RSS
piątek, 02 stycznia 2015
fragile, fragile

dla stęsknionych: witajcie w kartonowym świecie

wróciłam

18:41, anitaes
Link Komentarze (6) »
środa, 06 sierpnia 2014
Epilog.

 

Żegnanie się z domem to trochę jak wypuszczanie dziecka w świat. Z nadzieją, że da radę. Że jest mądre i silne. Że sobie poradzi sobie. Że spotka na swojej drodze samych dobrych, szczęśliwych ludzi.

Tak, to toskańskie dziecko, w porównaniu do poprzednich było trudne, niesforne i aroganckie: paliło fajki w piwnicy, podbierało pieniądze z portfela, nie wracało na noc, piło wódkę z menelami na mieście, potrafiło wrzasnąć " nienawidzę cię" i za plecami pokazywało mi faka.

Ale może właśnie dlatego mam dla niego więcej uczucia niż do pozostałych. Trudne zwycięstwa, naznaczone porażkami i zawiedzionymi nadziejami smakują inaczej. Mają w sobie, jak dobre danie, odpowiednie proporcje smaków, słodycz miodu i gorycz pieprzu, sól i cztery krople cytryny, nie trzy i nie pięć, tylko cztery, by uzyskać idealny zestaw, który na zawsze zapada w zmysły i  w pamięć.

Wokół mnie, jak pierze z rozdartej poduszki wiruje tysiące możliwości. Chciałoby się znaleźć te najlepsze. Pióra osiadają na rzęsach, opadają na włosy, łaskoczą w nos. Chcesz je strącić, złapać, ale ruch ręki sprawia, że znów zaczynają swój taniec. Zakichane życiowe wybory, powiadam Wam, zakichane...

Bywajcie.

06:43, anitaes
Link Komentarze (12) »
niedziela, 18 maja 2014
Do widzenia, moi drodzy.

 

Nie mówię "żegnajcie", bo przecież nigdy nic nie wiadomo.

"Żegnajcie" ma w sobie gorzki smak ostateczności, a ja nie wierzę w ostateczność.

...

Przeczytałam wczoraj kilka moich starych wpisów.

I zachłysnęłam się nimi, zdziwiona i uradowana swobodą, odwagą i dystansem do ludzi i rzeczy, które w nich odnalazłam.

Przez moment miałam wrażenie, że spotykam kogoś, kogo kiedyś dobrze znałam, a kto wyjechał daleko i niespodziewanie, pozostawiając po sobie puste krzesło, książki na półce i zdjęcia w ramkach.

Mówię więc "do widzenia" bo wyruszam w podróż, by odnaleźć mojego zbiega. I wcale nie będę nalegać by wrócił, zajął opuszczone krzesło czy wziął z półki przeczytaną już kiedyś książkę. Przeciwnie, mam zamiar mu potowarzyszyć, i w tym wygnaniu, i w nieznanym, i w wędrówce, dokądkolwiek by mnie ona nie zaprowadziła.

Bo moja wolność, dystans i odwaga, one wszystkie gdzieś tam są; albo krążą z radością po świecie, i używają życia, albo pozostawione w głębokim ukryciu jak ostatnia złota moneta, schowana pod kamieniem na czarną godzinę, czekają aż je odnajdę.

I zacytuję siebie z dawnego wpisu, tego pod tytułem:  "Pod osłoną nieba", co niektórzy uznają pewnie za szczyt narcyzmu, a inni za przejaw całkowitego upadku weny, a co mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że umiem szukać zgubionych skarbów:

"...życie niesie nas samo, mimo, że marzymy, by nim pokierować"

Niech więc wszystko płynie i fruwa. Wyrzucam krzesła przez okno. Książki poczekają w kartonach.

Bywajcie.

Odezwę się kiedyś z drogi.

18:07, anitaes
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2014
Beziers czyli śmierć miasta.

Beziers, Montpellier, Avignion. Trzy miasta we Francji, które warto odwiedzić, jeśli ma się ochotę na targi staroci.

Byliśmy tylko w Beziers, zabrakło czasu na dwa pozostałe. Mam nadzieję, że latem będziemy bardziej wolnymi ludźmi i wtedy zostaniemy tam dłużej.

Beziers, miasto do niedawna prawdziwie francuskie, umierało kilkanaście lat, i teraz jest martwe. Jeśli przyjedziecie tam przypadkiem, albo tak jak my, w konkretnym celu, zdziwi was i zaniepokoi jego centrum.

Bo niby wszystko trwa, kamienice z kutymi balkonami stoją jak stały, drewniane okiennice zasłaniają duże okna, kupicie bagietki i wino w małych sklepach, jeśli ich dobrze poszukacie, a jednak nic nie jest prawdziwe. Jakbyście oglądali rzymskie ruiny w Rzymie, teraz opanowane przez czarnoskórych sprzedawców podrabianych torebek Luisa Vuitton i okularów Prady, którzy bez skrupułów rozwieszają swoje towary na płotach okalających najważniejsze zabytki Europy.

Kto był w Rzymie, wie o czym mówię.

Arabskie życie kwitnie w Beziers, rozwija się i toczy leniwie, we wschodnim, nieśpiesznym rytmie, a wszystko to na tle starej katedry i wąskich, stromych ulic. Zamknięte na zawsze kawiarnie na ich rozwidleniach, opuszczone domy pozaklejane ogłoszeniami o sprzedaży, powybijane szyby w nieczynnych sklepach, w których jeszcze niedawno okoliczni mieszkańcy kupowali świeże warzywa i pachnące sery - wszystko to opowiada historię, która już  tu nie powróci.

