RSS
niedziela, 28 lutego 2010
Dwa powody do radości.

Jeden to nasz open space. Tu jutro wstawiamy nasze łóżko i stół. Mamy niestety tylko jedno krzesło, reszta u Renato. Jak zdążymy, to przed jego wyjazdem do Mediolanu je odbierzemy. Jak nie, jemy na zmiany. W tym domu już mnie nic nie zdziwi.

ok

 

Drugi powód to Tano w nastroju reggae. Bez niego nie byłoby tego powyżej. A propos Tano. Dziś rozmawialiśmy o jedzeniu, m.in. o pizzy. Tano powiedział, że najlepszą pizzę jadł w NY, przygotowaną przez Meksykańczyka, którego wyszkolił Turek. Świat zwariował a Włosi schodzą na psy.

tano2

A teraz lecę się pakować, bo jutro Filippo zjawi się o 8.30. I muszę koniecznie wykąpać psa. Następna taka okazja /wanna/ dopiero przy okazji wizyty w Polsce. Jutro też przychodzą dziewczyny pomóc mi sprzątnąć mieszkanie. I jutro ostatni ciepły posiłek wykonany własnoręcznie. Następny za tydzień? dwa? Odpukuję w niemalowany laptop.

19:34, anitaes
Link Komentarze (4) »
sobota, 27 lutego 2010
Dziś tytułu nie będzie.

Pracujemy w trójkę, ja, K. i Tano, czyli Sebastiano. Słuchamy sobie Virgin Radio, jednej z niewielu stacji, którą da się tu słuchać. Dziś jest dzień punkowy, więc sobie malujemy w rytmie Clash i Cure i jest dobrze. To znaczy tak naprawdę jest przekichane, bo oprócz jednego pokoju, trochę wysprzątanego nie ma nic, ale nie bądźmy drobiazgowi. Po pół roku pobytu we Włoszech nauczyłam się, że problemy się same rozwiązuję, jeśli im na to pozwolimy. W poniedziałek rano przyjedzie nasz niezastąpiony Filippo i zabieramy rzeczy z wynajmowanego mieszkania, sprzątamy je i wio!

Ponieważ nie zmieści się swoim ukochanym, zapierdziałym gruchotem na Via della Castellina, przyjedzie osobistą Multiplą i, jak deklaruje, będzie jeździł w kółko tak długo, aż weźmie wszystko. To się nazywa dobra dusza!

Siostra Tano pomoże mi posprzątać mieszkanie, bo tu, jak wiadomo, wszystko musi zostać w rodzinie, a zwłaszcza kaska. Z Tano pracuje się super, jest postrzelony ale ma jasno określone, choć czasem kontrowersyjne poglądy. Lubię go. Nie ma lekkiego życia, musi pracować, jeśli chce sobie coś kupić. W tym czasie jego rówiesnicy (sobota!) szaleją.

Zrobiłam mu fajne zdjęcie, choć w rzeczywistości nie jest tak mroczny i tajemniczy:

tano

A oto mój dziesiejszy dorobek. Podłoga przed i po umyciu. Chce się żyć, tym bardziej, że pewnie ostatnio ją posprzątano kilkadziesiąt lat temu. Wylałam na nią wiadro wody z naszym polskim sidoluxem o zapachu mydła marsylskiego i w całym domu pachnie pięknie. Cotto jest wytarte od wieloletniego dreptania, nam się podoba:

.....

A to sufity w trakcie malowania. Traktujemy je specjalnym trattamento, płynem, który zabezpiecza cegły przed osypywaniem i nadaje kolor. Od tej roboty nie jestem w stanie utrzymać kubka, cały czas pracuje się na rusztowaniu, z rękoma w górze. Koszmar toskańskich domów. Doszliśmy do wniosku, że jak już skończymy ten remont, będziemy całkowitymi kalekami i nie będziemy w stanie wdrapać sie na nasze drugie piętro. Wtedy nie pozostanie nam nic innego, tylko go sprzedać a całą forsę wydać na lekarzy.

 

sufit


Kuchni nie będzie jeszcze przez kilka dni po wprowadzeniu, nie damy rady. Kupiłam już pakę plastikowych naczyń i sztućców, żegnajcie gąbko i płynie do naczyń! Forever! Potem włączę zmywarkę i pójdę na długi spacer z psem. Nasza stara bidulka ostatnio wychodzi co najwyżej na pięciominutowe szybkie co nieco, nie mamy czasu ani siły dać jej więcej przyjemności w jej psim życiu.

A! Zapomniałabym -  to nasza szafa, krajobraz po bitwie. Moje dzieło.

drzwi

Na koniec dodam, że dziś było 16 stopni, słonko grzało, więc wyłączyliśmy nasze ogrzewanie, a co!

 

21:21, anitaes
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 lutego 2010
A kuku!

Jestem! Mamy internet! Mamy ciepłe kaloryfery! Mamy telefony! Viva Italia! Dolce Vita! Danny deVito! I love you!

Życie jest piękne! Włosi są piękni! Monter internetu jest piękny!

Lecę pracować - piętro wyżej!

20:36, anitaes
Link Komentarze (2) »
Znikam.

Znikam. Być może tylko dziś, a być może na kilka dni. Bo przenosimy internet do naszego domu z wynajmowanego mieszkania /tak, tak/, i dziś ma przyjść technik, by się tym zająć. A ponieważ jesteśmy we Włoszech a nie w Niemczech, wszystko może się zdażyć.

