RSS
poniedziałek, 21 lutego 2011
Różności.

1. Ruszyła dziś na dobre moja strona B&B. Nie wszystko jest perfetto, muszę jeszcze wrzucić:

- mapkę dojazdu, miejsc parkingowych i info o odległościach do ważniejszych miast i lotnisk

- kilka słów o tutejszych imprezach letnich a może też jesiennych

- zdjęcia domu - cały czas działamy, ten remont już mi czasem bokiem wychodzi, i okolic.

Obiecuję, że w ciągu kilku/nastu dni to zrobię. Nie zależy to wyłącznie ode mnie; Marcin, dzięki za wszystko, wyszło jak zawsze super! Tylko nerwy mam całkiem zszargane. Teraz czas na małą zemstę, za te wszystkie Twoje nieodebrane telefony i przekleństwa, które wielokrotnie pisałam a potem szybko usuwałam ze swoich maili, gdy wysyłałam do Ciebie ponaglenia: ogłaszam publicznie, że powiedziałeś, że do końca lutego uzupełnimy stronkę. Ha! I co mi zrobisz?

Dla czytelników bloga robię PROMOCJĘ: pierwsze 10 osób płaci mniej o 10 %. A co tam...

2. W najbliższym, marcowym numerze "Podróży" ukaże się mój artykuł o Włoszech. Kto ciekawy, zapraszam, jestem dość zadowolona, co mi się często nie zdarza. Jest w dziale "esej", ale potraktowałam tę formę dość swobodnie. Przełknęli.

Tekst miał początkowo 8600 znaków, niestety, okazało się, że na stronie mieści się na absolutny wcisk niecałe 5300 i to przy 3-punktowej czcionce. Boję się, że bez lupy nikt tego nie przeczyta.

Cięłam i wyłam a potem okazało się, że im mniej słów, tym lepszy efekt. Zapamiętam tę nauczkę do końca życia. Wniosek nasunął mi się jeden: zasadzie najlepiej w ogóle nie pisać, wtedy każdy jest potencjalnym noblistą.

3. A tu wiosna, psia kosteczka. Na pociechę tym co marzną powiem, że za miesiąc przekroczy Alpy. A potem to już z górki...

 

 

10:18, anitaes
Link Komentarze (38) »
sobota, 19 lutego 2011
To coś.

Pamiętam tę rzecz z dzieciństwa. Była tylko w starych centrach miast. Budziła ciekawość. Zastanawiałam się, co to za dziwne urządzenie. Nisko przy ulicy, pochylone w dół, czasem krzywe. Stojące na chodniku lub zawieszone nad nim. We Włoszech jest w wielu miejscach. Na przykład u generałów. Albo przy co znaczniejszych domach koło Santa Chiara. Takie samo, jak w Polsce, z dziecinnych wspomnień. Znaczy się, rzecz uniwersalna. Międzynarodowa. Zrozumiała i prosta, bez względu na język.

Może tylko dzieci to zauważają? One lubię rzeczy niezwykłe i nietypowe. Wypatrują je i wynajdują, jakby wyrastały im spod ziemi. Czasem nie wiadomo co z tym począć. Na przykład, gdy znajdą schowaną w łazience napoczętą butelkę wódki. Albo wibrator w szafie. Mamo, mamo, mogę się pobawić? Proszę...

Ale, wracając do tego. Jest nisko i łatwo to przeoczyć. Zwłaszcza jak się idzie z głową w chmurach. Wtedy to, co przyziemne, znika z pola widzenia. Wtedy się marzy i patrzy w niebo. A przecież to jest baaardzo przyziemne. Przeznaczona do rzeczy nieciekawych. Dla form niechętnie oglądanych. Mało interesujących. W zasadzie tylko i wyłącznie niepożądanych.

Trzeba je usuwać i to bardzo pomaga, by zostawiać je za progiem. Broń Boże wnosić do domu. Nawet przypadkiem. Bo to źle świadczy o delikwencie. Jest to, a on proszę, nie potrafi zrobić z tego użytku. Czyli cham. Niesłychany brak szacunku i kindersztuby! Nie, wiecej go nie zaprosimy, wybij sobie go z głowy!

Ciekawi mnie, ile małżeństw nie doszło do skutku z tego powodu? Ile kompromitacji podczas proszonych obiadów i wykwintnych kolacji. Bo przecież kiedyś bez tego nie dało się żyć. To znaczy dało, ale to życie było jakieś takie nieestetyczne. To już nawet nie chodzi o kulturę. Tu chodzi o pryncypia. Albo się należało do pewnej klasy, albo nie. To świadczyło o ludziach. Tak jak ich pieniądze, wykształcenie czy pochodzenie. Nie korzystasz z tego, jesteś...hm, w zasadzie to cię nie ma.

Oczywiście, zawsze są wyjątki. Zdarzały sie sytuacje, kiedy to było nieważne. Kiedy nikt zwracał na to uwagi. Dajmy na to śmierć. Albo wojna, pożar czy wypadek. Wtedy to się nie liczyło. Inne sprawy były na pierwszym miejscu, nikt nie zawracał sobie głowy takim drobiazgiem. Do diabła z tym! Tak napewno wówczas mówiono.

