RSS
sobota, 27 listopada 2010
Zimowa opowieść.

Wczoraj zostawiłam samochód z właczonymi światłami. Co prawda tylko na dwie godziny, potem Massimo zapukał w okno kuchenne i powiedział, bym się ruszyła i je wyłączyła, ale te dwie godziny wystarczyły. Auto było martwe. Nie usprawiedliwia mnie nawet to, że padał grad a ja z zakupami spieszyłam się do domu.

Dzisiaj ranek był słoneczny i zimny. Najpierw zadzwoniłam do Renato. I tak miałam do niego dzwonić, byśmy razem obejrzeli pomalowane przez niego pokoje. A nuż trzeba coś poprawić? Przyszedł po dziesięciu minutach. Niestety, nie miał klem, które można byłoby podłączyć do jego samochodu i uruchomić mój.

Staliśmy na ulicy. Dwa domy dalej pojawił się staruszek, który mnie nienawidzi. Wiem to, bo od czasu, jak mam pozwolenie, zwykle parkuję miejscu, które uważa za swoje, choć to przed naszymi drzwiami. Wtedy on tak mocno zaciska szczęki a zamiast ust ma wąziutką, poziomą kreskę. Jako jedyny na całej ulicy nie mówi mi dzień dobry, i pewnie jak nie patrzę, spluwa pod nogi, mijając naszą kamienicę.

Pomyślałam, że najwyżej mnie zabije. Tak naprawdę, to liczyłam, że Renato mnie obroni. Podeszłam i spytałam o przewody. Ja nie mam, ale moja matka ma, powiedział, nie otwierając ust. Przyjrzałam mu się bliżej. Dobrze się trzymał, wyglądał na co najwyżej 80 lat. A tu się okazuje, że ma matkę, ta matka żyje i jeszcze ma klemy.

Przyjechał po godzinie. W tym czasie Renato poszedł pokręcić się na Piazza. W końcu sobota, wszyscy tam idą, by trochę sobie pogadać i poplotkować. Nawet takie młokosy, jak nasz drogi, sześćdziesięciopięcioletni Renato. Miałam zadzwonić, jak coś się wyjaśni.

Dostałam klemy i zadzwoniłam do Renato. W tym samym momencie na ulicy pojawiła się generalicja. Najpierw były buziaczki, potem buziaczki, w końcu pytania czy tutto bene? Oczywiście, że bene. Potem pokazałam im klemy w siatce. Tony z radością, prawie w podskokach zabrał się do roboty, rozdzielając zadania. W końcu bycie generałem to stan umysłu, emerytura nie ma tu żadnego znaczenia.

Otworzył mój samochód i po chwili poległ przy uchwycie do otwierania przedniej klapy. Macał pod kierownicą, wsunął się pod siedzenie, podarł kieszeń spodni. Zapomniałam dodać, że zaparkowałam 5 cm od ściany, tak, że można było wejść do środka tylko od strony pasażera. Uchwytu nie było. Zażartowałam, że może toyoty się nie otwierają, bo są bezawaryjne, ale szybko wyczułam, że ten rodzaj humoru go nie kręci.

Wtedy przyszedł Renato. Powiedział, że mechanik zaraz będzie. Generał spojrzał na niego bez słowa i walczył dalej. Wyglądał tak, że lada moment otworzy maskę łomem, jeśli nie znajdzie wajchy. Dzięki Bogu, w końcu otworzył klapę a wtedy Gloria zaklaskała. Niewzuszony Renato stał na rogu i wypatrywał machanika. Brakowało tylko, by pogwizdywał. Generał postawił swojego Kangoo obok mojego samochodu, zablokował ulicę i z determinacją w oczach próbował zaczepić klemy na śruby akumulatora.

Renato patrzył na to ze stoickim spokojem i uśmiechał się pod nosem. Tony marszczył czoło i spytał głośno, skąd jedzie ten, tu zrobił pogardliwą minę, mechanik? Z Santa Fiora, odpowiedział wesoło Renato. Tony machnął ręką i zanurkował pod maskę. Głoria powiedziała, że ciasto było pyszne. Nie wiedziałam, o co jej chodzi. Napięcie wisiało w powietrzu. Generał był nieustępliwy i miał amok w oczach. Za jego samochodem stanęła już spora kolejka.

