RSS
piątek, 31 grudnia 2010
Cosa Nostra czyli nasza sprawa. /Miało być o tajemnicy numer 2. Ale nie będzie./

Od długiego czasu miałam ochotę napisać o pewnej ulicy. Nazywa się Via Mazzini, leży na tyłach Via Luca Pacioli i dawniej nosiła nazwę Via del Panico. Ulica Paniki. Czy to nie brzmi panicznie intrygująco? Natychmiast w głowie pojawiają się obrazy średniowiecznego miasta, uśpionego i cichego, z zamkniętymi na głucho bramami i okiennicami, w którym nagle, niespodziewanie coś się wydarza. Trzęsie się ziemia, wybucha pożar lub rozlega się przerażający krzyk. Ludzie, nieprzytomni i zaspani, w strachu i w ciemnościach wybiegają z domów. Na bosaka, potrącając się i popychając, biegną w stonę najbliższego kościoła, w tym wypadku do konwentu Św. Klary. Dzieci płaczą rozpaczliwie a konie się płoszą. Na nierównym, starym bruku potykają się zwierzęta i ludzie, tratując się nawzajem. Panika gwałtownie rośnie i budzą się upiory.

To byłby dobry temat na notkę o tajemnicy ulicy Via Mazzini.

Ale życie jest o wiele ciekawsze. Po co mi wymyślona panika, skoro przedczoraj miałam tutaj prawdziwą. W dobie internetu, facebooka i bezpiecznych przelewów międzynarodowych w naszym mieście wybuchł chaos.

Kilkanaście dni temu spadł śnieg. Przedtem padało bez przerwy przez miesiąc. Górskie potoki zamieniły się w rzeki. Cała woda z gór zaczęła płynąć w dolinę Tybru. I płynęłaby sobie spokojnie, zanikając, w stronę Rzymu, gdyby nie wybudowana pod Pieve Santo Stefano zapora. Tama istnieje już kilkadziesiąt lat, budowano ją długo i mozolnie, ale działa i, jak przystało na tamę, tamuje. I właśnie w czwartek wieczorem, pod naporem spiętrzonej wody, tama zaczęła pękać. Wyrwa miała 20 metrów i groziło, że zacznie się powiększać. Wtedy pojawiła się panika. Pękająca tama, z 140 milionami metrów sześciennych wody to, że tak powiem, nie przelewki. Może zmieść Sansepolcro, Cita`di Castello i zalać Perugię. Natychmiast ewakuowano mieszkańców najniżej położonych miejscowości, Trebio i Santa Fiora. W pełnej gotowości była straż, pogotowie i służby wolontariatu, jakich tu bez liku. Sindaco, czyli burmistrz dzielnie przybył na miejsce zdarzenia i kontrolował sytuację. A mieszkańcy? Czy spanikowani i przestraszeni, jak ich średniowieczni poprzednicy, biegli do najbliższego kościoła? Bili się w piersi i wyznawali swoje grzechy? Nie. Mieszkańcy wsiadali do swoich samochodów i jechali zaparkować je wyżej, na wzgórzach otaczających miasto, by w razie kataklizmu nie popłynęły Tybrem do stolicy. Przez prawie całą noc ruch był na drogach jak w środku dnia, nie obyło się bez paru stłuczek i niegroźnych zderzeń. My także, zaalarmowani przez Martę, o pierwszej w nocy postawiliśmy naszą Toyotę w okolicach klasztoru Kapucynów, z ładnym widokiem na dolinę. A potem, wraz z innymi, wracaliśmy pieszo na stare miasto, do domów i oglądaliśmy w internecie relacje na gorąco, zdjęcia i filmy i zastanawialiśmy się, czy tama pęknie, a jeśli tak, to co z naszymi książkami, które ciągle czekają w piwnicy, w kartonach i z naszym domem. Zmieni miejsce zamieszkania a my wraz z nim czy zostanie na miejscu? Został. Na razie.

A że zaczęłam od tajemnicy, to skończę jej rozwiązaniem. Dowiedziałam się, że nasza zapora Montedoglio, jedna z większych w Europie, pobliska droga E45 na Cesenę, która od czasu swojego otwarcia jest stale zamknięta, bo się zapada, kruszy i grozi katastrofą i którą Włosi boją się jeździć a także szpital w L`Aquila, który w kwietniu ubiegłego roku, podczas trzęsienia ziemi zawalił się, przygniatając chorych, zostały zbudowane przez jedną i tę samą firmę. Rodzinną firmę Lodigiani. Z Sycylii.

