RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009
Mati, Witek i wiele innych tajemnic.

Okna wstawione.

Sału nie ma, jak mawiał Mati, mnóstwo poprawek, szpachlowania i malowania, ale ok, nie będę małostkowa. Witek jutro wyjeżdża, widać, że było mu głupio i starał się ile się dało poprawić. Ale już zawsze największą zagadką mojego życia pozostanie pytanie, jak to możliwe, by przylecieć do Toskanii na tydzień, być może jedyny raz w życiu i ani razu, podkreślam, ani razu nie wyjść na spacer, by zobaczyć choć kawałek miasteczka. Witek po pracy siadał przed telewizorem, zmieniał kanały z częstotliwością kilkunastu sekund i z wyłączoną fonią godzinami oglądał TV. Od czasu do czasu robił sobie przerwę, wychodził na korytarz, by zapalić "Mocnego"("to" jeszcze ktoś produkuje! Odwieczny zapach palących się skarpetek i pakuł!), i tak od dnia, gdy przywiozłam go z Rzymu, z lotniska. Czy świat nie jest zastanawiający w swej różnorodności?

To nie pierwsze i nie ostatnie nasze doświadczenie z pracownikami na tej budowie. Mati pojawił się w lipcu i od samego początku nie pozostawił nam żadnych złudzeń - natychmiast okazał się zdeklarowanym i zatwardziałym hipochondrykiem. Zaczynał i kończył pracę od dokładnego smarowania się przeróżnymi maściami, jakie w swojej zapobiegliwości kupiłam na wszelką, odpukać, ewentualność. W zasadzie już w pierwszym tygodniu skończyła się maść przeciwbólowa, przeciw oparzeniom, zaraz potem przeciw komarom oraz wszystkie bandaże, którymi Mati dokładnie się okręcał, poświęcając na to prawie cały wolny czas.

W pozostałym czasie, zbolały i świecący od smarowideł, wychodził na passagiatę, czyli rytualny włoski popołudniowy spacer, by popatrzeć a może nawet złowić jakąś szczupłą włoską "bellę". Z tego co wiem, przez cały, ponad pięciotygodniowy pobyt nie odniósł sukcesu, co nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę zapach i kolor Matiego.

Ale pokazał nam też swój wielki, wrodzony i niesamowity talent - Mati okazał wielkim kucharzem. Z zasady nieufnie podchodzę do cudzych kuchennych wytworów, jestem dość "brzydliwa" a poza tym nie mam wśród znajomych zbyt wielu kulinarnych tytanów, dlatego też rewelacje K., że Mati świetnie gotuje przyjmowałam dużą dozą nieufności. Wyszłam z założenia, że pod moją nieobecność we Włoszech, każdy, kto przygotuje jakieś jedzenie i zwolni K. z tego obowiązku, jest w jego oczach świetnym i utalentowanym kucharzem. Dlatego też, zaraz po przyjeździe do Włoch tak kombinowałam, by nawet kosztem swojego wolnego czasu i odpoczynku, samodzielnie gotować. Ale nadszedł dzień, gdy dłużej nie mogłam już wymyślać nowych powodów, dla których Mati miał się trzymać z daleka od kuchni, tym bardziej, że K. ciągle nalegał, by dać chłopakowi szansę.

Mati zrobił makaron z sosem z czerwonego pesto i powiem otwarcie - to była poezja. Nigdy wcześniej ani też później nie jadłam tak dobrej potrawy. A samo gotowanie przez Matiego okazało się spektaklem kreatywności i właściwych decyzji. Po tym wydarzeniu Mati zaczął nam gotować regularnie, i zawsze z takim samym skutkiem - rewelacja. Wybaczyłam mu wszystkie choroby, których się jego zdaniem nabawił na naszej budowie. Wybaczyłam, że nie chciał skuć kawałka muru bez okularów ochronnych, maski z filtrem węglowym, kasku i profesjonalnych butów oraz rękawic ze wzmocnieniami dla kciuków. Gdy wyłaniał się z nagła w całym tym oprzyrządowaniu, podobny do ufo, czułam lęk przed wielką tajemnicą życia. Wybaczyłam, że nie wchodził na drabinę, jeśli jej wysokość przekraczała jeden metr. Wybaczyłam mu nawet to, że kując posadzkę, podziurawił i pokruszył większość starych, pięknych płytek. Oraz fakt, że zasnął, gdy jechaliśmy do Urbino trasą, która zapierała dech w piersiach. To jak gotował, co gotował i jak potrafił mówić o winie zrekompensowało wszystkie szkody i wady Matiego.

Gdy wyjeżdżał, powiedziałam mu na pożegnanie: - Mati, musisz mieć swoją knajpę, inaczej bezpowrotnie zgubisz talent dany od  Boga.

Życzę jemu i nam wszystkim, że spełni się to życzenie, bo strata dla planety byłaby niewybaczalna.

09:31, anitaes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009
Anniversario czyli rocznica.

