RSS
sobota, 29 stycznia 2011
Sycylia. Na rozgrzewkę.

Zima ciągle trzyma i na razie nie odpuści. W Sansepolcro wieje tak mocno, że zrywa plandeki zasłaniające rusztowanie na generalskiej kamienicy. Na lato jeszcze poczekamy. Sięgam do zdjęć i znajduję Sycylię. Na śmierć o niej zapomniałam. A ona tam jest i czeka. Dziwna, niepokojąca wyspa.

Najpierw było Palermo. Niespokojne, rozgorączkowane miasto, które wydaje się przeczuwać, że najlepsze czasy i swoją świetność ma już za sobą.

pal1pal2pal3

Potem było morze i Wyspy Liparyjskie. Widokówki nietknięte Photoshopem.

liplip2lip3

A dla tych, co lubią mniej słodko, Sycylia na ostro.

sy1syc

Środek wyspy był olśniewający. Wydawał się być niezamieszkały.

sy3syc2syc3

Tam znaleźliśmy malutkie Palazzo Adriano.

Oprócz nas nie było w nim ani jednego turysty. Dziwne, bo tego dnia działy się tam rzeczy wielkie. Mieszkańcy oczekiwali na rozpoczęcie corocznej festy od ósmej wieczorem. Tłum gęstniał aż do całkowitego zapełnienia placu.

sy5

O dziesiątej z kościoła wyszła procesja, przy ogłuszającym huku petard i wściekłym biciu dzwonów. Tysiące nietoperzy z wieży kościelnej z piskiem wzbiły się w niebo.

sy6

Przedtem przez cały dzień w katedrze mężczyźni przystrajali figury świętych. Starannie mocowali lampki-aurele nad głowami Chrystusa i Matki Boskiej i zakładali im złote szaty. Kobiety w tak ważnych kwestiach nie miały widocznie nic do gadania.

sy7sy8sy9

Potem te figury, niesione na ramionach kilku rosłych młodziaków, wędrowały po uliczkach do rana, w długim korowodzie mieszkaców. Były śpiewy i dużo modlitw.

A teraz posłuchajcie tej muzyki. Jakbym słuchała ścieżki dźwiękowej do "Ojca Chrzestnego".

Zresztą, jesteśmy blisko tematu. Kilka kilometrów dalej były miasteczka Corleone i Prizzi. Od których, jak widać, carabinieri wolą trzymać się z daleka.

sy11

Corleone było wymarłe. Piękne, niebezpieczne miasteczko, zniszczone przez trzęsienia ziemi i złą sławę.

sy12sy13

Zastanawiałam się, czy w tym szpitalu urodziłby się Vitto Corleone, gdyby Mario Puzo nie wymyślił tej postaci? A może nie wymyślił?...

sy14sy15

W Prizzi także było zupełnie pusto. I bardzo gorąco.

sy16sy17sy18

Znalazłam jednak ślady życia.

sy19

Sycylia to męski świat. Nie ma tam kawiarni. W kafejkach siedzą tylko faceci. To nie jest miejsce dla kobiet.

sy20sy21sy22

Sycylia to męska wyspa.Pewnie dlatego łatwo tam o pięknych mężczyzn i dumne konie. Albo odwrotnie, jak kto woli.

cam1cam2cam3cam5cam4

Niektórzy z nich byli bardzo uduchowieni.

cam5

Inni w tym czasie załatwiali sycylijskie interesy.

interes

Nie wiem dlaczego, ale na wyspie żyją też najsmutniejsze kozy, jakie widziałam.

kozy

Na Sycylii ziemia się trzęsie często. Aby przeżyć, trzeba odegnać demony i podziękować za przetrwanie. Przybijając krzyż na ścianie.

syc1

A na koniec spieczone, ogłuszające upałem Agrigento. Wypalone w słońcu i nieśmiertelne.

agagr1

Koniec wycieczki. I co? Cieplej?

 

17:07, anitaes
Link Komentarze (14) »
środa, 26 stycznia 2011
Sentymentalne grzebanie w zdjęciach. Cd.

Dorwałam się do naszych zdjęć z budowy. Wszystko poupychane na komputerze K, w zmyślnych teczkach i teczuszkach, niestety bez dat w tytułach. Trzeba je pojedynczo otwierać, by wiedzieć kiedy zostały zrobione. Większości z nich jest dla mnie mało interesująca. Plątanina kabli i rur.

Jednak K. uważa, że te właśnie są najważniejsze. Bez nich śmierć lub kalectwo. Pomyślałam, że przesadza. Jak wtedy, gdy ma katar i umiera w mękach. Ale potem zrozumiałam istotę problemu. Włoszech nic nie jest proste. Nawet instalacje elektryczne. Byliśmy przyzwyczajeni, że w Polsce kable idą pod kątem 90 stopni, w górę, do puszki i potem dalej, tym samym tropem. Czyli po bożemu i zgodnie z potrzebą ludzkiego rozumu, który szuka ładu i harmonii. A tu nie. Gianni skracał sobie drogę, usprawiedliwiony przez nas i włoskie przepisy, bo omijał w ten sposób wielkie kamienie w murach. A przy okazji oszczędził trochę materiału. W końcu to plastik, środowisko chronił, nie, żeby dla siebie, nie, nie.