A poniżej jeszcze coś do oglądania:

 

zap

/Za Meteoweb/

I jeszcze tutaj.

Pozdrawiam w nastroju niewystrzałowym.

 

20:05, anitaes
Link Komentarze (3) »
środa, 29 grudnia 2010
Puk-puk, puk-puk...

Serce może być z kamienia. Twarde i niewzruszone. Na przykład z pietra senesi. Włosi używali tego materiału do robienia portali drzwiowych i okiennych. Porowaty i tępy, nie ma w nim szczeliny, w którą mogłaby się wsączyć się jakaś wodna słodycz i rozsadzić go od środka. Co najwyżej po latach zaczyna się kruszyć na proch. Albo miękkie serce. Miękkie jak plastelina a może jak kisiel? Jedno i drugie nie brzmi dobrze. Mdło i kleiście. To może szerokie serce? Otwarte bezgranicznie i pełne przestrzeni? Mam wizję hulających na tych otwartych rubieżach przeciągów, wichur i unoszących się tumanów kurzu.

Intrygują serca wojownicze, dobre, odważne lub szczere. Albo złamane i zszarpane życiem. Ale nie serca bijące miarowo i spokojnie. Bijące w taki sposób, że nie wiemy, że istnieją. Schowane i dyskretne jak wierny sługa.

Moje serce, niewdzięczne, niedobre, podłe, zaczęło się wyrywać. Pukać byle jak i gubić rytm. Robić przerwy i nagle przyśpieszać. Albo zwalniać i czekać na nie wiadomo co. Mam serce cwane i przebiegłe. Siedzi sobie cicho i szumi usypiająco, tak cicho, że zapominam na śmierć o jego istnieniu, a pewnego dnia, niespodziewanie, zaczyna żyć własnym życiem i podążać w odwrotnym kierunku, niż ja. Usamodzielnia się, buntuje, bo zaczyna mu się nie podobać moja droga. Moja słabość do kawy, te kilka fajek dziennie, lenistwo zamiast dziarskiej maszruty, człopawaty spacer ze staruszką Pinią, zamiast bieg po zdrowie, z zadyszką i MP3 w kieszeni. Wypomina mi wszystkie lewe zwolnienia z w-f, bo jest pamiętliwe jak słoń. Nie wybacza i chowa urazy. Wie, że jest jedno, jedyne, i może dyktować warunki. Dawać swoje drakońskie ceny i wyznaczać kierunek kolejki. Jak jedyna piekarnia w mieście.

Czuję się tyranizowana i postawiona pod ścianą. Ktoś tu coś chce mi udowodnić. Pokazać, kto tutaj rządzi. Grozi mi paluchem przed nosem. Uśmiecha się drwiąco i bębni niedbale, jakby w zniecierpliwieniu, palcem po pustym stole, bez rytmu i umiłowanej harmonii. Mam milczeć i słuchać. Jakbym była tylko do niego dodatkiem. Dostarczycielem powietrza i wody. I ulubionego wina, od czasu do czasu.

A przecież całe życie dopieszczałam drania. Zakochiwałam się bez pamięci, by nie było mu nudno. Zachwycałam się światem, by dźwięczało radośnie. Czytałam wzruszającą literaturę, by ten czerwony, głodny smok miał rozrywkę. I taka wdzięczność, ja się pytam? Kto w końcu do kogo należy, do cholery? Ono do mnie, czy ja do niego?

Siedzę i myślę o tym wszystkim, słuchając tej bezładnej kakofoni w moim ciele. Zła na siebie i na moje serce. Bo od dawna powinnam wiedzieć, że serce kobiety to bezlitosna, wredna i złośliwa pukawka. Nie daje się oszukać i robi swoje. Bez krzty wdzięczności za te wszystkie wspólne lata. Po prostu bez serca.

serduszko

16:28, anitaes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 grudnia 2010
Oczywista nieoczywistość.

Granaty kupiłam na straganie. Cztery ważyły prawie dwa kilogramy. Skórka błyszcząca, gładka, idealna. Kolor taki, że nie ma sensu rozpalać w kominku - grzeje i parzy. Postawiłam na stole i patrzę. Granaty nie są granatowe. Nie są wybuchowe. Są słodko-cierpkie. I chłodne w dotyku, mimo tej skórki w kolorze płomienia. Z granatami nic nie jest takie, jak by się wydawało. Ale najważniejsze, że są. Wesołych Świąt! Szczęśliwego Nowego Roku! Życzę wszystkim, by Wasza rzeczywistość była czasem oczywiście nieoczywista. A przy tym zaskakująca, ładna, ciepła i konkretna. Po prostu granatowa.

gra

10:07, anitaes
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 grudnia 2010
The day after...

