RSS
sobota, 28 stycznia 2012
W życiu najważniejsze jest życie.

Lubię przenieść się myślami w miejsca zupełnie obce, w żaden sposób nie związane z tymi, w których teraz przebywam. To daje mi nową perspektywę i pozwala nabrać dystansu do codzienności. Czyści umysł z obrazów, które stają się powszednie i z każdym dniem mniej ciekawe. Czasem muszę gdzieś pojechać, a czasem po prostu obejrzeć film lub zdjęcia. To już wystarcza, by wrócić z odnowionym wzrokiem i na nowo patrzeć na widoki za oknem.

Poniżej kilka zdjęć z innej rzeczywistości. Świeże, inne światy, piękne i zwykłe.

Bo proste życie jest proste.

 

cf1

cf2

cf3

cf4

cf5

cf6

 

cf8

cf9

cf11

cf12

cf13

cf10

Więcej tego autora na: http://cabinfodder.tumblr.com/archive /trafiłam tam dzięki bea-sjf.

17:04, anitaes
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 stycznia 2012
...Serusiowi...mojemu...poświęcam...

Ci, co mają koty, wiedzą jak to jest: TO słyszy już na schodach, że zbliżasz się do drzwi. Liczy twoje kroki. Planuje. TO wie, że przestrzeń za drzwiami jest dla niego zakazana. Wie, że nie zgadzasz się, by TO buszowało gdzie chce i jak chce, zgodnie z tym co mu w duszy gra, choć ty myślisz, że TO nie ma duszy. Błąd. Ma i ta dusza jest samym złem.

Ale TO sobie na ciebie bimba. Ma cię gdzieś. Nie szanuje twoich decyzji. Nie szanuje twojego czasu. Nie szanuje ciebie. TO chce rządzić, bo taka jest jego natura. Uważa, że urodziło się królem, a ty jesteś tylko po to, by wycierać mu smarki spod nosa i usłużnie czekać na każde pierdnięcie.

Idziesz więc do drzwi, niosąc swoją poranną kawę ale równie dobrze kawa może być popołudniowa. TO nie ma zamiaru robić wyjątków. Twoja kawa mu lata. Stajesz. Otwierasz, stop, jeszcze nie otwierasz, na razie tylko łapiesz za klamkę, a TO już tam jest. Czeka. Uchylasz więc lekko drzwi, leciutko, bo życie z TYM cię tego nauczyło - ostrożności i myślenia w przyszłość - a wtedy TO srrruuu, ucieka.

Ucieka to nie jest dobre słowo. Wszystko zdarza się w ułamku sekundy, twój ludzki, ciężki mózg nie jest w stanie zarejestrować nawet ruchu powietrza jakie TO uniosło, na moment, u twoich stóp. Może to i dobrze, bo zanim byś zareagowała, twoja kawa zdążyłaby wsiąknąć w dywan. Ostatnim rzutem kontrolujesz chybotliwy ruch filiżanki na spodku i dziękujesz Bogu, że tym razem porcelana ocalała. Twój ulubiony kubeczek w misie, ostatni z kompletu. Reszta poległa w walce z TYM.

W zasadzie nie było niespodzianki, prawda? TO zawsze spierdziela, jeśli nadarzy się okazja, czytaj: jeśli jeszcze nie nauczyłaś przeciskać się od dziurkę od klucza. Twoja wina. TO jest błyskawiczne, ułamek sekundy to dla niego wieczność. Przenosi się w czasie, twoje spojrzenie nie jest w stanie dostrzec jego, nie bójmy się do diabła tego słowa, kociego ruchu.

Myślisz: ok, gnoju. Teraz ja rządzę. Ja mam atut w ręce - zamknięte przed tobą, he he, drzwi. Ja jestem w środku, przy ciepłym kominku, TO na korytarzu, na kamiennych zimnych schodach. W zasadzie triumfujesz. Zachowujesz się, jakby złośliwa satysfakcja wymazała ci pamięć. Bo prawda jest zupełnie inna i ty to wiesz. Ale udajesz przed sobą, światem i TYM, że królem może być każdy. Nawet ty.

Siadasz więc w fotelu, ze szkaradnym uśmiechem pod nosem, wąchasz kawkę, mościsz się i już prawie wierzysz, że wojna wygrana. He, he. Zimno ci w dupę? - pytasz w przestrzeń, jakbyś wierzyła, że TO zauważy i, śmieszne, odczuje twoje małe, ludzkie triumfiki. Od momentu, gdy TO wypadło za drzwi do momentu, gdy siadasz wygodnie w fotelu i zanurzasz usta w boskim naparze minęły dokładnie 34 sekundy. Oto czas, który dostałaś by radować się, jak wioskowy głupek, ze swojego żałosnego sprytu.

I wtedy TO zaczyna drugi etap. Wydziera się. Drapie w drzwi. Ryje w drewnie. Rąbie je na wióry. Wyje. Skacze do klamki i, oczywiście, opuszcza się po drzwiach zgrzytliwymi pociągnięciami. Nie widzisz tego, ale czujesz każde takie pociągnięcie na własnej skórze. Ale pal sześć drzwi, które przetrwały Gibelinów i Gwelfów, pal sześć, myślisz, tylko niech TO zamilknie na Boga najświętszego, niech nie drze tak tej cholernej gęby jakby ktoś widelcem obdziabywał mu ogon, DOSYĆ!!!!

Zamknij ryj!!! - krzyczysz, całkiem wyprowadzona z równowagi - zamknij się, mendo! Naprawdę myślisz, że TO cię posłucha? Że zatrzaśnie pyszczek? Zwiesi ogonek? Pochyli pokornie łepek? Król jest jeden, wspominałam? Nie dopijesz tej kawy, o nie. Filiżaneczka drży niebezpiecznie w twoich rękach. Furia zalewa ci oczy. Miał być miły break, wyszło jak zwykle. Przyjemność szlag trafił. TO trafiło. Próbujesz siorbać tę wstrętną lurę, ale TO ci nie daje o sobie zapomnieć. Wrzeszczy wniebogłosy. Więc wstajesz i idziesz do drzwi. Otwierasz. W twoim sercu zapada cisza. Jesteś trupem.

TO z podniesionym ogonem wskakuje żwawo do środka i wydaje z siebie ostatni, krótki pisk, coś jak: no! i zwija się na drugim fotelu. Zamyka ślipka, ale zanim to robi, przez krótki moment wasze oczy się spotykają i wtedy pozbywasz się wszystkich złudzeń. W tym krótkim bursztynowym błysku twoje złudzenia znikają jak ostatnie pączki przed środą popielcową. TO nie próbuje nawet udawać, że wszystko to było przypadkiem. Życiem nie rządzi przypadek, prawda? Życiem rządzi TO.