Wiem, nie umieszczam zgodnie z obietnicą zdjęć, ale ciągle szlifujemy i fugujemy, czyli nuda. Prawdziwa jazda bez trzymanki zacznie się dopiero od piątku do poniedziałku, i jeśli przeżyję i będę w sieci, obiecuję ciąg dalszy. Mam kilka fotek, które zamierzałam wrzucić, ale nie wyszło. Życie.

A teraz już znikam naprawdę. Ciao.

08:41, anitaes
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 lutego 2010
Dziennik budowy - stan na 23.02.10. Pierwsza wojna półkowa.

Szlifujemy, szlifujemy, szlifujemy. Ponieważ to mało spektakularne - spettacolare, włoski jest prosty, nie robię zdjęć. Poza tym jak pokazać, że ściana jest trochę gładsza?

K. cały dzisiejszy dzień uzupełniał zaprawę w naszym wypiaskowanym suficie na II piętrze. Z mojej perspektywy siedział sobie na rusztowaniu, patrzył na wszystko z góry i triumfował. Nie zrobił nawet połowy. A to oznacza, że nie tknął: szlifowania sufitu w łazience, czyszczenia cotto, podłogi kuchennej i wnętrza zmasakrowanej przeze mnie szafy ściennej, w której postanowiłam wymienić półki, bo nie podobał mi się ich zapach.

Wiem, że to głupie, w końcu bomba zegarowa tyka, ale pewnych kompromisów nie jestem w stanie zaakceptować.

Najpierw K. głośno zaprotestował, gdy mu powiedziałam, co planuję. Upewniło mnie to tylko w przekonaniu, że mam rację. Potem zaczął wąchać półki i nazwał mnie wariatką. Później solennie obiecywał, że ma sposoby na wyrugowanie każdego zapachu z każdego kąta. A na koniec wręczył mi wielki przecinak, młot i pędzel-ławkowiec i z perfidnym uśmiechem poszedł do swoich spraw.

Cały wczorajszy wieczór wykuwałam te cholerne półki, a wmurowane były solidnie. A dziś musiałam usuwać z wnętrza szafy stare zapiekłe warstwy tynku i farby. Na mokro.

Odpokutowałam to boleśnie: podczas przerwy obiadowej nie byłam w stanie utrzymać widelca, o zbliżeniu do ust nie wspominając. Inaczej mówiąc dzisiejszy obiad sobie obejrzałam. Był ładny.

23:17, anitaes
Link Dodaj komentarz »
Tano.

Tano ma 17 lat, dziecinną buźkę, małą bródkę zawiązaną w kucyk a na swojej za obszernej skórzanej kurtce wielki symbol przekreślonej swastyki. I kłamie jak z nut. Ponieważ szukał jakiejś pracy, zaproponowaliśmy mu, na próbę, pomalowanie pokoju Marty, co zdaje się było bardzo ważnym argumentem. Pracowałam z Tano wczorajsze popołudnie i w tym czasie powiedział mi, bez mrugnięcia okiem, że:

- pracował w Nowym Jorku jako szef kuchni

- prowadził swoje radio

- ma dziadka Polaka

- mieszkał jako bezdomny na ulicach Santiago de Compostela

Jak na pierwsze pół godziny znajomości, każdy potwierdzi, że było tego dużo. Poszlifowalam sobie więc jeszcze chwilę kawałek ściany, by ochłonąć i zapytałam Tano delikatnie, czy aby nie przesadza z tym szefowaniem, bo jakieś doświadczenie w tej profesji się chyba liczy. Ale Tano odpowiedział krótko i jednoznacznie: nie. Zamilkłam ponownie. Co za dzieciak! O dziadka i radio postanowiłam więc już nie pytać, bo uznałam, że zapowiada się miła współpraca i nie warto jej niszczyć perfidią dociekliwych pytań. Co do mieszkania na hiszpańskich ulicach aż mnie kusiło, by dowiedzieć się czegoś więcej, ale po namyśle uznałam, że każdy ma prawo pomarzyć. A tym bardziej, gdy się to robi tak uroczo, żywiołowo i bez ograniczeń jak Tano.

Za to ściany pomalował już zupełnie bez ściemy i uznaliśmy, że do końca tygodnia damy mu zarobić - może odkłada na podróż na księżyc?

15:58, anitaes
Link Dodaj komentarz »
Dziennik budowy - stan na 22.02.10/ From Maurizzio with love/

Dziś zbyt wiele się nie wydarzyło, choć plan był bardzo ambitny. Wszystko za sprawą Maurizzio, hydraulika, który pomylił się, i K. musiał w pralni skuwać płytki położone nocną porą przez Zenka. Maurizzio przytaszczył dolcitore, urządzenie wyglądające jak nurek w trumnie, które będzie, jak sama nazwa wskazuje, wysładzać naszą wodę. A chodzi o to, że woda w tej okolicy jest czysta, ale bardzo zawapniona, co powoduje, że kamieniem pokrywają się pokrętła przy wannie, grzałki w pralce i nasze nerki. Można kupować wodę mineralną do picia, jak to teraz robimy, co rzecz jasna nie rozwiązuje problemu pralki i wanny, albo zainstalować to dziwne coś.

No i w trakcie montażu okazało się, że na niewłaściwej wysokości jest gniazdo elektryczne, którą to wysokość sam Maurizzio nam wskazał kilka miesięcy temu. Tłumaczył się, przepraszał i wił, co nie zmienia faktu, że straciliśmy przez taką pierdołkę pół dnia.

