RSS
piątek, 29 stycznia 2010
Ból remontowy z muzyką w tle.

Ból remontowy, w odróżnieniu od bólu zęba, nogi czy istnienia jest trudny do zlokalizowania. Jednego dnia idziesz sobie na budowę, pracujesz, nucisz "piękny jest ten swiat" i nic. A następnego dnia dusi cię w kuchni, łupie w jadalni, kołacze w łazience.

Czasem pomaga wyjście na szybkie caffe, czasem muzyka. Ważne tylko, aby szczelnie zawinąć w folię sprzęt grający, bo w krótkim czasie dopadnie cię ból cementowych gałek, bez szans na wyleczenie.

A propos muzyki. Śnił mi się Tusk. Sprawdziłam w senniku: "śnić Tuska - schudniesz i szczęście cię nie opuści. Przyjdzie mundurowy ale zamiast kolejnego wezwania do zapłaty, same przyjemności". O 12.00 przyszedł listonosz, właściwie listonoszka i przyniosla paczkę z Amazzona : 15 CD super muzyczki, dla naszych gości, by im się milej jadło śniadania. Głównie moja ulubiona wytwórnia Putumayo Records. Trochę kłamię: muzyka dla mnie, ale nie poskąpię w słoneczne włoskie poranki. Tu zaiks nie działa, więc poodtwarzam sobie publicznie we własnej jadalni.

Umieściłam sobie "flag counter", fajnie popatrzeć gdy odwiedza nas Nowa Zelandia, Litwa i Brytyjczycy. O rodakach nie wspomnę - same miłe komentarze. Żałuję, że wcześniej tego nie zrobiłam, bo bywały tłumy. A że zrobiło się nieskromnie, kończę wątek, dziękując najwytrwalszym.Grazie mille!

Tak jak wspomniałam, jedno z pierwszych wykończonych miejsc w domu to chiostro, małe wewnętrzne podwórko, na które wychodzą okna naszego domu i sąsiedniego. Trzy ściany nasze, jedna generałów. I Węgrzy na górze, bez kontaktu. Podwórko ma metr na metr, więc w zasadzie mogę codziennie sprawdzać, co Gloria gotuje na obiad. We Włoszech przestrzeń prywatna radykalnie się zmniejsza, ludzie się poklepują, faceci na powitanie się całują, większość rozmawia w odległości 15 cm jeden od drugiego czy, tak jak u nas, zagadują się z okien. Dla Skandynawów to gwarantowana śmierć po tygodniu życia w takich warunkach.

Chiostro było najbardziej zagluconym miejscem w domu. Wilgotne, ciemne, ze śmierdzącym kibelkiem, zalewanym latami wodą deszczową. Zaraz przy nim połamany, przeszklony dach, konstrukcja ze szkła zbrojonego i przerdzewiałej blachy, dziurawy i ohydny. A pod spodem betonowy zlew do prania, z odłupanymi narożnikami. Jedynie kolumna przy schodach dawała nadzieję na lepszą przyszłość.

W zasadzie od razu mieliśmy pomysł na to miejsce. Wiedzieliśmy, że trzeba do ingresso wprowadzić światło, więc dach musi być przeszklony, kibelek rozebrany a w jego miejsce postawimy przeszklone drzwi. Wszystkie ściany od podłogi po dach miały zniszczony, zmurszały i wiszący tynk, trudny do zbicia bez rusztowania. Wiedzieliśmy także, że pomalujemy całość na jasny kolor, lekko żółty, by zawsze świeciło tam słońce. Ścianka, oddzielająca chiostro od holu była także nieciekawa, ceglana, ale wzmocniona smutnym cementem. K. wpadł na świetny pomysł: trzeba koniecznie wykonać pilast, by kolumna miała sens. Wystarczy sprawdzić w jakiejkolwiek książce o archtekturze włoskiej - jeśli kolumna, to pilastr. A ja wymyśliłam malutkie okienko z kratą.

Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Wymagało to od nas ekwilibrystyki logistycznej, by w odpowiednim momencie Fabrizzio postawił rusztowanie a potem w odpowiednim je zdjął. Bo z rusztowaniem nie dałoby się położyć konstrukcji dla szklanego dachu i odwodnienia. A dodatkowym utrudnieniem była studnia, zabezpieczona solidnymi deskami - w końcu 9 metrów głebokości - którą też postanowiliśmy przykryć szybą i oświetlić. Tydzień temu Marco z Franco, już nad otwartą studnią, montowali stalową ramę a ja zakrywałam oczy, bo byłam pewna, że zaraz będzie pierwszy trup na tej budowie.

W miejce starej umywalki powiesimy kupiony u niezastąpionego Renato żeliwny, czarny zlew ze starym kranem. A Gianni, elektryk, nękany przez nas o lampy oświetlające ściany, znalazł bardzo ładne, dające delikatne, żółte światło halogeny, i umieścił je w kamiennej posadzce - niestety, nie mam zdjęć z zamontowanymi lampami, bo zrobił to dziś. A dziś, proszę Państwa, to ja padam na pysk. Od 14.00 do 18.00 zwoziliśmy nasze rzeczy z magazynu, w sumie siedem kursów z Filippo.

O Filippo opowiem przy innej okazji, bo warty osobnej notki, tak samo jak Renato.

A teraz chiostro, gdy w czerwcu ubiegłego roku zobaczyliśmy je w pełnej krasie:

chiostro b

straszne

straszne2straszne3

A potem weszli Cossimo i Marco:

zruszt

murarskie

nad studnią1

murarskie2

Potem weszli Fabro 1 czyli Lorenzo oraz Fabro 2 czyli Cossimo 2, obaj z piekła rodem:

fabro1

fabro2

montax4

montaż5

montaż

jest

Za każdym razem chodząc ze schodów patrzę z czułością na ten fragment domu, jak na pierworodne dziecko, bo choć jeszcze nie ukończony całkowicie, to udowadnia, że życie trwa./Więcej zdjęć jutro, jak wrócę do żywych/.

P.S.Odżyłam. Kamienna ściana z połową portalu z XII w.Druga część w kuchni:

1

3

2


23:11, anitaes
Link Komentarze (4) »
czwartek, 28 stycznia 2010
Dramatu akt II. Prosimy o nieskładanie kondolencji.

K. chory. Zmogła go grypa. Przy noszeniu naszych rzeczy spocił się jak mysz i zrobił nam kuku. Tak więc na placu boju zostałam sama z Zenkiem, zwanym niezniszczalnym. Ponieważ nieszczęścia dodają mi skrzydeł, szaleję na budowie. Wczoraj cały dzień skrobałam kominek w naszej sypialni, stara zaprawa, 10 warstw starej farby olejnej, a na końcu gruba warstwa tłuszczu - czyli 20 000 włoskich obiadów. Kominek XVII-wieczny, jakiś czas stał sobie w salonie, a potem, prawdopodobnie na początku XX wieku, gdy dom podzielono na sześć mieszkań, salon stał się kuchnią. Do kominka dobudowano podstawę z fajerkami i za każdym razem, gdy smażono coś pysznego, tłuszczyk sobie pryskał na piękny kamień. Innymi słowy, usuwam dziedzictwo włoskiej kuchni. Ale bez "palce lizać", zapewniam. Na szczęście nie rozpoznaję potraw. Udało się wyczyścić 20 cm odcinek, przede mną jeszcze pewnie z osiem takich odcinków.

kominek

A dziś dla odmiany, w przerwach w skrobaniu, szlifowałam i gruntowałam drzwi wejściowe - kuchenne. Gdy pierwszy raz je zobaczyłam, powiedziałam natychmiast "precz". Były obrzydliwe, z zaciekami, pomazane farbą, z matowymi szybami. Na szybach była 50-letnia warstwa brudu, kurzu i pajęczyn, bo dom był niezamieszkały przez 40 lat. Ale koszty rosną, trzeba więc iść na zgniłe, cha! kompromisy, więc drzwi zostały oszlifowane i wyczyszczone i okazały się super. Nawet kolor, po zagruntowaniu, zaczął mi się podobać. Ale i tak pójdą pod farbę, mają być szare, tak jak okna. Chyba, że je nawoskuję i zostawię sotte.

