarozielone drzewka oliwkowe zupełnie zakręciły mi w głowie. W końcu nad naszymi głowami leży sobie cichutko nasz skromny tarasik i popiskuje nieśmiało: zrób coś ze mną, do cholery..zrób. I chciałabym natychmiast rzucić w diabły sprzątanie resztek zaprawy w kuchni, czy to skrobanie sufitu w jadalni, by w spokoju, pod coraz błękitniejszym niebem sadzić roślinki na tarasie, podlewać je w skupieniu i pogwizdywać z rozkoszy. Ale nic z tego, drogi tarasiku, słusznie wkurzony i zfrustrowany, nie czekaj daremnie. Bo zajmę się tobą na przyszłą wiosnę, nie wcześniej.

Nasze B&B także poczeka do przyszłego roku, nie damy rady, choć byśmy się wściekli. Nasze piętro czeka jeszcze dużo pracy, kuchnia, choć pracujemy codziennie, wymaga przynajmniej tygodnia, by móc myśleć o gotowaniu, o reszcie szkoda gadać. Nie możemy teraz wziąć nikogo do pomocy, bo robimy prace, które trzeba wykonać samemu: zamocować rurę od wentylacji, ustawić kuchenkę, poprawić malowanie czy zafugować ścianę. A propos fugowania, całą ścianę w kuchni zrobiłam samodzielnie, wyszło super, Renato potwierdzi. Sama wymyśliłam i opanowałam technikę nakładania zaprawy, by nie odpadała z fug, w których jest stara, wapienna i bardzo sypiąca się spoina. Teraz, gdy wyschnie, pokryję ścianę specjalnym trattamento, takim samym, jak sufity w naszym pokoju, by ją zabezpieczyć i trochę wydobyć kolor kamienia i cegły.

Zbyt optymistycznie zakładaliśmy, że do lata ruszymy. A nasz dom zrobił nam kuku i ani myśli ustąpić. To my musimy się dostosować. Przed nami jeszcze rok pracy, i to solidnej. Po kuchni przyjdzie kolej na jadalnię, potem korytarz na naszym, II piętrze, później reszta klatki schodowej, hol na parterze, i dopiero wówczas zejdziemy na I piętro, by wykańczać pokoje gościnne. Tak się porobiło i trzeba się z tym pogodzić, mało, pokochać. Bo zgryzota i frustracja czyhają za każdym workiem z gruzem, za każdym nierozpakowanym kartonem, za każdym niepomalowanym narożnikiem. Chcą mnie dopaść i poturbować, przeczołgać i dać kopniaka. Bo w końcu to nie jest normalny dom, i co gorsza, jeszcze długo nie będzie. Ale spróbuję się nie dać - od wczoraj wspiera mnie solidna, niebieska hortensja.

 

08:19, anitaes
Link Komentarze (6) »
środa, 24 marca 2010
Moje wszystkie zboczenia czyli historia miłosna.

Stoję sobie w naszej kuchni, przy kamiennej, XII-wiecznej ścianie, podziwiam po raz kolejny wielki portal, lepię specjalną, kamienną zaprawą fugi i  czuję, jak bardzo kocham tę robotę. Kocham czyścić stare cotto i kamienne, mocno wychodzone stopnie i sprawiać, że odzyskują dawny połysk. Uwielbiam skuwać tynk i odsłoniać kolejną niszę lub nieistniejące od dawna okno. Zachwycają mnie spływające, niedoskonałe, ponad stuletnie szyby w naszej szafie; patrzę przez nie na pokój, który wydaje się falować i unosić w powietrzu. Kręci mnie i trworzy zarazem zaglądanie do naszej studni i planowanie z Filippo wypompowania wody, by odzyskać wszystko, co przez setki lat do niej wpadło - czy napewno tego chcę? Kusi mnie myśl, by oskrobać z farby drzwi piwniczne, z wielką sztabą i fikuśnym zamkiem, by w chłodnym świetle wpadającym przez przeszklony sufit zaświeciły naturalnym, bursztynowym kolorem. Nęci mnie odkrywanie, milimetr po milimetrze tajemniczych fresków w zbrojowni. Jako zadeklarowany zbok, wpadam w ekstazę na widok renesansowej, koślanej, malutkiej toalety. Moje myśli stale krążą wokół nieodkrytych tajemnic naszego domu. Śnię o kuchennym rozgardiaszu i bałaganie, gdy w naszej jadalni, w wielkim kominku przygotowywano ucztę dla 30 gości. O zimowych wieczorach, gdy przy świetle dogasającego ognia pieczono kasztany, dzieci przysypiały na krzesełkach a dorośli rozmawiali półgłosem o kończącym się właśnie dniu. Prawie słyszę za oknem nagłe, cichnące na Piazza stukanie końskich kopyt o uliczny bruk.

Dom ma zmysłowy powab, co jakiś czas odsłoni swoją małą tajemnicę, by tym mocniej przywiązać do siebie. Daje nadzieję na kolejne rozkosze, mruczy codziennie kołysanki. Zachwyca drobiazgami, jak prezentami danymi bez powodu; a to słońce wpadnie do holu przez ozdobną kratę i na ścianie pojawi się niespodziewany wzór, a to spod kurzu i trocin wyłoni się w jadalni fragment ceglanej podłogi, jak położony przez kogoś obraz, cały w mocnych czerwieniach i czerniach. Ten dom opętał mnie całkowicie, dając mi kuszące prawo decydowania, jaki ma być. Pozwalam mu na wszystko, bo ma urok, temperament i włoski luz, choć jednocześnie jest wymagający i bardzo kapryśny. Akceptuję jego wady, wybaczam spóźnienia, niechlujność i tak częste u niego prostactwo. Bez namysłu zostawiłam dla niego rodzinę, przyjaciół, dotychczasowy dom i dobrą pracę. Pokochałam go do szaleństwa i czasem zastanawiam się, jaki będzie koniec tej wielkiej i szalonej miłości, bo przecież on i ja nie jesteśmy już dziećmi, każde po przejściach i z przeszłością, i obydwoje wiemy, że nic nie trwa wiecznie. Ale dopóki mamy czas i ochotę, niech trwa ten nasz bal do utraty tchu. Byśmy potem nie żałowali, że coś nas minęło bezpowrotnie.

