RSS
piątek, 24 lutego 2012
Zabij Kima.

 

Kilka dni temu poznałam arcyciekawą osobę. Nie dość że mądra, oczytana, wrażliwa i utalentowana to jeszcze mnie chwali. Czy może być większa frajda? No nie może.

Zaproponowałam, by we wrześniu wzięła urlop i przyjechała.

- Ale wiesz, ja jeszcze nigdy nie latałam. Jak nie przymierzając Kim Dzong Il.

Pierwsze co pomyślałam - pięknie powiedziane. A zaraz potem, że każdy ma swojego Kima.

Ja też mam.

I dobrze wiem, jak trudno jest zabić Kima, nawet jeśli już nie żyje.

Mój wypycha mnie bez przerwy w nowe miejsca. Sączy do ucha, że gdzieś tam jest lepiej. Każe zbierać manatki i szukać wciąż od początku. Być stale w drodze i na wiecznym głodzie.

Stary, dobry Max Ehrmann powiedział: " ...chciałbym, by przestała mnie nurtować uporczywa i wszechogarniająca potrzeba bycia gdzieś indziej, bo przecież radość mieszka wewnątrz człowieka, jest obecna w każdym z nas."

Jemu się udało, całe życie spędził w małym Terre Haute i tam umarł. Chyba szczęśliwy.

Zanim spytam o waszych Kimów, tych pokonanych i tych, co wciąż żyją, jeszcze jeden cytat: Konstandinos Kawafis

Miasto.

(...)
Nowych nie znajdziesz krain ani innego morza.
To miasto pójdzie za tobą. Zawsze w tych samych dzielnicach
będziesz krążył. W tych samych domach włosy ci posiwieją.
Zawsze trafisz do tego miasta. Będziesz chodził po tych samych ulicach
Nie ma dla ciebie okrętu - nie ufaj próżnym nadziejom - nie ma drogi w inną stronę.
Jakieś swoje życie roztrwonił w tym ciasnym kącie, tak je w całym świecie roztrwoniłeś.

 

 
22:59, anitaes
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 lutego 2012
Hasanie po polach wojennych czyli gdy pierdyknie cos za oknem.

Moja wyobraźnia mnie męczy bo tworzy teoretyczne światy, z którymi potem się zmagam naprawdę. Choćby dziś. Coś tam huknęło za oknem, pewnie jakiś gaźnik starego Punto, jakich wciąż pełno we Włoszech a ja już snuję w swojej głowie historię wojenną. Co tam historię, epopeję snuję, z ogniem wpełzającym przez okna, z krzykami rannych sąsiadów, z wątkiem romansowym, oczywiście, ale także psychologicznym: bohaterskimi czynami nie generała, co tuż za ścianą w cichości gabinetu pucuje codziennie swoje ordery a Giovanniego z naprzeciwka, delikatnego i czułego, outsidera o długich smukłych palcach i nieśmiałym uśmiechu, który nagle zdobywa się na niezwykłe, prawdziwe męstwo i popełnia czyn odważny i niebezpieczny, grożący śmiercią, kalectwem lub banicją.

A przy okazji dopada mnie filozoficzno - praktyczne pytanie. Bo gdy tak sobie hasam po dzikich łąkach swojej wyobraźni, zastanawiam się nad kwestią uniwersalną. Co zabrałabym z domu, gdybym miała na to dziesięć minut i małą torbę podróżną? I świadomość, że cała reszta, pozostawiona w mieszkaniu przepadnie na zawsze, zmieciona wojenną pożogą.

Książki? Ale które? Wiersze Apollinaire`a? Powieści Eco? Munro? A może Antologię Spoon River? Lub coś Baumana? A co z całą resztą, która zajmuje tyle półek? Czy one są gorsze?

Zdjęcia? Czyje? Swoje czy dzieci?

Laptop? Chyba tak.

Obraz? Który? Tę grafikę z Hereford? Czy może ten mały pejzaż morski? A może botaniczne rysunki Andrea Mattioli?

A co z tym pudełkiem, w którym jest wszystko, co ważne i nieważne, mój śmietnik życiowy? Bilet na koncert Cohena w Poznaniu w 1984. Bilet miesięczny na autobusy ateńskie. Rysunki Marty. Rachunek za nocleg w Coimbrze. Diabeł namalowany na płytce łazienkowej przez Dymitra. Stare notesy z telefonami ludzi, których imion już nie kojarzę. Pudełko zapałek kupione na targu w Brukseli. Szare kamyki z jakiejś greckiej plaży. Nienoszone od dawna okulary. Listy.