Gdy zza rogu wyłonił się mechanik w jaskrawym kombinezonie i z wielką metalową skrzynką, schowałam się do samochodu i zamknęłam drzwi. Jeśli się pobiją, będę w miarę bezpieczna. Gloria kiwała do mnie ręką w czerwonej rękawiczce, śmiejąc się beztrosko i w lusterku Kangoo poprawiała makijaż.

Mechanik podszedł do mojego samochodu, podłączył kable i zapukał w szybę, bym przekręciła kluczyk. Auto zapaliło. Renato stał z tym samym zagadkowym uśmieszkiem. Tony, wciąż pochylony nad swoim akumulatorem, wyprostował się zdziwiony. W tym czasie mechanik zniknął. Był z nami całe 10 sekund.

Tony z piskiem opon postawił swój samochód na miejsce i wycedził "do widzenia", patrząc lodowato na Renato. Głoria znów mi pomachała czerwonymi paluszkami. Zabrałam Renato do domu i dałam mu Żubrówkę, bo nie chciał pieniędzy. W tym czasie samochód stał na ulicy obok, z włączonym silnikiem. Pomyśleć, że o mały włos w poprzedni piątek spotkaliby się u nas na kolacji. Niestety, albo na szczęście Renato miał coś ważnego w planach i nie mógł przyjść.

A najważniejsze w tej historii jest to, że jak już wracałam z Arezzo, to zobaczyłam, że wszystkie najwyższe szczyty Apeninów są już całkiem białe. Mamy tutaj już prawdziwą zimę. To chciałam tylko powiedzieć.

 

 

15:44, anitaes
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 listopada 2010
Curva pericolosa.

Lubię zakręty. Dzięki nim najnudniejsza droga staje się interesująca. Jazda bez zakrętów jest jak jedzenie bez otwierania ust. Dobrze wygląda i rokuje, ale co z tego, skoro clou jest niedostępne. Czasem zakrętów jest za dużo. Jak podczas pewnej podróży po Grecji w 2000 roku. Wokół piękne widoki, zielone góry całe w chmurach, poszarpane skały a ja skoncentrowana na jeździe po wąskiej, krętej drodze, świadoma przepastnych przepaści. Z całej wyprawy pamiętam bolące od kręcenia kierownicą ramiona i zerwane z drzewa dojrzałe cytryny, które zjadłam jak pomarańcze, bo pachniały i smakowały jak grecka ambrozja.

Kto był w Toskanii, ten wie, że nie da się zobaczyć jej urody bez zwiedzania szczytów i ulokowanych na nich miasteczek. Wjazd do Trevi, w Umbrii to mała karuzela. Droga zawija, zawija, pnie się coraz wyżej, wokoło oliwki, coraz piękniejszy widok doliny, znów gaje oliwne, jedziemy pod górę, wkoło wzgórza, jakbyśmy obierali jabłko ze skórki, tak aby nie przerwać wstążki i w końcu dojeżdżamy na szczyt. Widok zachwycający, ale ta droga, co za nami, jeszcze lepsza.

Życiowe zakręty też są interesujące. Niektóre sami sobie ukręcamy, inne pojawiają się z zaskoczenia. Obojętnie, jakie by nie były, są, o paradoksie, prostą drogą do mistrzostwa w kierowaniu autem, co życie się nazywa.

Wczoraj wracając z Rzymu, po pełnym udręki dwudniowym maratonie w Polsce, przeczytałam przy wyjeździe z tunelu, na wysokości Amelii ostrzeżenie: curva pericolosa. Niebezpieczny zakręt. Piękne to zabrzmiało w moim polskim uchu. Bo niestety, curva w Polsce jest albo jeb...na, albo pierd...lona, albo pospolita. A tu jest niebezpieczna, co wydaje się określeniem idealnym. Z moralnego, medycznego i drogowego punktu widzenia. Poza tym jest soczyste i pełne energii, dwie "r" w środku dźwięczą w głowie jeszcze długo po przeczytaniu, jak słowa piosenki.

W tym zakręconym nastroju informuję jeszcze, że przedwczoraj nagrałam w Warszawie mały wywiad w Polskim Radio i dowiedziałam się, że moja powieść będzie czytana w PR około 10 grudnia, zaraz po Głowackim i jego książce o Kosińskim. Gdyby po mnie był Krzysztof Varga, uznalabym że moje marzenie, by w życiu zawsze otaczać się prawdziwymi mężczyznami, zostało spełnione w 200 %. Curva, tralala, pericolosa!

15:47, anitaes
Link Komentarze (6) »
sobota, 20 listopada 2010
Oliwa.