08:23, anitaes
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 marca 2010
Darling, I am home! /"Lśnienie" S.King

Jestem. Wróciłam. Gęba mi się śmieje. Domek mnie przyjął otwartymi drzwiami. Mój mąż zrobił podczas mojej nieobecności to wszystko, co roiłam sobie , planując swoje prace. Kuchnia dziś malowana drugi raz. Ja olejuję blaty. Zdjęć nie zrobię, jutro, pojutrze Maurizzio podłączy kuchenkę, będzie zlew, będzie ZMYWARKA..., szczypię się, bo oto ziszcza się sen. Wtedy porobię fotki. Kuchnia molto semplice, czyli prosta - tak jak lubię. Na ścianie płytki za 7 euro za metr - piękne, białe, zwykle, uwielbiam. Jak się ma taką kamienną ścianę, nie można silić się na więcej. Tak myślę.

Traumatyczny powrót, Wizzarem. Nieśmiertelne kwestie bagażu: ostrzegam, dokupienie nadbagażu przed wylotem, online, to wielka niespodzianka. Dowiedziałam się na lotnisku, że jeśli miałam wykupiony nadbagaż, do dokupienie kolejnych kilogramów, uwaga, anuluje pierwszy zakup. Ha, byłam przekonana, że mam 15 kg nadbagażu a miałam 10. To różnica, gdy stoimy przed odprawą, która kończy się za kilka minut, a nasza walizka musi być chudsza. Natychmiast. To chwila ważkich decyzji, nie mamy czasu na awantury i szukanie sprawiedliwości. Trzeba dokonać wyboru, co idzie co kosza. Ja wyrzuciłam szynkę Zielińskiego. Książki poszły do podręcznego. Buty też. Metodą prób osiągnęłam 25 kg. Wniosek nr 1 - Sukces w Polsce ma inny smak. Ponieważ system internetowy Wizzair kasuje nas za nadbagaż w obydwie strony, nawet jeśli już wracamy, nasuwa się : Wniosek nr 2 - w Polsce trzeba być zawsze CZUJNYM. Dlatego życie tam męczy ludzi bardziej, niż to konieczne.

A teraz pędzę do kuchni, bo wzywa.

10:49, anitaes
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 marca 2010
Dobra degrengolada nie jest zła - krótka relacja z podróży.

Mój wyjazd zaczął się od nieoczekiwanego spotkania z K. na lotnisku w Rzymie. Wpadłam spóźniona na parking, potem czekałam długo na shutle bus, błyskawiczna odprawa - nie było kolejek !!!, i już szłam do samolotu, gdy zadzwonił K., że właśnie jest. Więc ucieliśmy sobie piętnastominutową randkę przy fontannie. Było bardzo romantycznie, włącznie z machaniem przy barierce na dowidzenia.

W samolocie kusiło mnie bardzo, bardzo mocno, by napisać refleksję o podróżowaniu oraz o jednakowości lotnisk i różnorodności dworców i co sobie o tym myślę. Najpierw jednak, by trochę uspokoić rozgrzany umysł, zaczęłam czytać Terziani'ego "Powiedział mi wróżbita", którą to książkę w ostatniej chwili wzięłam z jakiejś jeszcze nie rozpakowanej torby. I jakie było moje zaskoczenie, gdy znalazłam zaraz na początku słowa, które przed chwilą tłukły się po mojej głowie:

"Osiągane samolotem, wszystkie miejsca stają się podobne do siebie: losy oddzielone od siebie tylko kilkoma godzinami lotu. Granice nakreślone przez naturę i historię, a zakorzenione w świadomości ludzi, którzy żyją w ich obrębie, tracą znaczenie, a nawet przestają istnieć, kiedy podróżpolega na przemieszczaniu się z jednej klimatyzowanej kapsułki lotniska do drugiej, gdzie jedynym śladem granicy jest policjant siedzący przed monitorem, a pierwszym zetknięciem z nowym miejscem jest karuzela bagażowa i sklep wolnocłowy, teraz na całym świecie prezentujący te same artykuły." I dalej o lotniskach: "Dziś mają fałszywy polor reklamy: wyspy doskonałości nawet wtedy, gdy cały kraj dookoła jest w ruinie. Wszystkie do siebie podobne, na wszystkich ten sam międzynarodowy język, co sprawia, że wszędzie właściwie czujemy się jak w domu. (..) Natomiast dworzec kolejowy jest prawdziwym zwierciadłem miasta, w którego sercu leży." - i tu będę złośliwa, bo istotnie, dziś na krótko odwiedziłam sopocki dworzec: takiego stężenia zapachu uryny, skisłego jedzenia i wszechobecnej gruźlicy nie ma w całym kurorcie. Oto prawdziwa dusza tego miasta, nieudolnie skrywana pod białą fasadą dawnego hotelu Grand, a dziś Sofitel.

