|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Dzień kota.
Jak wiadomo, nic tak nie nudzi, jak niekończące się opowieści znajomych o ich wakacjach w tropikach, ich cudownych kotach i utalentowanych dzieciach. Zwłaszcza zdjęcia z wakacji wywołują u mnie napady paniki: zmarszczone od południowego słońca, niezidentyfikowane twarze, schodząca płatami skóra, wielbłądy i nieśmiertelne :"a to jest właśnie Kazik z rodziną". Dzieci, cudze i własne, zwłaszcza gdy dorosną i przestają przynosić z przedszkola świńskie wierszyki też tracą na atrakcyjności. Tym bardziej, że im stają się większe i bardziej samodzielne, tym większe zaczynają stwarzać zagrożenie w postaci demonstrowania własnych, wakacyjnych fotek. No dobra. Dziś napiszę o moim pierwszym kocie, chcecie? Nie? To posłuchajcie... /zieew.../ ...bo ponoć kilka dni temu był dzień kota. Zabawne. Zastanawiam się, jak świętuje się takie wydarzenie. Przecież koty i tak zawsze dostają to co chcą, bez względu na to czy to Dzień Matki, Barbórka czy Święto Zmarłych. Czym więc możemy je zaskoczyć? Nawet rozebranie się do gołego i wysmarowanie ciała walerianą nie poruszy ich zblazowanego, pogardliwego wzroku - w każdym razie jestem pewna, że moimi to by nie wstrząsnęło. Wracając do mojego pasjonującego... /zieew../ ...tematu. Ten pierwszy w życiu kot pojawił się u Gwiazdora domu, w wynajmowanym pokoju w Bydgoszczy. Został znaleziony zimą na ulicy. Niestety, nie pamiętam jego imienia, zresztą imię ma tu wartość wyłącznie sentymentalną. To były czasy, gdy nawet kotom się nie śniło, że istnieje gdzieś w świecie coś takiego jak kocia karma w kształcie myszek i żwirek do sikania, który zbryla się w regularne, wprost stworzone do zabawy kulki. My piasek przynosiliśmy ze znajdującej się nieopodal piaskownicy a po kocie żarcie stałam w kilometrowej kolejce w sklepie rybnym na Gdańskiej, by w końcu, po dojściu do lady, poprosić o pięć szprotek bo brak lodówki wykluczał robienie zapasów - choć znałam ludzi, o czym za chwilę, którzy mieli alternatywne sposoby na przechowywanie żywności. Piasek z piaskownicy był mokry i śmierdział po jednym dniu więc wymyśliliśmy sobie, że będziemy go suszyć w piekarniku. Choć mieszkanie było typową, komunistyczną komunałką, ze wspólną kuchnią, łazienką i czterema pokojami zajętymi przez cztery rodziny nie przyszło nam do głowy, że nasze kulinarne wyczyny mogą kogoś urazić. Wręcz przeciwnie. Mieszkali z nami: - wiecznie nawalony Gwiazdor, zakochany nieszczęśliwie w sąsiadce Hani, który jednak żył przykładnie ze swoim oficjalnym narzeczonym Kokotem, spieniężając wspólnie majątek pokoleń Gwiazdorów i który po każdym spieniężeniu urządzał orgie, podczas których tarzanie się nago w papierowych dziesięciozłotówkach było tylko wstępem do prawdziwej zabawy - my i od czasu do czasu nasi znajomi, manifestujący swój bliski związek z Bobem Marleyem wydzierganymi na szydełku czapkami przez ich nieświadome niczego babcie, dla których trawa to było, co jadły kury na podwórku - Hania ze swoim fioletowym od denaturatu mężem, który nocami sikał do szafy z ubraniami, bo po ciemku, wiadomo, łatwo się pomylić a poza tym każdy wie, co te wieczorne piwa potrafią zrobić z człowiekiem - no i ta rodzina ze wsi, która raz w miesiącu przywoziła stamtąd zapas mięsa i z braku lodówki trzymała je w kuchni w misce z wodą, dodam niezmienianą do następnej dostawy, na co nawet Gwiazdor, człowiek nawykły do rzeczy obrzydliwych reagował pawiem. Nasze cotygodniowe kocie wypieki były więc niczym rozkoszne dziecięce zabawy w piaskownicy bo na tle tego dostojnego grona i tak wydawaliśmy się nudni, konserwatywni i