drzwi razdrzwi dwa

Zenek przygotowuje naszą łazienkę. W międzyczasie dwa razy zmieniałam pomysły, bo od początku coś mi nie pasowało. Zależy nam na odsłonięciu kamiennej ściany, bo ma w sobie myk, a mianowicie widać na niej etapy rozbudowy budynku. Ale kamienna ściana przy prysznicu, mimo całej urody, skazywałaby nas na codzienne zmagania z materią. Tak więc zmieniliśmy co się dało. Zenek zniósł to dzielnie, zuch!. A to dopiero początek naszej współpracy; ostrzegałam go, że nie będzie lekko.

A teraz zdjęcia, czyli nasz punkt wyjścia. Od dziś za 30 dni bawimy się w dom:

- to jest wejście, czyli ingresso. Na końcu jedyny wykończony fragment domu, maleńkie podwórko-studnia, ale pokażę je jutro, przygotowuję małą niespodziankę. A swoją drogą, ciągle się zastanawiam, dlaczego zrobiliśmy coś, czego w tym momencie w ogóle nie potrzebujemy.

ingresso

- to jadalnia, za 30 dni zjem tu obiad.

jadalnia 1

- to kuchnia: nic dodać nic ująć.

kuchnia !

-nasz pokój, w głębi skrobany kominek. Za miesiąc będzie oskrobany.


nasz pokój

nasz pokój 2

- a to, że się tak wyrażę, nasza łazienka.

Lazienka

- i korytarz z Valerio na I planie.

korytarz na 2

Cóż tu jeszcze powiedzieć... jedyne co mi przychodzi do głowy to cytat z klasyka: alleluja i do przodu!


 


22:58, anitaes
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Dramat w jednym akcie. Napisane ku pokrzepieniu, bo nic tak nie koi, jak nieszczęście bliźniego twego./Marek Koterski/

Dowiedzieliśmy się wczoraj, że wynajmowane przez nas mieszkanie musimy opuścić do końca lutego. A to znaczy, że mamy miesiąc, by zamieszkać w naszym domu. Czy to także znaczy, że liczymy na cud? Tak, na to właśnie liczymy. Mimo, że przyjechał do nas Zenek, Kaszuba z Kaszub, budowlaniec z najlepszymi referencjami, mam wrażenie, że tym razem czeka nas piękna katastrofa.

W ciągu 30 dni powinniśmy: na parterze pomalować i położyć deski na podłodze w kuchni, pomalować ściany, zmontować meble i podłączyć kuchnię, zmywarkę, zlew. A! jeszcze wentylacja! Musimy założyć oświetlenie, pomalować jadalnię, oskrobać sufit i wymyśleć na niego jakiś sposób - jest mocno odymiony, stare drzwi wychodzące na ulicę oszklić i pomalować. Wysprzątać po remoncie 35 metrów kwadratowych cotto, zawiesić zasłonki. Uruchomić kominek, bo na parterze nie mamy kaloryferów. W korytarzu zalać betonem kawałki podłogi, położyć starą teracottę, posprzątać po remoncie, pomalować ściany. Studnię oczyścić, zamontować oświetlenie, zabezpieczyć otwór szkłem. Schody umyć, okno na półpiętrze także.

Jeszcze nie dotarliśmy do żadnego pokoju, a już mamy do wykonania pracę na dobre kilka tygodni. A w tak zwanym międzyczasie: przyjeżdża jutro nasz ostatni transport mebli i książek - pół tira, które trzeba rozładować i gdzieś ustawić. Musimy do końca stycznia zabrać nasze rzeczy z magazynu, który załatwił nam Renato, w sumie 10 europalet plus sporo pojedynczych mebli, a każdą paletę trzeba rozpakować, kartony ręcznie załadować do samochodu Filippo i przewieź do nas, by to w odwrotnej kolejności wystawiać.