A potem wylądowałam u przyjaciółki i zaczęła się moja wielka, słodka degrengolada, bo w każdy wieczór kładłyśmy się na kanapie i, wstyd przyznać, oglądałyśmy po 5 odcinków "Dr.Housa". Jedząc soczyste pomarańcze, pijąc wodę i gadając o niczym. Piękny czas. Dawno nie doświadczyłam takiego odmóżdżenia. Trzeba się czasem sponiewierać intelektualnie, by docenić potem błyskotliwość prozy Terziani'ego.

A w niedzielę lecę do domu, i to jest najlepsza wiadomość z tej podróży.

22:21, anitaes
Link Komentarze (3) »
sobota, 13 marca 2010
Mój dom moją twierdzą?

Czymś całkowicie naturalnym i niezauważalnym, w powodzi piękna architektury, jest to, że każdy dom w centro storico w Toskanii i Umbrii to w zasadzie warowny zamek. Zresztą domy wiejskie również. Każdy z wielką, solidną bramą, lub choćby mocnymi drzwiami, z niewielkimi oknami, kratami, okiennicami. Od ulicy zamknięty na cztery spusty, głuchy i niedostępny. Nasz dom jest taki sam. Ani od ulicy, ani od wewnętrznego podwórka nie ma szans, by dostać się do środka bez zaproszenia. Jednak mieszkając tu, mijając codziennie te wszystkie warownie, zaczęłam dotrzegać paradoks wszechobecnego odgrodzenia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wynika to z historii miast i komun, z ciągłych walk i niekończących się animozji, jednak czy to nie dziwne, że za tymi kratami, i kasztanowymi bramami nie do pokonania żyją tak otwarci i przyjaźni ludzie? Że ich domy, izolujące je tak skutecznie od zewnętrznego świata, stoją w olbrzymim kontraście do powszechnie kultywowanego dolce vita, do widocznej na każdym kroku potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem?

Porównuję to zjawisko do choćby holenderskiego, niezrozumiałego dla mnie do końca otwarcia na ulicę, z oknami-wystawami, za którymi toczy się, na oczach reszty społeczności, życie rodzinne. Jeśli domy, w których mieszkamy, miałyby determinować nasz styl życia, to kim byliby Włosi, zamknięci szczelnie w obojętnie niedostępnych palazzach? A my, wychowani w dużej części w komunistycznych blokach, czy mielibyśmy szansę na dotknięcie szczęścia wspóistnienia z innymi?

Kilka lat temu, gdy planowaliśmy przenieść się do Danii, przeglądałam w internecie duńskie nieruchomości w Kopenhadze, taki mały rekonesans, by zorientować się w tym rynku i zobaczyć, na co będzie nas stać. Uderzające było to, że w zasadzie wszystkie mieszkania były bardzo do siebie podobne: jasne, przestronne, gustowne, czyste, może trochę zbyt sterylne. Ale generalnie imponujące w swojej konsekwencji i funkcjonalności. Dla mnie była to duża lekcja temtego społeczeństwa, i, przyznam szczerze, lekcja bardzo pouczająca. Bo oglądając któreś z kolei mieszkanie, poczułam dotkliwy  lęk przed życiem w tamtym miejscu, nieokreślony strach przed samotnością w starannie poukładanym, chłodnym świecie błyszczących drewnianych podłóg i nieskazitelnych łazienek, z dużymi oknami wychodzącymi na obojętną ulicę. Było w tym świecie coś niepokojącego, pewien smutek doskonałości, gdy nie pozostaje nic innego, jak tylko trwać, bez potrzeby zmian i nadziei na ożywczy chaos.

Mówi się, że Włosi traktują swoje domy tylko jak garderoby, gdzie się przebierają i skąd szybko zmykają, bo prawdziwe życie toczy się na zewnątrz. Faktycznie, mimo nieprawdopodobnego poziomu włoskiego wzornictwo, widać w ich mieszkaniach brak troski o detale. Spełniają swoją funkcję, i to najwyraźniej wystarcza. Mówiąc bardziej otwarcie, widziałam dużo, dużo bezguścia. Ale też dużo nonszalancji w podejściu do aranżowania wnętrz, co mi szczerze zaimponowało, bo świadczy o nieskrępowaniu i wolności ducha.

Wracając do teorii garderoby, jeśli tak jest, a myślę, że jest w tym stwierdzeniu dużo prawdy, czego przykładem może być ciągła ekspozycja powieszonych na linkach gaci i gustownych koszul, to nasuwa się natychmiast pytanie, jakie ciuchy w takim razie muszą kryć się za tymi wszystkimi kratami, kamiennymi fasadami i wzmocnionymi żelaznymi ćwiekami drzwiami? Jakie skarby? Ale to już inna historia, na osobny wpis o tym, czym jest ubranie dla Włochów i dlaczego w tym względzie prawie zawsze mają rację.

11:59, anitaes
Link Komentarze (4) »
piątek, 12 marca 2010
My confession.

Przyszła pora na szczere wyznanie:

przez cały ten tydzień nie zrobiłam nic. NIC. Nie licząc pierwszego odpalenia pralki, wizyty w banku i spotkania z Lucą, przemiłym panem od naszego dolcitore. Mój niedzielny luzik rozciągnął się w zaskakujący dla mnie samej sposób, i oto mamy piątek a ja nawet nie czuję z tego powodu żadnych frustracji. Jeszcze w poniedziałek miałam nadzieję, ba, byłam pewna, że już za chwilę, za momencik biorę się do pracy a potem mijała godzina za godziną, i nic.