Beziers, jak Rzym, odeszło na zawsze.

Nie czuję złości, jak Oriana Fallaci, która w swoim słynnym, kontrowersyjnym manifeście "Wściekłość i duma" dała wyraz swojej goryczy i rozpaczy.

Ja tylko nie wierzę w symbiozę kultur, ich pokojowe współtrwanie, i życie w równowadze. Stare centrum Beziers jest tego dowodem.

Na ruinach Beziers powstaje nowe życie. Okupione rdzą zjadającą szykowne, kute balustrady.

I nic na to nie poradzę, że żal mi tego starego.

 

 

10:39, anitaes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 marca 2014
"Studnia życzeń co świat się nazywa." *

W Orvieto, tuż  przy parkingu i kolejce, która wwiezie Was z Orvieto Scalo wprost na stare miasto znajduje się Pozzo San Patrizio.

Jeśli się odważycie...

Na zewnątrz to mały, niepozorny budynek w kształcie rotundy, zbudowany, jak większość domów w tym mieście z wulkanicznego tufu. Zaraz obok są mury miejskie, i widok na odległe wzgórza, ale zostawcie je sobie na później, po wyjściu ze studni; zapewniam, że będą smakować zupełnie inaczej.

Niskie, ceglane schody schodzą spiralnie w dół a Wy z każdym krokiem zostawiacie chaos rzeczywistości, z jej zgiełkiem, kompromisami i poczuciem, że częściej to Wy jej służycie niż ona Wam, i zagłębiacie się w mrok. Macie do pokonania 248 stopni by w końcu dotrzeć do wody, lśniącej w dole jak oko Boga. I tyle samo, by wydostać się na zewnątrz.

I mimo, że schody są podświetlone przez małe lampy a kilkadziesiąt okien wewnątrz studni chwyta cierpliwie wpadający z góry blask nieba, na samym dole jest prawie ciemno.

Ale bardzo prawdopodobne, że jeśli wybierzecie się tam w letni, powiedzmy czerwcowy poranek a nie późnym marcowym popołudniem jak to zrobiłam ja, wewnątrz będzie jaśniej i uda się Wam nie doświadczyć poczucia, że oprócz Was i tej przezroczystej wody, srebrnej od wrzuconych tam monet nie ma na świecie nic więcej.

Wewnątrz studni, ponad wodą, przerzucono mały mostek i po jego przejściu zaczynają się kolejne schody, którymi będziecie się wspinać na górę, do świata, za którym tu, na dole niektórzy zaczynają nagle bardzo tęsknić, a inni chcą o nim zapomnieć - ale ja proszę, byście się nie śpieszyli i zatrzymali się na mostku, pomiędzy tym, co przeszliście a tym co przed Wami.

Warto wtedy spojrzeć w górę, bo nad Wami, wysoko, 58 metrów od Was zaczyna się jasne koło nieba. 58 metrów to niby niewiele, patrzenie na wzgórza takiej wysokości daje wiele przyjemności, zwłaszcza tu, we Włoszech, łagodne wzgórza pokryte winoroślą, ale na dole perspektywa się zmienia, i nagle 58 metrów okazuje się przestrzenią kosmiczną, wielką, cichą i nieruchomą.

Woda opalizuje, lśni srebrzyście i trochę turkusowo, monety pokrywają całe dno, odbijają światło jak lusterka; patrzenie na nie hipnotyzuje. Za każdą kryje się jakieś życzenie - z reguły by wrócić ponownie, w miejsce które przecież już nigdy nie będzie takie samo. Taka bezrefleksyjna prośba, opłacona dość tanio i pozbawiona prawdziwej żarliwości i wiary, tak mocnej, że potrafi zmienić świat.

Ale musicie wiedzieć, że Św. Patryk to też patron zagubionych dusz. Takich, co ciągle szukają swojego miejsca, wędrujących po splątanych ścieżkach, wchodzących w ciemne niebezpieczne zaułki, samotnie zapuszczających się na pustynię, porzucanych i porzucających, stale niepewnych swoich wyborów. Tak. Tacy też tu bywają i wrzucają monety w kruchej nadziei, że w końcu odnajdą drogą do domu.

Niebo nad głową ciemnieje. Monety w wodzie błyszczą obojętnie, zakochane w swoim płochym blasku, zupełnie nieświadome, że ich lśniący byt zależy wyłącznie od tego jasnego kręgu na górze. Burzę ich spokój dorzucając kolejną. Woda porusza się i marszczy jak cienki, przezroczysty materiał. Moneta opada na dno, moje życzenia układają się spokojnie do snu z tysiącami innych. I nieruchomieją.

Wspinam się powoli w górę, 248 stopni przede mną, przed Wami, jeśli się kiedyś odważycie.

*Leonardowi dedykuję.

09:26, anitaes
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 lutego 2014
Klucz jest rodzaju żeńskiego.

Zobaczyłam je, wiszące na jakiejś zakurzonej maszynie. Zapytałam Dorellę, czy to ich, i czy mogę zrobić im zdjęcie.

U Giuseppe i Dorelli kupujemy stare drewno. Ich skład znaleźliśmy przypadkiem kilka miesięcy temu. Lubię tam jeździć. Mimo, że mieszkają daleko sprawia mi to przyjemność bo są najszczęśliwszą parą, jaką poznałam w życiu.