Teraz nikt tego nie używa. Bo i po co? Chyba, żeby sobie życie utrudnić. Gdy byłam dzieckiem, też nie zauważyłam, by ktoś z tego skorzystał. Czyli to umarło. Stało się zbędne. Chyba na zawsze. Stoi tylko dlatego, że nikomu nie chce się tego usunąć. Za dużo zachodu. Poza tym, co to komu przeszkadza? Stało tyle lat, niech stoi dalej. Może kiedyś się przyda? Na przykład, jak będzie powódź. I zaleje miasto. A potem woda opadnie. Nie będzie miło, o nie. I wtedy to będzie jak znalazł. Dopóki wszystko nie wróci do porządku.

Tak. Właściwie to wszystko na ten temat. Jest tylko jedna rzecz, która mnie męczy. A mianowicie nie wiem, jak się to nazywa. Patrzę na to i nic nie przychodzi mi do głowy. Przecież to musi mieć swoją nazwę. Przecież ktoś to zamawiał, instalował, używał i w końcu wyrywał z korzeniami. Więc są na to jakieś kwity. Rachunki. Czyjeś zapiski. Pamięć, w której nazwa przetrwała.

Czy ktoś może ją podać? Będę wdzięczna.

07:33, anitaes
Link Komentarze (14) »
piątek, 18 lutego 2011
Chwila przed zmierzchem. Ostatnia.

Zamieszczam oświadczenie pana Marcina Kydryńskiego, które ukazało się na jego oficjalnej stronie. Ostatnią wersję oświadczenia.

To tu.

Ja w swoim imieniu mogę tylko powiedzieć, że mimo, że poczułam się osobiście dotknięta, oburzona, wstrząśnięta tą, jak to pięknie pan Marcin napisał "najwyraźniej nazbyt obrazową opowieścią spisaną przed siedemnastu laty" to nie chcę, aby mnie przepraszał.

Te przeprosiny to czysta kurtuazja, z którą mu bardzo do twarzy. Gładkie i puste, bez grama refleksji. Przywoływanie w oświadczeniu własnych synów i żony, chowanie się za parawanem udanej rodziny, by się bardziej uwiarygodnić świadczy o dużym cynizmie. A wykreślonie z oświadczenia słów o tym, że bardziej się pan Kydryński wstydzi swoich niepochlebnych słów o Pavarottim, czy poklepywania pewnego znanego muzyka po ramieniu, to było jak mruganie okiem do czytelnika i klepanie po plecach - no, miejmy to za sobą i wróćmy do spraw poważniejszych.

Nie wiem dlaczego, pewnie to ciągle kwestia tego nieszczęsnego wizerunku, który potrafi zaciemnić jasność sprawy, a może z powodu własnej naiwności, ale sądziłam, że Marcin Kydryński powie takie słowa:

Przepraszam za moje obraźliwe, dotykające i oburzające słowa, które nigdy nie powinny się pojawić. Przepraszam kobiety w Afryce, które w ten obrzydliwy sposób określałem i postrzegałem. W żaden sposób nie usprawiedliwia mnie mój młody wiek, tym bardziej, że byłem już wtedy dwudziestokilkuletnim mężczyzną. Nie usprawiedliwia mnie też to, że kiedyś myślałem inaczej. Przepraszam moich słuchaczy, że promując w polskich mediach muzykę z tamtych rejonów świata, i stając się ambasadorem muzyki afrykańskiej w polskim radiu, zapomniałem o podstawym szacunku do ludzi, którzy ją tworzą. Napisałem słowa, których zawsze będę się wstydził i które słusznie zostały odebrane jako kompromitujące. Jeszcze raz bardzo przepraszam.

W każdym razie, jakby co, udostępniam powyższe przeprosiny. Zrzekam się do nich praw autorskich. Niech sobie wiszą w internecie, w którym podobno nic nigdy nie ginie. Może się jednak przydadzą?

12:09, anitaes
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 lutego 2011
Chwila przed zmierzchem.

W dzisiejszych czasach wizerunek to podstawa. Zachowanie dobrego wizerunku jest  niezbędne jak powietrze. Determinuje nasze decyzje, czasem sprzeczne z tym, czego naprawdę chcemy.  A czasem wydaje się, że nasz wizerunek okaże się tytanową tarczą, za którą możemy klecić swoje małe i większe grzeszki.

Oczywiście, są ludzie których wizerunek kłóci się z tym, co powszechnie uważane  jest za przyzwoite. Papcio Berlusconi bimba na swój wizerunek. Jest mistrzem w przekuwaniu wad w zalety. Łamiąc wszelkie zasady jest podziwiany i uwielbiany przez 30 % Włochów.

30 % Włochów mu ufa i powierzyłoby mu ponownie władzę. !!!