Najpierw zadbałam o duszę i umysł: posłuchałam "for Besie" Randy'ego Reinharta i Jasper Thilo Sextet, "Playgroud" Manu Katche, "My song" Keith Jaretta, Garbarka i innych równie utalentowanych facetów, potem przeniosłam się do tajemniczego Bejrutu, do świata Anuara Brahema w "The Astounding Eyes of Rita" by kończyć moją ukochaną od niedawna "La Folia" Jordi'ego Savala. Poczytałam sobie "Mediacje" Christophera W. Moore'a i "Ostatnie dni" Joyce Carol Oates a wczoraj "Duży Format". Popisałam bez pośpiechu i z przyjemnością, pozaglądałam na inne blogi, czasem zupełnie dziwne i kontrowersyjne. Pochodziłam też w deszczu po pustym miasteczku, pooglądałam wystawy, bo rozpoczął się nowy sezon. Potem zadbałam o ciało, bo mi się to od dawna należało, przeszłam na dietę i trwam, a dziś przychodzi Tano i najprawdopodobniej razem coś zdziałamy w tej nieszczęsnej kuchni.

Zaplanawałyśmy też z Martą jej wakacje w sierpniu i kupiłyśmy bilety. Najpierw jedzie na Wacken z całą ekipą z Włoch, potem leci na dwa tygodnie do Liverpoolu popracować jako baby-sitter u naszych przyjaciół, Lucie i Stephena.

Gloria przyniosła nam wczoraj gorącą czekoladę - wrócili właśnie z Wiednia, swoją panettone / sorry, ale może Marta się skusi/, a po południu brodo, czyli rosół a do tego elektryczną maszynkę na jeden garnek i...garnek. Są naprawdę mili. Zaprosiłam ją na górę, obejrzała i stwierdziła, że mamy super warunki, bo gdy oni z Tonym się wprowadzili, to nie mieli ciepłej wody, ogrzewania i spali na materacu na podłodze w jednym malutkim pokoiku. Innymi słowy, pławimy się w luksusach.

Teraz zrobię zakupy dla K. i Marty na przyszły tydzień, bo będą sobie radzić beze mnie, spakuję się i w niedzielę lecę. I to by było na tyle. Po powyższym podsumowaniu wyszedł całkiem udany tydzień. Jak dla mnie, bo mój dom pewnie myśli inaczej.

09:41, anitaes
Link Komentarze (2) »
środa, 10 marca 2010
Dowód na istnienie człowieka. "Renomie"* poświęcam.

Tę historię opowiedział mi K. wczoraj, podczas naszej rozmowy telefonicznej, a zdażyła się w ostatnią niedzielę, w pociągu na trasie Arezzo - Rzym. Dla mnie jest niezwykła. A dla was?

- Wsiadłem do przedziału, siadam, rozglądam się. Naprzeciwko mnie siedzi wyraźnie zaniepokojona kobieta. Podążam za jej wzrokiem. Po drugiej stronie przejścia głośna rozmowa, w zasadzie kłótnia. Zadbana, starsza pani głośno i agresywnie pokrzykuje na równie dobrze ubranego, na oko 40-letniego gościa. Ona krzyczy, on, też podniesionym głosem, ale spokojniej, próbuje dyskutować. Jedziemy, dyskurs się wycisza, kobieta tylko czasami burknie coś pod adresem do swojego towarzysza, facet patrzy w okno, unika jej wzroku, jest podenerwowany. Po 20 min. wchodzi konduktor. Sprawdza bilety, zagaduje do starszej pani, czy czegoś jej nie potrzeba - wygląda to na profesjonalną troskę o starszego i w związku z tym wymagającego pomocy pasażera. Konduktor wychodzi, facet siedziący obok staruszki także. Po ok. 5 minutach wracają razem. Patrzę zaciekawiony. Konduktor pochyla się nad starszą panią, dotyka jej ręki i mówi raźno: - Proszę pani, mam dla pani niespodziankę. Trenitalia przygotowała dla pani miejsce w I klasie. Staruszka spogląda na niego z wyraźną złością i protestuje gniewnie: - Mnie tu dobrze, nigdzie się nie ruszam! Konduktor z uśmiechem i zdecydowanie: - Gdzie są pani bagaże, pomogę je przenieść, zapewniam, że będzie pani miała lepsze i wygodniejsze miejsce. Dyskusja trwa jeszcze dobrą chwilę, konduktor przez cały czas jest przyjazny ale konsekwentny. W końcu kobieta wstaje, bierze płaszcz a konduktor jej torbę i razem wychodzą. Facet zostaje sam, z jego krótkiej rozmowy z pasażerką z naprzeciwka wnioskuję, on i starsza pani to obce sobie osoby, kobieta ma najprawdopodobniej problemy psychiczne, zaatakowała go nagle bez powodu.

*"Renoma" - firma zajmująca się kontrolą biletów w gdańskiej SKM, słynąca powszechnie z brutalności i chamskiego traktowania pasażerów.

15:21, anitaes
Link Komentarze (2) »
Mój trzeci świat.

Otóż informuję, że w związku z wczorajszą wichurą moje życie nabrało niespodziewanie egzotycznych rumieńców i smaków, bo:

1. Wlazłam o zmroku na taras i w szalejącym wietrze i zacinającym śniegu położyłam na trzepoczącej od kilku dni foli dodatkowe dachówki, by przypadkiem nie odfrunęła w nieznane. Niepotrzebna mi teraz dziura w dachu.

2. Zalepiłam na maxa szarą taśmą klejącą okno w małej łazience i dodatkowo zastawiłam płytą gipsowo-kartonową, bo wichura otwierała je na oścież, a jak wiadomo, Witek zapomniał zrobić do niego zamknięcie. Nie wygląda to pięknie, fakt, ale już sobie wybaczyłam.