Jesienią nie da się pogadać z Włochami na inne tematy niż oliwa z oliwek. Wszyscy zbierają oliwki. Albo swoje, albo zaprzyjaźnione. Na oliwkach jest Nari z Dado, ich dzieci, czwarte w drodze, Renato i Maurizzio, Oriela z Santo też są na oliwkach. Na targu na piazza sprzedawcy oliwy, zaopatrzeni w świeży chlebek, polewają go tegoroczną oliwą i zapraszają do spróbowania. Toskański chleb, niesolony, z grubą, chrupiącą skórką, w środku lekko wilgotny, czasem jeszcze ciepły, i zielona, nieklarowana oliwka, która łaskocze w język i drapie w gardło; dopiero co wyciśnięta...Patrzymy, jak wsiąka sobie w chlebek, dzwony na wieży wybijają dwunastą, zaraz koniec targu, więc wszędzie tłumy. Nad miastem wisi mgła, chłodek, jak świeża oliwa, szczypiący. Obok na stoisku pachnie ser pecorino. Z prawdziwej pecory, czyli owcy. Próbujemy chlebek, choć jesteśmy dopiero co po śniadaniu. Tak, wiem, dwunasta. Wstyd. W zasadzie pora na pranzo. Ale wczorajszy wieczór z proszoną kolacją i generałami przeciągnął się do pierwszej. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że wszystko im smakowało. I sałatki i zrazy i Staropolska. I te zachwyty to nie była tylko kurtuazja. Dla tej krótkiej chwili trumfu spędziłam w kuchni cały dzień. Patriotycznie. Zraziki były kruche, z soczystym wnętrzem. Do środka włożyłam ogóreczka kiszonego, naszego, polskiego, specjalnie na tę okazję sprowadzonego, cebulkę, kawałek skórki od chleba, boczek, z polskiego slowfood, kapkę musztardy, pieprz i majeranek. Tony i Gloria zjedli po dwa. Potem zachwycili się ciastem. Zamiast drożdżowki, która wymaga indiańskiej cierpliwości, zrobiłam brownie - przygotowanie 15 min., prawie czarne od gorzkiej czekolady, na zewnąrz chrupiące, w środku wilgotne, które podałam z bitą śmietaną ze startą skórką pomarańczową na wierzchu. Rozmawialiśmy, oczywiście, o oliwie. Generalicja, rzecz jasna, nie zbiera, ale co rok, w grudniu, jedzie do Apulii, gdzie ich zdaniem, oliwa jest najlepsza. To znaczy najlepsza jest koło Castyglion Fiorentino, ale w Pulli jest najlepsza i najtańsza.

A na piazza? Sprzedawca podaje nam plastikowe kubeczki i nalewa wino. Najpierw jedno, potem drugie i zaraz trzecie. A na koniec słodkie, z miodem. Nie mam serca odmawiać. Co prawda miałam zamiar iść na spacer z psem, odetchnąć po wczorajszej, biało-czerwonej tyrce, popatrzeć z dystansu na Valtiberinę, ale czuję, że nie powinnam ryzykować. Vino Novello ma swoje prawa. Jeszcze chwila a zacznę się chwiać i śpiewać sprośne piosenki. A wokół mnie pół miasta, tylko czeka na jakąś sobotnią atrakcję. Trzymając się mocno smyczy, ze zdegustowanym psem przed sobą, postanawiam wracać do domu. Narodowe przywary, jak oliwa...sprawiedliwa...wypływa...

 

17:51, anitaes
Link Komentarze (6) »
środa, 17 listopada 2010
Niespodzianka z mrówką w tle.

Wczoraj zaczęliśmy renowację naszej elewacji. Dwuosobowa firma z Anghiari, Massimo i Mateo, bracia, rocznik 1964 i 1968. Postawili rusztowanie i przykryli je białą plandeką. W środku, z okien wygląda to jak śnieżna pierzyna. Dzisiaj skuli cały tynk do wysokości I piętra. Nie mieliśmy nadziei na żadne odkrycia, choć jestem pewna, że K. po cichu marzył o małym, przyjemnym herbiku nad wejściem.