Fenomen Berlusconiego będzie prawdopodobnie przez lata doskonałym materiałem dla socjologów i psychologów społecznych, i kto wie, czy nie doczeka się uhonorowania w podręcznikach akademickich. Tak więc coś, co wydawać by się mogło absolutną kompromitacją, ośmieszeniem i groteską, dla dużej części moich sąsiadów jest powodem do dumy i zazdrości.

Mit cwaniaczka, chłopka z ludu, który wystrychnął mędrców i uczonych i robi swoje, jak widać jest silny w tym kraju. A dodatkowej estymy dodają mu zdobyte w łatwy sposób pieniądze i młode kobiety, otaczające papcię Silvio w zwartym kręgu. Wieczna młodość, miłość i bogactwo. Nawet, jeśli to tylko gruba warstwa pudru, to uzewnętrznia podstawowe marzenie Włochów. I tylko ten sąd w kwietniu, w dodatku same kobiety, no, czyżby chwila przed zmierzchem?

Nie zawsze głośne artykułowanie swoich pragnień wychodzi na zdrowie. Czasem kilka słów za wiele kruszy zbudowany przez lata wizerunek i obraca go w pył. Tym bardziej, gdy łączył się nierozerwalnie z kulturą, dobrym wychowaniem, umiłowaniem sztuk i emanowaniem ciepłem, przy którym grzało się wiele osób...I te rodzinne konotacje, piękna finitura jak lakier na gładkim parkiecie.

Marcin Kydryński powiedział w swojej książce "Chwila przed zmierzchem" o swoich marzeniach o seksie z 12 letnimi dziewczynkami z Arabii i o tym, co sądzi o kobietach z Afryki. Brzmi to tak nieprawdopodobnie, że wydaje się absolutnie nieprawdziwe. Oto siła wizerunku! Umysł wypiera, co widzą oczy. Ale jeśli dziś tłumaczy się, że to było dawno i tamten Marcin już umarł, to ja się pytam, gdzie jest ciało?

Nie chcę już słuchać Siesty. Wolę kupić płyty Putumayo Records, które oferuje to samo, ale bez smrodku, który już zawsze będzie się snuł za Panem Marcinem. I nawet łyk Pilsnera /pamiętacie to wibrujące "r" w Pilsner Urquel?/ nie jest w stanie usunąć niesmaku, jaki pozostał po jego słowach.

"Chwila przed zmierzchem" - ładny tytuł. Moim zdaniem idealny, by podsumować karierę polskiego guru muzyki świata.

Poniżej teksty, które przysłała mi przyjaciółka, miłośniczka głosu i audycji Kydryńskiego; dostała je od znajomych. Są na tzw. pudelku, jakimś plotkarskim portalu, ale medium chyba akurat tutaj nie ma znaczenia. Bo nie o plotkach mowa, ale o czymś tragicznym i strasznie żenującym. Znalazłam też duży, poważny artykuł na ten temat na portalu poświęconym Afryce. Taka prywatna weryfikacja.

Mój zawód jest autentyczny i bolesny, dlatego dziś o tym napisałam. To nie są, jak wiadomo, moje tematy. Ale dzisiaj jestem wstrząśnięta a to nie zdarza się mi zbyt często.

Oto "cytacik":

Zawsze uważałem, że w pragnieniu białych mężczyzn, by posiąść czarne kobiety, jest pewna prawidłowość. Nie wydaje mi się jednak, by chodziło tu o tak lubiany przez seksuologów, jak i historyków motyw dominacji. Widzę tę siłę raczej jako atawizm. Jako sublimację żądzy spółkowania ze zwierzętami.

I co wy na to? Bo ja zamarłam.

Artykuł na afryka.org

pierwszy

drugi

trzeci

 

18:07, anitaes
Link Komentarze (9) »
środa, 16 lutego 2011
Życie.

Wczoraj, po pół roku prac, z domu generalicji zdjęto rusztowanie. Palazzo Gherardi odsłoniło swoje oblicze. Żałość bierze. Tynk spada płatami. Po mocowaniu rusztowań przybyło dziur. Tylko nowe rynny, miedziane, w kolorze pomarańczowym, świecą wściekłym blaskiem. Za kilka miesięcy zaśniedzieją i staną się ciemne, ale teraz wyglądają groteskowo, jak marna biżuteria na jeszcze marniejszej, wyciągniętej z zakurzonego pawlacza kreacji. Dziś śniło mi się, że tą miedzianą blachą pokryto też kamienne obramowania okien, ale na szczęście to tylko moja chora wyobraźnia i czkawka po wczorajszych, gorzkich wrażeniach. Nie udało się Glorii i Toniemu dogadać z Albanką z góry. Najwyraźniej jej ten stan odpowiada. Cóż, w dziedzinie estetyki i troski o dziedzictwo Albania nie zaoferowała swoim obywatelom zbyt intensywnej edukacji. Tak jak i w kwestiach honoru i dotrzymywania ustnych umów. Szkoda mi generałów. I szkoda mi Palazzo Gherardi. Tym bardziej, że niewiele brakuje, by doprowadzić je do dawnej wspaniałości. Ale by to się stało, Tony musiałby wyskoczyć z kasy i zapłacić samodzielnie za wszystko. Myślę, że tego nie zrobi z powodów zasadniczych. Reguły są regułami i ja się tu z nim zgadzam. A Palazzo Gherardi, dawna siedziba najstarszego rodu Sansepolcro, rodziny Boccognanich będzie przez kolejne lata dowodem na to, że mimo naszych wspólnych europejskich korzeni dzieli nas, Europejczyków zbyt wiele, byśmy mogli uważać się za jakąś mizerną, ale jednak wspólnotę. Mentalnie jesteśmy od siebie o lata świetlne. Nawet wspólna waluta, bądź co bądź najstarszy sposób porozumiewania się narodów i nawiązywania gorących kontaktów okazuje się być kruchym i ułomnym łącznikiem.