3. W otwierających się notorycznie drzwiach do kaplicy przez dziurkę od klucza przeciągnęłam zaizolowany kabel i przymocowałam go mocno do przemysłowego odkurzacza, stojącego na korytarzu, bo nic cięższego nie było w okolicy. Odplątanie tej robótki pozostawiam K. Już się cieszę.

Po powyższych czynnościach uznałam nieskromnie, że wyjazd do Bangladeszu i wybudowanie tam szykownej chałupki z kartonu i sznurka byłoby dla mnie bułką z masłem. Kokosowym, oczywiście.

 

08:19, anitaes
Link Komentarze (5) »
wtorek, 09 marca 2010
?!

Dziś, 9 marca, w sercu Włoch. A mówiłam, żeby wybrać Danię...

Snieg

 

18:27, anitaes
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 marca 2010
Moc truchleje, nie ma, nie ma ciebie .../Kayah i Bregovic/

Wieczorem, gdy robi się szaro za oknem, nasz duży dom mnie straszy. Wiatr huczy w kominie. Na korytarzu szura targana wichurą folia. Cisza, żadnych odgłosów z zewnątrz. Ciemne korytarze, przepastne piwnice. W drzwiach żadnych kluczy, które dawałyby złudne poczucie bezpieczeństwa. Moje drzwi lekko stukają przy większych podmuchach, a te piętro niżej, w kaplicy, stale otwierają się na ościerz. Może to tylko przeciągi?

Nie ma mowy, by wieczorem iść do lodówki, na parter. Z psem wychodzę o 20.00, później byłoby jeszcze straszniej. Gaszenie świateł na półpiętrach i ogarniające wszystko ciemności powodują szybsze bicie serca. Ledwo powstrzymuję się, by nie pobiec po schodach na górę. Zamek w drzwiach wejściowych to zdezelowany zatrzask, nie wierzę mu, więc wracając ze spaceru zamykam drzwi wejściowe na ciężką zasuwę, pamiętającą czasy wojny komun.

Mam silną świadomość pustej, ciemnej przestrzeni wokół mnie, wypełnionej tylko wyobrażeniami żyjących tu kiedyś ludzi, ich miłości, zdrady, zabawy i śmierci. Ślady ich obecności są wszędzie : na kamiennych stopniach, przy studni, na drzwiach. Zamierzchłe, ledwo wyczuwalne znaki na starym kamiennym portalu: wygładzenie kamiennych bloków przez ocierające się konie, męskie dłonie, kobiece suknie, dawno temu. Studnia kryje wiele tajemnic, wiele dramatów.

Nie ma K. a my same z Martą staramy się kłaść wcześnie spać. I broń Boże nie pokazujemy strachu - udając zaklinamy rzeczywistość.

Zerwał się silniejszy wiatr, plandeka nad oknem w korytarza wpada w histerię. Zakopuję się głębiej w kołdrę, zamykam oczy. Byle do rana. Bo rano, gdy o 6.00 zaczynają odzywać się pierwsze ptaki i robi się jaśniej, dom pustoszeje a ja ponownie zaczynam czuć się właścicielką.

I jako właścicielka powinnam pomyśleć już wcześniej o tym, by przygotować dla wszystkich dawnych mieszkańców malutkie miseczki z różnymi przysmakami i umieścić je w róźnych zakamarkach domu. To powinno ich udobruchać. Przynajmniej na jakiś czas.

21:55, anitaes
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 marca 2010
Chillout niedzielny.

Dziś luzik. Rano zawiozłam K. do Arezzo, wyjechał niespodziewanie dla niego i dla mnie do Polski. Za tydzień ja lecę a on wraca tym samym samolotem, którym wylatuję. Nawet sobie nie pomachamy na Fiumicino. Trochę smutno. W Arezzo termometr pokazywał - 4. Było słonecznie i pięknie, ale gdzie ta wiosna, się pytam?

Wzięłam się za sprzątanie, bo z powodu dzisiejszego wyjazdu zasuwaliśmy wieczorem jak opętani. Dom rano wyglądał jak po wojnie. Wszędzie, za przeproszeniem, kupy kartonów - po szafie i brodziku. Niestety, nie udało się przygotować kuchni do malowania podłogi, zobaczę, co uda mi się zrobić samej. Wszystko wskazuje na to, że będę musiała pierwszy raz w życiu odpalić szlifierkę oscylacyjną. Będzie się działo!

Na przyszły tydzień plan jest prosty: najpierw przeszlifować ostatnie ściany w kuchni, a ponieważ to niestety łuki na suficie, więc już oszczędzam ręce. Potem zamieść wszystkie ściany, pomalować unigruntem, usunąć folię z podłogi, odkurzyć. Później SZLIFIERKA, potem pierwsze malowanie podłogi. Drugie być może w piątek, sobotę. I to by było wszystko, jeśli chodzi o moje mocne postanowienia.

Dziś odgrzałyśmy sobie z Martą na naszym piecyku pyszne danie z dziczyzny od Franco. Po doświadczeniach z jajecznicą byłam przekonana, że uda się je odmrozić późnym wieczorem. Ale ponieważ dzisiaj mocno wieje w Sansepolcro, piecyk rozpalił się błyskawicznie i o 17.00 moje dziecko zjadło pierwszy od tygodnia normalny obiad, czego nie omieszkało mi wypomnieć ze złośliwą satysfakcją. Po kim te młode są takie wredne?

A propos kominka, doszłam do wniosku, że to bardzo praktyczne urządzenie, zwłaszcza zimą. Nawet jeśli nie udaje się w nim rozpalić ognia, to i tak po przyniesieniu drewna i dłuższym dmuchaniu w palenisko jesteśmy już z reguły zupełnie rozgrzani i mokrzy z wysiłku. Taka sobie mała dygresja, na gorąco.