15:46, anitaes
Link Komentarze (15) »
środa, 25 stycznia 2012
Od Joanny. Aneks.
.
.
.
Dostałam mail od Joanny.
Cytuje w nim  Zofię Kossak, która w książce pt. "Wspomnienia z Kornwalii 1947-1957" pisała tak:

"Ogień rozświetla wieczorem każde mieszkanie. Gdy wieczór zapadnie, siedzą, patrzą, milczą. Milczenie, które nie jest drzemką, ani nudą, ani pustką. Każdy śledzi grę płomieni i ściga własne myśli....Myśli? Może nie myśli, nieuświadomione porywy, marzenia. Może to narkotyk?
Lecz tu chodzi o Anglików, mało sentymentalny naród, który dorobił się potęgi, utrzymywał ją przez wieki, zyskał sobie w całym świecie opinię sumienności, pracowitości, rozumu, naród, który zorganizował swój kraj jak żaden inny. To uczynili ludzie tacy sami, milcząc patrzący w ogień. Gdy rosła wielkość Anglii, nie znano elektryki, techniki, motorów. Jak to dziś na farmach kornwalijskich, ogień płonący na kominku był centralnym punktem a patrzenie weń jedyną rozrywką.
Myśliciele, artyści, mężowie stanu czerpali z tego źródła natchnienie, pozostali brali zeń siłę i wytrwałość, by koniecznie wykonać nakazy pierwszych....
Czy rozpowszechniająca się obecnie epidemia telewizji minie, przywracając dawne władztwo ognia nad duszami brytyjskimi? Należy chyba pragnąć, by tak było. Ogień pomaga snuć swobodnie myśli własne, ekran telewizyjny je uniemożliwia. Telewizja to wróg tym niebezpieczniejszy, że pozornie nic nie zmienia się w obyczajach domu. Po dawnemu wszyscy siedzą na tych samych miejscach, patrzą i milczą. Patrząc w ogień, snuli własne myśli, patrząc w ekran, odbierają cudze."



20:02, anitaes
Link Komentarze (6) »
wtorek, 24 stycznia 2012
Codzienne rozważania przy paleniu.

Nie, dziś nie będzie o fajkach i żałosnych próbach ich rzucania, choć jest to dręczący, dobry temat. Dziś będzie o paleniu w kominkach, co robię od końca października do połowy marca i, to zabawne, bo nie lubię domowych obowiązków, robię to z prawdziwą przyjemnością, ba, z entuzjazmem nawet  i z ochotą, choć wydawać by się mogło, że ta praca to żaden fun.

Trzeba zacząć od tego, że kominki były w domu na Żuławach, i w Sopocie ale, prawdę mówiąc, nie zwracałam na nie specjalnej uwagi. Moje życie toczyło się na zewnątrz, w pracy i poza domem i rozpalanie w kominku było pewną miłą, ale jednak ekstrawagancją.

Tu jest inaczej. Tu zawsze mam czas. Tak więc codziennie rano szykuję sobie małe, porąbane wcześniej drewienka, stare gazety, najlepsze są reklamówki z Coopa, ale uwaga, broń Boże te drukowane na błyszczącej kredzie, potem patyki, większe kawałki drewna i z dwa, trzy naprawdę duże, na tzw. zaś. Nic mnie nie pogania, kawa poranna już wypita, pies wyprowadzony a przede mną cały dzień, który i tak pewnie spędzę przy komputerze.

Nasze dwa Jotule są jeszcze ciepłe, paliło się w nich całą noc, sprawa jest więc ułatwiona, bo, i tu coś dla niewtajemniczonych, zimny komin to prawdziwe utrapienie i wyższa szkoła jazdy. Tak więc mnę te gazetki i podkładam najpierw drewienka, potem znów gazety, potem większe patyki, i podpalam wszystko, obserwując jak się zajmuje, i rozmyślam o różnych sprawach, czego pewnie nigdy bym nie robiła, gdybym zamiast w ogień popatrywała w programator CO.

Oczywiście.

Oczywiście, że mamy kaloryfery, wiszą na ścianach jak Bóg przykazał. Ale w tym co codziennie robię nie o ciepło chodzi, choć też, zwłaszcza w zimowe, ciemne wieczory, ale o czas i myślenie, podparte zwykłą, pospolitą czynnością, tak zwyczajną, że nie zakłóca toku myśli i pozwala im bezkarnie dryfować po wszystkich morzach i oceanach tematów.

Więc patrzę sobie, jak płoną moje szczapki, bez żalu a nawet z pewną satysfakcją i myślę, choćby dziś, o płonącym papierze a idąc głębiej w tę myśl, o płonących książkach i płonących bibliotekach - mojej obsesji, o genialnym Umberto Eco, o opactwie w Cluny, o ulotności wiedzy, o metafizyce pisma, o tym, że kilkadziesiąt znaków alfabetu, ułożonych w wybranej konfiguracji może obudzić w ludziach demony, ale może też stworzyć nieistniejące do tej pory światy i najwyższe duchowe uniesienia, a wszystko to, przypominam, przy tych lichych szczapkach i gazetkach z Coopa, które właśnie kończą swój żywot i w ogniu odchodzą w zapomnienie jak ich wczorajsi i przedwczorajsi poprzednicy.

I aż się prosi, by posłużyć się tu metaforą i połączyć tę ulotność ognia z ulotnością słowa a nawet, jakby komuś bardzo zależało, z ulotnością naszego życia a przy okazji dorzucić kilka zdań o nieuchwytnym, duchowym cieple, jakie nosimy w sobie na wspomnienie płonącego ognia i dobrych lektur, ale wybaczcie, nie zrobię tego by nie zostać posądzona w tym miejscu o tanie, banalne chwyty, marne porównania i produkowanie filozoficznej tandety, tym bardziej, że mówimy tu po prostu o paleniu w kominkach, zimą 2012 roku, w pewnym domu w Sansepolcro i o niczym więcej.

11:12, anitaes
Link Komentarze (8) »
niedziela, 22 stycznia 2012
Rozmowy z Wende. Epizod II. By słowo ciałem się stało.

Siedziałyśmy ostatnio z Wende nad czerwonym winem i rozmawiałyśmy o pisaniu. Jej kolejna książka pojawi się na rynku dopiero w 2013 roku co, biorąc pod uwagę moje doświadczenia błyskawicznej publikacji, było niezwykłe i zastanawiające. Jeszcze bardziej niezwykła i zastanawiająca była dla niej wiadomość, że redaktor nie zmienił w mojej książce ani słowa, więcej, nie podjął się dyskusji na jej temat, co zdaniem Wende nie jest wcale a wcale powodem do satysfakcji, i ja całym sercem się z nią zgadzam.

Oczywiście, można spierać się, na ile wydawca powinien ingerować w treść i formę nie raniąc autora i jego rozbudowanego poczucia wartości i mocy, tym bardziej, że kieruje się on innymi przesłankami niż twórca, jednak, tu mogę mówić wyłącznie w swoim imieniu, ja potrzebowałam głosu z zewnątrz, który zadałby mi pytania, czasem trudne i dociekliwe, na które musiałabym odpowiedzieć. Pytania nie padły więc dziś nie ma sensu zastanawiać się, jak wpłynęłyby na mnie i to co napisałam a rozmowa z Wende tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że mój głos wewnętrzny miał rację, domagając się sporu.