Klucze były zakurzone i pordzewiałe, połączone z barwnymi zawieszkami i ciasno spięte drutem. Zawieszone na szarej zieleni wyglądały jak wielka kiść przejrzałych winogron.

Były piękne.

- Nie, to nie nasze. Dostaliśmy je kiedyś od firmy, która remontowała w Arezzo opuszczoną kamienicę. To był wielki skandal, sto pokoi, a w każdym prostytutka. To trwało przez kilka lat. Zlikwidowali w końcu ten burdel pod koniec lat dziewięćdziesiątych.

Podeszłam bliżej. Spojrzałam raz jeszcze.

Po powrocie do domu wykasowałam zdjęcie.

Dźwięk otwieranych drzwi. Klucz przekręcany w zamku. Poruszenie klamki. Sto historii. Sto kolorowych zawieszek. A na każdej imię kobiety.

21:56, anitaes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 lutego 2014
Miejsce którego nie ma.

Prawie pusta E45. Późne popołudnie, słoneczny zimowy dzień. Przede mną pomarańczowo-granatowe chmury, obrysowane jaskrawą, złotą linią. Nie potrafię oderwać od nich wzroku.

Plama zachodzącego słońca pada na odległe, ciemne wzgórza. Jeden jedyny zaśnieżony szczyt płonie teraz różowym ogniem. Resztki mgieł wokół migoczącej góry są jak biały welon.

Wpatruję się w mieniący się kolorowo krajobraz; zmuszam się do spoglądania na drogę. Góra czerwieni się na tle zimowej, zgasłej zieleni. Chcę tam być, zaraz, natychmiast, dopóki słońce trzyma się ciągle horyzontu. Pojechać krętą drogą ponad schowanym w cieniu miastem. Zdążyć. Patrzę na zegarek. Obliczam szybko odległość. Pół godziny? Może trochę więcej.

Przyśpieszam.

I nigdy tam nie docieram.

Tego miejsca nie ma. Widzę je stąd, oddalona o kilkanaście kilometrów, na pustej E45. Ze słońcem po swojej lewej stronie, z górą po prawej. Tylko w tym momencie i góra i słońce, i granatowe chmury dają się schwytać i trwają w przedwieczornym, krótkim spektaklu. Złapane na krótki moment, odbite refleksem w szybie samochodu i moich przeciwsłonecznych okularach.

Nawet zatrzymanie czasu tu nie pomoże, bo z miejsca, do którego tęsknię widok jest zupełnie inny, i inne są tamtejsze pragnienia. Oświetlone odległym zachodem, który właśnie przemija.

10:49, anitaes
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 grudnia 2013
Małopolski parkour. Li dedykuję.

Zimą nie umiem nie mówić o kominkach.

To jak narkotykowy głód, pierwsza potrzeba, to jak zimowa choroba, nawracająca z początkiem listopada.

Podobna do świątecznej gorączki, bez której rok zamknąłby się niczym.

W całym mieście pachnie drewnem, co czujemy przez pierwszy tydzień a potem ten piękny zapach staje się normą, i znika. Dopiero Emma, przylatując z Londynu na tydzień, uświadamia nam, że miasto otula ciepły, miękki zapach płonących polan.

Przeczytałam ostatnio, że radni województwa małopolskiego doszli do wniosku, że palenie w kominkach trzeba uznać za nielegalne.

Bo smog, pył i ogólnie fe.

Moja wyobraźnia podsuwa mi obrazy spektakularnych akcji tropienia kominkowych przestępców.

Specjalnych oddziałów policji, policji rzecz jasna dachowej, uzbrojonej w lornetki, drabiny, mocne sznury, w strojach adekwatnych do tak odpowiedzialnych zadań. Policji wspinającej się na kamienice, rynny i ruchome dachówki.

Przykładów jest wiele, niektóre bezcenne...

Czujnej i zmobilizowanej, ha, nawet z burymi kotami w roli psów tropiących w garści, która obserwuje na wysokościach krakowskie kominy, osłania oczy przed zimowym słońcem -  nomen omen i tak zasnutym nowohuckim dymem, która gotowa jest natychmiast ruszyć do akcji by spacyfikować bandyckie, antyspołeczne nawyki.

Cóż, połamania nóg w tej szlachetnej walce ze kominkowym złem.

 

 

10:46, anitaes
Link Komentarze (5) »
środa, 27 listopada 2013
White breakfast...

Druga zima w Castello.

Pracujemy.

A z nami Francesco, Vincenzo, Sauro, Luciano, Cesare, Gianni, Massimo, Marco, drugi Sauro, Mateo, Angelo, Matia, Giuseppe, i wielu innych.

Niezapomniana ekipa. Dobrzy ludzie. Chłopaki na schwał. Czasem niesłowni. Uparci. Wkurwiający. Ale nie to zapamiętamy z tego projektu. Zostaną same dobre rzeczy. I zmiany, które przetrwają wieki.

Taka ta nasza praca. Na wieki wieków amen.

A teraz zapraszam na white breakfast. Lub la prima colazione bianco - jak kto woli:

white breakfast

11:23, anitaes
Link Komentarze (3) »
niedziela, 10 listopada 2013
Namiętność.

- Wchodzę do stolarza i co widzę? Poczekajcie...

Filippo wstaje od stołu i wychodzi do przedpokoju. Zamyka za sobą drzwi i zaraz je otwiera.

- No więc wchodzę, o tak, i co widzę? Chryste! Zamykam i otwieram oczy. Dwa razy.