Wczoraj zaczęło padać od wczesnego popołudnia. Już od rana czułam, że coś się święci. Najpierw K. od 5.00 tkwił na lotnisku w Polsce. Zamiast o 6.40 wyleciał o 17.30. Wizzair, nic dodać, nic ująć. Potem wyruszyłam po niego do Rzymu. Zamiast 2,5 godziny jechałam 5. Na drogach panika. Na Fiumicino byłam o 24.00. Potem dramatyczny powrót z palcem bożym w tle: zamiast jechać A1 na Florencję, skręciłam w Orte na E45. Dzięki temu nie nocowaliśmy w samochodzie pod Arezzo; byliśmy w domu po piątej. W mieście panował ruch jak w ciągu dnia. Okazało się, że za Sansepolcro zamknięto superstradę i wszyscy musieli zjeżdżać do miasta. Na głównym rondzie piknik. Na naszą ulicę wjechałam, pchając przed sobą wielki wał śniegowy. Było pięknie. A dziś otworzyłam oczy o 10.00 i zobaczyłam taki świat. Fajna ta zima, prawdziwa, bez żadnej ściemy.

zi1zi2zi3zi4zi5

15:09, anitaes
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 grudnia 2010
Tajemnica numer 1.

Są w tym miasteczku rzeczy, które mnie fascynują. Ilekroć mijam któreś z tajemniczych miejsc, moja wyobraźnia nie daje się poskromić. Na przykład odkryłam dom, w którym stale pada deszcz. Okna w jednym z mieszkań są zapłakane od środka, bez względu na pogodę i porę roku na zewnątrz.

Dom stoi Via Luca Pacioli, prawie naprzeciwko placu przed Santa Chiara. Olbrzymia, naprawdę niezwykła kamienica, chyba jedna z największych w okolicy. Kiedyś była otynkowana, dziś tylko pod samym dachem, nietknięte przez opady, wiszą resztki renesansowego tynku. Od frontu wielkie okna, niektóre zamknięte na głucho, są chronione pięknymi, rzeźbionymi okiennicami. W porównaniu z nimi, nasze skromne okienniczki to prostackie deski. Cieżki, kamienny portal nad wejsciem zakryto rusztowaniem bo niestety ze starości sypie się i kruszy i lepiej nie stać zbyt blisko niego.

Zaraz przy kamienicy jest wąski przesmyk, uliczka San Bartolomeo, która prawdopodobnie była wewnętrzną ulicą wspomnianego wyżej palazza, wjazdem na teren posesji. Według średniowiecznych planów, San Bartolomeo była przedłużeniem San Giuseppe, ale teraz jest przesunięta o kilka metrów w lewo, a raczej to nasza ulica w okolicach 1376 roku skręciła w prawo, po tym, jak w wyniku walk jej części została zniszczona. Obchodząc kamienicę, na jej tyłach znajdziemy kolejną piękną, szarozieloną bramę z dwoma niskimi schodkami, prowadzącymi do środka. Po prawej, na parterze mieszka starsza pani z leniwym, łaciatym kotem, który wyleguje się w oknie, opierając swoje tłuste boczki o zardzewiałą kratę.

Po lewej jest puste mieszkanie, w którym pada. Okna są zamknięte, ale nie ma w nich okiennic. Po szybach, które nie są specjalnie brudne ani zaniedbane ściekają gęsto krople wody, zostawiając ciemniejsze smugi. Staję sobie naprzeciwko i patrzę na to dziwne zjawisko. Nigdy nie pali się tam światło, w środku jest ciemno i mimo, że okna są dość nisko, nie można zajrzeć do środka. Ten deszcz jest jednostajny, pada dniami i nocami a ja codziennie obserwuję tę jesienną, domową pluchę bo to moja stała spacerowa droga z psem. Nie spodziewam się, że kiedyś zaświeci tam słońce, ale jakieś wypogodzenie mogłoby przyjść.

Czasem zastanawiam się, czy może mieszkają tam jacyś ludzie, spod znaku ryb, albo na przykład wodnika i patrzą sobie na mnie, z głębi swojego mieszkania, jak gapię się w ich okna, zafascynowana tym deszczem, i nadziwić się nie mogą, jak można chodzić po ulicach, gdy słońce świeci tak obrzydliwie, a przecież w domku może być tak rozkosznie wilgotno i chlupotliwie, tak przyjemnie mokro, czyż nie?

pada

09:31, anitaes
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 grudnia 2010
Ulica Toruńska. Wpis o lekkim zabarwieniu depresyjnym.