I lecą sobie teraz te nasze rury z kablami pod tynkiem, jak włoska fantazja akurat mu podpowiadała. W bok, potem trochę w górę, później lekko w dół, a na koniec ostro pod sufit. I jak my mamy teraz montować na ścianach oświetlenie,  wieszać transformatory do halogenów czy szukać najlepszych miejsc pod grafiki, ja się pytam, hę?

A wtedy wkracza K., swobodnym krokiem podchodzi do komputera, mały triumfik na wardze, myk, otwiera swoje sprytne teczuszki, zerka tylko jeszcze przez ramię, czy widzę, puk, stuka leciutko w ikonkę i proszę: jest E ( to znaczy elektyczne), mały pokój, I piętro i już wie, jak wiercić dziury, by nie usmażyć się w prądzie. Albo nie przedziurawić rury z ciepłą wodą w łazience.

A gdzie ten sentyment, spyta co niektóry, bardziej wymagający czytelnik. Bo jest napisane w tytule "sentymentalne grzebanie", więc powinna być i tęsknota, i emocje, i może jakaś mała łezka, prawda?

Proszę bardzo. Zdjęcie z dnia 11 stycznia 2010. Nasze drzwi do jadalni. Właśnie Fabrizzio, po prawie dwutygodniowej przerwie świątecznej przywiózł piach do zaprawy murarskiej. W środku Marco z Luigim zabierają się za tynkowanie ścian. Mały Francesco obsługuje betoniarkę, stojącą obok kominka. Za nią wielka beka pełna wody, do rozrabiania cemetu. Syf nieprawdopodobny. Zimno i wilgotno. Wszędzie leżą zwały gruzu i zrzucanej na podłogę zaprawy. W środku, w miejscu, gdzie za kilka kilka tygodni fabro, czyli ten szatan Lorenzo zamontuje szklane zadaszenie nad częścią korytarza, stoi rusztowanie aż do samego dachu. Przeciągi świszczą od parteru po samą górę. Maurizzio pojawi się z kaloryferami dopiero za miesiąc. A za dwa miesiące będziemy się pakować i wprowadzać na II piętro. Tego dnia wydaje się to nieprawdopodobne. Nie ma jeszcze w domu żadnego pomieszczenia, w którym można przebrać się z roboczych ubrań bez ryzyka upaprania się mokrym tynkiem. O wypiciu herbaty nie wspomnę. Dlatego brzmi to dla nas wówczas zupełnie abstrakcyjnie.

sen

A to zdjęcie zrobiłam 11 stycznia 2011 roku. Włosy już nam nie sterczą na głowie jak sfilcowana sierść, po godzinej pracy w pyle, bo pyłu coraz mniej. Zaczynamy zapominać jak smakuje kurz i gryzące w gardło bio calce. Powoli wyrzucam ubrania robocze, zostawiając sobie tylko parę najpotrzebniejszych rzeczy. Nie pamiętamy już, jak trudno było podnieść kubek z kawą, po całodziennym zbijaniu tynków, gdy ręce odmawiały posłuszeństwa.Hol w zasadzie gotowy, czekają go drobne poprawki. Nasze piętro także. Na I kończymy pierwszy pokój gościnny. Zaraz zaczynamy go meblować. Jadalnia i kuchnia już nam spowszedniały, choć jeszcze niedawno były marzeniami nie do spełnienia. Patrzę na te drzwi, raz na jedne, raz na drugie i zasępiona myślę, że jednak słodkie życie słono kosztuje.

sent

 

11:48, anitaes
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Zagadka a właściwie jej koniec.

łapa m.

To łapa Matiego po zbijaniu pierwszych tynków i podłogi w holu, w świetle lampy halogenowej. Gladys_g, complimenti!!! Ja się nie domyśliłam, a przecież wiedziałam, co tam się wyprawiało.

Umysł ludzki to jednak wielka zagadka...Bravissimo! Wybieraj, dżem czy wino? Co prawda jedno i drugie z owoców, ale jest subtelna różnica.

19:33, anitaes
Link Komentarze (2) »
Zagadka.

Wczoraj przeglądałam zdjęcia z budowy, szukając pewnej fotki, która była mi bardzo potrzebna. I znalazłam zdjęcie, które mnie przestraszyło. Zdziwiło. Zaskoczyło. I wnerwiło. Bo nie wiedziałam, co na nim jest. Oto one:

coś

Potem znalazłam drugie zdjęcie, które wyjaśniło to poprzednie. Ale zanim znalazłam, długo zastanawiałam się, co to do cholery za zwierz czy inny robak. To nie był robak. Pomogę, dodając informację, że zostało ono zrobione w naszym domu, w sierpniu ubiegłego roku.

Niebawem zamieszczę to drugie, które odpowie na pytanie. A że zagadka trudna, nagrodą może być dżem figowy z migdałami, albo lokalne Chianti. I mój dozgonny podziw.

16:50, anitaes
Link Komentarze (18) »
sobota, 22 stycznia 2011
Dworce kolejowe.