Bo spór, jakkolwiek byśmy o nim źle nie myśleli wnosi w nasze myślenie ferment, bez którego umysł zasypia w błogim i pozbawionym ruchu zadowoleniu, tracąc powoli umiejętność argumentowania swoich wyborów i ścieżek. Spór, choć ma tyle złych wariantów i niebezpiecznych ślepych zaułków jest jak energia, która wspomaga wymianę i uruchamia mechanizmy, dzięki którym podążamy naprzód. Lubię spór, bo świadczy o myśleniu, choć czasem, niestety, jest jałowym biciem się na pięści zamiast argumenty i wtedy lepiej dać sobie z nim spokój.

Wracając do pisania, opowiedziałam Wende w dużym skrócie o tym, co teraz robię i rozmowa z nią na ten temat była dla mnie jak wejście do zimnej, przezroczystej wody w letnie popołudnie - porównanie, do którego jeszcze wrócę. Musiałam szukać uzasadnienia dla swoich pomysłów i, co najważniejsze, dla stworzonych postaci, powiedzieć na głos to, co do tej pory było nieme, bo zapisane jako zbiór znaków w komputerze, ponownie pomyśleć o ich motywacjach, wyborach a także zastanowić się nad okolicznościami ich postępowania. 

Pojawił się też temat wody - tu wracam do porównania powyżej, który w pisanej przeze mnie historii stał się, bez mojej świadomej decyzji tematem przewodnim, co mnie samą zastanowiło i zaskoczyło. Dla Wende, z jej antropologicznego punktu widzenia jest to zrozumiałe bo dotyczy jednej z bohaterek, a według niej, jak byśmy nie umykali kulturowym, a nawet atawistycznym kodom, woda jest pierwiastkiem żeńskim, głęboko zakorzenionym w naszych umysłach, tak głęboko, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ogień zaś, i to zupełnie mnie zdziwiło, bo ogień w mojej pracy też odgrywa dużą rolę, zwłaszcza w odniesieniu do jednego z bohaterów, więc ogień to pierwiastek męski, obecny w zasadzie w podobnym znaczeniu we wszystkich kulturach.

Tworząc fabułę układam pewien porządek zdarzeń i rzeczy, logiczny, a w każdym razie wynikający z poprzednich wątków a symbolika, zawarta w poszczególnych zdarzeniach i elementach ukrywa się pod wieloma warstwami i kolorami opowieści. I dopiero rozmowa z kimś, kto potrafi pytać odsłania poszczególne powłoki, ukazując kolejny plan, którego nie byłam nawet świadoma.

Rozmowa ujawniła mi też coś, z czego zdawałam sobie sprawę, choć nie do końca, a mianowicie, że wewnętrzny głos, który dyktuje mi poszczególne słowa i zdania, mój głos, który wyraźnie słyszę w swojej głowie podczas pisania jest czasem nieartykułowalny - uprawiam teraz słowotwórstwo, i posiadanie aparatu mowy nie gwarantuje, że jest się w stanie wypowiedzieć głośno to, co się pisze. Abstrahując od faktu, że pisanie jest boskim, mistycznym przekazywaniem bezpośrednio, bez pośrednictwa dźwięków, gestów i obrazów myśli jednego człowieka do myśli drugiego, czy wyobraźni do wyobraźni, to dodatkowo pisanie nie podlega wewnętrznej cenzurze, kulturowym i osobistym ograniczeniom, jest uniwersalne, pozbawione płci, nieosobowe. Pisanie wynika jedynie z własnych emocji i jest samotnym obcowaniem z nimi, natomiast mowa, tak, mowa i jej kontekst, usłyszenie myśli w przestrzeni a przez to nadanie im konkretnej bo mojej postaci - to zabrzmi zupełnie paradoksalnie - ogranicza słowo.

Ale kończę ten temat, jak na niedzielne, leniwe popołudnie mało uniwersalny i zabawny i życzę wszystkim banalnie, bo na głos, przyjemnego początku, środka i zakończenia tygodnia.

13:34, anitaes
Link Komentarze (4) »
piątek, 20 stycznia 2012
Pod osłoną nieba.

Obejrzałam ten film po raz drugi, po kilkunastu latach. Pamiętałam tylko poszczególne sceny, co nie było trudne, biorąc pod uwagę fakt, że cały film jest jak obraz, niezwykły, zachwycający w kolorze i pięknie namalowany. Każdy kadr mógłby być osobnym, doskonałym dziełem sztuki. Historia opowiada o podróży, o jej nieskończoności i o tym, że życie niesie nas samo, mimo, że marzymy, by nim pokierować. I jeszcze o pustyni, Tangerze, miłości, samotności i poszukiwaniu.

Polecam ten film zwłaszcza tym, którzy boją się pozostawienia bezpiecznego domu i wyruszenia w drogę - jakkolwiek trudne by się to nie wydawało, jest to tylko podróż pod osłoną nieba, i nic więcej.

I cytat, kończący film:

"Ponieważ nie znamy dnia naszej śmierci, traktujemy życie jako niewyczerpane źródło. A przecież wszystko zdarza się tylko określoną i to niewielką ilość razy. Jak często przypomnisz sobie jeszcze popołudnie z dzieciństwa - to, które tkwi w tobie  tak głęboko, że nie wyobrażasz sobie bez niego życia? Może cztery, pięć razy. Może nawet mniej...Ile razy zobaczysz wschód księżyca w pełni? Może dwadzieścia. A jednak życie wydaje się niewyczerpane."

Reż. Bernardo Bertolucci, zdj.Vittorio Storaro, na podstawie powieści Paula Bowlesa "The Sheltering Sky"/ 1990/

19:28, anitaes
Link Komentarze (9) »
środa, 18 stycznia 2012
Walka na śmierć i życie.

Dialog Francesco Schettino z Gregorio De Falco opanował internet i zrehabilitował włoski naród. Ja sama odsłuchałam tę rozmowę trzy razy. Jest w niej, mimo jej oczywistego dramatyzmu coś oczyszczającego, prawie przyjemnego, coś, co sprawia, że chce się ponownie ją usłyszeć. W tej potrzebie słuchania, mojej i miliona innych ludzi na świecie, pomijając ludzką ciekawość, musi być jakieś odwieczne i ponadczasowe pragnienie, by dobro zwyciężyło zło, by białe wyparło czarne, odwaga tchórzostwo a szlachetność zwyciężyła nad małością.

Myślę więc, że dopóki gdzieś na świecie jakiś De Falco z taką siłą, determinacją i furią opierdziela bufona Schettino a miliony innych temu kibicują, nie jest źle, kochani, nie jest źle.

A świadomość, że kapitan statku, bóg na morzu, ulubieniec elit, rajdowiec wśród wilków morskich wysłuchuje ostrych słów od nieznanemu nikomu człowieka z kapitanatu portu w niewielkim Livorno to tylko mały, ale wartościowy bonus, pewna drobna, zaprawiona goryczą satysfakcja w tym raczej mało sprawiedliwym świecie.

 

 

 

 

10:36, anitaes
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Rozmowy z Wende. Epizod I.

Rozmowy z Wende, moją amerykańską rówieśniczką, są pełne nieprzetłumaczalnych kwestii i głębokich nieporozumień, i nie o język tu chodzi czy różnice charakteru a o doświadczenia życiowe, tak różne, jakbyśmy żyły kiedyś na odległych planetach.