Zaproponowaliśmy Toniemu, żeby zatynkował te wszystkie dziury wapienną zaprawą a K. ukręci farbę, taką samą jak kolor starego tynku i zatrze mu te placki, by nie świeciły tak brutalnie swoją bezsilnością. Ale skoro robotnicy zdjęli rusztowanie, widać, że generał się poddał, co pewnie nie zdarzało się zbyt często w jego wojskowej karierze i co zapewne mocno odchoruje. Czasem drobne porażki są bardziej dotkliwe niż przegrane bitwy. Szczególnie, jeśli cios w samo serce wymierzyła mu drobna ręka sprytnej kobiety.

09:03, anitaes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 lutego 2011
Nasza wspólna przyszłość. Kosmiczna.

Sofię poznaliśmy w sierpniu ubiegłego roku, na pewnym wernisażu, który zorganizował Ugo w swojej galerii. Jako ciekawostkę dodam, że galeria Ugo jest na Corso, spory kawałek od naszego domu, a tu nagle okazało się, że jesteśmy sąsiadami przez ścianę. Też nie chciało nam się wierzyć, do chwili, gdy Ugo poprowadził nas kolejnymi salami swojej galerii na sam koniec nieruchomości, otworzył okno i wskazał na zewnątrz. Faktycznie, byliśmy przy Via Giuseppe, dokładnie nad garażem sąsiadującym z naszą jadalnią. Dziwy.

Ale, wracam do tematu. O Sofii muszę zrobić długą notkę, bo to bardzo ciekawy przypadek i wiele szokujących i zwyczajnych historii, splątanych z sobą mocno i nierozerwalnie. Dodam, że każda z tych historii opowiadana jest przez Sofię w taki sam sposób, jednakowo "uśmiechniętym" głosem, bez budującego napięcie wprowadzenia i dopiero na końcu okazuje się, że jedna dotyczy spóźnienia do pracy a druga czasowej ślepoty. Efekt piorunujący. Dlatego wybaczam Sofii częste powtórki z rozrywki, mimo, że innym nie wybaczam.

A teraz krótka powiastka o włoskim guślarstwie. Kilkanaście lat temu Sofia zaczęła pracę w prowadzonym przez siostry zakonne domu starców. Pięknie położony budynek starego zakonu, na zboczu wzgórza, z widokiem na dolinę Tybru i na miasto. Pierwszego dnia, pod łóżkiem pewnej starowinki znalazła miotłę. Zdziwiła się, bo miotła nie była z tych zwykłych, domowych, a taka z gałązek, które czasem używa się jeszcze do zamiatania podwórek. Przekonana, że miotłę zostawiła któraś ze sprzątaczek lub opiekunek, chciała odnieść ją do schowka.

I wtedy dowiedziała się od jednej z pracujących tam kobiet, że powinna tę miotłę zostawić, w tym miejscu, skąd ją wzięła. A przy okazji usłyszała, że nie jest to przypadkowa miotła i ma ważne zadanie. Bo ta miotła miała pomóc starowince przenieść się na tamtem świat. Oczywiście bez starowinki poparcia i wiedzy. Wszystko w dobrej wierze, by się już dłużej staruszka nie męczyła.

Nie wiem, czy pomogło, nie zapytałam, ale sądzę, że prędzej czy później pewnie tak.

I tu dochodzimy do spraw poważnych i mało śmiesznych, a mianowicie do starości. W społeczeństwie  włoskim, tak mocno powiązanym rodzinnie, z tak silnymi związkami krwi, z bliskimi relacjami, wydawać by się mogło, że sprawa opieki nad ludźmi starymi jest oczywista. Najpierw rodzice opiekują  się dziećmi, potem dzieci rodzicami. Proste. Poza tym są kuzyni, stryjowie, synowe, wnuki i cała reszta familii.

A tu okazuje się, że nie. Nie ma chętnych do zmiany pieluchy babci czy dziadkowi. Do podawania łyżeczką zupy i wyprowadzania na spacer. Do wycierania śliny z brody. I co wtedy robi rodzina? Rodzina składa się, zbiera po 1600 euro miesięcznie, a czasem więcej  i umieszcza seniora lub seniorkę rodu w takim właśnie domu spokojnej starości.

