RSS
poniedziałek, 28 listopada 2011
La cena polacca czyli wieczor z tradycją.

Przygotowałam:

zrazy po bożemu, czyli dobra wołowina zakręcona na tradycyjnym wsadzie, posmarowana musztardą, sarepską, a jakże, posypana majerankiem, pieprzem i solą, z boczkiem od Ewy, ogórkiem kiszonym i cebulką i skórką chleba, z ciemnym sosem z dodatkiem grzybów a do tego kasza gryczana. Gołąbki, małe i zgrabne, zawinięte z kapustkę, przyjemnie opieczoną, w sosie pomidorowym. Tzw. dodatek to kapusta modra ze śliwkami a jako starterek zaserwowałam nasz chleb, świeży i chrupiący i niezastąpioną sałatkę warzywną, zwaną wszędzie na świecie rosyjską, do której włożyłam posiekany korzeń pietruszki, której tutaj nie uświadczysz /korzeń selera jest, w dziale warzyw egzotycznych/, bo bez niego brakowałoby tej lekko orzechowej nuty.

Zwykle nie zdarza mi się gotować takich frykasków. Nie na moje nerwy. Szkoda mi mojego czasu bo to czasochłonna zabawa, w dodatku pełna rzewnych wspomnień wielu dawnych, niedzielnych obiadów. Ale czasem nachodzi mnie jakaś patriotyczna potrzeba a zaraz za nią ochota, by dać jej upust. Więc zaszalałam.

Przyszła Pippa i Ion, Anglicy mieszkający w niezwykłej osadzie Migniano, twierdzy położonej wśród umbryjskich pagórków, poznani niedawno gdy przyszli obejrzeć nasz dom, była Carla z Vivienem, która teraz pracuje w dalekiej Serbii, tworząc od podstaw fabrykę Fiata i nasza Emma, która lada chwila wyjedzie, by wrócić dopiero w połowie stycznia i z którą musimy obgadać wszystkie ważne sprawy budowlane.

Było miło. Kobiety w świetle świec były piękne i błyskotliwe a mężczyźni przystojni i zabawni. Siedzieliśmy do północy a rozmowa płynęła wartko jak dobre wino, które goście przynieśli w swojej zapobiegliwości. Ogień palił się w kominku, w radio cicho i zimowo śpiewał Sting. Na deser było brownies i kawa. Obiecaliśmy sobie, że powtórzymy spotkanie po Nowym Roku, gdy wszyscy znów wrócą do Sansepolcro.

16:27, anitaes
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 listopada 2011
Una storia magica /Parte Terza e ultima/*

*Historia magiczna /część trzecia i ostatnia/.

foto

09:05, anitaes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 listopada 2011
Una storia magica /Parte Seconda/.*

*Historia magiczna. Część druga.

W pierwszej chwili wydawać się może, że to zdjęcie nie ma bohatera. W samym środku gorącego, letniego dnia, na wyłożonym kamieniami dziedzińcu stoją wieśniacy, oderwani przez chwilę od swojej pracy. Nikt z nich nawet nie przypuszcza, że w przyszłości będą mi towarzyszyć co dnia swoją milczącą obecnością. Cienie są krótkie, słońce pada z góry, prawie czuć nagrzane powietrze. Tło obrazu stanowią dwa zniszczone, kamienne domy stojące po obydwu stronach kadru oraz centralnie usytuowane, kilkunastoletnie drzewo figowe. Wyrosło w dziwnym miejscu, na zewnętrznym podeście schodów prowadzących do jednego z domów. Trudno powiedzieć, czy zasadzono je tu celowo, by dawało cień czy to samosiejka, pozostawiona przez niedbalstwo. Tak czy owak, daje wytchnienie w tak gorący dzień, jak ten dzisiaj. Pewnie dlatego skryło się pod nim kilka osób z małymi dziećmi; a może są zbyt onieśmieleni by podejść bliżej i wolą pozostać w ukryciu. Mężczyźni i pracujące dzieci mają na głowach słomkowe kapelusze, kobiety ciemne chustki. Ubrania, zwłaszcza kobiet pozwalają w przybliżeniu określić, kiedy zdjęcie zostało zrobione: wysoko zapięte pod szyją sukienki, górą dopasowane, szerokie od pasa w dół, długie aż do ziemi, rękawy zakrywające ramiona, skromne upięte włosy. Mężczyźni mają białe koszule, prawdopodobnie lniane, z podwiniętymi niedbale rękawami, wysoko podciągnięte bezkształtne spodnie i zniszczone buty. To pewnie początek XX wieku, może trochę wcześniej. Na włoskiej wsi, zwłaszcza biednej, tak ubierano się jeszcze w latach dwudziestych.