Mówi się, że wszystkie dworce świata są takie same. Ludzie mijają się w ich na chwilę, by zniknąć w odjeżdżających pociągach. Anonimowe miejsca bez przyszłości. Takie krótkie tu i teraz. To nieprawda. Ostatnio oglądałam dworzec w Bydgoszczy i w Inowrocławiu. Po kilku dobrych latach nieobecności przyjrzałam się im bliżej. To były piękne dworce. Wybudowane na początku XX wieku, z solidnej cegły, zaprojektowane w solidnym, pruskim stylu. Z tyłu, zapaćkane farbą i zasłonięte zgrzebnymi, krzykliwymi reklamami, ciągle widoczne są ślady ich dawnej urody. Zachowały się gdzieniegdzie wypalone w glinie rozety, ozdobne podpory pod oknami, koronkowe obramowania drzwi. Z przodu walec historii, pod rękę z misyjną potrzebą budowania szklano-betonowych pomników robotniczego znoju zgniótł je i zdeklasował. Zmielił i wypluł potwory z marmurowymi posadzkami i gnijąco rdzawo stalową stolarką. To samo spotkało dworzec w Poznaniu, Sopocie czy w Gdańsku. I setki innych dworców, postawionych dla pokoleń, które do tej pory stałyby sobie i czekały spokojnie na Euro 2012, myte tylko od czasu do czasu, by ich żółta lub czerwona cegła znów nabrała kolorów. Patrzyłam na nie i myślalam o dworcu w Sansepolcro. Mała stacja, z której dziś odjeżdżają pociągi tylko w jedną stronę. Wiadukt do Arezzo zbombardowali Niemcy i już nigdy nie został odbudowany. Tak więc można pojechać wyłącznie w stronę Perugii, i dalej, do Rzymu. Na stacji drewniane ławki, stare, skrzypiące drzwi, kasa biletowa bez zadęcia. A obok mały bar, z najlepszą kawą w mieście, oblegany przez graczy we włoskie lotto, bo ponoć przynosi szczęście. A w nim zdjęcia stacji, od momentu, gdy powstała. Pociągi z początków kolei w kolorze sepii. Panowie z wąsami, w cylindrach. Wiejskie kobiety w czerni. Peron z zadaszeniem na ozdobnych podporach. Niewiele się od tego czasu zmieniło. Tylko platany, tworzące prowadząca na stację aleję urosły i dają gęsty cień. I placyk przed budynkiem dworca pełen jest samochodów, zamiast wozów konnych. Szkoda mi tych naszych starych, pruskich dworców. Nie zasłużyły na taki podły los. Budziły respekt i marzenia o dalekich podróżach. Teraz budzą litość i obrzydzenie. To tylko taka krótka notka po ostatniej podróży po Polsce północnej. Smutna notka. Wróciłam.

21:00, anitaes
Link Komentarze (7) »
niedziela, 16 stycznia 2011
Albańska bajka z morałem. Albo bez, jeszcze zobaczę.

To będzie długa bajka o chciwym, starym wezyrze i biednym Kopciuszku, co zamienił się w Księżniczkę, by później zostać Babą Jagą. A wszystko na faktach!

Wczoraj odwiedziliśmy generałów, bo od dawna nie mieliśmy z nimi kontaktu. Ostatnim razem widzieliśmy się przed świętami, gdy przyszli z koszem smakołyków życzyć nam Buon Natale. Spanikowana znalazłam w szafie wedlowską bombonierkę w kształcie serca, którą dałam im w rewanżu. Ale za to wczoraj zabrałam własnoręcznie zrobione pierniki, w polewie z trzech czekolad, białej, czarnej i mlecznej, wszystko z zapakowane w pudełku w okleinie z szarego papieru, które wymościłam biało-złotą serwetką i przewiązałam ciemnozieloną, satynową kokardką, za którą włożyłam gałązkę ostrokrzewu, z kilkoma czerwonymi kuleczkami. Uf. W każdym razie wyglądało to pięknie, ekologicznie i prosto i nie było żadnym marketowym gotowcem. Takie pudełka zrobiłam zresztą w ilości 15 sztuk, zmieniała się tylko wstążka, raz była zielona, raz bordowa. Daliśmy to wszystkim znajomym Włochom, co ich szczerze zachwyciło a nam podsunęło pomysł, by na przyszłe święta przygotować większą partię, w sam raz na przedświąteczny, tradycyjny jarmark, na którym Włosi także sprzedają swoje słodkości.

Wracam do tematu. Generalicja poczęstowała nas, jak zawsze najpierw szampanem i orzeszkami, potem jakąś przekąską, wspomnę tylko prawie słodkie prosciutto crudo i placek z mąki kasztanowej, z rodzynkami, posypany rozmarynem i orzeszkami piniowymi, który podaje się z riccottą. W końcu zasiedliśmy przy kominku, z kieliszkami wina w dłoniach, objedzeni nieprzytomnie i nie dało się wtedy ukryć, że z Tonym i Glorią jest coś nie tak. Byli markotni, zasępieni a Gloria nie rzucała się w moje ramiona przy każdym wybuchu radości, jak to ma w zwyczaju.