Bracia MM nie zawiedli i odsłonili nam kawałek historii domu. Fragmenty kamiennych ścian i resztki łuków, które być może tworzyły podcień. Ściany pochodzą prawdopodobnie z XIV lub XV, bo tak są datowane domy z podobnymi fasadami. Dawną faciatę tworzyły więc trzy łuki, z których zachował się w całości jeden, środkowy; teraz jest tam wejście kuchenne. Przy okazji okazało się, że nasz dom od strony generałów był krótszy o jakieś 40 cm i nie stykał się z ich palazzo. Pomiędzy posesjami szedł kanał ściekowy, który do tej pory, już zakryty, płynie pod naszą podłogą w holu. Główne wejście do domu, kamienny portal z drzwiami jest późniejszy i pochodzi z XVI wieku.

Odbyliśmy naradę z geometrami i postanowiliśmy pozostawić odkryte fragmenty a vista, czyli widoczne. Urozmaicą nasz skromny dom. Poza tym to jest ładne i już wyobrażam sobie pnące się po kamieniach rośliny.

O mały włos, albo, jak kto woli, o błyszczący włos Ricardo nie byłoby tego remontu. W maju, zapobiegliwie, złożyliśmy wnioski o dotację w urzędzie miasta. W czerwcu przyznano nam zwrot odsetek od kredytu. Uradowani, pobiegliśmy do banku, by o kredyt poprosić. Prace, zgodnie z wybraną ofertą braci MM, miały rozpocząć się w listopadzie. Kupa czasu, że tak się wyrażę. No, ale nie zapominajmy, że to Włochy przecież. Nasze dokumenty przyjęła Maddalena. Maddalena, zwana mrówką. Nie tylko ze względu na jej małą buźkę i ciemną grzywkę. Maddalena, w przeciwieństwie do siędzącego biurko dalej Ricardo, zawalona jest pracą i papierami. Mieliśmy zgłosić się po miesiącu. A wcześniej donieść przetłumaczone zeznania podatkowe i inne takie rzeczy. Po dwóch tygodniach wszystko miałam przygotowane. Dostarczyłam. A potem nasza mrówka poszła na urlop i sprawę przejął Ricardo. Od razu było widać, że nie jest dobrze. Patrzył przeciągle na nas, na projekt, na decyzję z Comune, na tłumaczenia, znów na nas. Potem wszystko porozkładał na biurku. Potem pomieszał. Znów patrzył, tylko tak bardziej z desperacją. Przesunął wypielęgnowaną ręką po błyszczących, falujących włosach. Poprawił markowy krawat. Sięgnął po markowe pióro. Wreszcie zebrał papiery do teczki i zapisał sobie nasz numer. A potem z tego wszystkiego wyszedł przed bank zapalić, w swoim prześlicznym gajerku od Versace. Czułam, że będą kłopoty. Gołym okiem było widać, że facet nie nadaje się do tej roboty. On też najwyraźniej nie czuł się komfortowo na tle niegustownej zieleni ścian i mało wykwintnej wykładziny w szare kropki.

Zaczął się wrzesień, Ricardo nie zadzwonił, a nasi geometrzy dopominali się o promesę z banku. Poszliśmy dowiedzieć się, co się dzieje. Okazało się, że nic. Piękny Ricardo, w nowej fryzurze i nowej, przepysznej garderobie, siedział przy swoim pustym biurku i zerkał w komputer. Obok szalała zasapana Maddalena, zmarnowana, jakby nie była na urlopie od dziesięciu lat. Jej skromny, bury sweterek był pozaciągany na rękawach. Nasza teczka odnalazła się w ostatniej szufladzie szafki, gdzie Ricardo trzyma zapewne skarpetki na zmianę. Jedwabne. Ale przyznam, że zaimponował mi. Nie drgnęła mu powieka, gdy wyraziliśmy swoją opinię na temat jego zaangażowania i gdy Maddalena zaczęła w ekspesowym tempie załatwiać nasz kredyt. Patrzył tylko na nas tym swoim zamglonym, pełnym pustki wzrokiem i z wyraźną przyjemnością oglądał swój nowy zegarek. Tag Heuer.

Wszystkie formalności trwały tydzień. Wszyscy byli bardzo mili. Kierownik banku był wręcz wesoły. Ricardo też był miły i jeszcze ładniejszy. Włos nie spadł mu z głowy. Jego biurko lśniło pustką. Podobnie jak jego mózg. Ale że sprawa zakończyła się dobrze, litościwie wybaczyłam i zapomniałam. No i mamy w końcu ten upragniony remont elewacji. I piękne kamienne łuki. Aż się prosi, by zawołać: niech żyją wszystkie mrówki świata!

20:43, anitaes
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 15 listopada 2010
Aldo.