Gdzie personel operuje miotłami. Ale gdyby tylko o miotły chodziło, to byśmy się pośmiali i tyle. Z opowiadań Sofii wyłania się obraz rozpaczliwy i straszny.

Trzydziestu staruszków i tylko trzy osoby na jednej zmianie. Znieczulica części opiekunek, z reguły prostych kobiet z okolicznych wsi/ jedna niepiśmienna/. Dyrekcja nastawiona na pomnażanie zysków i gry podjazdowe. Pielęgniarka, jedyna zresztą, ciągle na zwolnieniu lekarskim. W dodatku nadęta i niekomunikatywna. Pewna swojej nieomylności. Można tak w nieskończoność. A gdzieś w tym wszystkim są te babcie i dziadkowie, bardziej lub mniej sprawni.

Ale to nic. Gorsza od tych różnych historii, które Sofia czasem mi podrzuca jest świadomość nieuchronności. Jak byśmy się, drodzy Państwo nie napinali i nie ubezpieczali, jak byśmy nie byli zapobiegliwi i sprytni, i pełni wiary w naszą moc i w moc naszej kasy, to nadejdzie taki moment, że nasze dzieci, zmęczone życiem, pracą i kryzysem wieku średniego zrobią składkę, im większą tym lepiej, w końcu na mamusię nie będę żałował!,  i przekażą nas w dobre, pomocne ręce. W ręce takich prostych, zainteresowanych plotkami o gwiazdach i nowym kolorem tipsów pań. Które zarabiają grosze i pracują po taniości. I nie łudźmy się, że tam, gdzie nas wpakują, będzie lepiej. Nie będzie. Ten system nie działa.

I to by było na tyle. Chyba wystarczy, by zepsuć sobie taki miły, zimowo-wiosenny wieczór. Jeśli ma się dość wyobraźni, by zobaczyć siebie w mokrej po szyję piżamie, na przemoczonej moczem poduszce. Bo nocami, moi drodzy, nocami, to opiekunki śpią. I proszę im swoimi starczymi nawoływaniami nie przeszkadzać. Tym bardziej, że zawsze mogą podłożyć nam miotłę. Dobranoc.

P.S. Ja mam dwa pomysły, jak rozwiązać ten problem, pędzący w moją stronę jak ta kolejna asteroida, co w 2036 zmiecie nas w kosmos. Jeden jest mój, prywatny i nim się nie dzielę. Drugi jest taki, by starcy, zanim staną się kompletnymi, zdeklarowanymi starcami, organizowali we własnym gronie swój własny dom starców. Może być w Toskanii. Ale do tego tematu wrócę tutaj za trzydzieści lat. No, chyba że skorzystam z prywatnego pomysłu lub asteroida będzie pierwsza.

22:11, anitaes
Link Komentarze (8) »
czwartek, 10 lutego 2011
Pasje ludzkie. Wpis o lekkim zabarwieniu makabrycznym.

Ludzie mają różne pasje. W każdym razie dobrze byłoby, żeby mieli. Nie będę ich wymieniać, bo niektóre powodują, że boli mnie brzuch i umieram ze śmiechu. A przecież tym śmiechem mogę kogoś urazić. Ba, nawet zabić. Więc nie napiszę nic o cudzych pasjach, skupię się na własnej.

A ja, proszę Państwa, uwielbiam czytać nekrologi. Nekrologi mnie kręcą, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Zawsze czytałam, od dziecka, i nie będę ukrywać, że sprawiało mi to niekłamaną przyjemność.

I tu, we Włoszech, mogę rozwijać swoją pasję w najlepsze, bo tutaj nekrologi wiesza się na tablicach i słupach ogłoszeniowych, a każdy jest wielkości solidnego plakatu, 50 x 70 cm, a nawet większy, widać, że na tym polu też panuje duch, ha, dobre słowo, współzawodnictwa. Piękna czcionka, niebieska, duże, śmiało poprowadzone litery, ozdobniki, kwiaty, zdjęcia, często kolorowe i słowa pełne żalu; dla mnie raj.

Chodzę więc sobie po mieście, w miejsca drogie memu sercu i na dużych planszach, obok informacji o obniżkach cen dywanów, o zapisach do szkoły Santa Maria, obok komunikatów miejskich, reklamy Pubu Tropicana czy informacji o kursie makijażu moje oczy wypatrują świeżych, pachnących klejem klepsydr. Wtedy staję, czytam, zachwycam się nazwiskami, imionami, bo włoskie imiona są piękne i przypatruję się w milczeniu wydrukowanym na nich twarzom.

Oczywiście, że tak. Oczywiście, że zastanawiam się, skąd u mnie takie upodobania. Dlaczego staję i czytam. Dlaczego mnie to porusza. I czemu nie mam nigdy dość. I mam na ten temat swoją teorię, może niezbyt odkrywczą, ale własną, z której wynika, że dlatego odczuwam przy tym pewną satysfakcję, nie jakąś tam zaraz dziką radość, ale taki mały triumf, bo nie ma tam, wśród tych wszystkich zmarłych, mojego nazwiska.