Okazało się, że zderzyli się właśnie z różnicą kulturową w ramach naszych wspólnych europejskich korzeni i połamali sobie przy okazji zęby oraz potłukli tyłki. A było tak: ich wielkie palazzo ma w sumie prawie 600 mkw. 400 z tego należy do Toniego i Glorii, zaś 200 metrów posiada pewna Albanka. Do jej części prowadzi osobne wejście, z Via san Giuseppe, i jest to zupełnie niezależne mieszkanie. A w zasadzie dwa. To tam właśnie mieszkają wspomniani przeze mnie wcześniej Węgrzy. Węgrzy z Albanii.

A teraz pierwsza część bajki. Albanka kilka lat temu jest biednym Kopciuszkiem, który musi ciężko pracować, sprzątając cudze domy i piorąc cudze  gacie, by utrzymać siebie i córkę w obcym kraju. W tym samym czasie umiera w Sansepolcro pewien bogaty, szanowany Włoch i osieraca bezdzietnie żonę. Żona, nie mając zaufania do banków i innych złodziejskich instytucji, spienięża majątek i z walizką pełną 100 tyś euro w nieoznakowanych banknotach pojawia się u przyjaciela męża z prośbą i propozycją, by ten pomógł jej za te pieniądze przeżyć godnie starość i zapewnić sobie porządny pochówek. Przyjaciel męża, powiedzmy pan Corleone, zbieżność nazwisk przypadkowa - czytam właśnie książkę Puzo, bierze walizkę, i zgodnie z daną wdowie obietnicą, postanawia jej pomóc. Inwestuje środki w jakieś akcje i obligacje, które przed wielkim kryzysem szybują w górę i potraja majątek. Oddaje ucieszonej wdowie trzy walizki  zamiast jednej i ma poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

W tym czasie nasza wdowa, wiekowa już pani, posuwa się, jak to się kolokwialnie mówi, w latach i dochodzi do wniosku, że potrzebuje pomocy w codziennym życiu, bo zaczyna jej to życie sprawiać trudność. I tu na scenę wkracza Kopciuszek, który polecony w dobrej wierze przez don Corleone, pojawia się u wdowy i zostaje u niej do śmierci i jeszcze trochę dłużej. Zanim nasza poczciwa wdowa umrze, tak zachwyci się szczerym sercem i kryształowym umysłem Kopciuszka, tak wzruszy się jego dolą, że postanawia Kopciuszka wspomóc. Najpierw pokrywa koszty studiów córki Kopciuszka na akademii medycznej w Bolonii. Ale po krótkiej chwili uznaje, że to zbyt skromne zadośćuczynienie. Po rozmowie z Corleone, który ma wyrazić swoją opinię, a w którą wdowa wierzy bezkrytycznie, pomna cudownych inwestycji, postanawia zapisać Kopciuszkowi swoją nieruchomość. Czyli te 200 metrów mieszkania nad generalskimi głowami. Corleone się godzi, wdowa zapisuje a potem umiera, bidulka, zostawiając niepocieszonego Kopciuszka z mieszkaniem, pieniędzmi i biżuterią, pochowaną w szufladach przepastnych, włoskich komód. I tak oto skromny Kopciuszek zostaje Księżniczką w złotej poświacie, która natychmiast wraca do Albanii i kupuje za odziedziczony skarb kilka dużych domów. Bo Księżniczka jest pragmatyczna i pochodzi z kraju, gdzie pieniądze czasem tracą na wartości a domy nie.

I tu generał weschnął, opróżnił szybko kieliszek i dolał sobie znowu. Posiedzieliśmy chwilę w milczeniu, smakując gorycz cudzego szczęścia i podłość niesprawiedliwego losu. A potem wróciliśmy do rzeczywistości. Wczesną wiosną ubiegłego roku Gloria i Tony postanowili wyremontować swój dom. Najpierw chcieli naprawić dach, który przecieka, potem zrobić elewację. Wszystko w porozumieniu, rzecz jasna, z właścicielką z góry. Tony, stary sknera, poprosił o wycenę kilkanaście firm. Znalazła się wśród nich firma cieszącego się w naszych kręgach złą sławą Sylvia i dobrą sławą Fabrizzia. Gdy spłynęły wyceny prac, co trwało dobre pół roku, Tony zrobił sobie piękną tabelę, i powpisywał w nią wszystkie podane przed wykonawców ceny. Osobno za rysztowanie, osobno za wymianę dachu, osobno za...nieważne. Ten wykres wyglądał imponująco. Pokazał nam go w marcu i widać było, że jego samego cieszy ten skomplikowany wytwór własnej wyobraźni, jeśli nie szaleństwa. W końcu w maju podjął decyzję: Silvio. Cóż, uprzedzaliśmy. Ale dla generała wniosek z wykresu płynął jeden. Silvio jest najtańszy, czyli najlepszy.

I tu na scenę wkracza ponownie Kopciuszek, ups.., Królewna. Królewna, której wdowie mieszkania leżą tuż pod dachem i która wie, że bez remontu nie da się ich dłużej wynajmować. Nawet tak niewymagający najemcy, jak jej rodacy, pracujący dniami i nocami w wytwórni salami nie zniosą na dłuższą metę kapiącej z sufitu wody. Tak więc wkracza na scenę i proponuje albańską firmę, pełen legal, szef od kilkunastu lat mieszka we Włoszech, w Albanii był milicjantem, jak upadł reżim, musiał uciekać za granicę, porządny człowiek / tu patrzymy się z K. po sobie, zakrywając uśmiech kieliszkiem, bo tej bajki już nawet dzieci nie łykną, choć generał łyknął/. No i Tony w swoim wykresie zrobił miejsce na jeszcze jedną rubrykę i wpisał albańską firmę byłego milicjanta. I co wyszło? Bingo! Milicjant był najtańszy. W ten sposób  stary wezyr złapał haczyk.