Ciekawe. Nie pomyślałam o paszporcie, aktach notarialnych, polisie na życie, świadectwach i dyplomach, ładowarce do telefonu, ubraniach, kosmetykach, puszkach tuńczyka i kluczach.

Dla kogo sytuacje ekstremalne są bardziej łaskawe, dla tych sentymentalnych czy bardziej praktycznych? Dla tych co myślą o cukrze czy dla tych, co wybiorą rodzinną fotografię? Co w takich momentach jest najważniejsze? Ziemniaki i baterie do latarki czy karton uczuciowych rupieci bez wartości. I wreszcie co zostaje w rękach, gdy przejdzie wojenna zawierucha?

Nie wiem. Na ten temat moja wygadana wyobraźnia milczy.

11:14, anitaes
Link Komentarze (21) »
środa, 22 lutego 2012
Włoskie ciało.

Tyłki, nogi, cycki, usta, włosy, znów nogi, znów tyłki i cycki. I koniecznie wysokie obcasy.

Włoszki czerpią inspiracje z telewizji. Z takich programów jak te prezentowane poniżej. Uroda i młodość jako źródło szczęścia. Długie nogi jako źródło sukcesu. Podrasowane usta jako gwarancja męskiego zainteresowania. Ledwo zasłonięte biusty - pewność powodzenia w życiu.

Smutny film. Beznadziejnie smutne kobiety. Bez prawa do starości. Bez szans na szczęście. Zawsze w pogoni za urodą, znikającym punktem, którego nikt jeszcze nigdy nie usidlił na stałe. Walczące z czymś co i tak je dopadnie. Bo czas może być sprzymierzeńcem albo śmiertelnym wrogiem. Wszystko zależy od tego, jak i czym go traktujemy.

Dla mnie jednak ważniejsi w tym filmie są mężczyźni. Ich słowa, żarty, gesty, spojrzenia. Przyjrzyjcie się im dokładnie. Mężczyźni, dla których kobiety to nogi, cycki, włosy, usta, tyłki.... itd. Włosi też czerpią inspiracje z telewizji.

Reżyseria: Lorella Zanardo "Ilcorpodelledonne.com"

15:25, anitaes
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 lutego 2012
Dzień kota.

Jak wiadomo, nic tak nie nudzi, jak niekończące się opowieści znajomych o ich wakacjach w tropikach, ich cudownych kotach i utalentowanych dzieciach. Zwłaszcza zdjęcia z wakacji wywołują u mnie napady paniki: zmarszczone od południowego słońca, niezidentyfikowane twarze, schodząca płatami skóra, wielbłądy i nieśmiertelne :"a to jest właśnie Kazik z rodziną".

Dzieci, cudze i własne, zwłaszcza gdy dorosną i przestają przynosić z przedszkola świńskie wierszyki też tracą na atrakcyjności. Tym bardziej, że im stają się większe i bardziej samodzielne, tym większe zaczynają stwarzać zagrożenie w postaci demonstrowania własnych, wakacyjnych fotek.

No dobra. Dziś napiszę o moim pierwszym kocie, chcecie? Nie? To posłuchajcie...

/zieew.../

...bo ponoć kilka dni temu był dzień kota. Zabawne. Zastanawiam się, jak świętuje się takie wydarzenie. Przecież koty i tak zawsze dostają to co chcą, bez względu na to czy to Dzień Matki, Barbórka czy Święto Zmarłych.  Czym więc możemy je zaskoczyć? Nawet rozebranie się do gołego i wysmarowanie ciała walerianą nie poruszy ich zblazowanego, pogardliwego wzroku - w każdym razie jestem pewna, że moimi to by nie wstrząsnęło.

Wracając do mojego pasjonującego...

/zieew../

...tematu. Ten pierwszy w życiu kot pojawił się u Gwiazdora domu, w wynajmowanym pokoju w Bydgoszczy. Został znaleziony zimą na ulicy. Niestety, nie pamiętam jego imienia, zresztą imię ma tu wartość wyłącznie sentymentalną. To były czasy, gdy nawet kotom się nie śniło, że istnieje gdzieś w świecie coś takiego jak kocia karma w kształcie myszek i żwirek do sikania, który zbryla się w regularne, wprost stworzone do zabawy kulki.