Trwają żniwa. W kilku miejscach, na przykurzonych kamieniach dziedzińca leży rozrzucone zboże, powiązane w lekkie snopki, na tyle lekkie, że mały chłopiec na pierwszym planie jest w stanie unieść bez specjalnego wysiłku aż dwa i to jedną ręką. Wszyscy są w trakcie pracy, zatrzymali się tylko po to, by fotograf mógł zrobić to ujęcie i zaraz powrócą do swoich obowiązków: kobieta z miotłą, zgarniająca prawdopodobnie ziarno, dwie inne kobiety, trzymające drewniane pałki do młócenia, czterej mężczyźni w kapeluszach i jeden na schodach, stojący w cieniu, z wysoko uniesionym podbródkiem, w dwurzędowej kamizelce zapiętej na ostatni guzik, który najwyraźniej ma tu inne zadania, niż pozostali. Drewniane stoły do młócenia wykonano z grubych, surowych desek, które mają nawiercone na krótszych końcach otwory. Wystarczy w nie włożyć cienkie pale i w ten sposób można zrobić dowolnej wysokości ławę.

Tylko kobiety, ciekawskie dzieci i mężczyzna w kamizelce mają dość śmiałości, by patrzeć prosto w obiektyw. Reszta schyla głowy lub spróbuje zerkać na boki. Stojący w środku kadru wieśniak, starszy mężczyzna z ciemnym zarostem na twarzy wydaje się być najbardziej skrępowany obecnością aparatu: podniósł rękę, być może tylko by poprawić kapelusz a może, by zasłonić się przed natrętnym okiem kamery. Kilkunastoletni chłopiec, który kuca na ziemi i z wprawą wiąże snopki, zerka w obiektyw z wyrzutem i bez cienia uśmiechu na szczupłej buzi. Zresztą, żaden z mężczyzn się nie uśmiecha, wszyscy są spięci i niepewni, a może po prostu poirytowani obecnością obcego człowieka z dziwnym urządzeniem. Nie dość, że kazał im przerwać pracę to jeszcze wydaje polecenia. Kobiety wydają się być zaintrygowane, na ich ustach błąka się ślad uśmiechu. Dla nich odwiedziny fotografa to powód wielu przyszłych rozmów i wspomnień. Kucający chłopak ubrany jest już jak większość pracujących dorosłych, dostąpił prawa chodzenia w długich spodniach, choć te jego mają naszyte na kolanach duże, mocne łaty, świadectwo ostatnich, wciąż dziecinnych zabaw.

Budynki, tworzące tło dla stojących na pierwszym planie ludzi są kamienne, typowe dla krajobrazu Toskanii i Umbrii: na dole znajdują się piwnice i pomieszczenia gospodarcze, u góry na piętrze, na które prowadzą zewnętrzne schody, część mieszkalna. Kiedyś te domy były otynkowane i ozdobione obmalowaniami. Na zdjęciu widać jeszcze fragmenty farby, zachowane pod wystającym dachem, tam gdzie nie docierał deszcz. Toskania i Umbria nie były tak bezpardonowo kamienne jak teraz ale swoje zrobił czas, nietrwała wapienna zaprawa, bieda i romantyczne uniesienia przyszłych cudzoziemskich właścicieli, którzy pojawią się tutaj za wiele lat i potraktują zastany stan jak świadectwo przeszłości. Bo wtedy po resztkach obmalowań i tych co je pamiętają nie będzie już najmniejszego śladu.

Budynki na zdjęciu mają już czas świetności za sobą. Wyraźnie popadają w ruinę a tynk sypie się  płatami, odsłaniając solidną strukturę z kamienia. Jest lato i wszystkie okna są otwarte. Na zdjęciu widać ich marną kondycję, zniszczone drewno, brak szyb. Od dawna nikt nie konserwuje ich olejem lnianym, by chronić stolarkę przed wodą. Czy ludzie tutaj są aż tak biedni, czy może tak zapracowani? Te drobne szczegóły tworzą wrażenie opuszczenia, przekonują, że w środku nikt nie mieszka. Ale to nieprawda, w domu po lewej stronie z okna wychylają się dwie kobiety - jedna z nich śmieje się szeroko i jest jedyny wesoły i serdeczny uśmiech utrwalony na tym zdjęciu.