Tak, tak, wiem, do czasu. Ale jednak, jakby nie patrzeć, jest to pewien powód do dumy. Poza tym, tak jak każda pasja, także ta moja ma swoje granice, choćby granice zdrowego rozsądku. Bądźmy szczerzy, przecież kiedy w końcu moje nazwisko się tutaj pojawi, a kiedyś to nastąpi, to raczej  mam małe szanse, że je wówczas, spacerując swobodnym krokiem, jak choćby dziś, dostrzegę. Więc raczej nie będzie mi dane przeżyć  tego przykrego rozczarowania, niemiłego zawodu, kiedy dowiem się ze słupa ogłoszeniowego, że nie żyję. Dlatego lubię moją pasję, bo funduje mi same nagrody i zero vat.

A jak komuś się nie podoba moje hobby, jak się kiedyś na pasję mówiło, może sobie uprawiać własną, sklejać te swoje ludziki z filcu, robić sobie co dzień płukanie jelita albo uczyć się nie mrugać, cha, cha, cha....I proszę, już mnie brzuch rozbolał.

01:46, anitaes
Link Komentarze (10) »
wtorek, 08 lutego 2011
Wtorek czyli targ.

mercato

zdjęcie za: www.ilmercatodellegaite.it

Rok temu napisałam krótki wpis o tutejszym cotygodniowym targu. Wtedy mieszkaliśmy w przeciekającym domu Heather, gdzie obok toalety stał parasol, by w razie deszczu i potrzeby móc z niej skorzystać, a stary piec do centralnego ogrzewania kaprysił i parskał, wyłączając się zawsze, ale to zawsze podczas spłukiwania włosów. Nasz dom był zimną, zakurzoną norą, do której mieliśmy się wprowadzać za dwa miesiące i pamiętam, że przy całym swoim szaleństwie uważałam, że to pomysł zupełnie nierealny. Dzisiaj, w już nieco innym nastroju, wracam do tematu, by zgłębiać fenomen mercato, bo jest to fenomen, zjawisko socjologiczne i kulturowy background europejskiej tożsamości razem wzięte.

Obserwuję cotygodniowy, wtorkowy targ w Sansepolcro. Jego idea jest wciąż taka sama, mimo, że świat poszedł do przodu i zostawił gdzieś daleko mroki średniowiecza. To wymiana. Słów, pieniędzy, spojrzeń, myśli, doświadczeń, rzeczy i poglądów.

Nie przeważają już, co prawda, stoiska z serami, oliwą i winem, nie sprzedaje się już koni, kóz i kaczek, nie ma wytwórców lemieszy i toskańskiego lnu, glinianych garnków czy wyplatanych krzeseł, nie ma zbieraczy ziół, wędrownych kowali, sprzedawców wełnianych materacy i robionych na klockach koronek. Wszystko to pojawia się tylko w trakcie corocznej fiesta medioevale, w lipcu. Zamiast tego są chińskie skarpety i latarki, indyjskie narzuty, włoskie kapcie i holenderskie róże.

Ale mimo, że asortyment targowy to już nie lokalne, przywożone z okolic produkty a w większości internacjonalistyczne badziewie, to ruch na ulicach, tłum na piazza, gwar, przyjezdni, ubrani ubogo mieszkańcy górkich osad, długie kolejki w knajpach, przepychanie się w tłumie, wszystko to pozostaje bez zmian. Tak jak i  to, gdzie kto i co sprzedaje. Na przykład szczypce do kominka, miotłę z gałęzi i wielkie blachy do pizzy zawsze można kupić na rogu, przy placu, a warzywa, sery i gorącą, chrupiącą porcchiettę przy Porta Romana.

Patrzę na ten rozgadany, głośny tłum i wyobrażam sobie, że tak samo musiało być tu pięćset lat temu. Pachniało pewnie końskim, parującym nawozem a pomiędzy straganami goniły się dzieciaki, czekając niecierpliwie na występ kuglarzy. Bramy miasta, zwykle zamknięte dla obcych, tego dnia uchylano i za opłatą uiszczaną w cieniu Porta Romana, Porta del Ponte lub Porta Fiorentina od samego świtu, objuczeni towarami, wchodzili lub wjeżdżali pomiędzy ulice wieśniacy i rzemieślnicy z okolic. Dla nich i dla mieszkańców Borgo było to jak zderzenie dwóch kultur, osobnych światów, oddzielonych od siebie wysokimi murami, okalającymi miasto. Dzieliły ich mury ale przede wszystkim dzieliło ich pochodzenie i restrykcyjne prawa miejskie, które kategorycznie określały kto i kiedy może przebywać w mieście i w jakim celu. I tylko raz w tygodniu, we wtorek, wszystko się mieszało, wrzało, gotowało, gdakało, muczało, brzydko i ładnie pachniało, zadziwiało i rozśmieszało. I wymieniało.