Filippo zamyka i otwiera oczy. Dwa razy.

-To leży tuż przy samych drzwiach. na podłodze. Jak śmieć jakiś. Leży na ziemi, porzucone, pod warstwą kurzu z pilarki, no, po prostu dusza wyje...

- Ale co leży?

- Poczekajcie. Więc jak mówiłem, wchodzę. Widzę to, zastygam na moment, ułamek sekundy, serce też zastyga, oddech zamiera, w głowie burza, ale zaraz się reflektuję. Ręce zimne, chowam je do kieszeni, boję się, że facet zobaczy jak drżą, twarz pokerzysty, oczywiście, a w środku wulkan. 

Filippo siada ciężko przy stole.

- Już tam nie patrzę. Patrzę na burdel w stolarni, na swoje buty, na deski w kącie. Ale ciągle to widzę. Jasne, że najchętniej bym klęknął, padł na kolana, podmuchał, odgarnął ten śmietnik dookoła, pogłaskał, wytarł koszulą...

- Co tam leży?

- ...ale nie, nie nie. Nie mogę. Bo przepadnę, i to przepadnie. Więc co robię? No? Zamawiam jak jakiś palant listewki, drewniane, dwie sztuki, cholera wie po co, bo żadnych przecież nie potrzebuję. Facet przytomnie pyta mnie o drewno, o długość, nic nie rozumiem, kiwam głową, coś tam mówię, pewnie myśli, że wczoraj piłem...A ja cały czas myślę, myślę intensywnie, cały się z tego myślenia spociłem, tylko jedno teraz jest ważne, tylko jedno...

- No mów!

- ... jak to od niego wyciągnąć, od tego prostaka, prymitywa cholernego, cwaniaka, co gdy tylko zauważy, poczuje tym swoim brudnym nochalem czego naprawdę chcę, będzie chciał mnie oskubać do ostatniego centa.

- Powiesz wreszcie?

- No przecież mówię. Myśli mi galopują, w głowie zamęt, obok drugi facet tnie drewno, kurz mi wpada do oczu, płakać mi się chce, nie wiem, czy to od tych wiórów, czy ze wzruszenia, cztery lata tego szukałem, rozumiecie? Cztery lata...

- Chcesz wina?

- Chcę. Nawet teraz, jak o tym mówię ciśnienie mi skacze. No więc zamówiłem te listewki, pewnie nigdy ich nie odbiorę, albo odbiorę, co mi tam, i wiem, że muszę już iść, bo o czym mam z tym burakiem gadać, zaraz pomyśli, że jestem jakiś pedał albo co, tak się w niego wpatruję...a ja się wpatruję, bo szukam pretekstu, rozumiecie, jakiegoś punktu zaczepienia, żeby zagadać, coś tak niby przypadkiem, swobodnie, od niechcenia...

- Kupić...

- No właśnie! Kupić, dostać, załatwić, wyciągnąć, obojętnie, byle zabrać to stamtąd, do domu, do siebie, wyczyścić, zadbać, wychuchać, bo to tak jest, ja to wiem, że to nie my znajdujemy rzeczy, ale one nas. Więc idę w stronę drzwi, facet za mną, teraz znów mogę zerknąć, Boże, myślę, stan idealny, z lat 60-siątych, taki sam stał w sklepie na piazza, miałem szczęście z niego korzystać, dawno temu, wrzucało się żetony...może to ten sam? Jeszcze dwa kroki, jeden, zaraz muszę wyjść, wiem, i wiem, że albo teraz albo nigdy. - Co to za grat? - pytam, niech mi Bóg wybaczy tę ordynarność, i kładę rękę na klamce, że niby już, już wychodzę. 

- No i...

- No i facet mówi, że dostał od kogoś, chciał używać w stolarni, bo to ponoć odporne na kurz, ale szkoda zachodu, a poza tym on nie ma nerwów do takich pierdół - pierdół - powiedział, a ja poczułem wiatr w mózgu, i że to tak leży od miesiąca...Przełknąłem ślinę, ręce w kieszeniach, zaciskam palce, rośnie we mnie nadzieja, odważam się, trącam to butem, oczywiście delikatnie, i mówię: mogę to kupić, może mi się przydać, i pilnuję, z całych sił pilnuję, by głos mi nie zadrżał, bo będzie koniec, a on na to: dobra. Rozumiecie? Dobra, powiedział, i wziął 30 euro. A w środku był jeszcze jeden żeton...

20:30, anitaes
Link Komentarze (7) »
wtorek, 08 października 2013
Niemoc.

Moja zjawiła się niespodziewanie, podczas pewnego niedzielnego prasowania. W czerwcowe, ciepłe popołudnie. Było trochę duszno, zanosiło się na deszcz, ale nic nie zapowiadało huraganu. 

Wydawało mi się kiedyś, że niemoc to pewnie jakaś cicha i podstępna bestia. Że co prawda skrada się powoli, wślizguje się z szelestem, nakrywa głowy czarnym szalem, ale w zasadzie jest niegroźna.

Ale nie. Byłam w błędzie. Ona jest jak wojna i ma straszną moc: pędzi z wrzaskiem przez nasze domy, anektuje nasze ziemie, porywa dzieci, zabija mężów, gwałci żony i kradnie nasze złoto.

Tyle tylko, że jest niewidzialna.

Nie dokończyłam wtedy prasowania. Czerwcowa, ciepła noc. Stałam po jej ataku oszołomiona, rozglądając się wokół siebie, w ciszy, z własną niemocą u boku.