Dawno temu, ze swoim ówczesnym narzeczonym zapragnęłam wyjechać za granicę i nie wracać. Pomysł był piękny, ale mało realny. W 1984 roku na drodze do wolności piętrzyły się miny, zasieki i czarne węże, które w swojej pomysłowości i złośliwym uprzykrzaniu życia władza ludowa, jak zdradzona kobieta, rozrzucała przed tymi, którzy przestali ją kochać.

Weźmy na przykład konto dolarowe, niezbędne, by kupić wycieczkę w kultowym Orbisie, świeć Panie nad jego duszą, i wyjechać za tę lepszą, czyli zachodnią granicę.

Nie można było tak po prostu, kupić w kantorze dolarów, iść do banku i je wpłacić, choć Wende pewnie by tak zrobiła, pomijając zabawny fakt, że mieszkając wtedy w Stanach, mogła, przy odrobinie szczęścia, znaleźć dolary na ulicy. Abstrahując więc od tego, że w Polsce nie było kantorów, tylko dziwni, napakowani panowie, robiący notorycznie przewałki, obrót dolarami był nielegalny i podlegał karze pozbawienia wolności do lat nie wiem ilu, ale podlegał, for sure.

Oficjalnie jedynym sposobem, aby takie konto mieć, było posiadanie rodziny zagranicą, która przesłałaby na nie dewizy, bo Polska Ludowa, mimo obrzydzenia, jakie budził w niej zgniły, sprzedajny i parszywy zachód, dewizy darzyła miłością drżącą i platoniczną. Trzeba tu dodać, że po wpłynięciu na konto te prawdziwe, realne pieniądze zamieniały się nieprzetłumaczalny twór, jakim były kolorowe papierki z napisem bon walutowy, który służył do płacenia nim w pachnącym rajem Peweksie lub jako podpałka pod ogniska zmarzniętych bezdomnych, gdyby ktoś w swej naiwności postanowił zabrać je za granicę.

Niestety, nasze rodziny były, w mordę, i tu pojawia się kolejna, nieprzetłumaczalna rzecz, kompletne i trzymające się razem, jak powiązane linką przedszkolaki na spacerze, bez choć jednej czarnej owcy, która pasłaby się na zielonych, żyznych pastwiskach i przez to zupełnie nie spełniały naszych nadziei i oczekiwań.

Kolejną szansą był pilny student medycyny z dalekiej Afryki, który w porywie serca, lub innego organu, co w naszym wypadku nie wchodziło w grę, lub za drobną opłatą, co wydawało się bardziej moralne, był skłonny nasze pieniądze wpłacić na nasze konto i zamienić wodę w wino, lub, jak kto woli, piasek w złoto.

Przeciskając się zakolami znajomych znajomych, błądząc po ścieżkach i korytarzach akademików, gubiąc się w ślepych zaułkach niepewności, jak w nieznanych krajobrazach czarnego kontynentu, znaleźliśmy jednego takiego, który zdecydował się nam pomóc. Niestety, zanim to zrobił, zniknął niespodziewanie, na szczęście, i za to jestem mu wciąż wdzięczna, bez naszych pieniędzy.

I tu muszę na moment odejść od tematu, choć tak naprawdę wciąż w nim jestem, co udowodnię za chwilę. Mieszkając w Bydgoszczy u ekstrawaganckiego Gwiazdora, o czym pisałam kiedyś tutaj, byliśmy świadkami powolnego upadku tego potomka przedwojennej inteligencji, który pogrążał się na naszych oczach w dekadencji, co w jakimś stopniu było nawet romantyczne i zrozumiałe, ale też w skrajnym alkoholizmie, przepijając dorobek pokoleń przodków, słynnych absolwentów wileńskiego uniwersytetu.

Podczas jednej z libacji Gwiazdor, w fazie głodu wódczanego, poprzedzającego jego niesławne, nieuchronne tremolo, zapukał do naszego pokoju, prosząc o wsparcie. Nie raz i nie dwa to wsparcie, w postaci dwudziestu złotych dostawał, ale tym razem powiedzieliśmy mu nie, tym bardziej, że z reguły wsparcie już do nas nie wracało. Ale Gwiazdor ściskał w rękach jakiś przybrudzony kawał papieru, i na kolanach niemalże błagał o pomoc dla człowieka, jak twierdził, w potrzebie.

Tym kawałkiem papieru okazała się stara mapa Paryża, z 1889 roku, naklejona na sztywne, mocne płótno, która zapewne służyła jego dziadkom podczas wielu podróży do Francji, gdzie  zwiedzali galerie i kupowali dzieła sztuki, w nieświadomości, że ich wnuk wszystkie je, co do jednego sprzeda za grosze, by wraz z kolegą Kokotem napić się upragnionej, błogosławionej wódki.

Wzięliśmy niechętnie tę mapę, która, bądźmy szczerzy, nie wydawała nam się wiele warta, biorąc pod uwagę długi, jakie miał u nas Gwiazdor, i fakt, że nic nie wskazywało, że kiedykolwiek je ureguluje. Jak się okazało, dwa lata później mapa Paryża otwarła nam drogę na zachód, o czym ani nam, ani Gwiazdorowi się w tym momencie nie śniło.

W jakiś pokrętny sposób dowiedzieliśmy się, że w PKO, w okienku walutowym pracuje facet, który zbiera stare mapy i, jeśli jest wystarczająco zdeterminowany, może, za taką właśnie mapę, założyć dolarowy rachunek, oczywiście za pieniądze zainteresowanego, bo mapa była tylko środkiem płatniczym za powyższą usługę i nie podlegała wymianie na prawdziwe walory.

Wyciągnęłam zakurzone plany Paryża z jakiegoś zapomnianego kąta i poszłam na Stary Rynek, bez żadnej wiary z sukces. Facet był niepozorny, znudzony i mało kontaktowy. Ten system polityczny, w którym wówczas dane było mi żyć miał w sobie jądro prawdziwie komunistycznego ideału: każde zero, odpowiednio usadowione, wjeżdżało na swoim stołku, jak w kryształowej windzie na wyżyny istnienia. Wystarczyło pracować w papierniczym, by być królową papieru toaletowego, lub w mięsnym, by zostać cesarzem golonki.

Człowiek w okienku PKO był papieżem kont i po jego pogardliwej minie widziałam, że nie każda danina jest w stanie poruszyć jego twarde, nieekumeniczne serce. Pokaż mi dziecino, co tam masz, powiedział a ja, jak na audiencji, pokornie wsunęłam przez wąski otwór mapę. I wtedy  zobaczyłam w oku papieża błysk prawdziwej wiary, i zagrały organy i zaśpiewały anioły i w jednej oto sekundzie dostąpiliśmy łaski i zostaliśmy zbawieni. Po tygodniu, z książeczkami w garści, pobiegliśmy kupić vouchery do Grecji, bo takie akurat tego lata były w Orbisie.