Pierwszy raz spotkałam Aldo w biurze informacji turystycznej, naprzeciwko Palazzo Laudi. Zaprowadził nas tam pewien człowiek, właściciel małego warsztatu, zajmujący się renowacją mebli. Jego niewielką pracownię, z pięknym szyldem i stojącymi na zewnątrz szafami, malowanymi w stare wzory, dziwną, jakby przybrudzoną farbą odkryliiśmy przy Via Agiunti. Weszliśmy tam, we wrześniu ubiegłego roku, późnym rankiem, by spytać go o jakieś książki lub czasopisma, które pomogłyby nam odnaleźć się we włoskiej stylistyce i kolorach. Nasze ściany, wtedy jeszcze w koszmarnym stanie, z zaciekami i odpadającym tynkiem oczekiwały, że potraktujemy je z właściwą atencją i szacunkiem.

Facet miał zmęczoną twarz i zmierzwione, bujne włosy, z mocno już widoczną siwizną. Przerwał pracę, pozwolił nam pozachwycać się wnętrzem warsztatu, jak się okazało, kaplicą z ładnie zachowanymi detalami i przykrością stwierdził, że niestety, nie może nam pomóc. Ale zna kogoś, kto prawdopodobnie coś dla nas znajdzie. I tu pewna dygresja: scenariusz poznawania ludzi w tym mieście jest zawsze taki sam. Najpierw pytamy się o coś jedną osobę, potem ona zaprowadza nas do następnej, a jeśli ta też nie może zaradzić na problem, znajduje trzecią. I wtedy z reguły cała trójka oraz my debatujemy i jakieś rozwiązanie się pojawia. No i najważniejsze: zawsze, ale to zawsze dołączają inni, przypadkowi przechodnie, znajomi i różne typy ciekawe świata, jakich wszędzie pełno.

Poszliśmy razem do informacji turystycznej. Marco, który tam pracuje, był nieobecny. Z boku, na krześle, trzymając przed sobą laskę, siedział drobny staruszek. Człowiek z warsztatu dokładnie wyłuszczył problem: to są Polacy, którzy kupili dom w centro storico, nie mają doświadczeń z włoskimi, renesansowymi wnętrzami i szukają inspiracji. Może Marco coś wymyśli? Staruszek wysłuchał w milczeniu a potem spytał, gdzie ten dom. Na Via S. Giuseppe - odpowiedzieliśmy. Widać było, że się zainteresował. A numer? - zapytał. 10.

Aldo, bo tak miał na imię starszy pan rozpromienił się. Mówił cichym, spokojnym głosem. Aby go słyszeć, musieliśmy pochylać się nad nim nisko. Pod tym numerem mieszkała jego rodzina. Ciotka Rosa, która żyła tam od dziecka i zmarła w 1968 roku. Teraz my zainteresowaliśmy się mocno. Chcieliśmy, by opowiedział nam coś na temat historii naszej kamienicy. W tym czasie pojawił się Marco. Wszyscy, czyli my, Aldo, facet z burzą włosów i Marco poszliśmy na kawę do podliskiej Loggia Cafe. Tam spotkaliśmy Pawła, naszego geometrę. Nikt się nie spieszył. Warsztat renowacji mebli nieczynny, informacja nieczynna, biuro Pawła nieczynne, nasza budowa toczyła się bez nas - ale, o co chodzi? Przecież trzeba się naradzić, prawda? Wypiliśmy nieśpiesznie kawę. Opowiedzieliśmy naszą historię. Najpierw Aldo. Potem jeszcze raz Marco, który dosiadł się później. W końcu ustaliliśmy, że najlepiej będzie, jeśli umówimy się z miejskim archiwistą. On na pewno ma wszystkie informacje i książki, których szukamy. Marco napisał nam jego imię, nazwisko, numer telefonu i wszyscy, w pełni usatysfakcjonowani, rozeszliśmy się na popołudniowe pranzo. Bo nie wiadomo kiedy, zrobiła się prawie dwunasta.

Drugi raz zobaczyłam Aldo na piazza, pod koniec października, podczas dużego targu staroci. Poznał nas od razu. Miał na szyi świecące i migające światełka a na na stole, przed sobą, różne dziwne zabawki i drobiazgi, nikomu do niczego nie potrzebne. Plastikowe żetony do gry w Monopol, malutkie laleczki, ołówki z gumką i szklane kulki. Płaciło się 50 centów, za to można było wyciągnąć z wielkiego, przezroczystego słoika los, pracowicie złożony przez Aldo, z napisanym w środku numerem. Wygrałam opalizującą, niebieskawą gwiazdkę. Stojąco obok Włoszka wyciągnęła trójkę. Aldo wręczył jej zawiniątko z tym samym numerem. W środku był mocno sfatygowany samochodzik, tzw. resorak. Kobieta roześmiała się, podeszła do staruszka i serdecznie go wyściskała. Wśród zabawek leżały dwa wielkie albumy pełne pocztówek z widokówkami Sansepolcro. Niektóre z początku XIX wieku. Obejrzeliśmy wszystkie i zaprosiliśmy Aldo do siebie.