A oto powód naszej dzisiejszej klęski:

dolcitore

Ale też mamy mały sukcesik, że tak się wyrażę, bo oto w naszym domu pojawiły się...KALORYFERY! Zawisły w każdym pokoju, co napełniło nas dumą i nadzieją na lepsze, bo cieplejsze dni. Dodam filozoficznie, że to pierwsze kaloryfery w tym domu od setek lat. I sam Maurizzio, jakby czując doniosłość sprawy, był punktualny i zamontował je w godzinę:

kaloryfer1

Niestety, po tym czasie okazało się, że z Maurizzio znów wyszła dwojakość jego natury, bo targając  kaloryfery na górę,  zahaczył o pojemnik z rozpuszczalnikiem i rozlał go na NASZE COTTO W JADALNI! Do tej chwili zastanawiam się, czy go lubię czy może bardziej nienawidzę?

A teraz kuchnia. Podłoga, jak widac przygotowana, teraz tylko musimy ją: oszlifować, zagruntować i dwa razy pomalować. O ścianach nie wspomnę, ale czeka nas z nimi identyczna praca, problem polega na tym, że nie w tym samym momencie - albo jedno, albo drugie. Podły los.

cuccina

Reszty nie pokażę, bo na zdjęciu ani wyszlifowania ścian ani unigruntu nie widać. Czyli trzeba wierzyć na słowo, że było działane. A na koniec dodam, że dziś pracował ze mną Tano, przyjaciel Marty, który jest tematem na osobną notkę. Dziwna postać...

00:29, anitaes
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 lutego 2010
Raz, dwa, trzy - wiesz i ty.

Zenek wyjechał. W domu cisza, smutek i zgroza. Zostaliśmy sami, nie licząc syna K. z dziewczyną, którzy wpadli na kilka dni. Na pożegnanie dałam Zenkowi: płytkę z włoską muzyką - uwielbia, szampana - uwielbia i dolce - też uwielbia. Wzruszył się do łez. Mam nadzieję, że wróci i dokończy dzieło. Straszny z niego łobuz i wariat, jego kawy, a w zasadzie fusy po nich doprowadzały mnie do szaleństwa ale drugiego takiego nie ma, zapewniam.

Dziś zdjęć nie ma, bo w niedzielę nic na budowie się nie działo. Najpierw wyjazd do Rzymu, potem powrót, a wieczorem poszliśmy wszyscy razem do restauracji - w sumie w siódemkę, bo dołączyli znajomymi z Polski. Przyjechali na rekonesans, też myślą, by coś tu kupić. To w ciągu tygodnia druga taka wizyta, bo w czwartek odwiedzili nas przesympatyczni ludzie z Warszawy. Są w trakcie kupowania domu w okolicach Cortony. Mam nadzieję, że nasze wszystkie doświadczenia, te dobre jak i te żałosne, będą im pomocne, bo zawsze lepiej uczyć się na cudzych błędach.

Iza i Wojtek, podczas wczorajszej kolacji, doszli do wniosku, że czas w Toskanii zdecydowanie wolniej kroczy. Potwierdzam, wszystko zwalnia. Ludzie wolniej mówią i chodzą. Zawsze mają czas na malutkie, ale konieczne caffe. I nawet jeśli jest to w tzw. biegu, to jest to zupełnie inny bieg niż w Polsce, bo trwa czasem pół godziny, bo rozmowa jest najważniejsza. Przez pierwsze cztery miesiące pobytu byliśmy najszybciej chodzącymi ludźmi w całym mieście. W końcu K. zwrócil mi na to uwagę, bo nie dostrzegaliśmy, w jakim tempie nauczyliśmy się żyć w Polsce.

Dziś wieczorem wrzucam, zgodnie z obietnicą, kolejne zdjęcia. Ale jakbyśmy nie czarowali rzeczywistości, fakt jest taki, że nie zdążymy. Ja to wiem, ty to wiesz, społeczeństwo to wie, że pozwolę sobie sparafrazować mojego kolejnego mistrza. Po małej naradzie doszliśmy do wniosku, że priorytet to pokoje i łazienka, kuchnia zaraz potem. W zasadzie nic się nie stanie, jeśli przez kilka dni nie będę gotować. Po pierwsze, wiele rzeczy można kupić gotowych, po drugie, tu naprawdę jest gdzie zjeść.

To są tak zwane małe, zgniłe, i niezbędne kompromisy, ale bez nich zamieszkalibyśmy w naszym domu za kilka lat. Nie zdążylibyśmy, jeśli mielibyśmy wybierać kolory ścian, malować cokoły, naprawiać fugi we wszystkich kamiennych ścianach, poprawiać jakieś detale czy oczyszczać stare drzwi - to wszystko zrobimy później, w trakcie zamieszkiwania, bo są to sprawy NIEISTOTNE.

A teraz pędzę do pracy, bo za chwilę te istotne też trzeba będzie sobie odpuścić - czas czasem, Toskania Toskanią, a tam czeka mnie czyszczenie podłóg, co będę musiała robić z ekspresowym nietoskańskim tempie.

07:52, anitaes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 lutego 2010
Dziennik budowy - stan na 20.02.10

Dziś kolejna dostawa. Jeszcze ciepła:

1. Kuchnia. Mój jest ten kawałek podłogi:

kuchnia z 20.02

kuchnia II 20/02kuchnia III 20.02

2. Pokój Marty - fuga!:

marty 20.02Lazienka marty 20/02

2. Nasz pokój. Nowe stare cotto:

cotto 20.02nasz 20.02

4. I łazienka, oto jest - na dobranoc i skołatane nerwy:

łazienka 20

01:33, anitaes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 lutego 2010
Dziennik budowy - stan na 19.02.10

Od dziś przez tydzień tylko zdjęcia, dzień po dniu, z tego samego miejsca. Taki mały, prywatny dziennik budowy. Sama jestem ciekawa, czy nam się uda.