Moja babcia mieszkała w małej kamienicy, przy ruchliwej, zakurzonej trasie toruńskiej. W domu było 6 mieszkań, 3 na parterze i 3 na I piętrze. Co tydzień, w ustalonej kolejności zmywało się klatkę schodową, raz w roku któryś z lokatorów malował brązową farbą olejną drzwi wejściowe i tralki schodów. Na niewielkim podwórku stale suszyło się pranie, linki podpierano drewnianymi przyporami, które chwiały się, jakby zaraz miały się przewrócić, gdy tylko zawiał silniejszy wiatr. Latem, wieczorami, gdy już zdjęto wysuszoną pościel, wszyscy siadywali na przyniesionych z domu krzesełkach i rozmawiali do późna. W mieszkaniu babci, malutkim, pokój z kuchnią, wychodek na zewnątrz, było zawsze bardzo czysto. Szyby w oknach kurzyły się od przejeżdżających samochodów, więc babcia ściarała je co kilka dni. Na parapetach stały kwiaty, które kwitły na potęgę a ich tłem były bielusieńkie firanki. Te kwiaty, które czasem dostawałam w prezencie, były jak przywiązane do miejsca stare  koty; nie chciały nowego domu i zdychały u mnie po krótkim pobycie. W kamienicy mieszkało dużo dzieci, które w wakacje buszowały po okolicznych podwórkach i bramach i wpadały do domu na sekundę, by ukroić sobie kawałek chleba, posypać cukrem i polać mlekiem, albo wodą, jeśli ktoś był mniej wymagający.

Z dawnych lokatorów nie pozostał w tym domu już nikt. Dawno temu zmarła stara, chuda  arystokratka, mieszkająca samotnie na parterze, która po wojnie zajęła się szyciem sukienek dla pań z towarzystwa, a której jako dzieci bardzo się baliśmy, bo nigdy się nie uśmiechała i miała sękatą laskę. Nie żyje najbliższa sąsiadka mojej babci i jej jedyny syn Ludwik, który po śmierci matki zapił się na śmierć. Zmarła pani L. z I piętra, ta od "puszek mi Marta wyszedł", a jej piękna i wyniosła córka Krysia, której boskie ciuchy z Ameryki próbowałyśmy z Marzenką, jako małe dziewczynki, mozolnie rysować siedząc na kocu na podwórku, więc ta zjawiskowa Krysia dostała wylewu i jeśli żyje, gdzieś w Poznaniu, jest pewnie ciągle sparaliżowana. Moja babcia także umarła kilka lat temu.

Odwracam głowę i przyśpieszam krok gdy czasem, będąc w Polsce, mijam to miejsce. Okna w dawnym mieszkaniu babci są brudne i zachlapane. Po kwiatach nie ma śladu. Trudno dostrzec przez szybę prawdziwy kolor szarych, za krótkich zasłon. Ładne, przedwojenne drzwi wejściowe, które kiedyś były ozdobą kamienicy, wiszą teraz smętnie na jednym zawiasie. Lewe skrzydło ktoś zastąpił kawałkiem dykty, bo podobno rozpadło się w drzazgi, gdy jakaś sąsiedzka awantura zakończyła się skopaniem ich w furii i pijanym widzie. Schody wyglądają, jakby od czasów mojego dzieciństwa nigdy nie były umyte. Na klatce jest ciemno, brudno i zimno. W kącie stoi zapomniane wiadro ze śmieciami, nie ma lustra w sieni a ładny, szlifowany klosz, który wisiał tam od początku, od kiedy pamiętam, zastąpiła żarówka dwudziestka. Oczywiście nikt nie suszy już prania na podwórku, zniknęłoby ze sznurków w ciągu kilku minut.

Dbamy o nasze domy, upiększamy je i pucujemy. Troszczymy się by ładnie pachniały i były ciepłe. Jakby miały być przepustką do nieśmiertelności. Albo miały zapewnić nam ciągłe trwanie, wbrew prostym prawom natury. A przecież ich twarda materia nie chroni nas przed niczym. Są tylko inną formą schronienia, jak trochę mocniejsze, grubsze ubranie. Wystarczy je zdjąć i porzucić, by skuliło się w kącie i stało się zakurzoną, szarą szmatą, którą czasem nie chce się dotknąć, z obawy, że pobrudzimy sobie ręce. I co z tego, że kiedyś, w tej ślicznej sukience zdarzyło się nam tyle fajnych rzeczy? Domy umierają razem z ludźmi, tylko że nikt nie robi im pogrzebów. Odchodzą brzydko i bez pożegnania, na przekór wszystkim naszym wspomnieniom.