I tak dochodzimy do pewnej dziewczynki. Ma pewnie z dziesięć, może dwanaście lat. Stoi w ostatnim oknie w domu po prawej stronie, cofnięta niepewnie w głąb pokoju. Patrzy prosto w obiektyw. Jest ubrana jak wszystkie kobiety tutaj: ciemna sukienka jasnymi guzikami - ta jej jest w dużą kratę - i fartuch mocno zawiązany w pasie. Ona też, podobnie jak nastolatek wiążący snopki założyła parę lat temu dorosłe ubranie i porzuciła rozbawione dzieciństwo. Na jej głowie widać prosty przedziałek. Ciemne włosy zebrała zapewne w ciasny warkocz, albo dwa. Jest sama. Może pomagała w kuchni albo przy młodszym rodzeństwie i teraz zaciekawiona podeszła bliżej okna, by zobaczyć co się dzieje. Jej sylwetka wyłania się z czarnego tła, dziewczynka patrzy pochmurnie i milcząco a kamienne obramowanie okienne staje się niespodziewanie ramą jej portretu, zawieszonego wysoko na jasnej ścianie. Jej samotność przykuwa uwagę i drażni oczy jak suchy kurz w rozgrzanym powietrzu. Moja bohaterka jest tego nieświadoma, stoi z opuszczonymi ramionami, z dłońmi splecionymi na plecach i spogląda nieruchomo przed siebie. O czym myśli? Fotograf i jego dziwaczny sprzęt to rzeczy nie z jej małego świata. Za kilka lat wyjdzie za mąż, opuści to miejsce, zajmie z mężem jeden z pokoi w domu jego rodziców - o własnym domu nie będzie nawet marzyć - urodzi dzieci i zacznie codziennie zakładać chustkę, jak to robi jej matka. Ta fotografia jest być może pierwszą i ostatnią w jej życiu, jeśli wystarczy pieniędzy, kolejną zrobi sobie w dniu ślubu, choć raczej trzeba założyć, że nie wystarczy. A może będzie zupełnie inaczej? Może widok z okna obudzi w dziewczynce tęsknotę za innym światem, takim, który rozstawia swój magiczny aparat na dziedzińcu a potem wyjeżdża w nieznane? W miejsce, gdzie ziszczają się pragnienia a na papierze pojawiają się ludzie i chwile, które dawno przeminęły?

Zdjęcie zostało zrobione i właśnie zaczyna swoją długą wędrówkę w czasie, by w sierpniu 2011  roku odnaleźć się w szufladzie Renato. By powstało, potrzeba było kilkanaście sekund: wszyscy zamarli w południowym upale, by zaraz potem poruszyć się z ulgą, odetchnąć głęboko i strząsnąć z siebie chwile dusznego bezruchu. Małe dziecko, siedzące na ziemi zamachało ręką podczas naświetlania kliszy i teraz zamiast pięciu palców ma sześć.  Każdy wraca do swojej pracy: mężczyzna pod ścianą zakłada na plecy ławę i przenosi ją w inne miejsce, dziewczynka na wozie zeskakuje z niego i pędzi do matki. Dwie kobiety stojące na dziedzińcu najpierw śmieją się do siebie a potem zaczynają miarowo uderzać w snopki. Te w oknie w domu po lewej cofają się, by w swojej kuchni skomentować dzisiejszą atrakcję. Robotnicy schylają się nad swoimi ławami, zadowoleni, że mogą nareszcie ignorować przybysza z zewnątrz, który zakłócił odwieczny porządek dnia. Mężczyzna stojący na schodach podchodzi do fotografa i pomaga mu złożyć aparat. Dziewczynka z okna robi kilka kroków do tyłu i znika na zawsze.

cdn.

07:16, anitaes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2011
Una storia magica /Parte Prima/.*

*Historia magiczna. Część pierwsza.