My piasek przynosiliśmy ze znajdującej się nieopodal piaskownicy a po kocie żarcie stałam w kilometrowej kolejce w sklepie rybnym na Gdańskiej, by w końcu, po dojściu do lady, poprosić o pięć szprotek bo brak lodówki wykluczał robienie zapasów - choć znałam ludzi, o czym za chwilę, którzy mieli alternatywne sposoby na przechowywanie żywności. Piasek z piaskownicy był mokry i śmierdział po jednym dniu więc wymyśliliśmy sobie, że będziemy go suszyć w piekarniku. Choć  mieszkanie było typową, komunistyczną komunałką, ze wspólną kuchnią, łazienką i czterema pokojami zajętymi przez cztery rodziny nie przyszło nam do głowy, że nasze kulinarne wyczyny mogą kogoś urazić. Wręcz przeciwnie.

Mieszkali z nami:

- wiecznie nawalony Gwiazdor, zakochany nieszczęśliwie w sąsiadce Hani, który jednak żył przykładnie ze swoim oficjalnym narzeczonym Kokotem, spieniężając wspólnie majątek pokoleń Gwiazdorów i który po każdym spieniężeniu urządzał orgie, podczas których tarzanie się nago w papierowych dziesięciozłotówkach było tylko wstępem do prawdziwej zabawy

- my i od czasu do czasu nasi znajomi, manifestujący swój bliski związek z Bobem Marleyem wydzierganymi na szydełku czapkami przez ich nieświadome niczego babcie, dla których trawa to było, co jadły kury na podwórku

- Hania ze swoim fioletowym od denaturatu mężem, który nocami sikał do szafy z ubraniami, bo po ciemku, wiadomo, łatwo się pomylić a poza tym każdy wie, co te wieczorne piwa potrafią zrobić z człowiekiem

- no i ta rodzina ze wsi, która raz w miesiącu przywoziła stamtąd zapas mięsa i z braku lodówki trzymała je w kuchni w misce z wodą, dodam niezmienianą do następnej dostawy, na co nawet Gwiazdor, człowiek nawykły do rzeczy obrzydliwych reagował pawiem.

Nasze cotygodniowe kocie wypieki były więc niczym rozkoszne dziecięce zabawy w piaskownicy bo na tle tego dostojnego grona i tak wydawaliśmy się nudni, konserwatywni i pozbawieni ekstrawagancji. Po tamtych doświadczeniach mogę powiedzieć jedno: żaden z tych wszystkich nowoczesnych żwirków o konsystencji pereł, z zapachowymi pudrem w opalizujących barwami różu i błękitu nie może równać się do naszego wypalanego godzinami piasku. To było po prostu czyste złoto.

Kot był czarny i nie powiem, sympatyczny. Uwielbiał skakać na klamkę, co w końcu doprowadziło do naszego rozstania. Tak naprawdę to na tę klamkę zaczął skakać, gdy kiedyś ktoś pineską przypiął za ogon szprotkę do drzwi - nie znam nazwiska tego drania - i od tego dnia kot przestał jadać z miski. Siadał pod drzwiami i darł się, zmuszając nas do zachowań nagannych i kulturowo nieakceptowalnych - do przypinania ryb...

/oooo!../

...martwych ryb, proszę się uspokoić - do zabytkowych, secesyjnych drzwi Gwiazdora. W końcu pewnego dnia kot poznał mechanizm działania klamki, zawisł na niej, otworzył sobie i spieprzył do lepszego, wolnego życia, gdzie, mam nadzieję żył długo i szczęśliwie, o ile wcześniej nie zdechł z głodu, polując na rzecz nieistniejącą w przyrodzie, czyli wiszące głowami do ziemi szproty.

Ale zanim uciekł, uratował nas, Gwiazdora i całą resztę tego doborowego towarzystwa przed spłonięciem jak szczapki.

/zieeew...zieeew../

Żelazko od mojej babci było porządne, przedwojenne i ciężkie, z żeliwną okrągłą podstawką. To było żelazko, które służyło do prasowania: nie pluło wodą, nie buchało w twarz parą i nie mrugało zawistnym okiem. Było bezkompromisowe: gdy się je włączyło do prądu, za pomocą kabla w brązowej, bawełnianej koszulce to grzało i grzało i grzało, do czerwoności i nie przestawało, dopóki kontakt z ebonitu tkwił w gniazdku. Żelazko, z braku miejsca stawiałam na drewnianej podłodze i mogło się tak zdarzyć, owszem, nie przeczę, że wychodząc zapomniałam je wyłączyć.