Dziś mija pierwsza rocznica zakupu naszego domu w Sansepolcro a druga naszej wyprawy w poszukiwaniu nieruchomości w Toskanii. To nastroiło mnie do małej refleksji i spowodowało, żę postanowiłam zanotować tę historię, jeśli znajdę czas pomiędzy skrobaniem ścian a gotowaniem obiadów dla K. i naszych polskich robotników. Dni pędzą jak szalone i za chwilę zapomnimy, jak to się zaczęło.

A zacząło się w 2007, po cudownych wakacjach w Sienie i na Elbie. Wtedy właśnie, zdziwieni własną nieroztropnością, postanowiliśmy rozejrzeć się za jakimś domem we Włoszech. W naszych życiowych planach był pomysł, by zamieszkać za granicą, ale myśleliśmy raczej o Danii, gdzie życie jest przewidywalne i bardziej poukładane niż w Polsce. Włochy od Danii dzielą kulturowe lata świetlne, łączy je tylko umiłowanie do dobrej kawy, ale to za mało, by stwierdzić, że wybór nie ma znaczenia.

W końcu, jesienią 2007, po przejrzeniu setek ofert nieruchomości i długich rozmowach, postanowiliśmy, że szukamy dla siebie miejsca na stałe. Żadnych półśrodków, prób, sprawdzania, wiercenia dziury piętą w podłodze - klamka zapadła. Sprzedajemy nasze mieszkanie w Sopocie, bierzemy kredyt, nabieramy powietrza i rzucamy się głową do przodu. Oczywiście, nie sprawdziliśmy, czy w tym basenie jest woda.

W sumie pięć wizyt, poczynając od pierwszej na przełomie listopada i grudnia 2007, doprowadziło nas rok temu do notariusza Gambacorty, gdzie podpisaliśmy umowę kupna naszego domu. Wszystko odbyło się bardzo nobliwie, z całym rytuałem, w obecności wielu osób w ponurej, chłodnej kancelerii notarialnej. Gambacorta /dla niezorientowanych we włoskim - Kuternoga/ podpisał kontrakt złotym piórem, pobrzękując przy tym złotą, a jakże, bransoletą. Z ulgą wyszliśmy stamtąd na zalaną słońcem Piazza, by napić się wina i odetchnąć. Czuliśmy się zmęczeni formalnościami i oszołomieni własną odwagą. Lub głupotą. Nasz dom, zimna, zniszczona niemiłosiernie średniowieczna kamienica potrzebowała takich szaleńców - straceńców. Zalane sufity, oblazłe tynki, cieknący dach. Szliśmy na wojnę, zaopatrzeni jedynie w pukawki i polską fantazję. Wiele osób w okolicy sadowiło się wygodnie w oknach, by przyglądać się z bezpiecznej odległości, jak oto giną prawdziwi bohaterowie.

Sansepolcro, kilka zdjęć:

uliczkaPiazzaulica w Sansepolcrouliczka II

 

Wczoraj przyjechały z Polski nasze rzeczy, meble, materiały budowlane, okna, sprzęd AGD. Wszystko, dzięki niezastąpionemu Renato wstawiliśmy do wynajętego magazynu, bo nasz harmonogram prac runął dobry miesiąc temu, a terminu transportu nie udało się przełożyć. A plan był taki, że piwnice w naszym domu będą już na tyle przygotowane, by można było przechować w nich wszystko do czasu wykańczania poszczególnych pomieszczeń. Niestety, mimo naszej perfekcyjnej organizacji, wściekłej pracy i czarów nic z tego nie wyszło. Zły wybór wykonawcy na początku budowy pokutuje do dziś. Co prawda szybko pożegnaliśmy pana Silvia i jego ekipę, ale znalezienie nowej firmy zajęło trochę czasu i stąd opóźnienie.

W naszym domu udało się do dzisiaj: położyć kamienną podłogę w ingresso, czyli wejściu. Niestety, brakuje fug. Są wypiaskowane sufity w kilku pomieszczeniach, mamy prawie ukończoną instalację elektryczną, mocno zaawansowaną instalację wodno - kanalizacyjną i grzewczą, w większości wymurowane ścianki, które planowaliśmy i olbrzymią górę gruzu, piątą z kolei, którą trzeba jak najszybciej wywieźć. A na 9 grudnia zaplanowane rozpoczęcie prac tynkarskich, co napawa mnie grozą, ponieważ do tego czasu wszystkie ściany powinny zostać przez nas przygotowane do tynkowania.

Dziś jednak się nie chcę tym martwić, bo mam nowy problem: okna zostały zrobione niestarannie i trzeba je poprawiać. Na szczęście, jakimś siódmym zmysłem poczułam, że pan Witek, stolarz z Kaszub i zarazem wykonawca, musi sam zająć się montażem i dlatego został przeze mnie prawie podstępem ściągnięty kilka dni temu do Włoch. Dzięki temu, po pierwsze miałam możliwość jasno wyrazić swoje niezadowolenie, a po drugie dobitnie określić oczekiwania. We wtorek Witek wraca, ale do tego czasu musi uporać się ze wszystkimi niedoróbkami. Na szczęście dla siebie nie próbował dyskutować, tylko wziął się bez słowa do roboty.