Z niemocą, której nie widać bo jest jak powietrze.

Czy ktoś wie, jak zabić powietrze?

 

07:18, anitaes
Link Komentarze (15) »
niedziela, 02 czerwca 2013
Dzizus...

Wracałam dziurawą E45 z Ikea, wioząc pełen samochód ręczników, szklanek i pachnących świeczek dla moich najdroższych i prawdziwie ukochanych klientów z Umbertide. Mój zachwyt nad nimi nie wynika z dogłębnej znajomości ich anielskich dusz, wręcz przeciwnie, widzieliśmy się tylko raz, przez godzinę, we wrześniu ubiegłego roku, i było to nasze jedyne spotkanie, a ich ufne twarze przeciętnych Amerykanów musiały, oczywiście, gdzieś w tyle mojej chorej głowy obudzić podejrzenia, czy aby nie mam do czynienia z seryjnym mordercami, którzy zazwyczaj, jak wiadomo z telewizyjnych relacji, mają poczciwe twarze i nieco rozkojarzone spojrzenia.

Nie, moje uwielbienie dla Państwa S. bierze się z porównania, tej najprostszej i niezawodnej metody poznawczej, a na skali od 1 do 10 mojego prywatnego rankingu ulubionych klientów umieszczam ich na 10, w przeciwieństwie do Pani J., którą jednym pstryczkiem dość szybko przesunęłam na pozycję -10, utworzoną specjalnie dla niej, gdzie jak przypuszczam będzie jedyną królową do końca swych dni.

Ale przecież nie o pracy miałam pisać, praca mnie zmęczyła, wywróciła na drugą stronę, wypatroszyła, zmieliła i zlepiła na nowo. Wyglądam teraz jak ludek z plasteliny, wykonany przez maluchów na pierwszych zajęciach w przedszkolu, gdzie jak wiadomo, większa część plastelinowego tworzywa jest przez twórców zjadana a te pozostałe nędzne resztki to właśnie jestem ja. Dlatego pozwalam moim myślom fruwać wysoko, w przestworzach, pod niebieskim niebem, by odnaleźć dobrą perspektywę i pooddychać czystym powietrzem, o czym będzie za chwilę.

Ale nie narzekam, nie, nie, sama chciałam, robię co lubię, prawie, bo są rzeczy na które nie mam czasu, w zasadzie to nie mam czasu na nic, mówiąc szczerze, to zupełnie na nic, ale oto nadchodzi czerwiec, a w czerwcu będzie koniec, zamknę drzwi, jedne i drugie, a nawet moje własne, trzecie, i opuszczę Toskanię, by w końcu pojechać na wakacje, pierwsze od kilku lat, bo mi się należą jak psu kość.

No więc wracajmy na podziurawioną jak włoska gospodarka E45, gdzie jechałam spokojnie do domu, obserwując jednym okiem ziemię, asfalt raczej, a dokładniej jego brak a drugim niebieskie, popołudniowe niebo, wolne od deszczowych chmur po raz pierwszy chyba tej wiosny, poprzecinane białymi liniami po pędzących w świat samolotach. Pomyślałam sobie wtedy, co by było, gdyby w taki piękny dzień jak teraz jeden z nich zaczął spadać, spadać i spadać, kręcąc młynki w powietrzu, wprost na zielone, zamglone wzgórza, które wydawały sie być na wyciągnięcie ręki; oczywiście głupie pytanie, wiem, ale ja jestem do głupich pytań powstających w mojej głowie przyzwyczajona.

I wyobraziłam sobie natychmiast, jak ten samolot leci w dół, z wysoka, zostawiając za sobą poskręcaną spiralę białego dymu, jak narasta huk silników, wróciły perwersyjne wizje wszystkich obejrzanych katastrof w przestworzach i najwyższą siłą woli powstrzymywałam się, by nagle nie zahamować i nie krzyknąć " O Jezu!", co z pewnością doprowadziłoby do rozbicie siebie i szklanek Bogu ducha winnych Państwa S., gdy w tym czasie pełna ludzi maszyna, połyskując złoto w zachodzącym słońcu spadałaby na wzgórza nad Ceseną by za chwilę wybuchnąć jak wielka bomba atomowa.

A potem, już po ochłonięciu, gdy umilkły krzyki ocalałych i opadł dym, oczywiście, nie muszę dodawać że wszystko to nadal w mojej chorej głowie, a Cesena została daleko w tyle, dotarło do mnie, że oto właśnie potknęłam się o bardzo interesujące zagadnienie, zagadnienie lingwistyczno-antropologiczno-religijne, zagadnienie, które natychmiast podchwyciłam i zamknęłam w dłoni, jak przedszkolak miętolący kawałek plasteliny. A wszystko to mimo wstrząsu, spowodowanego wypadkiem / i latających w powietrzu resztek samolotu/, a raczej dzięki niemu, co bardzo mi się spodobało, bo nic mnie tak nie nastraja i koi, jak roztrząsanie kwestii bezcelowych i pozbawionych sensu.

A teraz meritum, czyli wspomniana wyżej kwestia, która do teraz zadręcza mnie wewnętrznie, i raduje jak cukrowa wata, a mianowicie: skąd to się bierze, że w chwilach grozy, uniesień, zdumienia lub satysfakcji na usta cisną nam się boskie imiona na zmianę z ciężkimi przekleństwami? I czy nasze swojskie "jezusmariajapierdolękurwajegomać" ma podłoże kulturowe, religijne czy społeczne? I czy Aborygen w australijskim buszu, lub mieszkaniec dalekiej Papua-Nowa Gwinea, patrząc na opadający na jego rodzinną wioskę samolot, opadający oczywiście w trybie mocno przyśpieszonym, też krzyknąłby "Dzizus!" czy może spokojnie i z namysłem żułby dalej swoje liście koki?