Potem, latem tego roku przeczytałam w miejscowej gazecie artykuł na temat fortecy, niezwykłej budowli z czasów średniowiecznych, która przeszła kiedyś w prywatne ręce a teraz Towarzystwo Przyjaciół Sansepolcro domaga się, by stała się ponownie własnością miasta i turystyczną atrakcją, bo póki co niszczeje i nie przynosi chluby. Na zdjęciu, pokazującym zbieranie podpisów pod petycją, był Aldo.

W marcu, gdy Santo z Orielą przyjechali, by zabrać do siebie długachną, czterometrową deskę z piwnicy, idealną na półkę w jadalni, na tylnej krawędzi znaleźliśmy ledwo widoczny napis. Ktoś nieporadnie i koślawo, jakby ręką dziecka napisał ołówkiem "Rosa". Spojrzeliśmy na siebie z K. Mała Rosa wróciła.

Tydzień temu, w drodze do sklepu, tuż obok parku Piero della Francesca, natknęliśmy się na Aldo. Stał w drzwiach swojej piwnicy? pracowni? graciarni? Malutkie pomieszczenie, od sufitu po podłogę zapełnione półkami, na których w idealnym porządku, w opisanych starannie kartonach po butach stały jego skarby. W trójkę ledwo się tam mieściliśmy. Ucieszył się na nas widok. Tym swoim cichutkim głosem, który wymagał od nas uwagi i skupienia powiedział, że coś nam pokaże. Wyjął dwa albumy. Pierwszy był kroniką jego rodziny. Pięknym pismem wykonano podpisy pod starymi fotografiami. Sztywni panowie i wyraźnie spięte panie, na tle ciemnych kotar, w otoczeniu sporych gromadek dzieci. Buciki wiązane na kokardki, jedwabnymi wstążkami. Perły na szyjach kobiet nie wyglądały na sztuczne.

Rosa urodziła się w 1889 roku. Miała ciemne włosy i delikatną twarz. Na zdjęciu z 1915 roku stała za rodzicami, opierając dłonie na ramionach matki. Patrzyła prosto w obiektyw. Jej błyszcząca bluzka z małym żabotem prawie swieciła na tle ciemnego tła. Kolejne zdjęcia to dorastające dzieci, brat i siostra na tle amerykanskiego domu i wielkiego krążownika z lat siedemdziesiątych, kolejne śluby i pogrzeby. Ostatnie zdjęcie to wielki zjazd rodzinny w 2008 roku. Sto osób z całego świata, wielka fiesta i stoły nakkryte białymi obrusami w pobliskim Castello del Sorci.

Drugi album to ślub Aldo i jego żony Marii. Wczesne lata siedemdziesiąte. Wszyscy ubrani w kolorowe, kwieciste ubrania. Dziewczyny mają kwiaty we włosach. Aldo ma zabawne szelki. Samochód pary młodej to żółty garbus cały w pękach rumianku i kaczeńcach. Uczta na łące, w tle stary kamienny dom. Spodnie dzwony. Wielkie okulary jak oczy much, radia tranzystorowe, korale i kapelusze z wielkimi rondami. Patrzyłam na Aldo i na zdjęcia. 33 lata temu to przecież nie tak dawno. A tu, w tym malutkim składziku, z delikatnym, zgarbionym staruszkiem obok to lata świetlne.

Kim byłeś z zawodu - spytałam. Nikim. Miałem pieniądze i podróżowalem - odpowiedział Aldo. Moja rodzina byla zamożna. Nigdy nie pracowałem. Spojrzałam na niego. Ani grama zażenowania. Poczucia niestosowności. W końcu świat powstal dzięki pracy ludzkich rąk, czyż nie? Aldo uśmiechnął się tym swoim łagodnym uśmiechem. Odpowiedziałam mu tym samym. Niebieskie ptaki istnieją. Na pożegnanie dał mi trzy gliniane wazoniki, z tych, co to nie wiadomo gdzie je postawić. Może na półce w jadalni?