A w dodatku K. jedzie na tydzień do Polski, wyjazd zaplanowany od dawna i sprawa nie do przełożenia. I zapomniałabym, są ferie w Polsce i będą odwiedziny rodaków. O codziennych obowiązkach nie wspomnę. A na koniec tego szaleństwa wyprowadzka z dotychczasowego lokum, by 28 lutego oddać Heather klucz.

Dodam, że na II piętrze, tam, gdzie mielibyśmy zamieszkać, nie ma jeszcze ogrzewania, w łazienkach armatury a w wejściach drzwi. Ba, nawet szyb nie ma w jednym z okien, bo okno metalowe, do wyczyszczenia i pomalowania. A ściany wszystkie, bez wyjątku, do szlifowania po ostatnim tynkowaniu.

Tak więc, jeśli męczą cię koszmary, kłucie w boku, chrapanie męża lub żony, masz smutnego szefa albo grube kostki, a może grzyb za szafą lub wyżartą przez własnego psa tapetę w przedpokoju, pomyśl o tym co tu napisałam, a świat stanie się naprawdę sympatycznym miejscem do życia.



23:08, anitaes
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 stycznia 2010
Kup sobie kościół czyli słodki sen o niebie.

Fabrizzio zabrał nas na kończoną przez siebie budowę, niedaleko Sansepolcro. Chciał pochwalić się tym zleceniem, bo jest warte uwagi. Jechaliśmy 10 minut drogą na Rimini, w dole widać zalew, wokół góry, pięknie i spokojnie. A w oddali przyczepiony do skał mały klasztor, w którym pozostała tylko jedna stara mniszka. Nie ma nowych chętnych.

Convento, czyli zakon zbudowane jest na wzgórzu i składa się z kościoła i przylegającego do niego domu. W sumie 13 pokoi plus kościół. W kościele dwa razy w roku odbywają się msze, więc trzeba go udostępniać lokalnej społeczności, a przez resztę czasu wykorzystywać jak się chce. Wokół piękne widoki.

Dom, tak jak kościół jest kamienny, prawdopodobie z XIV wieku, w bardzo dobrym stanie. Wymaga prac wykończeniowych. W piwnicach kamienna posadzka, grube kasztanowe podpory na sufitach. Wokół trochę terenu i widoki na okolicę. W pobliżu są dwa domy mieszkalne, które prawdopodobnie kiedyś wchodziły w skład zabudowań kościelnych i mała szkoła, w której mieści się obecnie stowarzyszenie myśliwych. Takich miejsc w Toskanii i Umbrii jest sporo, ale jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego z bliska. Robi wrażenie i uruchamia wyobraźnię.

Convento jest na sprzedaż, widoki też. Oraz naprawiona dzwonnica, ze starym, działającym dzwonem. I stare kasztanowce rosnące wokół domu.

A teraz trochę zdjęć, bo szkoda słów. Najpierw okolica:

convento6convento7convento8convento9

Klasztor "jednej mniszki":

klasztor

Budynek i otoczenie:

convento1dzwonnicadetalconvento3convento10

Wnętrze domu i piwnice:

kuchnia2

convento4convento5wejście

Wzgórze z kościołem z oddali:

convento11

I miłych snów:

snów




14:25, anitaes
Link Komentarze (2) »
środa, 20 stycznia 2010
Krótka dygresja podczas siekania pietruszki.

Wczoraj na ulicach Sansepolcro był cotygodniowy targ. Dla Włochów to nie tylko okazja by coś kupić, ale przede wszystkim wielka szansa na spotkania i rozmowy. W zasadzie targ to tylko pretekst, by sobie postać w tłumie na słoneczku, i gadać, gadać, gadać..