Oczywiście, jeśli chodzi o Włochów, to ja nie mam tutaj żadnych wątpliwości; w końcu jak twierdził prof. Krawczyk jesteśmy z jednego kręgu kulturowego, jak wielka włoska rodzina, w które to twierdzenie za czasów komuny wierzyłam święcie, a teraz już jakby trochę mniej.  I nie mam wątpliwości, że ich  "porka madonna" czy "porka dio" brzmiące jak anielski śpiew kupidynków, po przetłumaczeniu poraniłyby uszy każdego polskiego katolika jak rozbite butem szkło, nawet tego katolika, który praktykuje jedynie pisanki i świąteczny bigos.

I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o sprawy mało praktyczne. Kwestie bardziej praktyczne są stosunkowo nudne, i raczej nie warto je eksploatować, choć w tym miejscu muszę zakomunikować, że szklanki i kieliszki do grappy przywiozłam w stanie nienaruszonym, czego wszystkim serdecznie życzę w ten deszczowy, a jakże, wieczór. Ahoj.

23:21, anitaes
Link Komentarze (20) »
środa, 01 maja 2013
Majowa notka dla pięćdziesięciolatków.

Wiem, wiem.

Milczę.

Co nie znaczy, że nie myślę.

Ostatnio na przykład zastanawiam się nad tym, że skoro nasze dziecięce doświadczenia nadają kształt naszej psychicznej konstrukcji i formę naszym dorosłym upodobaniom, to jaką rolę odegrał w moim życiu taki dajmy na to Bartolini Bartłomiej - do usług, i ta jego wielka chochla, wąsik i miłe okrągłości? I czy aby to on nie spowodował, że prowadzę ostatnio włoskie a nie, na przykład, amerykańskie życie?

Czy do tego wyboru przyczynił się fakt, że pies Huckleberry był zwykle w poniedziałkowym Zwierzyńcu, a ja nie lubię poniedziałku, nigdy nie lubiłam, zawsze wydawał mi się ciemny i ponury, jak smutny poranek po słonecznej niedzieli, więc może dlatego jankeski pies budził we mnie pewną niechęć choć borówki amerykańskie owszem, nawet lubię?

I czy dlatego właśnie preferuję koty, a nie psy, psy śmierdzą deszczową porą, taka ich natura psia ich mać a koty pachną ciepło, mają delikatne łapki i są miękkie? Ale przyznaję, słodki Filemon mnie nie wzruszał, bardziej fascynował mnie czarny, nieprzenikniony Bonifacy, i jego błogosławiony wschodni spokój zen, co niewątpliwie miało wpływ na moje sercowe wybory.

Za to zupełnie rozwalał mnie miś Coralgol, to był wyjątkowo depresyjny mały gnojek, te jego sieroctwo, jakieś draństwo wkoło, smutek, łzy i łkania. Nienawidziłam Coralgola, cyrku, metalowej klatki, w której co rusz ktoś go zamykał, a swoją drogą co za menda wymyśliła tę ciemną jak ludzka natura bajkę, i zupełnie nie potrafiłam mu współczuć, był żałosny w żałosnej nędzy swego żywota, miał dziwny nos, dostawał stale od życia w dupę, no i był Francuzem.

Toli też nigdy nie lubiłam, i wiem, bo pytałam, mało kto ją lubił, w przeciwieństwie do Bolka, a zwłaszcza Lolka, ten ostatni zresztą był moim wyjątkowym faworytem, mimo, że w wieku kilku lat był prawie całkiem łysy, co budziło moje najwyższe zdumienie, ale wtedy generalnie cały świat budził zdumienie. Tola zaś przypominała mi nudną harcerkę, pilną i bez wyobraźni, ubierała się schludnie i jadła regularnie posiłki, i zastanawiam się, czy to ten fakt spowodował, że generalnie z kobietami nie trzymam, zwłaszcza takimi jak Tola, jakby Tola pozbawiła mnie złudzeń, raz na zawsze, i wybierałam zwykle towarzystwo kolegów, zwłaszcza tych, którzy nie ubierali się schludnie i nie jadali pożywnych śniadań?

I tu dochodzimy do Żwirka i Muchomorka, których uwielbiałam, nie zdając sobie wówczas sprawy, że są hipstersami, zresztą to słowo wtedy nie istniało, tak jak słowo "geje", ten slang powstał później, a ja w kwestii nazewnictwa jestem zupełnie bezproblemowa, czeskie bajki nauczyły mnie tolerancji i miłości bliźniego, taki Krecik mieszkał w tunelach, dziś powiedzielibyśmy, że patologia a to był bardzo zmyślny i sprytny krecik, i nikt mu nie wytykał wówczas, że jest stale uwalany ziemią.

No i został nam jeszcze Piaskowy Dziadek, enerdowski wybryk natury z aryjskim małym noskiem. Było w nim coś fałszywego, jakaś dwoistość, co zresztą szybko się potwierdziło; dostałam z Niemiec piaskowego dziadka i natychmiast odpadła mu broda a pod czerwoną czapką nie miał włosów tylko klej i to mi wystarczyło, by skończyć z nim raz na zawsze, co historia przypieczętowała po latach a mnie uchroniło przed wyjazdem na zachód w ramach szukania własnych korzeni. A poza tym, co by nie mówić, sypanie dzieciom piasku do oczu by szybciej zasnęły ma posmak totalitarnej wschodnio niemieckiej tortury.