17:36, anitaes
Link Komentarze (3) »
środa, 10 listopada 2010
Książka.

Dla wszystkich zainteresowanych - okładka:

okładka

14:46, anitaes
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 08 listopada 2010
Ćwiczenie stylistyczne.

Kocham Umbrię. Nie zapuszczam się w nią głęboko, bo brak mi czasu. Bardzo tego żałuję i mam nadzieję, że to się zmieni. Na razie muszą mi wystarczyć moje wyprawy do Rzymu, trasą E45, Cesena - Ravenna. Kilka dni temu znów wyruszyłam w podróż. Było zimno, słonecznie i mglisto. Umbria wyglądała jak wielka, kolorowa łazienka, cała w żółto-zielonych kafelkach. W dolinach kłębiły się geste mgły, jak biała piana w wannie. Słońce oświetlało tylko czubki drzew. Oliwki, rosnące tuż pod murami Todi, były całkiem srebrne. Przypominały błyszczące krople na matowym lustrze. Puste, łyse pola były jak rdzawo-brązowe ręczniki, porozrzucane niedbale na zimnej posadzce. Stygły, a unoszące się nad nimi ledwo widoczne mleczne kłębki pary szybko rozpływały się powietrzu. Wydawało się, że to ziemia świeci, nie słońce . Piękna rzecz, ta Umbria. Aż prosi, by zanurzyć się w nią po szyję. Tylko temperatura, niestety nie sprzyja. 8 stopni.

Tak więc sobie jechałam i podziwiałam, uważając, by się nie rozbić się, cała w tym umbryjskim zachwycie, i wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł, a właściwie to dwa.
Najpierw wymyśliłam początek historii o pani Weronice, który zaraz napiszę. A potem pomyślałam, że może ktoś z czytelników dopisałby do tego historii kilka zdań. A potem ktoś inny następne kilka, i tak mogłaby się ta opowieść tą smutną, listopadową porą rozwijać. Zakręcać, robić wolty i salta, zawracać i się snuć. A jeśli byłoby przy tym trochę zabawy, choćby uśmiechu, to complimenti, ragazzi. Bo tak naprawdę to przecież o to w tym życiu chodzi, czyż nie?






Weronika wstała jak zawsze o 6.30. Był zimny, listopadowy poranek. Kobieta założyła swoje ulubione, mięciutkie kapcie i poruszając przy każdym kroku puchatymi pomponikami, przeszła przez salonik do kuchni. Postawiła czajnik na gaz i ziewnęła. Uwielbiała swoje mieszkanko. Wychodząc do pracy, z niechęcią zostawiała je, samotne, na długie puste godziny. Wracając po południu prawie biegła, by znów się w nim znaleźć. Moje gniazdko - powtarzała - ma dwie podstawowe zalety. Po pierwsze jest malutkie i cudownie przytulne, wypełnione po brzegi wszystkim, co kocham. Po drugie, nie plącze się po nim żaden mężczyzna, który rozsiewałby wszędzie  zapach „Przemysławki” i innych wstydliwych woni. Szaro-żółte slipki, rzucone na podłogę w mojej łazience, całej w blade róże, zabiłyby mnie na śmierć.
Oczywiście, Weronika budziła zainteresowanie mężczyzn i często widziała na swym biuście ich zawiesisty, gęsty wzrok, jak krople sosu pieczeniowego ciotki Aliny, ale były to na szczęście incydenty, które nie rozwinęły się w żaden niefortunny romans.
Weronika podeszła do kuchennego okna i odsłoniła firankę. Szarpnęła zacinający się karnisz i wyjrzała na zewnątrz. Czajnik zaczął lekko szumieć. Przez chwilę stała nieruchomo, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyła. Potem zakryła usta dłońmi, by stłumić okrzyk przerażenia. W nieprzyjemnym świetle bladego świtu i ulicznej lampy dostrzegła męską, owłosioną nogę, wystającą z okna jej samochodu. Noga była jedna, bez pary, ubrana tylko w kolorową, wełnianą skarpetkę z szerokim, porządnym ściągaczem. Sterczała w listopadowe niebo jak wykrzyknik, obojętna i prawie wroga, bezczeszcząc widok wypielęgnowanego, białego Volvo, rocznik 1975, które Weronika odziedziczyła po ojcu. Różowy, błękitny i miętowy – przemknęło jej przez głowę, gdy patrzyła na pasiasty wzorek – moje ulubione kolory.