To zdjęcie dostałam od Renato kilka miesięcy temu. Pamiętam, że wędrując tego dnia po jego ciemnej, wypełnionej po sufit graciarni, o której myślałam, że znam ją już na wylot, odkryłam kilka nowych niespodzianek. Za szafą na przykład stały dwa stare, mocne rowery w przykurzonym, matowo-czarnym kolorze. Pochodziły chyba z początku lat pięćdziesiątych i jaśniały w ciemności pomarańczowo-brązową barwą skórzanych siodełek, wyświeconych przez wiele podróży. Przy jednym z nich, z tyłu tuż pod siedzeniem wisiała malutka, zapinana na sprzączkę sztywna torebka, idealna rozmiarem na iphona, gdyby wtedy istniał. Czy to o takich rowerach Vittorio De Sica zrobił film? Tuż przy wejściu zobaczyłam ciężki powielacz, ostatni nabytek, który Renato dostał za darmo od kogoś z pobliskiego biura partii komunistów; chyba w końcu uznali, że nie będzie im już potrzebny. Renato pokręcił korbką a powielacz zapachniał zakazaną farbą.

Zaraz obok, na nieładnym kredensie stało kilka glinianych garnków, pokrytych szaro-żółtą  glazurą, łuszczącą się ze starości. Używało się ich dogotowania; ich podstawy wciąż były osmolone i czarne. Miałam ochotę wziąć je do ręki i obejrzeć dokładnie, ale Renato gdzieś znikł. Gapiąc się na garnki dostrzegłam za przeszklonymi drzwiczkami kredensu, wśród srebrnych łyżeczek, korali koralowych i małych puzderek, takich co to niewiadomodoczego małą, pomalowaną karuzelę, z powieszonymi na łańcuszkach sześcioma konikami. Z niej też odpadły kawałeczki kolorowego lakieru, odsłaniając rdzewiejący, ciemny metal i wyglądało to tak, jakby ktoś pod koniec malowania strząsnął na zabawkę resztkę brązowej farby. Nakręcało się ją kluczykiem a wtedy z jej wnętrza dochodził krótki, metaliczny dźwięk. Skrzypiał nieużywany mechanizm i jarmarczna muzyka a konie z trudem próbowały ruszyć do tańca. Na próżno. Nad naszymi głowami, na szerokiej półce pod sufitem stały butle na wino w różnych odcieniach zieleni, schowane w przyszarzałych plecionkach. Kiedyś jedną taką postawię w naszej jadalni, muszę tylko zdecydować którą, co nie jest łatwe, bo wszystkie są ładne. Zainteresowały mnie szafki do sypialni, z uchwytami przy szufladach jak plastikowe, wielkie guziki oraz pomalowane na beżowo secesyjne dziecięce łóżeczko - potrzebuję dokładnie takie na dostawkę - oczywiście pod warunkiem, że Renato da mi kiedyś na nie rozsądną cenę; na razie jednak nie zamierza.

Najbardziej jednak ciekawiło mnie to zdjęcie w kolorze sepii, oprawione w drewnianą, jasną ramkę, które wyciągnęłam przypadkiem z jakiejś nudnej, ciężkiej komody. To co na niej stało też budziło moje emocje. Dwanaście różnych kieliszków do wina, z grubego dmuchanego szkła, które kilka tygodni wcześniej Renato poustawiał w równym rzędzie, zresztą specjalnie dla mnie, na pokuszenie. Kieliszki nie dla perfekcjonistów: nie lśniły zbyt intensywnie, nie miały idealnych, kruchych kształtów i cienkich nóżek, miały za to mocne podstawy, wygodne uchwyty i mszalną przeszłość. Pochodziły z tego samego kościoła, z którego mamy naszą zieloną skrzynię w jadalni, do tej pory pachnącą kadzidłem a wraz z nią wszystkie obrusy i kuchenne serwetki.