A teraz leżąc w łóżku, obłożona chrapiącymi kotami z każdego boku, obejrzę sobie film Woody Allena "Bananowy czubek" i to by było tyle na dziś, jeśli chodzi o, nomen omen, smakowanie życia.

18:14, anitaes
Link Komentarze (2) »
Zachcianki.

Wspólne składanie szafy i kabiny prysznicowej uważam za jedne z ważniejszych testów na trwałość ludzkich związków. Ba, są testem nawet na nasze człowieczeństwo. Kto składał, wie o czym mówię. W ciągu jednej godziny nie jest trudno zamienić się w rozwścieczone, spienione zwierzę, zacząć przeklinać jak szewc, drzeć na oczach skonsternowanego dziecka opasłą instrukcję i wyrzucić ją przez okno, razem z krzesłem i maszyną do szycia. A na koniec, w akcie rozpaczy wypić duszkiem szklankę wódki i łkając wczołgać się pod kołdrę, by w ciszy i ciemności strawić porażkę. Tak, tak, są sytuacje w życiu, które pokazują, czym naprawdę jesteśmy.

Cała sobota zaszła nam na montaż szafy i kabiny. Zachciało się nam luksusów. Wypiliśmy w tym czasie 15 kaw, 6 zielonych herbat, 4 szklaneczki koniaku. Zjedliśmy kilo pomarańczy, 7 kanapek, spaliłam 8 papierosów. Znaleźliśmy 2 błędy w instrukcji składania szuflad. K. został jeden raz trafiony w głowę złamanym wiertłem, dołączonym do kabinowych akcesoriów. Przynajmniej 6 razy wyrażaliśmy dobitnie swoje zdanie na kwestie kobiecej inteligencji i męskiego szowinizmu.Trzy razy się rozwiedliśmy, dwa razy pokłóciliśmy, z kim zostaje który kot.

W rezultacie mamy prysznic w Marty łazience i szafę w naszej. Hurra!

Mamy także podłączoną pralkę. W piątek przyszedł Filippo i wspólnie z K. wtargali ją do pralni. Poznaliśmy rodziców Filippo, bo pojechaliśmy do nich zobaczyć jakieś stare meble, które Filippo kupił niedawno do renowacji. Bardzo sympatyczni ludzie, dom pełen książek i różnych znalezisk: skorup, sprzączek rzymskich, monet. Jego ojciec jest pasjonatem historii Sansepolcro i okolic. Zrobili nam ksero fragmentu książki - dużego opracowania historycznego poszczególnych budynków w Sansepolcro. Fragment dotyczył naszego palazzo i co ciekawe, nie ma tam nic na temat odkrytego przez nas olbrzymiego portalu przy studni. Był przez setki lat schowany pod grubym tynkiem i to znaczy, że dopiero my wydobyliśmy go na światło dzienne.

Potem obejrzeliśmy Vespę z 1966 roku, którą Filippo kupił od jakiegoś przygłuchego dziadka gdzieś na umbryjskiej wsi. Opowiedział nam, że zobaczył ją przypadkiem, gdy stała gdzieś samotnie przy zaniedbanym, walącym się domu. Oniemiał, bo była jego marzeniem. Długo się zastanawiał, jak namówić właściciela na zbycie. W końcu niepewnie zapytał go, czy nie sprzedałby mu jej za 1100 euro. 100 euro? - powtórzył właściciel - stary, bierz natychmiast! Jest twoja. I tak ubili interes, obydwaj szczęśliwi jak dzieci.

W piątek było koszmarnie zimno, padał śnieg, ale to nie przeszkadzało Filippo wsiąść na Vespę, odpalić silnik i zademonstrować skuterek. Piękny, ciemnoniebieski, w super stanie. Bellina. Potem opatulił ją szczelnie folią i z widocznym oporem pozostawił w lodowatym garażu. Ponieważ niedługo będę w Polsce, spytałam Filippo, co chciałby, żeby mu przewieźć. A Filippo, jak Filip z konopi: przywieź mi ikonę. Wariat. Gdy wytłumaczyłam mu dokładnie, dlaczego to niemożliwe, Filippo stwierdził, że w takim razie chce parówki. Ok, będą parówki. Cały kilogram.

Ludzkie pragnienia to nieustanne źródło niespodzianek, czyż nie?

A to dziś zobaczyłam rano, podczas spaceru z psem na Piazza. IV Rajd Valtiberina. Ryk silników głośny jak na lotnisku. Panowie uwijali się dziarsko w porannym chłodku. Mężczyźni, zabawki wciąż te same, przez całe życie, tylko trochę większe niż dawniej:

sam 1sam2sam3

A to moje dwie wyluzowane Devonki w sobotnim słoneczku. Niech burza huczy wokół nas...

Petunia:

petunia 2

Serek:

serek2serek3

 

10:43, anitaes
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 marca 2010
Mamy czas.

Zaczynamy odtajać po ostatnim tygodniu dzikiego pędu w nieznane. Nawet wpadliśmy dziś na pomysł zrobienia jajecznicy na piecyku w kominku. Nie wiem, w jakiej temperaturze ścina się białko, ale włoskie jajka ścinały się prawie godzinę. Dopiero jak naładowaliśmy do pieca mnóstwo makulatury, coś drgnęło. A jajecznica pyszna, z chlebkiem z masełkiem plus nieśmiertelna herbata. Jak obozować to na całego. Brakuje tylko mielonki w puszce i suszenia prania na linkach namiotowych. A, i śpiewów przy gitarze, rzecz jasna.