Starałam się mojej amerykańskiej przyjaciółce tę zagmatwaną historię opowiedzieć, z detalami, ze swadą, nakreślając nieco kontekst polityczny i tło kulturowe, by choć na moment zobaczyła swoimi badawczymi oczami antropologa tę nieznaną jej, egzotyczną kulturę. Gdyby słuchała mnie wówczas moja córka, jej mina byłaby pewnie równie zdziwiona i rozbawiona jak twarz Wende; jakby obejrzały komedię o karaibskich mistrzach sportów zimowych. A jednak jest w tej opowieści jakiś smutek i gorycz, coś, co mimo wszystko nie jest zabawne, i obawiam się, że tego, mimo najlepszych chęci, nie jestem w stanie przekazać.

 

 

11:47, anitaes
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 stycznia 2012
Samospełniające się proroctwa.

Kryzys we Włoszech dotarł do Sansepolcro. W ostatnim czasie zniknął jeden ze sklepów z komputerami, kilka innych, z ciuchami, ledwo przędzie, w knajpach mniejszy ruch, w koszykach w marketach coraz więcej tańszych towarów, ogólnie brynza i pachnie depresją. I tylko kolektury Superenalotto przeżywają oblężenie, bo każdemu przydałby się zastrzyk gotówki, zwłaszcza, że w tym tygodniu to ok. 55 milionów euro. Włosi próbują po nie sięgnąć - zresztą, ja ostatnio też, mam na oku ładne buty, ale chyba dam spokój, to nie na moje nerwy a poza tym są bardziej potrzebujący niż ja.

Generalnie, mimo oszczędnościowej polityki Montiego, obtrąbionej w każdej gazecie i telewizji, Włosi ciągle jeszcze wydają się być zaskoczeni rozmiarami swojego kryzysu i nie do końca, mimo ewidentnych dowodów, w niego wierzą.

Są jednak i to mówię z pewną nadzieją, są więc na świecie ludzie przewidujący przyszłość, którzy co prawda nie podadzą szczęśliwych numerów Lotto, a szkoda, bo buty naprawdę ładne, ale którzy przewidzą recesję. Przewidzieli, i to jest fascynujące, w 2006 roku, przypominam, roku światowego boomu i wielkich nadziei, że za kilkanaście miesięcy Ameryka a z nią reszta świata niemalże splajtuje. Jednym z nich jest Peter Schiff, uroczy, skromny człowiek, który mało tego, że przewidział, to jeszcze podzielił się tą wiedzą z innymi, po Bożemu, bo w telewizji, w poważnym programie ekonomicznym, niestety, inni nie chcieli go słuchać i potraktowali go pustym, lekceważącym śmiechem. Jak pustym, mieliśmy okazję zobaczyć rok później, gdy walił się pierwszy bank a ceny domów spadły i się nie podniosły.

Jaki stąd wniosek? Nie mam pojęcia, ale myślę, że chyba jednak dość smutny, bo nadal nikt nie słucha skromnych proroków...

22:26, anitaes
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 stycznia 2012
Świeża krew czyli wampirzym dosięgam ich lotem...

Był taki kryminał Joe Alexa pt. "Cichym ścigałem go lotem". Niestety, nie pamiętam fabuły, bo nie dość, że przeczytałam to w wieku ośmiu, może dziesięciu lat, to w tym czasie zaliczyłam jeszcze z pięćdziesiąt innych kryminałów, które skusiły mnie mroczną czernią okładek i tajemniczym kluczykiem nadrukowanym na grzbiecie, a opowiadane w nich historie zbiły się w mojej małoletniej głowie w jedną, krwawą masę.

Cóż, każdy jakoś zaczynał, ja rozpoczęłam poznawanie świata od jego ciemnej, okrwawionej strony, co nie przeszkadza mi teraz dostrzegać jasnego słonka na niebie i niewinnych przebiśniegów. Straszyły, fascynowały i targały mną nie tylko zatrute winogrona Alexa, wirujące stoliki Agathy Christie czy poćwiartowane trupy. Chłonęłam też zachłannie, jak gąbka krew, wszystkie traumy dziewcząt z Nowolipek oraz beznadziejne losy amerykańskiej biedoty w książce Joyce Carol Oates, która zresztą do dziś pozostała moją ulubioną pisarką. Komedia mieszała się z groteską, horror z dramatem a historia techniki z romansem. Mimo tych wstrząsających przeżyć mogę z całą stanowczością powiedzieć, że to wczesne czytanie tylko wzmogło mój apetyt na literaturę ale też zdecydowanie osłabiło chęć zaznajamiania się ze szkolnymi lekturami, które zawsze wydawały mi się kompletnie pozbawioną jaj szmirą, wyssaną z wszelkich uczuć i treści jak jelita zabalsamowanej kobiety*.

*takie porównania to oczywiście pokłosie wczesnodzięcięcych lektur.

Brak emocji przy czytaniu zabija czytanie - ta oto maksyma towarzyszy mi od rana, gdy zaczynam dzień od przeciągnięcia się do zgrzytu kości, a zaraz potem od kawy, koniecznie z mlekiem. Czytanie moich ulubionych blogów jest następne w kolejce. Te blogi to żadne smętne powiastki dla grzecznych dzieci; szukam takich w których palą się gorące uczucia, które mają wyraziste smaki i krwisty charakter, jak chińskie śniadania czy befsztyki florenckie. W których jest ogień, pasja i wachlarz intensywnych emocji, od najczarniejszej czerni do najświętszej bieli. Tak, zbyt wysublimowane lub gładkie blogi są nudną, chłodną kreacją a przecież życie składa się z gorącej krwi i zimnego potu, czasem z domieszką zmrożonej wódki, a nie z jedwabnej chusteczki na kształtnej głowie blogerki Kasi Tusk.

Zaczynam od Krakowa, by sprawdzić, co porabiają koty Li i czy ona sama poprzedniego dnia znalazła na krakowskim rynku bajeczne szczęście, lub coś wręcz przeciwnego, jakąś ludzką, śmierdzącą ohydę. Wiem, że cokolwiek to nie będzie, czy to pety we własnej umywalce, tajemniczy nieznajomy w kolejce do okienka bankowego czy przyjaciółka z gajem oliwnym, Li opowie to światu a świat się nad tym pochyli, z zupełnie nieświatowym zainteresowaniem. W tej opowieści jest i śmiech i łzy i ostatni bigos Dżordża ugotowany przed śmiercią a także złość, tupanie na zły świat oraz gwałtowne i otwarte serce i przepis na zupę z dyni.

Potem wpadam do Warszawy, w sam środek korporacyjnego piekła, takiego prawdziwego, z piekła rodem w dodatku zmieszanego z lodowatą, trudną do ogrzania pustką w sercu i przyglądam się  tej nierównej walce i liczę kolejne rany, zdobyte przyczółki oraz krótkie rozejmy i czekam cierpliwie jak widz w kinie na dobre zakończenie, mimo, że nic nie zapowiada happy endu. Coś mi jednak mówi, że wino - słodkie, wytrawne czy zwykły sikacz, to nie ma tu znaczenia, bo liczy się  czerwona furia - w końcu zostanie wypite, bez specjalnej dystynkcji, prosto z gwinta a zaraz potem poleci butelka, pusta i ciężka i roztrzaska się z przyjemnym brzękiem na głowie ssąco-tnącego potwora zwanego korpokupą i rozlegnie się wesołe pogwizdywanie, a potem zacznie się swobodna, lekka wędrówka w siną dal...dal...dal...