Odwiedziliśmy ten kościół latem ubiegłego roku, późnym popołudniem. Stoi na niewielkim wzniesieniu tuż przy drodze z Anghiari do Caprese, po lewej stronie, schowany szczelnie za drzewami i powoduje lekki niepokój i ciekawość, jak opuszczone opactwo odkryte przypadkowo w górach. Z przodu, od strony wejścia, przed którym wysypano niedawno drobny tłuczeń, fasada jest zadbana a wrota błyszczą lśniącą warstwą wosku. Na małej tablicy z ogłoszeniami pojawiają się od czasu nowe informacje i ogłoszenia, co świadczy o tym, że kościelna wspólnota żyje. Natomiast z tyłu, na zniszczonych ścianach, zmywanych, płukanych i suszonych naprzemiennie przez tysiące deszczowych i upalnych dni kamień i cegła murszeje i sypie się na zarośnięty trawą, kamienny dziedziniec. Odsłaniają się przy tym warstwy kolejnych przebudowań i dawnych, niezrealizowanych pomysłów. Spod znikającego tynku wyłaniają się zamurowane w zamierzchłej przeszłości okna, zwykle jedne na drugich, małe nisze, niedokończone portyki i zamknięte na zawsze przejścia. Sprawia to wrażenie, jakby dwie części kościoła, ta z przodu i ta z tyłu żyły odrębnym życiem. Mam przeczucie, że ktoś, kto mieszka z tyłu (choć pozornie wydaje się, że jest to część opuszczona i popadająca w ruinę) jako jedyny potrafi jeszcze wyglądać przez te pojawiające się niespodzianie ślady okien i drzwi i podziwiać widok na dolinę Tybru. Dolinę, która z tej perspektywy wydaje się być prawie niezmienioną od czasów stawiania pierwszych fundamentów. Renato chce dwa i pół euro za kieliszek i nie będę tutaj udawać niewiniątka, byłam gotowa je kupić, na przykład jako idealny rekwizyt jakiegoś przyszłego pijanego wieczoru, jednak wciąż się waham. Nie jestem pewna, czy niebo nadal patrzyłoby na mnie przychylnie, gdybym kupiła te kieliszki z tak oczywistą, bezczelną premedytacją i w tak bezbożnym celu.

Wracam do zdjęcia. Wyjęłam je z najniższej szuflady i przetarłam papierową chusteczką. Było zakurzone, z ciągnącymi się, lepkimi nićmi pajęczyn. Renato powiedział mi, że chce za nie dziesięć euro a potem machnął ręką i dał mi je w prezencie. Czasem tak robi. Rozdaje rzeczy, wyciągnięte z ciemnych zakamarków, jakby nagle poczuł zmęczenie albo wielkoduszność i chciał pozbyć się tego, na co ktoś kapryśnie i na chwilę zwrócił uwagę i równie kapryśnie może to zainteresowanie  stracić. Wzięłam fotografię, nie mogąc oderwać od niej wzroku. To było w sierpniu i od tego czasu prawie codziennie jej się przyglądam, co nie jest trudne, zważywszy, że zdjęcie wisi przy wejściu do kuchni. Ramka jest brzydka i pospolita, ale jakoś trudno jest mi ją zmienić, bo mimo swojego brzydactwa stała się częścią historii i została zaakceptowana, jak niesprzyjające okoliczności, na które w życiu nie mamy wpływu.

cdn.

07:53, anitaes
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 listopada 2011
La pubblicita*.

Jak to się mówiło w pewnej reklamie?

"Numer do kupienia w dobrych kioskach i salonach prasowych na terenie całego kraju". Zapraszam więc wszystkich, nie tylko do dobrych kiosków i salonów, ale też do tych o najgorszej sławie, bo czasem to tam dzieją się rzeczy interesujące, prawdziwe i warte zobaczenia. Swoją drogą, zawsze się zastanawiałam, jak te dobre kioski wyglądają i po czym je rozpoznać, bo ja nie wytropiłam w Sopocie ani jednego. Wszystkie wydawały się ok, jeśli mogłam w nich kupić gazety.

Dziś przypadkiem zobaczyłam niezwykłe miejsce w Anghiari, dom zatrzymany w czasie, który muszę opisać, gdy tylko trochę ochłonę...

A jutro, nie jutro, niebawem na blogu I cześć pewnej prostej, włoskiej historii...

dobre wnętrze

*La pubblicita to po włosku reklama a nie publikacja, jak mogłoby się wydawać. Ładna okładka, prawda?

13:05, anitaes
Link Komentarze (21) »
niedziela, 13 listopada 2011
Sklepik w Anghiari.