16:44, anitaes
Link Komentarze (3) »
sobota, 11 grudnia 2010
Kaki, cd.

Pozazdrościłam Nari i wczoraj wieczorem powiesiłam kaki w naszej kuchni. Żal było je obierać, bo mają śliczną pomarańczową skórkę pokrytą jakby satynową warstwą mgiełki. Ale bez obierania by zgniły, skórka jest za gruba. Teraz się suszą i cieszą oczy. W każdym razie moje. Jak będę robić pierniki na święta, to zanurzę je w roztopionej czekoladzie. Koniecznie gorzkiej.

kak1kak2

13:47, anitaes
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 grudnia 2010
Zdjęcia, kaki i włoskie majaki.

Dziś w Toskanii świeci słońce. Wielki dzień, bo od miesiąca było ponuro, choć ciepło - czasem nawet 17 stopni. A dzisiaj od rana mrozik szczypie a niebo niebieskie, niebieskie... Idę z psem na spacer i  słyszę na pustym, zalanym słońcem placu przy Santa Chiara taki dialog dwóch Włoszek:

- Lucia! Buongiorno!

- Buongiorno!

- Lucia?

- ...

- Allora?

- Allora?

- Allora te!

- Allora, Ana.

Najpiękniejsza gadka-szmatka swiata, zupełnie bez sensu; ta z lotnikami z Monty Pytona to pusty śmiech.

A teraz wrzucam trochę zdjęć, bo Blox od listopada zwiększył limit, więc wrzucam, bo grzech nie wrzucić. Nasza elewacja i słonko w jadalni. To niebo prawdziwe, nie kolorowałam:

el1

el2el3

Na tych zawiasach za tydzień zawisną duże, proste wrota, które tu były, ale teraz zajmuje się nimi Oriela. Zostawimy je otwarte, to w końcu okno kuchenne. A to nasz dom przed remontem:

dom3

dom1

elst

Widoczne na elewacji kamienne łuki to resztki dawnych podcieni. Cała Via San Giuseppe była ulicą handlową, w średniowieczu pod tymi podcieniami były sklepiki, a głębiej botegi, czyli warsztaty. Te marne pozostałości to efekt kilku porządnych trzęsień ziemi. W niektórych budynkach łuki są jeszcze w niezłym stanie, choć zostały dawno temu zabudowane, w innych już nie istnieją.

A tu słonko w jadalni, klimatycznie sobie świeci. Wietrzymy, bo coś nam kominek dziś nie chciał zaskoczyć i dymił jak cholera. Ale efekty były piękne.

jad1jad3jad4

A teraz tytułowe kaki. Je się jak kiwi, łyżeczką, gdy są już całkiem dojrzałe. Niedojrzałe są okropne, mają tępy smak, jakby zawierały drobny papier ścierny. Dojrzałe też są dziwne w smaku, jak powiedziała znajoma Włoszka, są w środku trochę zasmarkane. Aby dojrzały, kładzie się je na półmisku razem z jabłkami, podobno lubią to towarzystwo. Najlepsze jadłam u Narayany, wisiały sobie pod sufitem, na żerdzi i schły. Ale trzeba najpierw je obrać ze skórki i dopiero wtedy powiesić. Cokolwiek by nie powiedzieć, są wyjątkowo ciepłe i miłe w oglądzie, wiszą na drzwach jak ozdoby choinkowe, gdy wszystkie pozostałe drzewa są gołe. I grzeją swoim widokiem.

kaki1

ka3kaki2

A na koniec, jak szaleć to szaleć, Toskano-Umbria zimą, czyli dziś. I to by było na tyle a propos zimy. Więcej nie będę wkurzać /widziałam pogodę w Polsce na TVN, tylko zamknąć się w domu i jeść kaki, no naprawdę.../.

zimązimą2

17:36, anitaes
Link Komentarze (5) »
niedziela, 05 grudnia 2010
Patriotyzm lokalny.