pozbawieni ekstrawagancji. Po tamtych doświadczeniach mogę powiedzieć jedno: żaden z tych wszystkich nowoczesnych żwirków o konsystencji pereł, z zapachowymi pudrem w opalizujących barwami różu i błękitu nie może równać się do naszego wypalanego godzinami piasku. To było po prostu czyste złoto. Kot był czarny i nie powiem, sympatyczny. Uwielbiał skakać na klamkę, co w końcu doprowadziło do naszego rozstania. Tak naprawdę to na tę klamkę zaczął skakać, gdy kiedyś ktoś pineską przypiął za ogon szprotkę do drzwi - nie znam nazwiska tego drania - i od tego dnia kot przestał jadać z miski. Siadał pod drzwiami i darł się, zmuszając nas do zachowań nagannych i kulturowo nieakceptowalnych - do przypinania ryb... /oooo!../ ...martwych ryb, proszę się uspokoić - do zabytkowych, secesyjnych drzwi Gwiazdora. W końcu pewnego dnia kot poznał mechanizm działania klamki, zawisł na niej, otworzył sobie i spieprzył do lepszego, wolnego życia, gdzie, mam nadzieję żył długo i szczęśliwie, o ile wcześniej nie zdechł z głodu, polując na rzecz nieistniejącą w przyrodzie, czyli wiszące głowami do ziemi szproty. Ale zanim uciekł, uratował nas, Gwiazdora i całą resztę tego doborowego towarzystwa przed spłonięciem jak szczapki. /zieeew...zieeew../ Żelazko od mojej babci było porządne, przedwojenne i ciężkie, z żeliwną okrągłą podstawką. To było żelazko, które służyło do prasowania: nie pluło wodą, nie buchało w twarz parą i nie mrugało zawistnym okiem. Było bezkompromisowe: gdy się je włączyło do prądu, za pomocą kabla w brązowej, bawełnianej koszulce to grzało i grzało i grzało, do czerwoności i nie przestawało, dopóki kontakt z ebonitu tkwił w gniazdku. Żelazko, z braku miejsca stawiałam na drewnianej podłodze i mogło się tak zdarzyć, owszem, nie przeczę, że wychodząc zapomniałam je wyłączyć. I właśnie wtedy ten bohaterski, bezimienny kot zaczął jak wściekły rzucać się na drzwi, mimo braku ryby, celem, oczywiście, ucieczki. Hania w tym czasie była w kuchni, przypuszczam, że musiało to być zaraz po dostawie świeżego mięsa ze wsi, bo w przeciwnym razie zielona zupa z muchami w środku nie pozwoliłaby jej na trzeźwe reakcje. Domyśliła się, że za naszymi drzwiami dzieje się jakiś dramat i, to było z jej strony mistrzowskie połączenie logiki i zimnej krwi, wyłączyła bezpiecznik. A potem, za jakiś czas znów go włączyła a ponieważ kot znów wpadł w szał, definitywnie wykręciła korki. Proszę nie spać... ...bo chyba się wzruszyłam. Nigdy tak o nim nie myślałam, o tym naszym pierwszym kocie ale właśnie teraz dotarło do mnie, że to przecież był bohater, dzielny mały strażak, bezimienny obrońca pokręconych lokatorów z ulicy Śląskiej w Bydgoszczy no i tej wielkiej miski z mięsem zaprawionym tłustymi muchami. To smutne, że nigdy za swój czyn nie dostał żadnego orderu lub choćby królewskiego karpia przybitego porządnie gwoździem do drzwi o skrawku zgniłej karkówki z miski nie wspominając. Niech więc ta notka będzie moim podziękowaniem za opisany wyżej wyczyn i dowodem jego niezwykłego hartu i odwagi. Choć mam nadzieję, w cichości ducha, że pozostał po nim jeszcze wypalony na podłodze ślad, okrąg, idealnie pasujący, co za zbieg okoliczności, do podstawki babcinego żelazka, o ile oczywiście ktoś, nieświadomy znaczenia tego znaku, nie zcyklinował go bezdusznie, na zawsze wymazując dowód obecności tego walecznego kocura w tamtej bydgoskiej kamienicy w 1985 roku. sobota, 18 lutego 2012, anitaes
Komentarze
56b.pl
2012/02/18 22:00:47
Dzień kota!!! Rozwiązałaś zagadkę zniknięcia naszego Maciusia. Dzisiaj wrócił po pięciu dniach nieobecności. Balował tyle dni ? Myślałam naiwnie, że to wiosna...