W Irlandii, nad Tramore żyje coś niezwykłego, gorącego i ruchliwego, coś co przypomina mi kudłatego, mokrego szczeniaka na pustej plaży pełnej cudownych patyków - po prostu czysta energia i ciekawość świata, w dodatku rozrzucająca onomatopeje jak alergik zużyte chusteczki. Grzeję się trochę przy tym ciepłym futrzaku, otrzepuję z sypiącego się na mnie piasku i zastanawiam się nad tym skąd w innych tyle ognia, gdy mnie do radosnego życia wystarcza jedynie wygodny fotel, płonące szczapki w kominku i święty spokój... i dobre wino.. kawa... książki... filmy z lat 70-dziesiątych... kurczaki bez antybiotyków... dżem jagodowy... Malaga... pomarańcze Navel...turbot z koprem... miękkie ręczniki... słońce w kuchni...krewetki z rukolą... chałwa Koska....

Jak już jestem na wyspach, to zaglądam do miejsca, gdzie toczy się powolna historia z morzem w tle, opowiadana z głębi męskiego serca, pragmatycznego, choć skłonnego do wzruszeń, serca, dodam, które czasem potrafi zapłakać nie kłamiąc wszem i wobec, że to północny wiatr szczypie w oczy. Pociąga mnie ten horror zmieszany z romansem, no bo jak nazwać gatunek, w którym bohater powieści, szarpany przeciwnościami losu, przewracany i tarmoszony jak trumienna poduszka przez obudzonego pod ziemią umarlaka wciąż jednak wstaje, otrzepuje się i z uporem dąży do własnego domu na wodzie?

Potem  wracam do miejsc gdzie się rozmarzam, i pławię, i wzdycham, krótko mówiąc do miejsc, które zawsze wydają się być lepsze, bo nas tam nie ma. Zaszywam się tam na chwilę, a nawet na pięć, w bieli bielszej niż śnieg, czystej i nieskalanej jak moja dusza, zanim sięgnęłam po pierwszą książkę z kluczykiem na grzbiecie i podziwiam, podziwiam, i znów podziwiam a potem z niezrozumiałym nawet dla siebie samej westchnieniem dalej podziwiam...choć wiem, że białe wnętrza mają to do siebie, że trudno je sprzątnąć, zwłaszcza, jeśli trzeba usunąć z nich krew i mózg, o czym wie każdy seryjny, skandynawski morderca patroszący z rozmachem swoje ofiary.

W kubku widać dno a na drugą kawę jeszcze za wcześnie, i w głowie mi szumi i ściska w żołądku, i odganiam te cudze emocje jak muchy, bo jęczą mi do ucha nieprzerwanie przez cały ranek a czasem nawet do samego wieczora. Siedzą w głowie, drapią w czaszkę, podnoszą ciśnienie, łaskoczą jak piórko pod nosem, grzeją przyjemnie kości niczym słońce reumatyków i dławią łzawo w gardle. Ale, przecież bez emocji nie pisze się dobrych historii, czy już o tym mówiłam? Jutro więc znów tam wrócę, jasne że wrócę, choćby po to, by napić się, swoim dziecięcym zwyczajem, siorb, siorb, świeżej krwi i skubnąć, mniam, mniam, świeżego mięska.

18:20, anitaes
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 09 stycznia 2012
7339 kropel miodu tygodniowo.

Piszę bloga bo stale nachodzi mnie chęć pisania. Piszę, bo lubię krótkie formy. Piszę w końcu, bo przy całym swoim egoizmie czuję jakimś strzępkiem altruistycznych wzlotów, że ktoś tam czeka na kolejną porcję wieści z włoskiego podwórka.

Pisanie bloga sprawia mi autentyczną uciechę, kto wie, czy nie większą niż czytanie miłych dla mego zblazowanego oka komentarzy. Zresztą, moi drodzy czytelnicy nie rozpieszczają mnie w tej kwestii - komentów tu mało, prawie jak kwiatów w zimowym sadzie. Wygląda na to, że szanownych czytaczy czytanie kręci bardziej niż pisanie, co jest zrozumiałe, bo każdy robi to co lubi. Myślę nawet, że przypadkiem tym swoim blogiem trafiam w podobny do siebie target: z lekka leniwych, czerpiących garściami z ulubionych źródeł i mruczących z egoistycznej rozkoszy obywateli. Dostawać i dawać to co się lubi - czy to jest powód do narzekań?

Nie jest.

Tym bardziej, że mimo ewidentnego samolubstwa, zimowej pory i parszywie pesymistycznej atmosfery na świecie w ostatnim tygodniu odwiedziło mnie już 7339 osób, a każda z nich jedyna, niepowtarzalna i słodząca duszę jak złota kropla miodu.

Dla osoby nieśmiałej, niepewnej swoich możliwości, delikatnej i nieco infantylnej jest to wielki powód do wzruszenia i łez, prawda?

A dla mnie? Ja proszę Państwa otwieram włoskie spumante i piję za zdrowie wszystkich ze 7339 i za każdego z osobna i śpiewam na całe gardło: la la la, dziękuję, moje drogie pszczółki, la la la...

18:47, anitaes
Link Komentarze (21) »
czwartek, 05 stycznia 2012
Człowiek - istota społeczna czyli coś za coś.

Znajomości, jak powietrze, są podstawą istnienia. Dawno temu dawały szansę na zakup papieru toaletowego i zjedzenie kawałka kiełbasy. Obecnie w swojej najbardziej prostej formie dają fory czyli stolik w obleganej knajpie, zapewniają w sobotni wieczór wejście do kluby tylnymi drzwiami czy ułatwiają zdobycie pierwszej wymarzonej pracy.  Bez nich trzeba czekać w kolejce na wycięcie wyrostka, wymianę opon zimowych i torebkę Birkin*. W bardziej zaawansowanym wydaniu poznani ludzie pozwalają nam miło spędzić wieczór, nie iść samotnie do kina czy wygadać się przez telefon o największym gnoju świata, czyli własnym szefie, lub ewentualnie mężu. Jednym słowem, kto nie korzysta ze znajomości, obojętnie, czy w formie simply lub advanced**, niech pierwszy rzuci kamień.

Nie widzę.

Pociągnę więc dalej ten wątek, bo mam, po znajomości, ofertę "coś za coś", co wyjawię za chwilę. Jak wiadomo, styczeń to czas wprowadzania w życie nowych postanowień. Obok corocznej nieśmiertelnej obietnicy zgubienia 10 kg poprzez zamianę aksamitnej czekolady na tępawą pod każdym względem marchewkę i rzucenia ulubionych nałogów oraz innych złych przyjemności na rzecz picia wody, postanowiliśmy zaznajomić się z Facebookiem i umieścić tam nasze L`Erbario.

Trochę to trwało, ale w końcu naszym wysiłkiem i niezastąpionego - a jakże - znajomego Marcina  jesteśmy tam, gdzie ponoć wszyscy bywają i gdzie zaznajamiają się do upadłego. Ja osobiście mało bywam, wolę znajomość twarzą w twarz a nie fejsem w booka ale niech tam. W końcu, czego się nie robi dla pieniędzy, rozgłosu no i znajomości?