I właśnie wtedy ten bohaterski, bezimienny kot zaczął jak wściekły rzucać się na drzwi, mimo braku ryby, celem, oczywiście, ucieczki. Hania w tym czasie była w kuchni, przypuszczam, że musiało to być zaraz po dostawie świeżego mięsa ze wsi, bo w przeciwnym razie zielona zupa z muchami w środku nie pozwoliłaby jej na trzeźwe reakcje. Domyśliła się, że za naszymi drzwiami dzieje się jakiś dramat i, to było z jej strony mistrzowskie połączenie logiki i zimnej krwi, wyłączyła bezpiecznik. A potem, za jakiś czas znów go włączyła a ponieważ kot znów wpadł w szał, definitywnie wykręciła korki.

Proszę nie spać...

...bo chyba się wzruszyłam. Nigdy tak o nim nie myślałam, o tym naszym pierwszym kocie ale właśnie teraz dotarło do mnie, że to przecież był bohater, dzielny mały strażak, bezimienny obrońca pokręconych lokatorów z ulicy Śląskiej w Bydgoszczy no i tej wielkiej miski z mięsem zaprawionym tłustymi muchami.

To smutne, że nigdy za swój czyn nie dostał żadnego orderu lub choćby królewskiego karpia przybitego porządnie gwoździem do drzwi o skrawku zgniłej karkówki z miski nie wspominając. Niech więc ta notka będzie moim podziękowaniem za opisany wyżej wyczyn i dowodem  jego niezwykłego hartu i odwagi.

Choć mam nadzieję, w cichości ducha, że pozostał po nim jeszcze wypalony na podłodze ślad, okrąg, idealnie pasujący, co za zbieg okoliczności, do podstawki babcinego żelazka, o ile oczywiście ktoś, nieświadomy znaczenia tego znaku, nie zcyklinował go bezdusznie, na zawsze wymazując dowód obecności tego walecznego kocura w tamtej bydgoskiej kamienicy w 1985 roku.

15:19, anitaes
Link Komentarze (11) »
środa, 15 lutego 2012
Gałczyński i muzyka Kazika.

Wróci wiosna baronowo...do samodzielnego śpiewania...trulla -la...wiosnaaa!

Mówisz, że cię miłość mierzi - zmierź mnie sobie, wołam, zmierź!
Spójrz, powiadasz, to są piersi - kogóż natchnie taka pierś?
A ja twierdzę - baronowo - wkrótce minie zima zła,
Z wiosną zaczną się na nowo nasze słodkie trulla-la...
Znowu będę twój don Diego, znowu księżyc, znowu bzy,
Jak u Pawła Geraldiego: sitwa zmysłów, ja i ty.

I nie powie stary baron więcej do mnie "paszoł won!",
Nie wypchnie za próg z gitarą - bowiem w grobie leży on.
Czarna kryje go piżama, biedak gonił resztką sił
I - jak stał - w salonie zamarzł, bo otwarty lufcik był.
Zły baronie, dobrze tak ci - chciałeś naszą miłość zgnieść,
Nasze słodkie koci-łapci, że tak powiem - naszą płeć.

Na złość tobie wiosną amor, co sekrety różne zna,
Ukołysze nas tak samo w tym najsłodszym trulla-la.
Aktualnie jeszcze zima - jakże nie lubimy zim!
Nasze zmysły w karbach trzyma i rozkwitnąć nie da im.
Ba! - przez całą Europę - "zimno" krzyczy dziad i wnuk
I zawieszam się jak sopel pod okapem twoich nóg...

Lecz się nie martw, baronowo, już przemija zima zła,
Rozpoczniemy znów na nowo nasze słodkie trulla-la!
Trulla, trulla, trulla, trulla, trulla, trulla, trulla-la!
Rozpoczniemy, ach, na nowo, nasze słodkie trulla - la!

Dziś widziałem - to nie farsa, dość już mamy takich fars -
Jak jamniczek twój zamarzał, "siusiu" krzyczał, łkał i marzł,
Więc go wziąłem na rączyny, otuliłem w ciepły puch,
O, jamniczku mój jedyny, wycierpiałeś się za dwóch...
Na pierś moją marmurową chodź jamniczku, gdy ci źle,
A ty właśnie, baronowo, swym jamniczkiem zowiesz mnie.