Tu Tony znów westchnął i zagryzł kolejny łyk wina wedlowską czekoladką, którą Gloria wystawiła na okoliczność naszej wizyty. Potem dorzucił polano do kominka a Gloria pomasowała sobie kolano. Wracając do opowieści, okazało się wszyscy byli uradowani. Tony z Glorią, że za darmochę zrobią duży remont, Księżniczka, bo prawdopodobnie nie zapłaci za dach ani grosza, traktując swoje wynagrodzenia dla wykonawcy jako prowizję za załatwienie rodakom kontraktu i milicjant, który miał zarobić niebagatela, prawie 100 tyś euro. Tony umówił się z Albanką, że on pokryje 70 % kosztów a ona 30%. Podali sobie ręce i rozpoczęli remont. Właśnie kończą robić dach. Opóźnienie wyniosło dwa miesiące. Doszły kolejne, nieprzewidziane koszty, zalało im ściany w salonie i część sufitu z freskami Cherubino Alberti. A albańska Książniczka oznajmiła ostatnio, że nie zapłaci więcej, niż 20 tyś, bo nie ma. A, i nie dołoży ani grosza do elewacji, z tego samego powodu. Poza tym tynk wygląda jeszcze całkiem nieźle, więc o co chodzi?

No właśnie. O co chodzi? Zdesperowany i wstawiony winem Tony, zdezorientowana i obolała Gloria, która zwichnęła nogę przed domem, bo albańscy robotnicy nie są wzorem porządku i podrzucili jej pewnego wieczora pod drzwi pocięte kłody drewna i Księżniczka, która wie czego chce. I co z chytrym wezyrem, którego skąpstwo słynne jest na cały świat? A te wspomniane różnice kulturowe, o które można roztrzaskać sobie głowę? Zostawiam więc bajkę bez morału, niech każdy go sobie dopisze po swojemu. I znikam na tydzień, dlatego ta bajka taka długa - by było co czytać do przyszłej soboty.

 

19:57, anitaes
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 stycznia 2011
W deszczowy dzień...

Szanowni Co Niektórzy Czytelnicy ściągają na potęgę zdjęcia z blogu, które umieszczam dla wzajemnej naszej przyjemności, nie pytając mnie, czy pozwalam. Ściągacze, pozwoliłabym, ale przedtem proszę pytać. W ten sposób wszyscy poczujemy się lepiej i wzajemnie potwierdzimy, że naszą wspólną kolebką jest kultura śródziemnomorska. Prawo, demokracja, umiłowanie sztuk i inne takie...

A dla tych co lubią pytać, taka oto piosenka , from Italy to Ireland with love...

 

20:36, anitaes
Link Komentarze (5) »
środa, 12 stycznia 2011
Apel w sprawie mgły.

Mgła to piękne słowo. Mgła jest magiczna. Trochę pretensjonalna, jak pani w koronkach i puchu niebieskawych włosów. Ale tylko trochę. Mgła inspiruje. Zachwyca. Jest zjawiskowa. Proszę nie odbierać mi magii mgły. Nie mówić, że zabija. Nie psioczyć na nią. Nie przeklinać. Nie robić z niej tajemniczej broni w rękach szaleńcow. Nie mówić, że można ją używać.  Bo mgła jest wolna i niezależna. To dama. Nikogo nie słucha i z nikim się nie liczy. Robi co chce. Pojawia się i znika. Szybka i ulotna. Jak prawdziwa kobieta.

Dowód? Proszę bardzo. Spotkałam ją dziś w Anghiari. Odpoczywała nad Valtiberiną. Potem przysunęła się, obejrzała mnie z bliska i poszła wyżej. Poczułam jej zapach. Ładny. Przyglądałyśmy się sobie przez chwilę. Ale nie umiałam jej zatrzymać. Nawet nie próbowałam. I przyznam, że nie odezwałam się słowem. Trochę onieśmielała. Wystarczyło mi to poranne patrzenie na siebie. Pożegnałyśmy się o 11.00. Piękny poranek i piękna mgła. Nieśmiertelna.

m1

m2

m3

m4

m5

 

21:51, anitaes
Link Komentarze (13) »
wtorek, 11 stycznia 2011
Blog Roku 2010. Kategoria "Ja i moje życie". Cała prawda o nim i o mnie.

Dedykuję Li z Krakowa.