Latem tego roku zdjęliśmy nasze wejściowe wrota, by Oriela mogła je doprowadzić do porządku. Oczyścić, usunąć warstwę jakiegoś zapieczonego lakieru z zewnątrz a z wewnętrznej strony obrzydliwą olejną farbę w kolorze jasnego beżu. A także jakieś przymalowane gąbki, plastry, zaschnięte gluty i inne wiekowe atrakcje. Miało jej to zająć trzy, maksymalnie cztery dni. Tak mówiła. Wtedy pojawił się problem, czym zamknąć wejście, niemałe w końcu, bo prawie dwa metry na dwa i pół. Jedyna rzecz, jaką znaleźliśmy i jaka wydawała się do tego stworzona, to deski podłogowe, sosnowe, z porządnym felcem. Miały być wykorzystane w piwnicy ale zmienił nam się pomysł i postanowiliśmy popełnić małą niegospodarność. K. zbił z nich piękną, pachnącą tratwę a potem umocował i przybił w miejsce naszej bramy. Od zewnątrz wyglądało to jak robota fanatycznego stolarza: idealne, równe i bez skazy. Włosi musieli pukać się w głowę, że zmarnowaliśmy takie piękne drewno.

Oriela nasze wejściowe drzwi robiła przez dwa tygodnie. Cztery dni okazały się pomysłem nie z tej ziemi. Albo kłamstwem, dla kogoś, kto nie ma złudzeń i nadziei w życiu. W tym czasie, by wejść do domu, musieliśmy korzystać z wejścia kuchennego, z jedynym kluczem, co powodowało, że zdarzało się nam czekać na siebie na schodkach przed wejściem, na ulicy. Kiedyś, wracając do domu, z daleka zauważyłam pod naszymi drzwiami jakąś liczną rodzinę, z czwórką pięknych białogłowych dzieci.  Podeszłam ostrożnie bliżej. Gorączkowo zastanawiałam się, czy to aby nie jacyś znajomi, którzy postanowili nas uszczęśliwić wizytą na naszej budowie. Rodzinka rozsiadła się na progu, pod sosnowymi deskami i robiła sobie serie zdjęć. Najpierw dzieci razem, potem z mamą, potem tata z mamą, potem dzieci z tatą. Patrzyłam na nich bez słowa, oniemiała, zdezorientowana i lekko szczęśliwa, bo okazało się, że nie byli naszymi gośćmi. Wtedy mnie dostrzegli i poprosili o zrobienie fotografii grupowej, całej szóstki, kłębiącej się na zakurzonym stopniu, na tle jasnej, drewnianej ściany.

Okazali się szweckimi turystami z Upsali. Widok sosny, wyszlifowanej i pachnącej lasem poruszył w nich patriotyczne struny i wstrząsnął prawie do trzewi. Wokół XV-wieczne kamienice, wszystkie z pięknymi kasztanowymi drzwiami a oni w uniesieniu fotografowali nasze deski, przyjemne i surowe jak regały piwniczne z Ikea. Zrobiłam krótki rachunek sumienia. Czy mnie także poruszyłaby w jakimś odległym, egzotycznym kraju susząca się na słońcu koszula z Vistuli? Albo piernik toruński w szeleszczącym papierku lub opróżniona do połowy butelka gorzkiej żołądkowej, stojąca gdzieś w cichym zaułku, dajmy na to, Casablanki ? Nie wiem, kurczę. Ale chyba tak, no nie?

21:59, anitaes
Link Komentarze (5) »
środa, 01 grudnia 2010
Azzurro - czyli oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba...

W zacinającym deszczu, w gradowych chmurach i w zapachu śniegu w powietrzu drodzy bracia M&M rozmontowują właśnie  rusztowanie. Dokładnie zwijają białe płachty, w które trzy tygodnie temu owinęli dom. Zmiatają parapety i montują umyte przeze mnie okiennice. Ostatni w tym roku kurz rozwiewa zimny  wiatr. Kończy się chlapanie farbą i śpiewanie na dwa głosy piosenek Adriano Celentano. Trochę smutno.

Jeszcze Oriela zrobi renowację kuchennych wrót, jeszcze jakiś słowny, ha,ha, fabro wyprostuje zgiętą przed laty kratę, a bluszczyk lub inne kwiecie zacznie wspinać się wiosną po ścianach, i powiem, że nie jest źle.

A teraz coś dla ducha i dla ciała. Albo odwrotnie:

Słodkie lalala, na tę zimę, co to ona teraz jest.

A jutro, jak znajdę aparat, zrobię zdjęcie.

 

 

 

 

11:21, anitaes
Link Komentarze (6) »