Zresztą, nie oszukujmy się, nasze zaistnienie w tej wielkiej społeczności nie wydaje mi się być okupione jakimś dużym poświęceniem. Godzina pracy i istniejemy. Jeśli porównać to do prawdziwie heroicznych wyczynów, jakimi są choćby ostatnia twarz Ewy Minge czy rozwarte w uśmiechu pulchne ibiszowe usta, to nie przyłożyliśmy się zbytnio, by świat nas polubił.

Co mi więc pozostaje? Zaprosić uprzejmie do zaznajamiania się z nami, dla obopólnej korzyści.  Oprócz prawdziwie wartościowego bonusu w postaci przynajmniej kilku udanych - mam nadzieję - wieczorów w towarzystwie tego bloga, daję 10% zniżki dla tych, którzy trafią do naszego B&B z Facebooka, czyli znajomych z tego największego wirtualnego grajdołka, ponoć najlepszego do  wymiany zdjęć, poglądów i plotek.

I w gwoli wyjaśnienia: całym sercem jestem po stronie altruistycznych skłonności i odruchów. Ale moim zdaniem za każdą ludzką znajomością stoi niewyrafinowana, zwyczajna wymiana: ja tobie, ty mnie, co dawno temu udowodnił Aronson w swojej książce "Człowiek - istota społeczna" a co potem po swojemu tłumaczył polskim studentom profesor Dolański.

Jakkolwiek byśmy nie pragnęli idealizmu w życiu, niestety, nie jesteśmy wśród ludzi bezinteresowni i raczej wszyscy oczekujemy szczerej wzajemności. Wymieniamy się przecież między sobą nie tylko rzeczami, usługami czy wzajemną pomocą, ale też, lub przede wszystkim, własnymi emocjami i swoim czasem. I tylko ci, którzy jedynie biorą lub jedynie dają cierpią i mają duże problemy, by w pełni cieszyć się tą obopólną korzyścią i doceniać jej społeczny wymiar.

A tak na marginesie, w dobie kryzysu, rozpadu euro, zaciskania pasa i zmian w dostępie do kredytów hipotecznych nasi znajomi powinny być dla nas ostoją, atutem, pociechą i wręcz prawdziwą przyjemnością, czego wszystkim szczerze życzę.

*Birkin bag: przeciętna w kształcie torebka, której cena na ebay osiąga nawet 86 tyś euro; jak dla mnie najbardziej ewidentny dowód na nieprzyzwoitość tego kompletnie porąbanego świata oraz ludzi, którzy nie wiedzą, co robić z wielką kasą. Być może wrócę kiedyś do tej sprawy w jakiejś notce, ale na razie zbyt mnie to bulwersuje i niestety, prowokuje do używania wyrazów, które z Nowym Rokiem postanowiłam nieco ograniczyć.

** Kilka miesięcy temu poznałam przemiłą i barwną Wende, pisarkę, propagatorkę organicznej żywności i wykładowcę literatury z Princeton. Ostatnio zapukała do drzwi i zaprosiła mnie do siebie. Po dwóch kawach, kilku moich piernikach i paru ciasteczkach od jej mamy przysłanych via mail z USA ustaliłyśmy zgodnie, że trzeba to powtórzyć. Przy okazji ja przy niej podszlifuję angielski a ona przy mnie nauczy się piec chleb i pozna tajniki zaznajamiania się z włoską społecznością. A wolny czas będziemy spędzać, oglądając przy moim kominku amerykańskie filmy z lat siedemdziesiątych. Ale już mi zaproponowała, że pozwoli mi latem na tydzień wyrwać się do Puglii, do domu Glorii i Toniego, i zastąpi mnie w tym czasie w B&B. Coś czuję, że obydwie zrobiłyśmy deal życia.

13:09, anitaes
Link Komentarze (12) »
wtorek, 03 stycznia 2012
Kultura trzepakowa.

Że we Włoszech zmieniła się pora roku z ciepłej na zimną /te pośrednie są mało zauważalne/ poznać można po kursującym po mieście samochodzie pana Marcelli i Syn, z dużym napisem: "Czyszczenie i przechowywanie dywanów". Pod koniec każdej wiosny Marcelli jeździ po ulicach i zabiera od gospodyń domowych dywany, które ogrzewały mniej lub bardziej skutecznie zimne kamienne posadzki by po kilku miesiącach, tak w okolicach końca października dostarczać je z powrotem, zawinięte w folię i wyczyszczone, by znów zaległy w swoich domowych pieleszach.

Ani razu, przez te prawie trzy lata, czyli od czasu kiedy tu jestem nie słyszałam odgłosu trzepania dywanów. Na ulicy obok mieszka człowiek, który trzepie przez okno swoje kapcie, codziennie, przez dobrą godzinę, tak około południa i potem drugi raz w nocy, przed pierwszą, ale to zupełnie inna historia. To historia z tych szalonych i pełnych obsesyjnej udręki, bo trzepacz kapci nie tylko, jak nazwa wskazuje trzepie swoje kapcie z niewidocznego kurzu, ale także od czasu do czasu staje na swoim dachu, w wietrze i chłodzie, na osuwających się starych dachówkach i długi czas przygląda się otaczającym go zewsząd antenom, wypatrując zapewne nadajników, które mącą spokój w jego głowie.

Tak więc nie ma tu trzepaków, a przecież trzepaki to nie tylko przyśmietnikowa konstrukcja stworzona z myślą o świątecznym trzepaniu przedpokojowych chodników. Trzepaki wzbudzają we mnie rzewność i wspomnienia. W pewnym momencie mojego życia, dla mnie i prawie całego pokolenia obecnych czterdziestolatków wychowanych na socjalistycznych osiedlach trzepak był najważniejszym miejscem na świecie: egalitarnym miejscem życia towarzyskiego, kontaktów każdego z każdym, tłem pierwszych miłości, wymiany gumy do żucia na pachnące chińskie gumki do ścierania, omawiania szkolnych i domowych utrapień, przepisywania lekcji, punktem obserwacyjnym śmietnikowych zbieraczy, wymiany plotek oraz, co najważniejsze, miejscem spektakularnych triumfów na polu trzepakowej gimnastyki. Kto nie robił przewrotek w tył, a potem w przód - te były zdecydowanie trudniejsze - a potem ze spoconymi dłońmi nie wspinał się na wyższy poziom trzepaka, a była to już najwyższa szkoła jazdy, by zademonstrować wszystkim dookoła swój niewątpliwy kunszt i prześwitującą przez bawełniane rajstopy bieliznę, ten nie zna smaku i zapachu PRLu. A zapach - zapach metalu na rękach, wtartego w skórę tak mocno, że nie dało się go usunąć - to był zapach wspólnoty trzepakowej, coś czego już pewnie nie ma, bo i po co, skoro pojawił się na świecie Marcielli i Syn i pogrzebał trzepaki włoskie, a polskie też pewnie pójdą tym samym śladem, jeśli już nie poszły, bośmy zjednoczeni i równi w beztrzepakowej Uni Europejskiej.