1. Kuchnia:

kuchnia 19

2. Nasz pokój:

pokój I 19pokój II 19

3. Łazienka:

łazienka 19

4. Pokój Marty

Pokój martyLazienk marty 19

Ana koniec mały detalik z naszego wielkiego kominka - trzeba szukać w naszym zabałaganionym życiu /patrz zdjęcia powyżej/ drobnych przyjemności:

detalik kominek


08:51, anitaes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lutego 2010
Nie żyję.

To znaczy żyję, ale marnie. Marnie, bo tu nie piszę, nie piszę, bo nie mam czasu i bolą mnie ręce od szlifowania ścian, szlifuję, by żyć normalnie. A i tak żyję marnie. I to prawie wszystkie złote myśli, na które mnie dziś stać. Przepraszam zawiedzionych.

Ale, ale! Dziś zrobiłam kilka zdjęć i postaram się je jutro opublikować, takie małe "czas start" - codziennie fotka z postępu prac, od jutra do 1 marca, do wprowadzki. To będzie jazda bez trzymanki i już bez Zenka, bo jak pisałam, Zenek w niedzielę wraca do nieba, czyli na Kaszuby. Miał być do końca marca, nie wyszło, purtroppo /piękne słowo!/. Może pojawi się jakiś substytut Zenka? Może Rysiek? Podobno Ryśki są fajne.

A z nowości? Wszystkie ściany malujemy na biało, bo nie mamy czasu by myśleć o kolorach. Będziemy je wybierać później. Piszę malujemy, ale to nasz polski present continous, znaczy tyle,  że będziemy malować, bo do dziś ani jedna nie jest pomalowana. Rezygnujemy też z dużego wkładu kominowego Jotul, mamy pomysł na inne ogrzewanie parteru.

Był Renato, smutny i zgaszony, przeszedł badania i serce ma w rozsypce, czeka go trudna operacja w Mediolanie. Kazał mi natychmiast rzucić fajki. I chyba tak zrobię, niech no tylko Zenek wyjedzie, będę wtedy mniej zestresowana, ha ha - dla jasności, roześmialam się sarkastycznie.

Zaczęłam pakować nasze rzeczy i wszystko wskazuje na to, że poproszę o pomoc Filippo z jego ciężarówką, bo się nie zabierzemy. Skąd to się tu wzięło?

I czeka mnie kąpanie psa, zaraz po myciu garnka po bigosie najgorsza rzecz, jaka może mnie spotkać w życiu. I to by było na tyle. A! Jeszcze dodam, że jak tak szlifuję te ściany, to myślę, że fajnie byłoby odpowiedzieć na komentarze,  jednak nie powiem kiedy, bo jak powiem, to skłamię. Od pewnego czasu mój czas nie należy do mnie.

Buona notte /ale bym sobie obejrzała "Big Lebowski".../.

23:51, anitaes
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 lutego 2010
Poste restante

Szanowny panie Losie, piszę do ciebie po raz pierwszy i ostatni. Żeby zagaić, powiem, że to nie przypadek, że szczęście czyli fortuna po włosku, jest rodzaju żeńskiego. Wnioski pozostawiam tobie i innym. I nie myśl sobie, że jestem jakaś zapiekłą feministką z owłosionymi nogami, jak myślące kobiety postrzega zdecydowana część męskiego świata. Fakt, zapuściłam się trochę na tej budowie, ale tak jak z większości spraw, wykaraskam się i z tego, niebawem. Ale do rzeczy.

Wybaczyłam ci, że zetknąłeś nas z Sylvio C., który o mały włos nie puścił nas w skarpetkach. Nie narzekałam, gdy uwziąłeś się na Lohmann Brothers i swiat sie zachwiał w finansowych posadach. Przez ciebie nasze mieszkanie w Sopocie nie sprzedane a ja codziennie uprawiam intensywną gonitwę myślową, by utrzymać finanse w ryzach. Ok, na starość będę sprawniejsza umysłowo.

O Heather i jej mieszkaniu nie wspomnę, jej kapryśny charakter i nagłe wolty, przeciekający dach i wyskakujące co rusz korki - musisz przyznać, nie kwękałam, gdy święta upływały mi ścieraniu deszczu z podłogi w łazience. Fakt, westchnęłam kilka razy " masz ci Los", ale to wszystko.

Ba, nawet pomyślałam sobie ostatnio, że się do mnie uśmiechnąłeś, gdy grając z Zenkiem w lotto, nie zgarnęłam głównej wygranej - w końcu pieniądze szczęścia nie dają, a jeszcze, nie daj Boże, szczęście odbierają.

Ale tego, co zrobiłeś wczoraj, nie zapomnę po grób. Bo dopuściłeś, że spaliła się instalacja elektryczna w domu Zenka na Kaszubach, że jego rodzina bez prądu, ogrzewania i telewizji.

I tego ci draniu, nie wybaczę. Zenek musi wracać, już W NIEDZIELĘ a ja obiecuję, że poczekam sobie cierpliwie na okazję i zemszczę się na tobie okrutnie. I żadne twoje zaplute grymasy mnie nie przebłagają.

Włoska vendetta to coś zupełnie innego niż poczciwa polska zemsta, gwarantuję, a jak wiesz, słowna jestem do bólu i pamięć mam jak słoń.