Sklepik na Via Mateotti znajduje się tuż obok domu Emmy. Ma nie więcej niż 25 metrów kwadratowych i dawniej był wysoką, długą piwnicą, jakich wciąż wiele w pobliskich kamienicach. Mijam go codziennie, zaglądając na budowę. Nie trudno go dostrzec - zielona markiza wymaga umycia a na zewnątrz stoją dziwy i różności i zajmują pół chodnika. W środku natomiast jest wszystko co potrzebne do włoskiego życia:

karma psia i kocia w wielkich workach stojących tuż przy wejściu. Kosze wiklinowe o różnej fakturze i wielkości wiszące pod sufitem, niektóre o niewiadomym przeznaczeniu. Mydło szare, zwyczajne, ostro pachnące czystością i mniejsze, jasne, które pachnie lawendą. Klamerki drewniane, ściśle zapakowane ze sobą po 10 sztuk, jak małe beżowe szprotki. Bawełniany sznur do wieszania bielizny i grzechocząca w pudełku odżywka dla róż oraz kaktusów. Skrzynki pełne pękatych główek czosnku w trzech rozmiarach. Kasztany w dwóch - te większe z pobliskiego Caprese Michelangelo, lśniące głębokimi brązami - najlepsze w całej Toskanii. Płyn do mycia naczyń, obok drugi, do płukania ust i cieniutkie wykałaczki. Linki z tworzywa, do wyboru i koloru i do wiązania rzeczy niezwiązanych. Jutowe wory z grochem i soczewicą, także tą pomarańczową oraz z gładką jak perły fasolą. Wsuwanie do nich rąk przyprawia o drżenia. Butelki szklane do wina i sosów pomidorowych, z zakrętkami dla nowoczesnych lub z  korkiem - dla tradycyjnych Włochów. Konewki plastikowe i metalowe. Błyszczące stalą pojemniki na oliwę, od tych 3 litrowych, bardziej pamiątkowych niż użytecznych, dla wracających do domów Amerykanów i Niemców by poczuli, że zabierają ze sobą smak włoskiego życia, po wielkie, 100 litrowe, nie do uniesienia, gdy staną w zimnej piwnicy, napełnione w listopadzie nową toskańską oliwą. Zapalniczki do kominków, z długim dzióbkiem. Świece zwyczajne, białe, wąskie, bez niepotrzebnych zdobień. Bulwy hiacyntów i tulipanów, kuszące z kolorowych opakowań doskonałym pięknem. Plandeki do przykrywania i okrywania, 8m x 8m. Siatki w kolorach szarej zieleni lub brązu do rozkładania pod drzewa oliwne podczas zbiorów. Miski do prania. Legowiska dla psów małych i dużych, z jasnej wikliny. Szczotki do szczotkowania i omiatania - jedne twarde i ostre, zatopione w drewnianym uchwycie, inne miękkie jak miotełki do głaskania - związane sznurkiem i równo przycięte jak grzywki pierwszoklasistów. Sadzonki rukoli, pomidorów i brokułów. Oraz cukinii, papryki ostrej, okrągłej i spiczastej i sałaty rzymskiej. Węże do podlewania na coraz częstsze susze. Krem Nivea do ciała i grzebienie w czterech odcieniach, lekko przezroczyste. Słoiki do zapraw - każdy ze złotą zakrętką, jak talarkiem na szczęście, by nie pękały podczas gotowania. Łańcuchy ciężkie i straszne. Krzesełka z wyplatanym siedziskiem, bez oparcia, bardziej pod-nóżki niż pod-siedzenia. Kotły aluminiowe z przykrywką, wyglądające jak kadzie piekielne dla włoskich pokutników - a do tego chochle wielkości zwykłego garnka, do zagarniania i przelewania win. Nici i igły. Ceraty w esy floresy i kratkę szkocką. Spodnie z granatowego, sztywnego drelichu w jedynym rozmiarze L. Gacie męskie bawełniane i zaraz obok agrafki w przezroczystym pojemniku, na ewentualność, gdyby w gaciach pękła guma. Chińskie lusterka z kolorową laką na odwrocie i proszek do prania Sole, ze słonkiem radosnym na opakowaniu. Kalosze zielone, z czarną podeszwą i czarną linią wąskiego paska od pięty do samego zakończenia cholewki dla ozdoby - pachnące gumą i przyszłym deszczem. Scyzoryki w drewnianej oprawie, w wypalonym znakiem producenta i zakrzywionym ostrzem, idealnym do cięcia gałęzi. Biały fartuch kuchenny z czerwonym napisem buongiorno na kieszeni, dla tych co zaczynają dzień od mieszania w garnkach. Trzonki od miotły z szorstkiego drewna, nie wypolerowanego jeszcze codziennym rytuałem. Przykurzone sztuczne kwiaty, stojące w kącie bez szans na prawdziwy dom. Gumki do włosów, leżące tuż zaraz obok czarnych, metalowych spinek, sztywnych mimo lekkiego karbowania na wierzchu. To dla surowych kobiet o gładkich włosach i wąskich ustach, które nie uznają błyskotek. Łapki na myszy i dużo większe, na szczury. Brr. Deski kuchenne, drewniane, z dziurą w uchwycie, do powieszenia na ścianie. Papierowe ręczniki w wielkich rolach, do wycierania tysięcy rąk. Gęsta oliwa wyciśnięta tego ranka w pobliskiej wytwórni, w kolorach zimnego słońca, szarej zieleni i ziemi, zamknięta w przezroczystym szkle. Sprzedawana na wagę, także do przyniesionych z domu butelek - oto sposób, by zaoszczędzić jeden euro i środowisko. Tę właśnie oliwę kupiliśmy w sklepiku na Via Mateotti. Cała reszta musi poczekać aż najdzie nas nieodparta ochota.