Tak więc istnieję, jak widzicie, bo myślę, myślę intensywnie, tym bardziej, że ostatnio mało mówię, co zresztą jak widać ma dobre strony, mówienie czasem zagłusza myśli, zwłaszcza te złote, dodam nieskromnie.

I dziś, w związku z tym, miłej majówki i intensywnego myślenia przy grillu wszystkim życzę.

17:58, anitaes
Link Komentarze (18) »
sobota, 06 kwietnia 2013
Wieści z zamkowej góry.

wiosna

A w Umbrii wiosna, chłopaki.

09:50, anitaes
Link Komentarze (6) »
piątek, 29 marca 2013
Ideały.

Dzisiaj nie napiszę o tym, że:

- Castello mnie przytłacza a dom w Umbertide przyprawia o zawał

- że miałam tu żyć powoli i bez deadline`ów a wyszło jak zwykle

- że zazdroszczę Li, bo ciężko mi schudnąć

- że do Sansepolcro przyszła wiosna, potem zima a teraz to nie wiadomo co

- i o tym, że nie lubię Wielkanocy i żadnych pisanek nie będzie

- i że generał strasznie chory na serce i wszystko jest możliwe

- a mój pies ma nocne koszmary i wyciem nie daje mi spać

- ani też o tym, że znów jestem, proszę pana, na zakręcie.

Napiszę dziś o ideałach, tych najczystszych, źródlanych, naiwnych i kruchych, które, mimo upływu lat, wciąż mnie wzruszają.

Tak, kiedyś wszyscy mieliśmy skrzydła.

A poza tym, poza tym moi drodzy, w tym ciężkim, monotonnym dudnieniu codziennych wiadomości i serwisów, pełnych miałkich informacji o niczym, gdzie twarz jakiejś Pawłowicz zlewa się z twarzą matki Madzi, gdzie noblista publicznie puszcza bąki i dziwi się, że towarzystwo wychodzi z pokoju, gdzie na martwe ciało euro nakłada się kolejną warstwę różowego pudru, w oparach bagiennej mgły i alkoholowego chuchu hierarchy, w tym wszystkich, dzień po dniu, niepostrzeżenie obojętniejemy.

I w końcu jest tak, jakbyśmy pogodzili się z faktem, że polityka to te serwowane nam codziennie macanki i podszczypywania, jak w marnej tancbudzie w dowolnym mieście powiatowym.

 

Robert Francis "Bobby" Kennedy:

" (...)  Kiedy rzucamy się na strukturę czyjegoś życia, którą inny człowiek żmudnie i pieczołowicie utkał dla siebie i dla swoich dzieci, kiedy tylko to czynimy, cały naród jest poniżany.
   Jednak wydaje się, że tolerujemy rosnący poziom przemocy, który ignoruje nasze wspólne człowieczeństwo i nasze nadzieje cywilizacyjne. Za często czcimy zarozumiałość, buńczuczność i tych, którzy sprawują władzę przy pomocy siły. Za często wybaczamy tym, którzy chcą budować własne życie na zrujnowanych marzeniach innych ludzi.

  Ale jedno jest pewne, przemoc rodzi przemoc, represja rodzi odwet, i jedynie oczyszczenie całego społeczeństwa usunie tę zarazę z naszych dusz. Bowiem kiedy uczysz człowieka by nienawidził i bał się swojego brata, kiedy wpajasz mu, że jest gorszym człowiekiem ze względu na rasę i wiarę, bądź zasadom, którym jest wierny, wtedy uczysz tych, którzy różnią się od ciebie, że stanowią zagrożenie dla twojej wolności lub pracy, twojego domu lub rodziny i sam również uczysz się stawać w obliczu innych nie jako obywatel, lecz jako wróg. Nie licząc na współpracę lecz na podbój. By zostać ujarzmionym i rządzonym. Uczymy się patrzeć na naszych braci jak na obcych. Obcych, z którymi potrafimy się dzielić miastem ale nie społecznością. Ludzie połączeni wspólnym miejscem zamieszkania lecz nie we wspólnym celu. Uczymy się dzielić tylko wspólnym strachem, wspólną chęcią oddalenia się od siebie. To tylko wspólny impuls do rozwiązywania nieporozumień przemocą.

Nasze życie na tej planecie jest za krótkie. Praca do wykonania zbyt wielka, by ten stan ducha dalej rozkwitał w naszym kraju. Oczywiście nie da się go usunąć programem czy rozporządzeniem ale może uświadomimy sobie, chociaż na jakiś czas, że ci, którzy żyją obok nas są naszymi braćmi, że wspólnie dzielimy krótkie życie, że oni szukają, tak jak my szukamy szansy, by je godnie spędzić zgodnie z zamierzeniami i w szczęściu, osiągając zakładaną satysfakcję i spełnienie.

Na pewno te więzy wspólnego przeznaczenia, więzy wspólnych celów mogą nas czegoś nauczyć. Przynajmniej może nauczymy się dostrzegać wokół naszych bliźnich i z pewnością rozpocząć pracę nad zagojeniem naszych ran by w naszych sercach stać się braćmi i rodakami… ponownie. "

 

Alleluja. Wesołych Świąt.