Blog Roku 2010. Ostatni dzień zgłoszeń. Weszłam na stronę konkursu i co znalazłam? Piękne rzeczy znalazłam. Każdy ze zgłaszających się blogerów w kilku zdaniach musi opisać swój blog. Te opisy są lepsze niż najlepsze blogi. Lepsze niż Monty Pyton i Mała Brytania razem wzięte. Lepsze niż ostatnia porcja bigosu świątecznego. Perełki po prostu. Mówię to szczerze, mimo, że już pierwszy przeczytany opis sprawia, że czuję, że moje szanse są zerowe i przegrywam na wejściu. I na dodatek dociera do mnie z całą jasnością, jak mało jestem spostrzegawcza i nie wiem, co światem kręci.                                                                                                                       Bo z tym blogerem na przyklad nie mam szans:

Ptak Nakręcacz co jakiś czas nakręca sprężynę świata i dzieją się wówczas rzeczy determinujące przyszłość. Ja obserwuję życie i opisuję. Zastanawiam się jak mocno nakręcona została sprężyna.

Moje doświadczenia ze sprężynami ograniczają się do starego zegarka , jeszcze z komunii i materaca z przeszłości, co uwierał mocno w krzyż. O ptactwie nie wspomnę, bo aż głupio pisać. Mimo powyższego nokautu, brnę dalej. Kolejny blog:

Na blogu opisuję nie tylko swoje zmaganie z różnymi technikami rękodzielniczymi ale też z życiem codziennym.

Cała w rumieńcach wstydu myślę, że kurczę z żadną techniką się nie zmagam, z rękodzielniczą tym bardziej, cokolwiek miałoby to oznaczać. Na polu technicznym i prac ręcznych jestem więc nikim. NIKIM. Znów cios w samo serce. A potem zaraz w nerki, od innego blogera:

Zwykły blog zwykłego człowieka opisującego życie zwykłego człowieka i to, co go ciśnie na nerki.

No, nie. Kulę się w sobie na samą myśl o tym ciśnieniu, co go ciśnie a mnie nie i zaciskam zęby, do szczękościsku prawie, tym bardziej, że chwilę później czytam:

Ten blog zawiera nadmiar moich myśli.

I drugi opis, tuż pod nim:

Wylew myśli.

Koniec, kropka. Nic dodać. Myśli nie mam w nadmiarze, wręcz mi ich czasami brakuje, tylko od czasu do czasu coś błyśnie w głowie, więc wylew mi nie grozi na szczęście. Albo na nieszczęście. A potem znajduję ten oto opis bezkompromisowego szamana - diagnosty, co mnie przygnębia i tłamsi ostatecznie:

Introduce. Wprowadzić Cię na lepszy tor. Reduce. Zmniejszyć ilość śmieci w twojej głowie. Conduce. Przyczynić się do poprawy jakości twojego życia. Induce. Skłonić do wyciągania wniosków.

I w tym momencie wiem na pewno, że jestem bez szans. Szczególnie te " śmieci w głowie" i "skłonić do wyciągania wniosków" zupełnie mnie sponiewierało. Bo do czego ja mogę skłonić moich czytelników? Do śmiechu co najwyżej. I to wcale nie z uciechy. A na na koniec sprawy damsko-męskie, ostatecznie z tym tutaj powinam sobie jakoś poradzić. Pisownia oryginalna. Najpierw pisze pani:

To blog kobiety ociekającem seksem a jednocześnie cholernie wrażliwej.

Potem pan:

W życiu mężczyzny przychodzi taka chwila, że musi zrobić coś szalonego.

Zdruzgotana zamknęłam stronę konkursową. Wybaczcie wierni Przyjaciele i Czytelnicy. Za cienka jestem na takie frazy. Muszę jeszcze dużo popracować nad stylem i swoim widzeniem świata. Człowiek dorosły powinien znać swoje ograniczenia i widzieć poprzeczki, których nie przeskoczy. Nie mam w sobie ani dość żaru ani siły nadludzkiej, by ścigać się z tuzami internetu i blogowych wyżyn. Z kobietami, co ociekają i szalonymi mężczyznami z uciskiem w nerkach. Jestem dziś zupełnie sfrustrowana i muszę się upić, mimo ładnego wieczoru. Ten konkurs nie dla mnie. Przepraszam, że zawiodłam. Mi dispiace.

 

 

 

 

21:01, anitaes
Link Komentarze (15) »
Bath and room czyli "Żegnaj, laleczko".

Zwyczajowo i tradycyjnie pokażę, jak było. A było tak:

wejście

la1

suficik

la2

graniglia, włoski smak

la3

wejście i wyjście, wybraliśmy większe zło

la4

 

Teraz, od dziś będzie tak:

l1

l2

l3

l4

I jeszcze w cieplej tonacji:

l5

Łazienka ma ok. 13 mkw. Zdeterminowała ją podłoga, czyli ulubiona przez Włochów graniglia, a dla mnie pospolite lastryko. W tym wypadku dzięki ozdobnym elementom przetrwała, bo nie ukrywam, że w pierwszej chwili miałam wielką ochotę ją wyrzucić. K. jak zwykle zaprotestował, ja machnęłam ręką i oto jest. Nie żałuję. Zasłona prysznicowa w planach, rurę musi zrobic fabro, a ja na wspomnienie Lorenzo czuję na plecach lodowaty dreszcz.