A teraz żegnam, mam nadzieję, że na długo

anitaes

13:56, anitaes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 lutego 2010
Bezsenność wg. Zenka.

" Jo, dziewczyno, wiesz, zamykam łoczy, a łone nic".

Piękne.

13:15, anitaes
Link Komentarze (1) »
Białe prześcieradła - Came So Far For Beauty.

Pojechałam po K. do Rzymu, na Fiumicino. Musiałam się wyrwać z domu. Pobyć trochę sama, bez "jo, dziewczyno, wiesz", bez użerania sie z Martą o zgubioną szczotkę od odkurzacza i bez psich kłaków. Złapać dystans, pomyśleć o o nieremoncie, dostrzec magię życia i inne swiaty.

Włączyłam sobie soundtrack z mojego ulubionego filmu Liana Lunsona - piosenki Leonarda Cohena śpiewane przez innych artystów podczas legendarnego koncertu w Sidney w 2005, bo to zawsze na mnie działa: hipnotyczny Antony, niepokojący Rufus Wainwright, szalony Nick Cave. Przede mną prawie 3 godziny samotności na E45.

I gdy tak sobie jechałam w słońcu, pustą w niedzielny poranek trasą, na wysokości Perugii zaczęłam rozmyślać o tym, dlaczego dla niektórych osób wyjazd z kraju, pozostawienie swoich bliskich i przyjaciół, swojego środowiska jest trudne i bolesne, a dla innych to przygoda i prawie naturalna potrzeba zmiany otoczenia. Pomijam względy szczególne, takie jak przymus ekonomiczny, czy rodzinne i osobiste konieczności. Mówię o świadomym i akceptowanym wyborze.

Mijając Todi, pomyślałam, że istotą sprawy jest nasza konstrukcja psychiczna i potrzeby bliskich więzi z ludźmi. Za Orte doszłam do wniosku, że jeśli grillujemy z sąsiadami, przepadamy za dziećmi siostry a one za nami, celebrujemy piątkowe pogaduchy z przyjaciółkami, codziennie z matką konsultujemy gotowane obiady a opowieści ojca o działkowych wyczynach słychamy z wypiekami na twarzy, to dajmy sobie spokój z wyjazdem. A jeśli w dodatku koledzy w pracy i nie daj Boże szef są nam bliscy jak rodzina, to, ech...

Wjeżdżając na rzymską obwodnicę, przy Settebagni nabrałam pewności, że aby dobrze poczuć się na emigracji, ludzie, którzy nas otaczają powinni być częścią otoczenia a nie nas. Mogą być ważni, możemy ich podziwiać, cenić, ale musimy być zupełnie osobni. I lubić to wyobcowanie, bycie ze sobą, bez potrzeby głębokich więzi i częstych kontaktów z innymi. Wówczas można śmiało wyjechać, zamieszkać daleko od innych, bo nie tęsknimy, nie żałujemy, nie jesteśmy się samotni w obcym środowisku.

Przypatrywać się ludziom jak krajobrazom, dobrze się wśród ich czuć i nie oczekiwać niczego, poza tym, by byli - podsumowałam trasę Cesena -Perugia, ze zjazdem na A1 w Orte, parkując przy lotnisku.

A białe prześcieradła? Dostrzegłam je rozwieszone wokół kamiennego domu koło Magliano, suszące się w słońcu, jaskrawe jak śnieg na szczytach gór w Umbrii. Symbol kapitulacji albo zmysłowych chwil. To wszystko.

 

08:23, anitaes
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 lutego 2010
Tempo po włosku znaczy czas. I pogoda.

Powiem tak: pada śnieżek cichutko, dużo śnieżku, zima pełną gębą, w nocy mrozi a ja już wiem, że zrobiło się gorąco, żeby nie powiedzieć, gorączkowo. Zenek leży chory, w malignie, jak każdy przeziębiony facet, Marta od trzech dni ledwo chrypi, K. w Polsce, Heather przysyła mi przypomienia, że 3 marca chce mieć wolne mieszkanie, bo przyjeżdża, co doprowadza mnie do białej furii, lub gorączki, jak kto woli, bo tyle to ja jeszcze jestem w stanie zapamiętać!

A ja spocona i bez tchu robię kanapki, parzę kolejną, siódmą już kawę-fusiarę, serwuję soczki, wyprowadzam psa - trzy razy dziennie, wsiadam w samochód i jadę po grunt do ścian, targam zgrzewki mineralnej z marketu i gorączkowo, a jakże, wymyślam obiady, tak aby dały się zrobić w 30 min. i by Marta zjadła, bo Zenek oczywiście zje wszystko co zrobię. A w przerwach maluję deski na podłogę w kuchni, palę w kominku, by schły tynki i biegam na pocztę opłacać rachunki.

Więc zapytam niewinnie: czy jest ktoś, kto jeszcze marzy o pełnym słońca i kuszącej nudy życiu w Toskanii? O miłym nieróbstwie i wiecznych wakacjach? I zapachu tymianku w letni wieczór? O słomianym kapeluszu zawieszonym niedbale na oparciu krzesła i połyskującym rubinowo kieliszku Chianti? Proszę bardzo, marzenia sie spełniają, wystarczy tylko bardzo chcieć.

Słusznie twierdził mój ulubiony Truman Capote, więcej łez przelano z powodu spełnionych, niż niespełnionych życzeń.