A propos targu, warzyw i szybkich skojarzeń. Natka pietruszki to prezzemolo. Prezzemolo - tremolo. Podczas studiów mieszkaliśmy z moim ówczesnym narzeczonym u M.G, zwanego Gwiazdorem, wynajmując w jego mieszkaniu pokój. Uroczy człowiek, erudyta, niestety pijak i utracjusz. Dziadek - przedwojenny przedsiębiorca, matka - znana malarka, brat - szanowany nauczyciel w liceum. A Gwiazdor zszedł na psy. Ale fakt jest taki, że pił z radością i fantazją, żadnego żalu czy narzekania na świat. Gdy zamieszkaliśmy na Śląskiej, w pokoju Gwiazdora zostały już tylko ostatnie dwa obrazy po matce i zepsute pianino. Gwiazdorowi udało się wraz z najlepszym kumplem do kieliszka, Kokotem, spieniężyć resztki rodzinnych pamiątek i panowie poszli w długi i wesoły rejs. Ale każdy rejs się kończy, skończyła się też kasa, Kokot gdzieś zniknął a Gwiazdor pewnego dnia pojawił się na wspólnym korytarzu w smętnych kalesonach, z napuchniętą twarzą, i szczękając zębami wyszeptał prośbę o dziesiątkę na małe piwko. Właśnie wchodził w fazę tremolo, czyli nieuniknionej i boleśnie fizjologicznej konsekwencji dwutygodniowego balu.

A oto kilka zdjęć, niestety słabych, bo zgrabiały mi ręce /+1'C/:

targ1targ2targ3

14:13, anitaes
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 stycznia 2010
Buziaki dla Anonimusa.

Wszystko wskazuje na to, że za tydzień Fabrizzio i jego ekipa zejdą z budowy. Teraz pracują we trójkę: Franco, Marco Porca Madonna, z wiecznym przerażeniem na twarzy i Cosimo, największy włoski lewus, jakiego do tej pory poznaliśmy. Wczoraj Cosimo pracował na korytarzu na I piętrze, tuż obok radia i cały czas śpiewał piosenki Jacksona i Stinga. Dodam, że nie zna angielskiego i strasznie fałszuje, co zupełnie mu nie przeszkadzało, ba, nawet dodawało animuszu.

Cosimo:

cosimo


Panowie kończą tynkowanie parteru. Jadalnia całkowicie się zmieniła, mimo, że jeszcze trzeba położyć ostatnią, białą wartwę tynku, tzw. velo. Pierwotnie pomysł był taki, że jedną ze ścian zostawiamy kamienną, bez tynku a resztę, dla kontrastu pomalujemy na jakiś ciemny kolor. Sufit miał być biały, by pomieszczenie, znajdujące się na parterze nie było zbyt mroczne. Jednak gdy w październiku podczas zdejmowania 100 warst farby ze ściany z oknem znalazłam wielki portal z budowany z potężnych kamiennych ciosów, dużo starszy niż reszta ścian, uznaliśmy, że trzeba się zastanowić. Jeśli zostawimy odkryty portal, to jedna kamienna ściana w pomieszczeniu wystarczy, tym bardziej, że jest tak piękna. Druga, zaraz obok, mogłaby zabić efekt.

ściana w kuchni 1ściana 2

W dodatku, podczas przygotowywania ścian do tynkowania okazało się, że wszystkie ściany w jadalni, oraz sufit pokryte są pod starymi farbami grubą warstwą brązowej smoły i okopcone dymem. Wielki kominek przez setki lat nie był ozdobą tej kuchni tylko codziennie używanym piecem, w którym pieczono i gotowano dla pokoleń. Szpachelka ślizgała się po ścianie i gołym okiem było widać, że mamy problem. Na tę warstwę nie można byłoby położyć tynku, bo po pierwsze spadnie a po drugie, jeśli nawet by został, to brązowy kolor zawsze wyjdzie po jakimś czasie.

Jednym z powodów, dla którego chcieliśmy zachować tynki był fakt, że jadalnia jest wielka i jej zatynkowanie w całości to duże pieniądze, których nie braliśmy pod uwagę, planując wydatki.