Na pomalowanie naszej łazienki potrzebowaliśmy niecały litr farby. Malowaliśmy rękawicą i wcieraliśmy specjalnym pędzlem. Dzięki temu kolor nie jest gładki i migocze. Ceramika jest z Koła, po taniości, bo jestem za zrównoważonym rozwojem - jeśli świat głoduje, złote Rolexy i klozety Starcka trochę nie teges. Brodzik Dolomite jest włoski ale też niedrogi. Szafka z demobilu, kiedyś była pomalowana olejnicą na jasny brąz i miała szybę w tłoczone wzory, jak drzwi w blokach z lat 70-dziesiątych. Zasłony z Ikea, firanka stara, włoska, od Renato, co to ją kiedyś kupiłam w worku z innymi szmatkami, jak kota i żałowałam przez tydzień, bo był to zakup impulsywny i bezsensu. Teraz się przydała. Armatura z trochę wyższej półki, średnio wyższej, nie trzeba się wspinać na palce. No i moje ulubione płytki na ścianie, piętnaście na piętnaści, kupowane u Ricardo w Olivieri po 7 euro za metr. Nic na to nie poradzę, że mam do nich słabość. W całej Valtiberinie tylko my je kupujemy, za co Ricardo jest nam wdzięczny, bo w końcu opróżnimy jego magazyn. Włosi się nimi brzydzą. Do czasu, gdy zobaczą je na naszych ścianach. Wtedy otwierają szeroko oczka.

A, zapomniałabym o półce pod lustrem. Wisiała w tym domu w łazience przy kaplicy. Łazienka zniknęła dawno temu, rozbita w proch i pocięta na kawałeczki a K., szkocka dusza, schował półeczkę na tzw. "zaś". A teraz ją z triumfem wyciągnął i powiem szczerze, zaimponował mi. Półka pod lustrem wydaje się być z lat pięćdziesiątych, metal i szkło, bardzo mi tu podpasowała a dodatkowo budzi przyjemne skojarzenia. To na taką właśnie półkę odkładał palącego się papierosa Philip Marlowe, tuż obok szklaneczki burbona, gdy w pokoju hotelowym, patrząc zmęczonym wzrokiem w lustro, oglądał swoją twarz, poturbowaną poprzedniego wieczora przez złych policjantów, w jakimś ciemnym, nowojorskim zaułku.

A teraz znikam na trochę, bo prawie pierwsza. Nawet tajemnicze bohaterki Chandlera już śpią.

 

00:36, anitaes
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Jedno zdanie oznajmujące i jedno pytające. A właściwie dwa pytające.

Oznajmiam, że dziś pokażę łazienkę na I piętrze. Robiliśmy ją przez ostatnich kilkanaście dni. Wyszło...nieźle. Tzn. wyszło zachwycająco. Nie będę tym razem skromna, grzeczne dziewczynki nudzą się w niebie. Siamo contenti czyli jesteśmy zadowoleni. Molto. Sprzątam i robię zdjęcia.

I pytanie, zupełnie z innej dziedziny: zgłosić blog do konkursu na Blog Roku 2010? Jak dla mnie, brzmi to trochę zbyt pyszałkowato. Blog to blog. Latające po prywatnych blogach paski z reklamą wody po goleniu albo dzwonków do komórek nie trawię. Albo pisanie o hamburgerach z zachwytem i pełnymi ustami tychże. Z drugiej strony mogę się pościgać, dawno nie konkurowałam, ostatni raz, gdy w 2009 złapałam zlecenie dla Żywca. Do wygrania voucher na wycieczkę.

I pytanie nr 2: gdzie anitaes pojechałaby, gdyby wygrała? No? Tak jest! Do Włoch. Czyli trochę bez sensu, prawda?

13:12, anitaes
Link Komentarze (10) »
czwartek, 06 stycznia 2011
Chinese dream. Czyli domy włoskie cd.

Dziś, zgodnie z obietnicą, coś specjalnego. Górna półka. VIP sektor. Dla jednych sen o szczęściu, dla drugich zgryzota niespełnionych marzeń i ból cudzej fortuny.

Lubię sobie od czasu do czasu popatrzeć na te niezwykłe domy, bo zaglądanie w cudze kąty to moja mała ludzka słabość. A akurat te kąty są naprawdę przyjemne.

Czasem przetrwały nienaruszone przez setki lat, w rękach jednej rodziny i teraz, w czasach kryzysu, są wystawione na sprzedaż. Czasem starannie i z sercem zostały odnowione. A czasem odbudowano je bez serca i gustu, dla kasy, i to też widać.

A zatem:

1. Okolice Sieny i Montepulciano. Absolutny top. Dla mnie osobiście ten duńsko-włoski mix tego domu jest trochę dziwaczny. Ale park i widok na miasto...zazdroszczę. Nie patrzcie na cenę, po co psuć sobie przyjemność.

2.Villa Shakespeare? Głupia nazwa, no naprawdę... Ale zdjęcia i Umbria wokół - cudowne. Jest tylko jeden problem : do posprzątania jest 1279 mkw. Zaczynamy pierwszego każdego miesiąca od parteru, kończymy ostatniego na strychu. A potem schodzimy na dół i wszystko rozpoczyna się od początku. Koszmar zubożałej arystokracji...

3. Tej nieruchomości nie skomentuję. Rozbolało mnie serce i głowa.

4. To najtańsza oferta w moim koszyczku. Ładne to, ale z felerem. Leży daleko od Toskanii a bliziutko L`Aquila. Tak, tak, to ta sama L`Aquila, którą zatrzęsło rok temu i rozsypała się w pył.