I tylko trzepaków żal, choć pewnie teraźniejsze matki, lepiej wyedukowane i bardziej świadome macierzyńskiej misji od naszych i tak nie pozwalałyby swoim dzieciom uprawiać trzepakowych akrobacji, a nawet przebywać w pobliżu trzepaka, choćby ze względu na groźbę śmietnikowej epidemii czy obecność pałętającej się w okolicy trzepaka i przeklinającej jak szewc dzieciarni tych bezrobotnych z drugiego piętra. Kulturę trzepakową zastąpiły popołudniowe zajęcia z gry na pianinie, francuskiego, jazdy konnej, szachów i sztuk walki, co pozwoli wyhodować szczęśliwe pokolenia bez doświadczeń przyśmietnikowej przeszłości i, co najważniejsze, wolne od przyjaźni z tymi z drugiego piętra, o których przecież wiadomo, że są skazani na porażkę jak nic nie warte, krzywe i nieprzydatne nikomu trzepaki.

10:53, anitaes
Link Komentarze (5) »
niedziela, 01 stycznia 2012
W barwnych oparach absurdu.

Sylwester upłynął nam tak:

najpierw kogoś podkusiło /nie wiem kogo, nie pamiętam, ale to na pewno nie byłam ja, a nawet gdybym była, to zrobiłam to w jakiejś pomroczności/, by przed nowym rokiem wyczyścić komin do kominka w naszym pokoju, tym bardziej, że coś mocno zaczął przydymiać. Pomysł taki sobie, zwłaszcza w Sylwestra, ale uznaliśmy, że może to i lepiej, że stare brudy wykurzymy w starym roku. Zwracam uwagę na słowo "wykurzymy", które w dalszej części tej historii będzie miało swoje pięć minut. Tak więc padła ta oto propozycja i myśmy na nią tak jakoś łatwo przystali /choć oczywiście nadal utrzymuję, że ten który ją rzucił, zasługuje na śmierć w mękach/. Pogoda była piękna, druga trzydzieści, do zabaw i harców jeszcze dużo czasu, spumante chłodziło się w lodówce, w dodatku niebo błękitne a słońce wiosenne. Stoimy na tarasie, K. wymęczony moją histerią założył w końcu wspinaczkowy pas, z liną grubą jak kość strzałkowa, z drugiej strony liny ja, jako asekuracja, do tego druga lina, już cieńsza, z młotkiem na końcu. Tak. Już widzę te uśmieszki. No dobra, wiem, wiem że w tym miejscu, zamiast młotka powinna być szczotka, z ciężką kulą z żelaza, ale nie ma szczotki, jest młotek i zamknijmy ten temat, do cholery. Młotek ma za zadanie postukać w rurę, która od środka oblazła sadzą, jak ktoś jest taki mądry i zna inny zamiennik szczotki z kulą, niech się cieszy własnym geniuszem i mnie nie denerwuje. Tak więc K. wchodzi na dach, młotek wsuwa się do komina, ostrożnie, by nie zrobić nikomu krzywdy, na górze mój mąż podziwia widoki bo widoczność taka, że prawie widać Perugię. Nic nie zapowiada dramatu, przyjemny wietrzyk rozwiewa mu włosy a ja okręcam linę wokół nadgarstka, by nie było jakiegoś nieszczęścia, a konkretnie upadku z dachu zwłaszcza w to urocze sylwestrowe popołudnie. Pięknie tu, słyszę z góry, ale, dupa jasna, młotek nie przechodzi. Próbujemy znów, i znowu, ale jest bariera, nasz substytut szczotki leci cztery metry w dół i koniec. Niby coś tam się obsypuje w środku, niby sadze spadają, ale dalej ani rusz. Sprawdzamy w pokoju lusterkiem, w kominie ciemno jak w grobie a to znaczy, że nie jest dobrze, bo wychodzi nam, że nasz komin jest zatkany jak wiosenny nos alergika. Robi się czwarta, chłodek zaczyna szczypać w uszy, choć zachód słońca przepiękny, jak zawsze. K. znika w piwnicy, by po chwili przynieść drugi substytut, czyli młot. To już nie jest ten mały, sympatyczny młotek sprzed godziny. Tego drania dobrze pamiętam, nie dałam rady go unieść, służył nam na początku prac do rozbijania posadzki. K. obciął mu trzonek i teraz został sam obuch, coś tak mniej więcej z trzynaście kilo żelaza. Przywiązujemy go do liny i spuszczamy w dół. I znów deja vu, cztery metry i koniec. K. próbuje kilka razy, podciągając młot i opuszczając i zastanawia się, co do diabła zatkało nasz komin, że taki młot nie jest w stanie tego pokonać, mimo, że jeszcze niedawno roztrzaskiwał stare lastryko jak dziadek orzechy. W dodatku wczoraj w kominku palił się ogień, wszystko wydawało się prawie doskonałe i nawet dym gdzieś tam w kominie znajdował sobie drogę na zewnątrz. Jest już prawie szósta i robi się ciemno. Na tle rozgwieżdżonego nieba K. stojący na dachu, obwiązany linami i wymarznięty na kość wygląda jak kolejna ofiara K2. Przywiązuję go do drabiny w nadziei, że drabina go lubi i opóźni upadek w przepaść i schodzę do pokoju, by nasłuchiwać, gdzie tenże młot staje i  dalej ani drgnie. K. wali nim z zimną determinacją, ja wrzeszczę, żeby przestał, bo czuję, że ściana się trzęsie, rura kominowa drży a w środku gdzieś tam sypie się gruz, i nagle widzę, że z zamkniętego czopucha nad kominkiem unosi się pył a w gardło drapie mnie wełna mineralna, ten smak rozpoznam zawsze i wszędzie, i niespodziewanie robi się dziura i z góry spada młot, tylko cudem nie rozbijając naszego żeliwnego Jotula. A potem patrzę, jak w powietrzu zaczyna fruwać czarna sadza i żółte kłaki wełny, i biały tynk, i czerwony pył ceglany i jakieś szare farfoły i wszystko to razem miesza się dokładnie jak kolorowe konfetti i pokrywa powoli nasze komputery, łóżko, książki, koty, kawę w kubkach, wino od Renato, czekoladki z San Marino i mnie. A teraz zaklnę: Ja pierdolę!

Młot jakimś sposobem poszedł obok rury i rozwalił nam obudowę kominka. Nie pytam, czy użycie go było słuszne i chwalebne, bo znam odpowiedź i nie potrzebuję tu żadnych naukowych teorii. Te chichoty też są, no naprawdę, nie na miejscu. Gdy odplątałam zamarzniętego K. z lin była prawie siódma. Musieliśmy się napić, zanim zaczęliśmy sprzątać pokój i naprawiać ścianę. Wszystko była prawie tak, jak za starych dobrych czasów: brud, pył i kurz i butelka wina na pociechę. I ta dziura w ścianie, dmuchająca nam w twarz zimnym powietrzem, jak oparami absurdu. Właśnie taki był nasz Sylwester 2012, jakby kto pytał. Do Siego.

10:24, anitaes
Link Komentarze (12) »