Próbowaliśmy jeszcze ratować sytuację i ścierać ściany najgrubszym papierem ściernym oraz myć płynem do naczyń ale w końcu daliśmy spokój i K., uzbrojony w łom rozpoczął wielką demolkę. Zaczęliśmy usuwać wszystkie tynki.

ściany kuchniademolka

I dzięki temu odkryliśmy w jadalni kilka niezwykłych niespodzianek, które poprawiły nam humor na najbliższy miesiąc.

W pomieszczeniu były miejsca, gdzie tynk prawie wisiał, więc tydzień temu postanowiłam pomóc i zrzucić te partie samodzielnie. Dłubałam sobie szpachelką, poprawiałam młotkiem i znalazłam tuż za kominkiem, pół metra nad murowaną kuchnią drewnianą wielką belkę. Zaczęłam ją odkrywać a wtedy okazało się, że pod nią jest zagruzowana nisza. Odsłoniłam belkę w całości i zawołałam K., bo do niszy potrzebny był jego słynny łomik.

Otworzyliśmy środek, pełen kamieni, cegieł, tynku. Oraz resztek kasztanów i orzechów, które przed laty gromadził pracowicie jakiś mieszkający tu gryzoń. Belka sięgała pół metra w głąb, aż do ściany znajdującego się po drugiej stronie korytarza i miała u góry dwie zasypane gruzem dziury. Być może była czymś w rodzaju komina, odprowadzającego dym z kuchni z fajerkami. W takich kuchniach się nie paliło, przekładało się tylko żar ze znajdującego obok kominka.

nicanica I

Uznaliśmy, że zostawimy otwartą niszę, bo to miejsce przeznaczyłam na ekspres do kawy i potrzebowałabym więcej przestrzeni. Poza tym belka jest piękna i po wyczyszczeniu stanie się ozdobą tego ciemnego kąta. Wystarczy tylko zatynkować otwór.

Potem wyjechałam na kilka dni do Polski a wtedy zadzwonił K. z informacją, że podczas oczyszczania niszy znalazł kamienny lej, którym spływała wyciskana w prasie oliwa i, uwaga, fragment rzymskiej rzeźby, męskie popiersie z marmuru lub alabastru, w bladym żółto-pomarańczowym kolorze, wielkości ok. 20 cm.

Rzeźba nie ma główki, widać po zabrudzeniach, że straciła ją dawno temu, jest pięknie wypracowana i, kurcze, nasza. K. zrobił dla niej postument z kawałka kamienia i umieścił na metalowym wsporniku. Stoi sobie na parapecie i cieszy. Bardzo.

figurka

14:32, anitaes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 stycznia 2010
Nasi sąsiedzi, czyli strzeż się białego pudla.

Gdy byłam mała, czasem opiekowała się mną Pani Mirka, sąsiadka z dołu. Mirka gustowała w różnych fascynujących dla mnie wtedy ozdobach. Miała dużo sztucznych kwiatów, osła, któremu z tyłka po naciśnięciu uszu wychodził papieros, ryby na nitkach, powieszone nad telewizorem, które poruszały się pod wpływem ciepła i karpia z kolorowego szkła na meblościance. Ale absolutnym hitem był zestaw butelek z wódką w białych włóczkowych ubrankach, na podobieństwo pudli, z mnóstwem białych pomponów, tam gdzie pudle mają uszy, nogi czy ogony. Długo prześladowały mnie te pudlo-butelki, ich bezmyślne oczy i całkowity bezruch. Tym bardziej, że ukryte za szybą były w przeciwieństwie do karpia czy osła zupełnie niedostępne i strasznie irytujące.

Były do czasu, gdy mąż pani Mirki z jakiejś okazji postanowił napić się pudlowej wódki. Postawił butelkę na stole, zdjął głowę pudla, nalał sobie kieliszeczek, i wypił a w tym czasie pudlowa pomponiasta głowa zawisła żałośnie na otwartej butelce. Pamiętam, że patrzyłam na to zniesmaczona i rozczarowana. Odtąd biały pudel stał się synonimem tępego i marnie zakończonego życia. Pies zdechł i pozostał po nim tylko smętny niepokój.