11:03, anitaes
Link Komentarze (5) »
czwartek, 07 marca 2013
Morowe powietrze czyli patriotyzm po polsku.

Ledwo przyjechałam do Polski, ledwo rozpakowałam bagaże, ledwo postawiłam nogę na sopockim gruncie, już mnie powaliło.

Najpierw suchy kaszel /to musi być rak - pomyślałam/, potem drapanie w gardle - /bezdyskusyjnie nowotwór krtani/ a potem oczywiście katar /tu zabrakło mi pomysłu na zdiagnozowanie tak śmiertelnego objawu/- tak wielki, że wypłukał z mojej głowy każdą, najpłytszą myśl, a potem...potem  umarłam, jak prawdziwy mężczyzna trafiony przez grypę.

Ale oto zmartwychwstałam i jutro wracam. Wracam do Liz z zamku która tupie ze złości, bo chce byśmy zajęli się kolejnymi pomieszczeniami, wracam do Debbie, która kupiła dom w Umbertide a teraz naciska mailami z Stanów, by jego remont już ruszył.

Wracam w końcu do mojego dziecka, które postanowiło zdawać maturę rok wcześniej i przez kilka miesięcy musi zaliczyć czwartą i piątą klasę, a które zamiast się uczyć zajmuje się teraz domem i kotami.

Wracam wreszcie, by w końcu przygotować tekst do wydawnictwa, bo w czerwcu deadline.

Morowe powietrze najpierw mnie zabiło a potem uleczyło. Udało mi się przy okazji schudnąć 4 kilo i rzucić palenie - czego nie zdołałam zrobić wdychając przez dwa lata zdrową włoską bryzę.

I dlatego kocham ten kraj jak żaden inny.

 

 

07:13, anitaes
Link Komentarze (6) »
wtorek, 19 lutego 2013
Rura polska.

Wjeżdżam do Polski. Zimy nie ma. Na drodze pusto. Po godzinie kończy mi się woda. Zatrzymuję się w małym sklepiku w zachodniopomorskim. To tu na polach leżą kilometrami wielkie tajemnicze rury, gotowe do wkopania. Tysiące ton pięknej czarnej stali. Trzech autochtonów popija piwko przy stojaku z czipsami.

- Marian chciał odpiłować kawałek ale się nie da.

- Pewnie, że nie.

- Twarde jak chuj.

- No.

- Może fleksem by poszło...?

- E tam...

- A prąd, Rychu?

- A szwagier mówił: trzy traktory i uciągniemy.

- Gówno uciągniemy.

- Te kurwy specjalnie takie długie je zrobiły.

- No.

- Pierdolone życie.

- No.

Kończą piwo w milczeniu. Odstawiają butelki na ladę.

- Dobre.

- No.

- Zimne.

- A sami kradną i nic.

- No.

- Złodzieje.

- Ministry jebane, kurwa mać.

09:14, anitaes
Link Komentarze (12) »
czwartek, 14 lutego 2013
Trochę pada.

Wybory już za 10 dni.

Berlusconi obiecuje cuda i rozdaje szerokie uśmiechy; jedno i drugie trąci fałszem, jak czerń jego włosów.

Monti natomiast robi srogie miny i promuje umartwienia, pokutne chłosty i suchy chleb. Trudny do przełknięcia nawet po namoczeniu w winie.

 

W każdej, nawet najmniejszej mieścinie stanęły tablice do naklejania ogłoszeń wyborczych. Krzywe, chybotliwe i pordzewiałe - jak stan włoskiej gospodarki.

 

To hasło wyborcze przeczytałam w witrynie sklepu z markowymi ubraniami w Arezzo:

"Głosuj na Alibabę - on ma przynajmniej tylko 40 rozbójników".

 

 

06:51, anitaes
Link Komentarze (6) »
środa, 13 lutego 2013
Wyszłam na pocztę ...

i zaraz wracam.

 

:)

 

Już mi się stęskniło.

P.S. Castello zrobione. Prawie.

09:45, anitaes
Link Komentarze (9) »
środa, 07 listopada 2012
Kurz i mgła.

Moje ulubione buty to Mary Jane Dr. Martensa.

Mają lekko przezroczysty, żółtawy spód i pasek zapinany z boku na małą sprzączkę.

Noszę je od lat, zamawiając co roku ten sam model.

Zawsze czarne, z jaśniejszym mocnym obszyciem.

Dziś rano spojrzałam na nie, stojąc na jasnej plamie słońca.

Przez otwarte okno zamkowej wieży wpływało rześkie, umbryjskie powietrze.

Poranne mgły rozpływały się na zielonych wzgórzach i znikały w powietrzu jak kurz.

Pomyślałam, że  w listopadowy dzień, słoneczny i chłodny jak dziś, widok z tego okna osiemset lat temu był pewnie taki sam.

Stałam bez ruchu a za moimi plecami Francesco walił młotem w ścianę.

W pokoju powoli robiło się coraz bardziej biało.

Moje buty zszarzały.

Pochyliłam się w końcu by chusteczką zetrzeć z nich pył.

Ten gest mnie zaskoczył.

To samo robiłam w Ostaszewie, potem w Sopocie, w Sansepolcro i Anghiari.

Papierowa chusteczka i czarne buty Mary Jane.

Teraz jestem w Umbertide.

Wokół mnie kurz i mgła - ulotni i nieustępliwi towarzysze ludzkich wędrówek.

umbra

 

20:08, anitaes
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16