....Jedyną, niepokojącą Weronikę sprawą była wielka dziura, na dużym palcu, w skarpetce.
Palec wystawał ukazujac brudny paznokieć i owłosienie na palcu, co oczywiście wywołało w Weronice odruch obrzydzenia, chociaż kolory skarpetki były w jej guście.
- Gdzie podziała się druga noga? - pomyślała Weronika, bo obudziły się w niej odruchy detektywa a także wrodzona ciekawość.

Nie namyślając sie długo Weronika szybko wyłączyła gwiżdżacy czajnik i czym prędzej pobiegła do łazienki po gruby frotowy szlafrok. Narzuciła go na piżamę i już miała wyjść z domu, kiedy pomyślała, że bezpieczniej będzie ruszyć na jednonogiego intruza mając w kieszeni gaz pieprzowy, prezent od przyjaciółek.
-Droga Wero, samotna kobieta w dużym mieście to łakomy kąsek dla facetów bez skrupułów- noś go zawsze ze sobą, martwimy sie o ciebie- powtarzają jej zawsze.
Weronika jednym ruchem wysypała zawartość swoje przepastnej torebki na podłogę korytarza w poszukiwaniu gazu i kiedy go znalazła, upchnęła go do kieszeni szlafroka i zatrzaskując za soba drzwi pomyślała:
- Ok, a teraz niech się dzieje co chce!

Schody na zewnątrz były drewniane i mokre. Weronika mocno złapała się poręczy. W nocy wiało i teraz wszystkie stopnie ginęły pod śliskim dywanem z żółtych, lipowych liści. Nagle odwróciła się i spojrzała w stronę zamkniętych drzwi do domu. Chryste! Zatrzasnęłam się! Zatrzymała się z nogą w powietrzu, czując jak zimny wiatr zaczyna nieprzyjemnie szperać pod jej koronkową koszulą. Weronika zamrugała oczami, pełna najgorszych obaw i włożyła ręce do kieszeni. Klucza w nich nie było. Znalazła tam tylko wymiętą, papierową chusteczkę, pojemniczek z gazem i miętowy cukierek. Stała chwilę w ciszy, spoglądając z narastającą rozpaczą na zamknięte drzwi i stojący nieopodal samochód i zachciało jej się płakać. Przełknęła ślinę i powoli rozpakowała szeleszczący papierek. Włożyła karmelka do ust i poprawiała szlafrok. Odetchnęła głęboko, smakując zimne, orzeźwiające powietrze i ostrożnie zeszła, omijając wielkie, piękne liście lipy szerokolistnej, inaczej Tilia platyphyllos. Weronika zbliżyła się do auta, z palcem na rozpylaczu i stanęła, mając przed sobą sterczącą w niebo nogę. Zauważyła, że zniknęła zielona, pluszowa foczka, prezent od koleżanek, która zawsze leżała za tylną szybą. Okno od strony kierowcy było otwarte a ze środka dochodziło potężne, beztroskie chrapanie.




18:39, anitaes
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 01 listopada 2010
Wieje...

Coś mi się roiło znowu, jakieś dziwne zaćmienie. Udaję, że to nic. Ale przez chwilę węszyłam wiatr, bo to on gna nas w świat. Zawiało ostatnio z południa. Nie żeby zaraz jakiś wicher, ledwo dmuchnęło. Ale coś po tym wiaterku zostaje nam w duszy. Jakaś tęsknotka mała. Niedopowiedziana i kłująca. Ostatni wieczór spędziłam na oglądaniu kreteńskich domów, do remontu, a jakże, w okolicach Gramvousa, tam, gdzie piękna laguna Balos.

Czy mógłby ktoś przyjechać tutaj i walnąć mnie w głowę?

Z całą stanowczością mówię, że to tylko chwilowa słabość, albo depresja, albo zimny listopadowy dzień. A może złe duchy, w końcu Halloween, dzieciaki za oknem strzelają petardami, pies połknął niechętnie relanium i śpi. Przeglądarka Firefox wyczuła jakieś szaleństwo w moim komputerze, bo skasowała całą historię. I dobrze. Nie ma do czego wracać. Chodzę sobie po domu, patrzę na zasłony, co nas zasłaniają, na kominki, co grzeją, na koty, co to pod kominkami się przewracają z boku na bok i cieszę się, bo dobrze mi tu.

Kalimera, kalinichta, relanium. Koniec kropka.

 

10:05, anitaes
Link Komentarze (6) »