Nasi włoscy sąsiedzi otaczają nas ze wszystkich stron, na każdym poziomie i w każdym momencie. Na starym mieście domy przylegają do siebie ściśle, a ulice są tak wąskie, że z okien możemy śledzić życie sąsiadów oraz ich programy telewizyjne. I vice versa. Albo się to pokocha, albo trzeba się szybko wyprowadzić do Norwegii, by nie oszaleć i w rozpaczy nie popełnić masowego morderstwa.

Sąsiadów dzielimy na uciążliwych, miłych i uciążliwych ale miłych. W zasadzie nasi wszyscy sąsiedzi są bardzo mili i mało uciążliwi. Oprócz pudla, który jest wredny. Ale o nim na koniec.

Po naszej prawej stronie stoi dom Toniego i Glorii. Nazywamy ich Generalicją, bo Antoni jest emerytowanym generałem, co dość często podkreśla. Czasem zastanawiamy się, czy to aby nie jakieś ukryte ostrzeżenie. Ich dom jest piękny, XV-wieczny - świetnie zachowane "Palazzo Gherardi". Za każdym razem, gdy u nich jesteśmy, robią nam wycieczkę od piwnic po strych, by pochwalić się, jak pięknie mieszkają. A my za każdym razem kiwamy głowami i cmokamy z zachwytem. Są mili i uczynni, więc wybaczamy im luki w pamięci i powtórki z rozrywki. Poza tym faktycznie dom jest imponujący i robi wrażenie. W salonie cały sufit został w XV wieku pomalowany w sceny rodzajowe przez Cherubino Alberti, co jest udokumentowane rachunkiem, jaki wystawił malarz ówczesnemu właścicielowi domu, także artyście, Cristoforo Gherardi a który to rachunek który Toni oczywiście posiada, bo kupił go wraz z domem.

Może zmyśla a może to prawda, bo obydwaj urodzili sie w Sansepolcro, co sprawdziłam w Wikipedii.

Lubimy ich, a oni nas, prawdopodobnie na zasadzie wzajemności. Gdy nas widzą, Gloria z krzykiem rzuca się na mnie z całuskami, co mnie mocno deprymuje, biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy raczej północno-krwiści i bardziej wystudzeni niż przeciętny Włoch. Ale ich spontaniczność potrafi także zaskoczyć: gdy w zimne listopadowe dni zbijaliśmy tynk na wewnętrznym podwórku, Gloria przez swoje okno kuchenne próbowała podać nam gorącą herbatę z cytryną. A ponieważ jest damą, starała się podać nam herbatkę w serwisie Villeroy&Boch. Przygotowała tacę z dzbankiem, dwiema filiżankami, cukierniczką i talerzykiem z cytryną oraz ciasteczka. Wyglądało to pięknie. Niestety, w oknie jest krata i żaden dzbanek, nie mówiąc już o tacy nie mieścił się w otworach. W końcu przyszedł Antoni, chwilę popatrzył na jej wysiłki, westchnął, przelał herbatę do małych kubków, wrzucił cytrynę i bez problemu nam podał. Gloria była szczęśliwa. Niestety, herbata była już letnia.

Na wprost naszego domu mieszka urocza starsza pani, bardzo szczupła i krucha, która większość letnich dni przesiaduje w oknie i paląc papieroski, uważnie śledzi życie sąsiedzkie. Pani X, nie znamy jej imienia, większość swojego dnia poświęca albo na oglądanie sąsiadów albo włoskiej telewizji, a ponieważ jest prawie zupełnie głucha, jej telewizor uszczęśliwia całą ulicę. Mati po tygodniu pobytu, słysząc perlisty śmiech jednej z prowadzących teleturnieje potrafił określać bezbłędnie godzinę. A ja pewnego wrześniowego dnia, patrząc przez okno na pierwszym piętrze, obejrzałam prawie całą "Casablankę", niestety z włoskim dubbingiem.