W naszym domu dzisiaj piano piano, czyli bez pośpiechu. Rano przyszedł Renato, opowiedział o wizycie w Mediolanie, o czekającej go operacji i ogólnie o włoskiej służbie zdrowia i, jak to on, zasiedział się odrobinę. Zrobiła się 11.00, gdy uznaliśmy, że czas wziąść się do pracy. Jakoś tak brakowało nam weny. K. zaczął szukać czegoś w kartonach, a ja poszorowałam trochę ściany w kuchni, bo bez tego nie ruszymy z podłogą, a potem pojawił się genialny pomysł na jajecznicę, i niewiadomo kiedy zrobiła się 16.00. O 17.00 pojechaliśmy po jakąś ważną rurę do kibelka, a w drodze powrotnej okazało się, że rura nie taka, jak być powinna, więc wróciliśmy po nową. I już 19.00. A później wnosiliśmy Marty biurko, komodę i mnóstwo innych rzeczy i jest 23.00. I tak oto dzień zszedł nam bezproduktywnie, nie licząc jajecznicy.

A w tak zwanym międzyczasie pogapiłam się w okno/ tak, tak/ i poobserwowałam, jak pewien pan wystawił na typowo włoski, pokryty dachowką i mocno stromy dach metalowe krzesło i postanowił wyczyścić komin. Zmaganiom z materią krzesełka, dachu i komina nie było końca. Ponieważ tutaj, za oknem, dzieją się takie niesamowite rzeczy, pomyślałam, że zakup telewizora odłożymy na nieokreśloną bliżej przyszłość.

Udawanie, że żyjemy w całkiem normalnym domu przyszło mi niespodziewanie łatwo: brak kuchni pomijam milczeniem, gruz w workach na parterze traktuję jak część wystroju wnętrz a rusztowanie przy schodach przestałam dostrzegać już dobry tydzień temu. Nawet brak okna w suficie na naszym korytarzu i łopotanie plandeki w wietrzne dni nie robi na mnie żadnego wrażenia.

K. wygrzebał z kartonu niewidziany i nie słyszany od ubiegłego czerwca nasz ulubiony szwecki zegar i powiesił go na ścianie. Teraz tyka sobie miarowo, wygrywa kwadranse, pół i całe godziny a ja, siedząc na wyplatanym, krzywym krześle od Renato patrzę na nasze toskańskie sufity, niebo za oknem, ogień w kominku i jestem zupełnie spokojna: to będzie piękny dom.

 

 

 

00:06, anitaes
Link Komentarze (6) »
środa, 03 marca 2010
Wielki chaos.

Właśnie wracam z wojny. Domowej. Czuję się, jakbym dodatkowo przeżyła trzęsienie ziemi, pożar, rozwód i śmierć psa. To było STRASZNE. Mam siniaki, wstrząśnienie mózgu i syndrom zmęczonego wojownika. Dziesiejszy poranek w nowym miejscu nie powitał mnie zapachem kawy i muśnięciami słońca na poduszce. Takie rzeczy zdarzają się tylko w reklamach i polskich filmach. Remont i przeprowadzka to nie rozkosznie pobrudzony nosek od żółtej, a jakże by inaczej, farby.  To znój, pot i łzy. Tak jak wcześniej pisalam.

Ranek był mokry i zimny. Kładliśmy się spać o 3.00. O 6.00 wróciła Marta z koncertu w Bolonii, i położyła się z nami w łóżku, bo jej pokój jeszcze nie gotowy. Co chwila budziłam się, bo się przeforsowałam i drętwiały mi dłonie. Wcześniej, ok. 1.00 zabraliśmy zwierzęta z mieszkania Heather. Mieszkanie lśniło. Niech ma. Nigdy nie osiągnie takiej doskonałości.

A u nas w pokoju jedno łóżko, jeden stół i krzesło, jak w piosence Cohena. Znalazłam w piwnicy lampy i postawiłam na stole, bo goła żarówka przy suficie sprawiała, że miałam ochotę zwiać i nie wrócić. Powiedziałam mojemu drogiemu K., że jeśli kiedykolwiek jeszcze choć wspomnę o jakiejkolwiek przeprowadzce, ma mnie tak długo bić po głowie, aż wybije mi do końca takie durne i nieodpowiedzialne pomysły. To moje trzecie tak totalne przenosiny w ciągu ostatnich 10 lat. I jak na moją wytrzymałość, dość. Dziś mówię: koniec kropka. A czy za kilka lat znow mnie coś podkusi?....

Narayana pomogła mi wczoraj sprzątnąć podłogę u Marty w pokoju, w naszej łazience zrobilam to już sama. Zajęło mi to dokładnie 4 godziny, a łazienka nie aż tak duża, ok 9 m kw. A dlaczego tak tyrałam, skoro jeszce do niedawna podłoga byla tylko do dokładnego umycia? Ano dlatego, że posłuchałam Zenka, który zapewniał, że cekol i unigrunt zejdą po przemyciu wodą. Wielka ściema. Nie zeszło. Musiałam szorować, skrobać, zmywać gorącą wodą, a i tak efekt średni. I gdy tak na kolanach czyściłam nasze stare cotto, powiedziałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie dam zarobić ani jednej złotówki polskim tzw. fachowcom i złotym rączkom. Wszyscy ci panowie, Zenki, Witki czy Kaziki, co to wiedzą lepiej, nie ręczą, jaśli poprosi się ich o zmiany, co to mają focha, gdy muszą poprawić po sobie, więc wszystkim im mówię "żegnam".