Czyżbym narzekała? Nigdy w życiu. Zenek, zanim padł, wykonał tygodniową normę: trzy pokoje mają prawie gotowe do malowania ściany. Ja skończyłam czyścić te cholernie paskudne fugi między kamieniami, jedna łazienka zaczyna wyglądać jak łazienka, a nie składzik na worki po zaprawie. W piwnicy zaczęło się wyłaniać miejsce na pralnię. Deski czekają na K., jak wróci, zaczyna układać podłogę w kuchni. Czyli co? Jest źle?  Jest cudownie, dziewczyno, że zacytuję Zenka. No i na dodatek ta piękna zima. Następna taka za dwadzieścia lat.

Aha, zapomniałabym: zostało nam 15 dni.




22:04, anitaes
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 lutego 2010
Antologia rzeczy nieistotnych.

Pakowaliśmy się do wyjazdu od maja ubiegłego roku. W lipcu skończyliśmy. Nasze książki, ubrania, meble, drobiazgi i wiele innych rzeczy, wszystko popakowane w kartony, opisane i zabezpieczone w folię strech wypełniło w sumie całego tira. Dostawa odbywała się na dwie tury, pierwsza w listopadzie, druga w styczniu. Do tego czasu mieliśmy we Włoszech tylko to, co udało mi się przewieźć dwukrotnie w naszym bagażniku. I co? I nic.

Okazało się, że bez frustracji udaje się szczęśliwie funkcjonować mimo braku 90 % ABSOLUTNIE NIEZBĘDNYCH RZECZY, BEZ KTÓRYCH NIE WYOBRAŻAMY SOBIE ŻYCIA. Kilka ubrań na zmianę, kilka książek przy łóżku - akurat to, przyznaję, jest najbardziej dotkliwe, dzbanek do herbaty, dwa ulubione kubki do kawy. Dwie pary butów, ew. klapki w wielki upał. Jedna torebka, podstawowe kosmetyki.

Za chwilę minie rok od pamiętnego zawijania i upychania, a ja nie mam poczucia braku tego, co znajduje się na przykład w prawym górnym pudełku na 7 palecie. Jeśli przez rok mi tego nie brakowało, to znaczy - niepotrzebne. Kilka dni temu przestawiałam kartony do piwnicy i na I piętro, gdzie wszystko zostało zmagazynowane, i z zaskoczeniem spostrzegłam, że nie mam ochoty otworzyć żadnego, oprócz tych, gdzie są książki i filmy. Co to znaczy? Ano to, że przez całe życie kupujemy, zbieramy, ustawiamy, odkurzamy, przekładamy, wieszamy, zdejmujemy, jednym słowem tracimy nasz czas i pieniądze na rzeczy całkiem nieistotne, mając przekonanie, że to życie właśnie.

Z jednym wyjątkiem: tęsknie spoglądam na pakę, w której spokojnie czeka moja zmywarka, najlepsza przyjaciółka każdej kobiety. Jeszcze chwilę, maleńka, niedługo się zobaczymy. Moje życie bez ciebie jest jałowe, puste i nieznośnie uciążliwe.

14:10, anitaes
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 lutego 2010
Magia liczb.

We Włoszech znów wielka kumulacja w Superenalotto. Wysłałam z Zenkiem dwa kupony. Uznaliśmy, że warto schylić się po 137 mln euro. Będzie jak znalazł na dokończenie remontu, ha, ha. "Jak wygram, to ci odpalę 1 %" - zaproponowalam wspaniałomyślnie. Zenek chwilę się zadumał, myślałam, że wstrząsnęła nim moja wielkoduszność. I liczyłam, że z grzeczności zaproponuje to samo. Ale nie. "Jo, ale ja chyba ci nie odpalę, dziewczyno, bo wiesz, jak wygram, to może mi odbije". Wzruszyła mnie jego szczerość.

I zaraz potem opowiedział jedną ze swoich historii: jeszcze w latach siedemdziesiątych, w jego wsi facet trafił szostkę. Wtedy to zawsze było 1 mln złotych. Nie było wówczas elektronicznego systemu Toto lotka, kupony skreślało się przez kalkę a na szukanie wygranego kuponu i wynik czekało się bardzo długo, bo w totalizatorze przerzucano tony makulatury.

Bal trwał całe dwa tygodnie. Ponieważ facet był kompletnym golcem, ze szczęścia zwariował. Odbiło mu, jak to ładnie określił Zenek. Zapożyczył się u kogo się dało na poczet przyszłej wygranej. Kupił fiata, pojechał do Łodzi ubrać rodzinę. Cała wieś piła do upadłego dzień w dzień, za jego kasę, ma się rozumieć. Potem okazało się, że było dużo szóstek i wypłacone pieniądze nawet nie pokryły części długów. Pech.

" Ale co pobalowali, to ich, wiesz" - skonstatował Zenek. Fakt, w życiu liczą sie tylko chwile.

13:31, anitaes
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 lutego 2010
Pieniądze i wino - miło było.

Kominek oskrobany. Prawie. Znalazłam na niego sposób - nie skrobać a ostukiwać raz przy razie małym młoteczkiem. Duża część farby odprysnęła. Musiałam tylko potem otrzepywać się dokładnie z okruchów, bo nie wyglądałam jak człowiek. To samo czeka mnie z zamalowanymi kamiennymi portalami na pierwszym piętrze. Tu sprawa będzie trudniejsza, bo każdy ma ponad 2,5 m wysokości.