Czemu dni wesołe nie są, czemu z oka płynie łza?
Cierpliwości, baronesso, jeszcze miesiąc, jeszcze dwa,
A powrócą nasze święta, jak najprędzej, pragnąłbym,
Szał zmysłowy się rozpęta! Huknie harfa - rym cym cym!
I pochłonie przepych kanap purpurowe serca dwa,
W górę uszy, ukochana! Trulla, trulla, trulla-la!

 

 

 

I jeszcze jeden wierszyk, zapamiętany z przedszkola, z zasadniczym życiowym pytaniem zamiast puenty:

Prószy śnieżek prószy

Zajączkowi w uszy

Gdzie zajączek będzie spać

Qrwa jego mać

?

 

Dobranoc!

21:57, anitaes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 12 lutego 2012
Czas jak pizza, jest względny.

P                    d      *                            ś       n                           *                 ach  *

           a                                *                               i         e                          *

*                               a   *               *                                       g       *           *

                                                                                    *                *

Tym razem śnieżek wyszedł mi lepiej, ale też miałam więcej czasu na jego obserwację. A że pada i wieje udowadniam, przesyłając jednocześnie gorące, he, he, pozdrowienia z Toskanii.

z1

z2

 

Moretti to jeden z dwóch Włochów, którzy znienawidzili się dozgonnie i z całego serca z powodu pewnego garażu, sąsiadującego z naszym domem - na zdjęciu powyżej. Dom należy do Mario a garaż do Angelo Morettiego ale tylko dlatego, że wiele lat temu Mario sprzedał mu go, nie sądząc, że kiedykolwiek będzie mu potrzebny. Oto czym się kończy niewiara we własny sukces. To było zawilgocone, ciemne i nieprzydatne nikomu fondo które Moretti wyszykował z właściwym sobie zacięciem. A teraz Mario i jego żona parkują samochody na ulicy a Moretti, niech to szlag trafi, pogwizdując wstawia swoje auto do garażu a na dodatek okazało się, że jego córka też się tam mieści z własnym citroenem. Może chociaż gdyby nie zgwizdał, albo choć udawał, że jest jakaś niestosowność w tym codziennym parkowaniu w domu Maria, może wtedy smak goryczy nie byłby tak gorzki. Ale nie, on musi trzaskać tymi wrotami, gmerać kluczem i wydzierać się do każdego, kogo zobaczy w pobliżu. Mario udaje, że Moretti jest duchem i nie istnieje, mija go jak powietrze, nie wychodzi z pieskiem, gdy Angelo pojawia się na horyzoncie, ale to żadna satysfakcja, ba, to ewidentny upadek.

Bez względu na to jakim parszywcem jest według Maria Angelo Moretti, to pizzę robi rewelacyjną, choć przyznaję, że zupełnie inną niż tę, którą serwuje pochodzący z Apulli generał. Moretti zaprosił nas wczoraj wieczorem na kolację. Mieszkanie ma ogromne, naliczyłam kilkanaście pokoi, ponad 150 metrów, w całości wyremontowane przez kogo? Oczywiście przez Morettiego. Położone na II piętrze wysokiej kamienicy przy Via Luca Pacioli, bez windy, mieści w sobie całą rodzinę Morettiego, bo rodzina, jak twierdzi Angelo, jest najważniejsza.

Siedzieliśmy na poddaszu, gdzie Moretti zrobił: kuchnię letnią z jadalnią, kibelek, kominek, piec do pizzy, schody z marmuru z półokrągłym zajściem, taras, ogród zimowy z rozsuwanymi drzwiami i, uwaga, piwnicę na wino, gdzie w chłodzie stały trzy spore beczki zalakowane czerwoną laką. Bo Moretti robi jeszcze świetne, intensywne w smaku własne vin santo, samodzielnie, bez pomocy kogokolwiek, gdy pod sufitem rozwiesza zerwane winogrona, suszy, a potem je produkuje, według przepisu swojego ojca, który dostał go od swojego ojca itd.itd.