Gdzieś we włoskich genach zostało to zapisane na zawsze, dla pokoleń, dlatego pewnie w każdy wtorek czuję na ulicach tę nerwowość, podniecenie i oczekiwanie, jakby zaraz miało się coś zdarzyć, nie wiem, bójka ulicznych żebraków, publiczna egzekucja, parada biczujących się pątników czy inna atrakcja targowa. I mimo, że niestety, nic takiego się nie wydarza, już dziś czekam z niecierpliwością na przyszły wtorek. Bo a nuż...

17:33, anitaes
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 lutego 2011
Dziś powiem coś cudzym tekstem. Będzie o wychowaniu dzieci.

Czyli o czymś, co nie do końca mi wychodzi. Mam nadzieję, że dzięki temu moje dzieciaki są szczęśliwe.

Ten tekst znalazłam u Leo, pewnego znajomego żeglarza z Wysp. A on u jaszczurki czyli bluecheese@o2.pl. Posłuchajcie o świecie, który już nie istnieje:

My, dzieci tamtych rodziców

Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:

  • Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo Higieny Zabaw).

  • Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

  • Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.

  • Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.

  • Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.

  • Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.

  • Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.

  • Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.

  • Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.

  • Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.

  • Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję, żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy  pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.

  • Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.

  • W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.

  • Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.

  • Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.

  • Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.

  • Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.

  • Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.

  • Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.

  • Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.

  • Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.

  • Do szkoły chodziliśmy półtora kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.

  • Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.

  • Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Nasi rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.

  • Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.

  • Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.

  • Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.

  • Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.

  • Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.

  • Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas wstyd.

  • Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.

  • Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.

  • Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.

  • Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.

  • Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.

Wszyscy przeżyliśmy, nikt  nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.

My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.

A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!

18:46, anitaes
Link Komentarze (12) »
piątek, 04 lutego 2011
Ekosystem czyli czwarty do brydża.

Miałam taki plan, by nasz toskański dom tonął w zieleni. Naoglądałam się katalogów i różnych Tachenów i wydawało mi się, że bluszcz powinien wić się i wspinać po kamiennych ścianach, cytryna powinna żółcić się na tarasie a z okien powinny zwisać czerwone pelargonie. Piękna, bajkowa wizja. O pachnącej w doniczkach bazylii oraz lawendzie nie wspomnę.

Ale, jak to się mówi, z naturą nie wygrasz. A moja natura jest taka, że wszystkie kwiaty w pobliżu mnie zdychają. Nawet te, których w zasadzie nie trzeba podlewać. To jest mój złowieszczy defekt i jakieś botaniczne fatum, i coś jeszcze, co nawet nie ośmielam się nazwać, albo nazwę, bo to co we mnie siedzi to jakiś sadyzm roślinny, którego żadna siła nie pokona. Jakby sprawiało mi frajdę mordowanie zieleniny, a przecież to nieprawda i wierutne kłamstwo. Mam swoją teorię na ten temat, prywatną, że za tymi suchymi badylami kryje się po prostu moje lenistwo, ale że każda teoria wymaga falsyfikacji, więc nie będę jej na razie rozwijać zbyt szeroko.

Tak więc, gdy zdechły ostatnie rośliny w naszym domu, no, prawie ostatnie, bo kilka stoi jeszcze na tarasie, na który nie zaglądałam od kilku miesięcy, co może okazać się dla nich zbawienne i uratować im życie, więc gdy zdechły te ostatnie ślady życia na ziemi w naszym domu, powiedziałam sobie - koniec. Szkoda moich nerwów, szkoda tych nikomu nic niewadzących kwiatków, wody szkoda i doniczek też.

Chciałam, by nasz B&B nazywał się Casa Verde czyli zielony dom, ale ostatnie wydarzenia ostatecznie pozbawiły mnie złudzeń. Bo to nie będzie zielony dom, Panie i Panowie. Nigdy. Trzeba to sobie brutalnie powiedzieć, patrząc prosto w oczy i nie udając, że jest się urodzonym ogrodnikiem w przyjemnych ogrodniczkach. Ja po prostu, no, ja nie jestem prawdziwym przyjacielem przyrody.

Ale nie ma tego złego. Pozbierałam się nawet dość szybko po tej smutnej w końcu konstatacji i doszłam do wniosku, że skoro suche kwiaty dłużej u mnie stoją i bardziej mnie lubią niż świeże, to trzeba to wykorzystać i obrócić w atut i samo dobro. I dlatego nasze B&B nazywać się będzie L`Erbario czyli coś jakby Zielarnia, co do zasuszonych w doniczkach badyli pasuje jak ulał i w dodatku ładnie brzmi. L`Erbario czyli drugie życie wyschłej gardenii.

Podejmę jeszcze ostatnią próbę, bo w holu, przy szklanych drzwiach miało stanąć drzwko oliwne, i stanie, ale zrobię to ze ściśniętym sercem i tłumionym szlochem, bo wiem, na co je skazuję. I dlatego obiecuję, że to będzie już ostatni raz, ostatni trup w rodzinie, że tak powiem, i potem już naprawdę koniec. No, chyba, że pacjent przeżyje...