Praca z rękoma w górze to nie jest fajna zabawa. Wiem coś o tym, bo aktualnie walczę ze kamiennymi ścianami. Zostawiamy kilka odsłoniętych i teraz muszę oczyścić je z resztek tynku i wykruszonych fug. Dopiero potem będzie można je naprawić zaprawą wapienną, tzw. biocalce. Powiem krótko: cholerna robota. Nie tylko z powodu niewygody - nikt nie obiecywał, że będzie wygodnie, ale głównie z powodu kurzu. Po godzinie włosy, nawet dokładnie ukryte pod chustką, są matowe i nieokrzesane. W oczach i ustach pełno wapna - szczypie!, a w głowie zamęt. Przy takim zajęciu, po mniej więcej godzinie tracę morale. Myślę wtedy sobie , że po co nam to było: przebierać się w zimne, robocze ciuchy, stać na drabinie, wdychać kurz sprzed 500 lat i wierzyć, że to dobra decyzja. A Sopot tak piękny przecież!

Ale jak już zjem kilo wapna, stracę czucie w rękach, usunę gruz i razem z K., wykończeni i całkiem sztywni patrzymy na ukończoną pracę, to mamy pewność, że "krawatom śmierć"!  W końcu to nie zesłanie czy korporacja. To wybór. Choć nie raz jeszcze rożne "k...wy" i inne takie będą latały w powietrzu, gdy grudy zaprawy po raz setny strzelą mi w oko. W końcu przecież natura i tak zawsze zwycięża, prawda?

Generalicja zaprosiła nas na kolację: najpierw szampan i orzeszki, potem prosciutto crudo z Parmy, ser pecorino, wino Primitivo di Manduria z Apulli/zupełnie, ale to zupełnie niesamowite/, potem rissotto z grzybami, stek wołowy, zapiekanka z cukinii z ricottą, do tego pieczone fenikuły i dolce: placek gruszkowy, upieczony przez Glorię. Pycha. Zastanawiałam się, jak będzie im smakować bigos, zrazy i pierogi? Bo przecież musi być rewanż, gdy ruszy nasza kuchnia. Najlepiej wychodzi mi spaghetti z krewetkami i szwecki jonson, a przecież będą oczekiwać czegoś polskiego. A w te klocki nie umiem za bardzo się bawić - ewentualnie zupa, choć to nuda i klasa niższa średnia. To zmartwienie zostawiam na potem, w tym momencie mojego życie jest ono zupełnie abstrakcyjne: własna kuchnia - a to takiego?

Tak ekspresyjnie zachwycałam się winem i praktykowałam je z upodobaniem, że następnego dnia generał przytaszczył dwie pięciolitrowe butle. I jak tu nie kochać Włochów? Co prawda kolacja i winko nie całkiem bezinteresowne, bo po kawie Tony delikatnie napomknął o małej prośbie - chcą zrobić zadaszenie na swoim podwórku i muszą wbić się konstrukcją stalową w naszą ścianę, to i tak nie żałuję. Sama przy okazji też załatwiłam własny interes - Tony musi wyprowadzić wentylację kuchenną ponad dach, bo mimo, że kuchnia Glorii bezdyskusyjnie doskonała, to zapachy niekoniecznie, a już tym bardziej w naszym chiostro.

A potem było pożegnanie Fabrizzia i jego ekipy. Kupiłam górę ciastek i postawiłam wino od generalicji - jedno. Drugie schowałam oczywiście jest dla nas. Wpadł jeszcze Renato, Filippo i kowali dwóch. Wino wzbudziło gorący entuzjazm, o co u Włochów chyba niełatwo. Co ciekawe, wszyscy wiedzieli, co to za gatunek. Najbardziej entuzjazmował się Marko Porka Madonna - 5 szklaneczek, i nawet przez chwilę na jego twarzy ustąpiło przerażenie i pojawił się uśmiech. Chwilo, trwaj!

Rozliczenie z Fabrizzio, jak zwykle precyzyjne, ale niestety doszło wiele dodatkowych prac i przekroczyliśmy budżet. Nawet bardzo. Zaproponowaliśmy zapłatę w dwóch ratach, większa część teraz, druga w czerwcu. Zgodził sie bez problemu i bez żadnych pisemnych umów. Tu wszystko załatwia się na gębę, co na początku bardzo nas bardzo deprymowało. W końcu pochodzimy z kraju, gdzie ludzie zawsze upewniają się 100 razy, czy aby napewno. Rozstaliśmy się w przyjaźni. Dobrze się z nim pracuje, jest bardzo konkretny i nie ściemnia. Tak znaczy tak a nie to nie. W czerwcu mamy zamiar zrobić elewację, także z jego ekipą.

A wczoraj przyszedł Renato i przyniósł siatkę pełną starych koronkowych obrusów i zasłon. Kupił gdzieś okazyjnie, wyprał i zaproponował, bym sobie coś wybrała. Wszystkie ręcznie robione. Piękne. Ponieważ wydaliśmy mu kiedyś starą toskańską szafkę kuchenną, znalezioną w naszej piwnicy /dodam - strasznie zapleśniałą i zapajęczałą/ umówiłam się, że dopłacę mu tylko różnicę. Zaraz potem pomyślałam, że to zupełnie idiotyczne z mojej strony kupować stare koronki, gdy w domu nie ma  podłogi na I piętrze i 25 tysięcy innych ABSOLUTNIE KONIECZNYCH RZECZY.

I to by było dzisiaj na tyle. Siedzę więc sobie, patrzę na siatkę z obrusami i chyba z tej zgryzoty nie mam pomysłu na puentę.




22:10, anitaes
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 lutego 2010
Życie w symbiozie.