W domu Morettiego była żona Morettiego, córka Morettiego, zięć Morettiego oraz wnuk Morettiego z narzeczoną. Moretti sam przygotowywał ciasto, sam je rozgniatał, posypywał dodatkami, sam wsuwał na łopatę, pozwolił jedynie by córka wkładała je do pieca i to tylko dlatego, że zrobił osiem pizz, dla każdego po jednej i trzeba było się spieszyć. Na koniec, z reszty ciasta zrobił ciaccia fritta con zucchero: ciasto posypane grubo cukrem, polane oliwą i zapieczone w piecu - coś jakby deser, choć Włosi lubią to jeść na śniadanie. Było miło, prosto, zwyczajnie. Na stole cerata, nad głową energooszczędna kuchenna lampa rzucająca zimne światło, telewizor charczał nam za plecami, rozpalony kominek i piec rozpuściły śnieg na dachach w promieniu kilku kilometrów a w szklankach było wino czerwone i białe, składowane, a jakże, w chłodnym - przepraszam, Mario, ale z faktami się nie dyskutuje - garażu Morettiego.

Moretti ma osiemdziesiąt siedem lat i traktuje ten fakt tak samo jak Mario jego osobę. Nie dostrzega i ignoruje. Tak jak ignoruje wysokie i strome schody w swojej kamienicy, które wiele razy dziennie pokonuje bez najmniejszej zadyszki. Moretti jest hardy i nie daje sobie w pizzę dmuchać.

Może na tym polega tajemnica śródziemnomorskiej diety, co to podobno oprócz zdrowia i braku otyłości zapewnia długowieczność? Że trzeba ją sobie samemu przygotować i serwować? Najlepiej na strychu przerobionym na kuchnię letnią, z widokiem na całą Valtiberinę, na który przedtem trzeba cały ten kram zatargać? Wczoraj po kolacji Moretti zapytał czy nie moglibyśmy zorganizować dla zainteresowanych z Sansepolcro wycieczki do Polski, bo on to chętnie by pojechał. Jasne, czemu nie? No ale, dodał Moretti, nie musicie się śpieszyć. Mamy czas. Bo, jak to się mówi, lepiej powoli niż źle. Może za rok? Albo dwa? Na razie mam co robić.

11:06, anitaes
Link Komentarze (12) »
sobota, 04 lutego 2012
Raport z oblężonego miasta.

Byłam wczoraj w Rzymie. Proszę nie pytać po jaką cholerę; powiem tylko, że po ukochaną cholerę.

Ale najpierw odkopałam samochód, co zajęło mi godzinę. Prawie zeskrobałam z niego lakier, bo śnieg zaczął sypać, gdy zaparkowałam auto koło domu. Na stygnącej masce zrobiła się kilku centymetrowa warstwa lodu, którą przykrył niewinnie wyglądający puch, który padał bez przerwy przez ostatni tydzień. Zamierzałam go pokonać miotłą, potem okazało się, że potrzebny będzie ciężki sprzęt: przecinak, młotek i gwóźdź do podważenia wycieraczki. Skrobaczka była w środku, jej stary numer.

Wyjechałam pełna pozytywnej, bezdennie naiwnej energii. Było po piątej po południu. Śnieżek prószył a wiatr napierdzielał. Za Derutą E45 była już biała. Zanim wyruszyłam w podróż, poczytałam na strategicznych stronach, że włoskie służby przygotowywały się do tego ataku zimy jak do wojny.

Ludzka pamięć jest ułomna, mogłam zajrzeć do podręczników historii zamiast na strony Corriere della Sera, wtedy przeszłaby mi dziecinna wiara, że wygrają.

Pierwsze zaskoczenie: jeżdżą tiry. A obiecywali, że nie będą. Pomyślałam, OK, na pewno zaraz staną. Nie stanęły. To znaczy stanęły ale później i był to postój niekontrolowany.

Przy wjeździe na A1 w Orte stanęli też Włosi, zadziwieni, że policja nie wpuszcza ich na autostradę bez zimowych opon lub łańcuchów. Mnie przepuścili, bo ja z Polski: jak zima to zimówki, nie ma innej opcji, jak powiedziałaby nasza pani Wioletka, fryzjerka z Gdyni.

Za Settebagni się zaczęło: wszędzie porzucone motocykle (!!!!) i samochody - na trzypasmowej trasie zajmowały każdy pas, w dowolnej konfiguracji i pozie. Wniosek: Włosi nie uwierzą póki nie zobaczą. No to zobaczyli.

Trasę do Rzymu zwykle pokonuję w dwie godziny, następne pół zajmuje mi dojazd na Fiumicino. Tym razem po trzech godzinach byłam na rzymskiej obwodnicy, kolejne cztery potrzebowałam, by dojechać na lotnisko.