A dla normalnych ludzi? Takich co nie grają w Lotto, nie odziedziczą fortuny ani pól naftowych ale są pracowici i konsekwentni jak chińscy studenci?

Może to?

A może to? Pochodzi w 1100 roku.

Lub to?

Ewentualnie to.

Zostawiam zabawki i życzę dużo przyjemności. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że z tego wyrosłam i że po traumatycznych doświadczeniach z naszym domem mi przeszło. Dla higieny psychicznej i spokoju ducha, od czasu do czasu, muszę sobie pogrzebać w internecie i znaleźć jakiś uroczy domek, do kompletnego remontu z widokiem na rolling hills.

Dodam tylko, że nadal uważam, po mojej ostatniej wizycie w Lazio, że Civitella d`Agliano swoim urokiem bije wszystkie powyższe miejsca. Rzecz jasna oprócz Sansepolcro, ale to chyba oczywista oczywistość.

A, jeszcze jedno. Chińscy studenci są zawsze w czołówce każdej uczelni.

11:29, anitaes
Link Komentarze (5) »
środa, 05 stycznia 2011
Cd. małego co nieco.

Przypadkiem i niechcący poruszyłam zapomnianym, włoskim miasteczkiem Civitella d`Agliano i swoim wpisem jakieś głęboko ukryte, czułe struny w polskich, spragnionych słońca sercach.

Postaram się przygotować jeszcze jeden pakiecik takich umbryjskich i toskańskich domów, czekających na swoje przeznaczenie. Jeśli to przeznaczenie będzie mówiło po polsku, to te domy przyjmą to z ulgą. Może to śmieszne, ale coś mi się wydaje, że one nie lubią, gdy zamienia się je na chińskie pagody, rosyjskie banie i marokańskie pałace. A może się mylę?

Tym razem będzie coś dla tych, co właśnie sprzedali ojcowiznę pod autostradę, mają udziały w Erze i dorobili się na polskich niezawodnych otwieraczach do konserw. A dopo!

13:11, anitaes
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 stycznia 2011
Małe co nieco.

Jest taka miejscowość we Włoszech, która nazywa się Civitella d`Agliano i jest położona w Lazio, w okolicach Orvieto, Viterbo i Montechio. Dawno temu, gdy ślęczałam godzinami w internecie i przeglądałam oferty domów włoskich na sprzedaż, trafiłam tam na śliczny, narożny dom na Piazza, ze schodami prowadzącymi wprost na piękną fontannę. Potem znalazłam w sieci trochę zdjęć i informacji. Miejscowość była malutka, kilka uliczek zamkniętych w murach wzniesionej na skałach fortecy. Wokół cudowne widoki i spokój. Dopiero kilka dni temu odwiedziłam to urocze miejsce, w słoneczne zimowe popołudnie pomiędzy Świętami a Nowym Rokiem.

Uliczki w Civitella d`Agliano są tak wąskie, że nie da się w nie wjechać samochodem. Tylko na głównym placu, koło wspomnianej fontanny, można postawić kilka aut. Zapadał zmierzch, gdy dotarliśmy na miejsce. Po pustych ulicach grasowały piękne koty, w różnych kolorach i wieku. Wyglądało to tak, jakby miasteczko należało do nich. Malutkie kamieniczki, zaniedbane, albo jak kto woli, we włoskim stylu, pozamykane były na głucho. Gdzieniegdzie tylko paliło się światło. Panowała zupełna cisza i tylko z kościoła dochodził dźwięk organów. Przeszliśmy je w niecałą godzinę.

Powiem tak: Civitella d`Agliano warta jest grzechu. Kusi biednymi domami i niekolorowanymi jak tandetne pocztówki widokami. Czas stanął tu w miejscu. Wokół wzgórza i ciągnące się w nieskończoność winnice. A grzeszyć można do woli. W wielu miejscach wiszą kartki "na sprzedaż". Maleńkie mieszkanka i domy czekają na swoich nowych właścicieli. Gdybym chciała uciec przed światem, schować się przed życiem, gdybym zapragnęła przenieść się w przeszłość, zamieszkałabym w Civitella d`Agliano.

ci1ci2ci3ci4

Z okazji Nowego Roku mam mały prezent. Te parę zdjęć z miasteczka powyżej i linki do agencji nieruchomości z okolicy, które dziś znalazłam. Jeśli miasteczko i okolice nikogo nie skuszą, pozostaną marzenia. Też niezła rzecz. Poza tym, to zawsze dobry punkt wyjścia.

Małe mieszkanko w Civitella...

Kawałek domu...

Coś niedużego w okolicy...

I znów domek...

Bella vista...

Chyba Civitella, ale pewności mi brak...

A to nie wiem, gdzie, ale blisko...

Domek w oliwkach...

A to mnie ujęło, choć widoki, jak widać, kosztują...

I to by było na tyle. Nie życzę miłych snów, bo wiem z doświadczenia, że takie linki potrafią nocami mocno uwierać w plecy, he,he, i nie dają zasnąć...

20:18, anitaes
Link Komentarze (6) »