Tak więc nazwę L`Erbario dla B&B zostawiam, bo mi się podoba, brzmi szlachetnie i nie budzi złych skojarzeń, na przykład z doniczkowym mordercą. Niech sobie trwa spokojnie, jak szeleszczący, zrudziały bluszczyk na naszym korytarzu. A moje ogrodnicze umiejętności odkładam na półkę, obok umiejętności pływania, wychowywania dzieci i obcinania włosów. Teraz w czwórkę mogą sobie pograć w grydża.

 

20:59, anitaes
Link Komentarze (5) »
środa, 02 lutego 2011
Anzelmo i jego signora fortuna.

Na cotygodniowym targu spotkaliśmy Aldo. Zaciągnął nas na kawę i gestami nieznoszącymi sprzeciwu, bo jak wiadomo, głos Aldo ma słabiutki, nakazał nam zamówić do tej kawy dolce. Zjedliśmy więc po ciepłym ciasteczku z kremem, wypiliśmy po espresso i od słowa do słowa, wyszło podczas rozmowy, że Aldo nie wiedział, że w naszej zbrojowni są freski. Oczy mu się zaświeciły, bo, jak powiedział nam szeptem, podczas gdy my pochylaliśmy nisko głowy nad stolikiem, by w gwarze kawiarni coś usłyszeć, otóż powiedział, że do tej pory nie znaleziono w mieście jednego z fresków Piero della Francesca, o którym wiadomo, że powstał w jednym z domów.

Oczywiście, te nasze okrągłe tonda to nie żaden Piero, każde dziecko to wie, ale podreptaliśmy z Aldo do nas, bo widać było, że bardzo chce je zobaczyć. Obszedł dom dwa razy, a my za nim, asekurując go na schodach bo to słaby i drobny staruszek. Wzruszył się, gdy oglądał I piętro. Tam, gdzie teraz będzie mieszkanie dla gości, a właściwie jeden z pokoi, dziś ponad trzydziestmetrowy a dawniej podzielony na trzy części, była kiedyś kuchnia i salonik ciotki Rosy, w którym ciotka za jednym zamachem potrafiła ugościć 30 osób. Nie wiem, jak ona to robiła, czy jedli piętrowo czy na wspak, ale ma mój dozgonny podziw. Stanął też przy otwartych drzwiach piwnicy i wspominał, jak musiał biegać po schodach, na dół, bo ciotka była zapominalska i co rusz wysyłała go do piwnicy a to po ser a to wino a to po prosciutto.

Ale najlepszą historię usłyszeliśmy, gdy stał już gotowy do wyjścia, z ręką na klamce. Tuż przed wojną jeden z jego kuzynów mieszkał u ciotki Rosy na II piętrze, w małym pokoju, który teraz będziemy wynajmować. Kuzyn miał na imię Anzelmo i był vagabondo, czyli po polsku lewus. Pewnego dnia dwudziestoletni wówczas, przystojny Anzelmo - wyobrażam go sobie z wąziutkim wąsikiem nad wargą - ukradł ojcu pistolet, pojechał do Arezzo i napadł na bank. Zabrał pieniądze, a ponieważ nie miał samochodu, ukradł przy okazji rower, zabierając go jakiejś dziewczynie na ulicy. Oczywiście ładnej. Pewnie gdyby spokał brzydką, wolałby uciekać pieszo. Niezatrzymywany przez nikogo, dotarł na tym rowerze aż do Anghiari, pedałując kilkanaście kilometrów przez całkiem niezłe górki, gdzie niestety został aresztowany. Ale ponieważ nikogo nie zabił, pieniędzy nie stracił i roweru nie zniszczył więc go wypuszczono po pół roku. A wtedy dobry los uśmiechnął się do Anzelma szeroko, bo zmarła siostra jego matki i z jakiegoś nieznanego i kompletnie niezrozumiałego powodu swój dom przy Corso zapisała jemu, tej czarnej owcy w rodzinie. Dodam, że nie tylko dom ale i pieniądze. Być może tym szczodrym gestem chciała powstrzymać siostrzeńca przed kolejnym kryminalnym występkiem. Anzelmo potrzebował czterech miesięcy, by przepuścić wszystko co do grosza. A pierwszą rzeczą, jaką sobie kupił był najnowszy model Maserati, oczywiście wraz z kierowcą, którym pojechał do Arezzo na poszukiwanie ślicznotki od roweru, która potem zresztą została jego żoną.

Powinnam to opowiadać przy muzyce Carlo Buti, dla atmosfery i przyjemności. I wyczucia czasów.

Teraz już wiem, jak nazwę mały pokój na II piętrze. Anzelmo. Czuję, że trzeba jakoś uhonorować tego włoskiego romantyka. Być może Aldo znajdzie zdjęcie Anzelma z czasów, gdy znów był biednym, włoskim chłopakiem i szczęśliwym mężem dziewczyny z Arezzo? Powieszę je wtedy w jego pokoju, ku przestrodze i ku pamięci.

12:25, anitaes
Link Komentarze (5) »