2012/02/19 10:01:31
Pamiętam czasy suszenia piasku w piekarniku, a jakże! Po roku latania jak kot z pęcherzem za ładnym piaskiem i regularnym wypalaniu w piekarniku wpadłam na pomysł racjonalizatorski i...załatwiłam w stolarni drobne trociny. Jezu, jakaż to była ulga. Ani nie śmierdziało tak mocno, no i było lekkie. A w kolejce stałam zazwyczaj po płucka. To były czasy, nie?-)))
Gość: Pellegrina, host-89-230-79-36.rzeszow.mm.pl
2012/02/19 12:38:51
Nie mam i nie miałam kota i już to samo stawia mnie poza nawiasem połowy społeczeństwa. Ale czasem marzę o czarnym lub siwym szelmie, niezależnym i samorządnym jak Ja.
Gość: joa, 89.174.100.8*
2012/02/19 14:40:48
Pellegrina : a co ja mam powiedzieć?Nie miałam,nie mam i nie znoszę kotów :( Wobec tego, czy w ogóle jestem :) A piszę komentarz,bo przesmaczne rogaliki ze śliwką i "Lavazzą" parzoną po barbarzyńsku :) ,stają mi w gardle na obrzydliwie sugestywny opis karkówki w wodzie :ooooo! Pani Anito....
2012/02/19 14:49:11
Co ja mogę powiedzieć? Życie ma wiele barw, woda w kolorze zielonym, z pływającym w niej białym mięsem jest jedną z nich. Rogaliki...złociście rumiane...też.
Gość: kazia, 87.246.233.6*
2012/02/19 20:44:59
kot by się uśmiał z tego święta!
Chcę jednak o czym innym...Pani Anito! odkryłam Pani książkę "Dom w Toskanii", przede wszystkim jednak Panią całkiem niedawno, jestem pod wrażeniem!!! 2012/02/19 23:08:10
A ja kocham koty od zawsze. Do Ciebie trafiłam od Li, podczytywałam czasem, ale to, co dałaś dzisiaj... to miód na moje redaktorskie serce. Po prostu BARDZO dobrze piszesz. Miałam nawet moment zazdrości. Ania M.
2012/02/20 08:15:07
11aniamat: który moment? Muszę to z Tobą omówić. Odezwij się na maila, bo chyba spadłaś mi z nieba.
kazia: obawiam się, niestety, że takich wrażeń będzie więcej. Pozdrawiam! 2012/02/20 11:47:03
Wiesz, moment zazdrości to moment w moim odbiorze Twojego tekstu, a dotyczył tegoż w ogólności. Ale to raczej pozytywne uczucie. Zredagowałam masę książek i czasami mam taki moment zatrzymania, że to jest to, że właśnie tak chciałabym pisać.
I dopiero przed chwilą zorientowałam się, że jesteś autorką książki - wczoraj przeżywałam więc bez "uprzedzeń". Odezwałam się na maila. I teraz - oprócz zazdrości - nurtuje mnie ciekawość :) Ania M.
Gość: , 85.222.119.16*
2012/02/20 20:36:51
Jako dziecko miałam wyłącznie psy, ale marzyłam o Kocie. Kot pojawił się jako rekompensata za pójście mojego dziecka do przedszkola była to czarna kotka Królewna, która skutecznie skakała na plecy kolegom, którzy będąc w gościach u syna chcieli mu coś zabrać lub go popchnąć.
Nie wyobrażam sobie domu bez kota,mruczenia, jego nachalności bycia blisko, kocie fochy to dopiero zabawa! A szczytem jest gdy Kot siada tyłem do nas na środku pokoju, gdy jest obrażony. Nie odważyłam się na spacer ze smyczą, choć widuję koty .na "uwięzi"! 2012/02/23 07:06:02
Co za swietne teksty !!!! Ostatnio bylam na etapie obrazkow, bo do konca czytania nie moglam dotrwac, ale TY.....czytalam jednym tchem !!!!
Niech zyja koty !!!! |