Po drodze zobaczyłam te gotowe na wszystko szwadrony śmierci: policja miejska, służby cywilne i cztery jeszcze inne niezidentyfikowane formacje, każda ubrana zgodnie z regułami walki, mundury, odblaski i piękne pomarańczowe kurtki z podpinką, idealne na syberyjskie mrozy. Wygładali jak to Włosi, pięknie i uroczo.

Zatrzymywali mnie cztery razy, za każdym razem by rzucić przez ledwo uchylone przeze mnie okno - nie chciałam, by śnieg zasypał mi kierownicę - bym jechała piano, piano. Znaczy powoli. Jakbym mogla w tym niekończącym się korku grzać szybciej niż sześć na godzinę. Ale przecież  na wojnie najważniejsze jest morale i dobrze sformułowane rozkazy, reszta należy do Boga.

Wczoraj w świętym mieście Boga nie było. Nie było też żadnych aliantów. Śnieg zbombardował Rzym. Tiry przeszły na stronę wroga i świętując zwycięstwo pozdrawiały się za pomocą klaksonów. Włosi próbowali zakładać łańcuchy, ucinając sobie odmrożone palce a ci co porzucili swoje fiaty i lancie brnęli w śniegu, z laptopami przewieszonymi przez ramię jak pokonani Niemcy wracający ze swoimi tobołkami spod Stalingradu.

W co drugim samochodzie migała kontrolka paliwa. Piaskarki wypowiedziały chyba własną, partyzancką wojnę - ukryły się tak skutecznie, że nie widziałam ani jednej. Miałam pełny bak, butelkę wody, fajki, prowiant w postaci śpiącego na tylnym siedzeniu psa i jednej kostki czekolady, była szansa że w razie kilkudniowego oblężenia przeżyję .

Na lotnisk dotarłam o pierwszej w nocy, w domu byłam po siódmej rano. Po drodze, gdy wracaliśmy, wyjechały się pierwsze piaskarki. Przeważnie stały przy otwartych stacjach benzynowych, po dwie, trzy świętując wspólnie obywatelskie nieposłuszeństwo. Poza tym nie od dziś wiadomo, że kawa lepiej smakuje, gdy pije się z towarzyszami walki niż samotnie.

Koło Terni zatrzymał nas kolejny patrol zmechanizowany. Gdy usłyszeli, że będziemy jechać do Sansepolcro, z zamarzniętymi twarzami i oczami pozbawionymi wszelkich złudzeń życzyli nam in boca al lupo, czyli coś jakby, cóż, powodzenia.

Wojna to nie przelewki. Sprzęt może zawieść, koledzy z oddziału zdradzić, Bóg opuścić a śnieg zasypać. Dlatego w życiu i w walce najważniejsze jest szczęście. Nie próbujcie zaprzeczać, zwłaszcza jeśli wczoraj nie pocałowaliście, jak ja, rzymskiego wilka w pysk.

17:41, anitaes
Link Komentarze (10) »
środa, 01 lutego 2012
******************

To u góry to miał być śnieg....ale chyba wyszedł tak sobie...

Zasypało w nocy Sansepolcro. I stale pada. Szkoły zamknięte, na ulicach pustki. Wiatr taki, że zrywa dachówki. Wszędzie biało. Fajnie, z zazdrością patrzyłam na zimowe zdjęcia z Polski. No to mam.

W kominku syczy drewno, Seruś śpi za rurą, słucham sobie renesansowej muzyki i patrzę przez mokre szyby na zewnętrzną zawieruchę.

Wczoraj przyszły moje włosko-amerykańsko-niemieckie przyjaciółki, zjadłyśmy ciepłą szarlotkę i wypiłyśmy spumante od Luigino Chimenti, które podarował mi w zamian za nasze świąteczne pierniki. Zaprosiłam je, bo chciałam uczcić skończenie pierwszego rozdziału nowej książki. Przede mną jeszcze cztery, ten drugi już niebawem będzie gotowy więc kolejna okazja też niebawem.

A teraz znikam, czeka na mnie Augusto, Sergio, Sara i Franco i wszystkie dręczące ich demony. I tylko niech prądu mi tu nie wyłączają, błagam - bez muzyki i przy świecach da się żyć - ale mój mac ma tak słabą baterię, że bez kabla ani rusz. Trzymajcie się ciepło.

zima2012

zima12

10:58, anitaes
Link Komentarze (12) »