Nasz dni to skrzecząca codzienność. Pobudka przed siódmą, śniadanie dla Zenka i K., bez specjalnych wydziwiań, kawa do termosu i pędzimy na budowę. Pracujemy do 13.00-14.00, wracam pierwsza, robię szybki obiad, potem jeszcze szybsza kawa i od 16.00 druga tura, czasem do 22.00. Tylko niedziele są inne, bo Zenek w niedziele nie pracuje, wstajemy później, zabieramy Zenka na jakąś wycieczkę, a po południu my do pracy a Zenek spaceruje po mieście. Czyli passagiata. Ostatnio zabraliśmy Zenka do Anghiari, było ładne popołudnie, cała dolina Tybru w zachodzącym słońcu, lekki mrozik. Gdy weszliśmy na mury miejskie, Zenek z zachwytu zaczął biegać i podskakiwać jak dziecko, a dodam, że niedawno skończył 52 lata. To się nazywa spontan! Oczywiście potem seria zdjęć w różnych pozach dla rodziny, nieodłączny repertuar naszych wspólnych wyjazdów.

Gdy wyjeżdżaliśmy do Włoch, uprzedzałam Zenka, że fajki we Włoszech są drogie, 5 euro paczka, więc jeśli chce palić, niech kupi w Polsce. "Co ty dziewczyno, ja rzucam!' odpowiedział a teraz zmaga się z dysonansem poznawczym, bo przy pracy ma ochodę na dymka, ale forsy żal. Kupuję czasem, ale ostatnio uprzedziłam, że musi podjąć męską decyzję, albo pali i wtedy przywieziemy mu z Polski, albo rzuca, ale wtedy nie marudzi i nie podbiera. A Zenek, jak zwykle: "Co ty dziewczyno, ja rzucam!" To się nazywa konsekwencja!

Wczoraj, po kolacji, usłyszałam od Zenka fajną historię: gdy pracował jako traktorzysta, bywało, że kończyli pracę następnego dnia nad ranem. W karty pracy wpisywało się godziny, od której do której każdy z nich jeździł danego dnia po polach. I wtedy jeden z nowych, który pracował od 6.00 rano do 2.00 w nocy, po długim namyśle, wpisał pod odpowiednią datą " od 6.00 do 26.00", bo nijak nie wychodziło inaczej. Zwolnili biedaka. W tej robocie kreatywność się nie liczyła.

Moje noworoczne postanowienia szlag trafił. Rozłożoną na podłodze mata do ćwiczeń przykrył kurz. Leży i kłuje w oczy jak wyrzut sumienia. Usprawiedliwiam się codziennym zmaganiem z rzeczywistością, góry ubrań do prasowania, przetaczające się po podłodze psie kłaki, czy plamy na obrusie są dowodem, że dążenie do doskonałości to długa i trudna droga.

Marta szaleje towarzysko. Najpierw poznała Alessandrę z V klasy, teraz już zna pół miasta. Pojawił się też tajemniczy Piero, z długimi blond włosami, a zaraz po nim jeszcze bardziej tajemniczy Tano. Wczoraj dyskoteka do 3.00, szkolna, coś na kształt naszej studniówki, dziś kolacja ze znajomymi Piero - sami ugotują, więc będzie przyjemne z pożytecznym w jednym. W szkole bez trudu zaliczyła pierwsze półrocze, mimo, że pierwszy kontakt z włoskim miała tuż przed wyjazdem, w lipcu. A ostatnio jako jedyna w klasie dostała 8+ z włoskiego/ w skali 1-10/, z wypracowania na temat dowolny. Pani zachwycona, bo to pierwsza uczennica, która czyta coś innego niż "Zmierzch". Ja zachwycona, bo w klasie sami Włosi a ona jedna.

A teraz życie w idealnej symbiozie i harmonii; jak byśmy się starali, nie do osiągnięcia. Nasze Devony to inny gatunek człowieka, tylko doskonalszy. Kto ma, potwierdzi:

koty

17:31, anitaes
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 lutego 2010
Renato, Filippo - życie jest piękne.

Renato i Filippo, dwie strony tej samej bajki. Jeden ma 64 a drugi 27 lat. Czasem ze sobą pracują. Mają podobne zainteresowania. I małe wymagania od świata. Gdy z zazdrością ich obserwuję, to myślę, że umiejętność życia to podstawa życia. Obydwaj opanowali ją doskonale.

A bajka? A bajka jest bardzo krótka i dobrze się kończy:

Żył raz sobie człowiek, który robił to co lubił i nigdy więcej. Miał stary, zniszczony samochód, który przejechał z nim kawał świata, małe mieszkanie, w sam raz dla jednej osoby, i całe miasteczko znajomych. Chodził i mówił powoli , nigdy się nie spieszył, miał zawsze czas, by napić się wina ze przyjaciółmi i pogadać o nieistotnych sprawach. Pracował tylko tyle, ile potrzeba by żyć bez większych zmartwień, choć nie bał się fizycznego wysiłku. Resztę czasu poświęcał na proste przyjemności: spotkania, dobrą kuchnię, dobre wino oraz zbieranie staroci, które z chęcią potem odsprzedawał. Gdzieś daleko dudnił i huczał skomplikowany świat, ale przy kawiarnianym stoliku słychać było tylko okrzyki dzieci bawiących się na ulicach i rozmowy sprzedawców warzyw.

Koniec.

Teraz moralne przesłanie, jak w każdej szanującej się bajce: życie jest piękne, jeśli mu na to pozwolisz.

Renato, Filippo, grazie!

16:48, anitaes
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2