Pamiętam jak na początku budowy poprosiłam Fabrizzio, jeden jedyny raz, by jego ludzie uważali na podłogi. I co? I nic, po ich wyjściu, po miesięcznej pracy betoniarki, zostawili po sobie idealny porządek.

Co to jest? Różnice kulturowe czy może wpływ komunizmu? Nie, to tylko kwestia myślenia. Pomiędzy wiem a myślę jest przepaść, której nasi rodzimi fachowcy nie są w stanie pokonać.

Narayana zaprosiła nas na kolację. Mieliśmy iść dziś, ale nie damy rady, przesuniemy to na później. Rozmawiałyśmy trochę. Skończyła w Sienie archeologię, ale wybrała inne życie. Kiedyś podczas wycieczka na Monte Casale, widziałam w dolinie gospodarstwo, wyglądało jak obóz cygański, kozy, psy, dzieci. Zastanawiałam się wówczas, kto tam może mieszkać. A dziś wiem, że to ona. Okazuje się, że aby sprzedawać własne wyroby, sery i miody, we Włoszech trzeba pokonać niesamowite bariery biurokratyczne. Jak w Polsce.

Zresztą łączy nas więcej. Nasze życie też przypomina koczowisko, tyle tylko, że mamy prąd i ciepłą wodę w kranie. Jednym jedynym. Ciągle szukamy czegoś w setkach worków i siatek: a to papieru toaletowego, a to cukru, a to skarpetek. A ponieważ rzeczy porozkładane są na wszystkich piętrach, to ... brak słów.

A teraz kilka fotek, które zrobiłam. Bez tych ludzi nie bylibyśmy tam, gdzie teraz jesteśmy:

1. Oto Narayana.

narayana

A to Filippo i jego samochodowe poświęcenie:

filippof.car

A to Sati. Wykąpała naszego psa. Chwała jej za to!

sati

A to nasz domek wczoraj, ok. 1.00 w nocy:

pokój 02.03

A to nasze koty, dzień później. Chyba czują się już u siebie, w przeciwieństwie do nas:

nasz okpetuniaserek

I to by było na tyle z pola walki. Pozdrawiam.

 

17:42, anitaes
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 01 marca 2010
Narayana ma wielkie oczy.

Mieszkanie Heather posprzątane. Przypuszczam, że nigdy nie było tam tak czysto. Niestety, znając jej specyficzne rozumienie czystości, nawet tego nie zauważy. Jutro oddaję klucz, dziś jeszcze tam śpimy.

Rano przyszła Sati i Narayana, siostra Tano. Niesamowita dziewczyna. Ma 32 lata, niezwykłą urodę, piękne oczy, trójkę dzieci i mieszka z mężem w górach, bez prądu i innych zdobyczy cywilizacji, mimo, że skończyła studia i nie miałaby problemu z pracą. Takiego dokonali wyboru. Uprawiają biologicznie warzywa, robią sery, miody i własne kosmetyki z propolisu. To jej lekarstwo wyleczyło Martę z alergicznego zapalenia gardła. Umówiłyśmy się, że będę kupować jej warzywka i inne przysmaki, a w naszym B&B zrobię małą gablotkę z kosmetykami.

Pokażę jej filcowanie na mokro, bo nauczyłam się tego w ubiegłym roku. Wczoraj oglądała buciki dziecięce z filcu i zastanawiała się jak to się robi. A dziś się spotkałyśmy i zaczęłam coś na ten temat mówić. Spojrzała na mnie zaskoczona. Doszłyśmy do wniosku, że pewne sprawy nie dzieją się bez powodu.

A w naszym domu? Filippo z Tano wtargali łóżko na górę, ale jeszcze nie złożone. K. kończy fugowanie naszej łazienki, u Marty jutro montujemy całą łazienkę, u nas tylko umywalkę i kibelek, reszta w ciągu kilku dni. Nawoskowałam podłogi i zaczynają delikatnie błyszczeć. W zasadzie większość rzeczy przywieziona, jutro przyjdzie czas na psa i koty. Od rana sprzątam podłogę u Marty i korytarze, bo straszny syf. Wystarczy raz przejść w czarnych butach i są szare. Chyba włączymy lodówkę, tam gdzie teraz stoi, bo inaczej będę musiała wyrzucić dużo jedzenia z zamrażarki.

Dziś wstaliśmy o 5.00, bo po wczorajszej pracy nie mieliśmy siły się pakować. Padamy na zęby, jeszcze nigdy tak ciężko nie pracowaliśmy. W zasadzie codziennie od 7.00 do 24.00. Marzę o jednej, tylko jednej godzinie dla siebie. Na pogapienie się w okno, na przeczytanie jednego rozdziału książki. Na poleżenie bez poczucia winy i obowiązków, na posłuchanie muzyki. Nawet teraz, gdy piszę, za moimi plecami, w łazience przy fugach uwija się mój mąż i słyszę po oddechu, jaki jest zmęczony. Więc idę popatrzeć i pogadać, by było mu raźniej.

Jutro tu śpimy. Jeszcze niedawno bałam się tego domu, ma pełno zakamarków, ciemnych pokoi, cichych pięter, studnię. Bałam się sama wchodzić na górę, oglądałam się za siebie, pewna, że zaraz kogoś zobaczę. Przez ostatni miesiąc już go oswoiłam. Nawet do piwnicy wchodzę bez światła i szukam w ciemności złożonego tam drewna do kominka. Choć czasem przychodzi mi do głowy myśl, że przecież mogę trafić na czyjąś wyciągniętą rękę...

Miłych snów.

21:45, anitaes
Link Komentarze (1) »