Na przeciwko, ale bardziej na lewo mieszka dwóch braci ze swoją mammą. Słyszałam, że Włosi długo mieszkają z rodzicami, ale ci panowie chyba trochę przesadzili, bo każdy z nich zbliża się do pięćdziesiątki. Są szczupli, wysportowani i nie do odróżnienia. Zajmują się restauracją starych mebli i grają na trąbce w wolnych chwilach, co jest nawet miłe, bo potrafią to robić. Czasem razem wychodzą na kawę, a wtedy mama macha do nich, jakby szli na wojnę i woła z okna "Ciao, ragazzi!", na co panowie odpowiadają zgodnie "Ciao, mamma!".

Zaraz z lewej strony naszego domu mieszka starszy miły pan, powiedzmy Y, który w wolnym czasie tworzy metaloplastykę. A ponieważ bardzo chciałby pochwalić się przede mną swoją twórczością /K. już raz to widział/, więc zawsze gdy się spotykamy, a spotykamy się kilka razy dziennie, zaprasza nas gorąco do siebie. A my, zajęci i zmęczeni, i co tu ukrywać, niezbyt zafascynowani gięciem drutu, za każdym razem staramy się równie miło podziękować i zręcznie się wymigać. Niestety, pan Y nie ustaje w wysiłkach i w końcu polegniemy, czuję to.

Jest jeszcze młode małżeństwo węgierskie, który wynajmuje mieszkanie w domu obok, ale o nich nie potrafię powiedzieć nic, oprócz tego, że żadne z nas bratanki. Nawet nie mówimy sobie "dzień dobry", bo są zupełnie niekontaktowi.

No a teraz będzie o pudlu. Biały pudel, prześladowca i koszmar mojego dzieciństwa powrócił. Cały, żywy i irytujący jak przed laty. Niedaleko naszej ulicy, dokładnie jeszcze nie wiem gdzie, mieszka pani z dużym białym pudlem. Pudel jest kompletnym idiotą, wydaje z siebie dziwne piski i charki, staje dęba i robi dziwne figury, żeby nie powiedzieć miny, zwłaszcza, gdy widzi naszą starą poczciwą Pinię. Jego właścicielka, zupełnie nie radząc sobie ze swoim psem, wrzeszczy na całą ulicę, szarpie smycz a w rezultacie i tak biega, jak psu w duszy gra. Razem robią potworny harmider i zamieszanie, a ja zmykam co sił w nogach, bo to bardzo dziwaczne i stresujące zjawisko na spokojnych i cichych uliczkach średniowiecznego Sansepolcro.


09:29, anitaes
Link Komentarze (6) »
środa, 06 stycznia 2010
Palio della Balestra /13 września 2009/. W zasadzie bez komentarza.

balestra1balestra2balestra3balestra4balestra5balestra6balestra7balestra8balestra9balestra10balestra11balestra12balestra14balestra 18balestra15balestra16balestra flagibalestra flagi 1flagi 2flagi 3flagi4flagi5flagi6

Komentarz I : niech się uczą wszystkie garderobiane z Teatru Wielkiego, co to znaczy brak kompromisów.

Komentarz II : wielkie dzięki Dymitrze za te wszystkie zdjęcia.

Komentarz III i ostatni : żałujcie, że was tam nie było.


23:43, anitaes
Link Komentarze (1) »
sobota, 02 stycznia 2010
Przepis na spotkanie z Bogiem /bez szminki i photoshopa/.

anghiari muryanghiari IIanghiari zegaranghiari IIIanghiari IIIIanghiari IIIIIanghiari IIIIIIanghiari a

Przepis jest prosty: aby udać się do raju, należy wstać o 6.20. Pojechać 7 km do Anghiari. Stanąć na murach miejskich. Poczekać do wschodu słońca.

I już.

Dla bardziej wybrednych: po godzinie, czując lekki chłodek zejść na Piazza, napić się kawy i zjeść ciepłego rogalika.

Dla super wybrednych: pijąc gorące, aromatyczne caffe', zapalić fajkę.


11:40, anitaes
Link Komentarze (3) »