oliwaoliwa2

22:55, anitaes
Link Komentarze (13) »
sobota, 12 listopada 2011
Buffone czyli błazen.

Włosi czekają w napięciu na dymisję Silvia. Jeszcze kilka tygodni temu nic nie wskazywało, że "buffone", jak rodacy określają swojego premiera, odejdzie. Uzbrojony w armię prawników, przyjaciół, własne media i w wielkie pieniądze drwił w najlepsze ze swoich przeciwników.

Dziś ma pożegnać urząd i pewnie będzie to pożegnanie ostateczne - jak wieszczą niektórzy, fala kryzysu zmyje ostatnie ślady nieśmiertelnego Silvia, jak zimowe morze posezonowe śmieci na plaży w Rimini. Choć może lepiej nie cieszyć się zbyt entuzjastycznie z cudzych porażek i własnych sukcesów, bo czasem jedno i drugie może mieć niespodziewanie jednakowo gorzki smak.

Ruszyliśmy z remontem domku w Anghiari. Po miesiącach ustaleń, spotkań i rozmów. Wymieliły się młyny biurokracji i zawiązały niełatwe polsko-angielsko-włoskie sojusze. O błotnistych ścieżkach pełnych gnijących kompromisów nie wspomnę.

Nie będę się o tym teraz zbyt szeroko rozpisywać, bo po pierwsze nie mam teraz zupełnie na nic czasu, biegam za sprawami, o których myślałam, że na kilka lat nie przemkną przez moją głowę a przemykają, i to jak. Po drugie historię tego przedsięwzięcia opiszę dokładnie w comiesięcznych reportażach w Dobrym Wnętrzu. Będzie tam wszystko: zdjęcia, opowieść o miasteczku, o nieruchomości, o właścicielce i o pracownikach. Początek, rozwinięcie i koniec. Mam nadzieję, że mówimy o szczęśliwym końcu.

Pierwszy numer prawdopodobnie w lutym, właśnie siedzę nad tekstem i nad zdjęciami. Trudno było Emmę namówić na fotki, ale jakoś ją przekonałam. Pierwszy sukces. Gianni, elektryk przyszedł wczoraj do pracy w czystym, nowiutkim uniformie. Drugi sukces. Wydawało się, że mam powód, by przypisać sobie trzeci sukces: Maurizio, hydraulik, zrobił się punktualny. Przyszedł prawie o czasie i zrobił prawie wszystko.

Miał wyciąć stare kaloryfery. Najpierw opowiedział dwa najnowsze żarty o Berlusconim, ale ich nie przytoczę, bo to byłoby dziś prawdziwym okrucieństwem. Potem pobiegł do samochodu, bo czegoś zapomniał. Poszliśmy z K. na szybką kawę. Gdy wróciliśmy, okazało się, że Maurizia już  nie ma. Jest za to w pokoju na górze ostatni niewycięty kaloryfer o którym nie pamiętał. W sumie były trzy kaloryfery. Tak więc w ponad 60 % mój sukces był murowany, co do pozostałej części, to piekę szarlotkę z renetami i ciemnym cukrem.

22:17, anitaes
Link Komentarze (3) »