Blog > Komentarze do wpisu
Świeża krew czyli wampirzym dosięgam ich lotem...

Był taki kryminał Joe Alexa pt. "Cichym ścigałem go lotem". Niestety, nie pamiętam fabuły, bo nie dość, że przeczytałam to w wieku ośmiu, może dziesięciu lat, to w tym czasie zaliczyłam jeszcze z pięćdziesiąt innych kryminałów, które skusiły mnie mroczną czernią okładek i tajemniczym kluczykiem nadrukowanym na grzbiecie, a opowiadane w nich historie zbiły się w mojej małoletniej głowie w jedną, krwawą masę.

Cóż, każdy jakoś zaczynał, ja rozpoczęłam poznawanie świata od jego ciemnej, okrwawionej strony, co nie przeszkadza mi teraz dostrzegać jasnego słonka na niebie i niewinnych przebiśniegów. Straszyły, fascynowały i targały mną nie tylko zatrute winogrona Alexa, wirujące stoliki Agathy Christie czy poćwiartowane trupy. Chłonęłam też zachłannie, jak gąbka krew, wszystkie traumy dziewcząt z Nowolipek oraz beznadziejne losy amerykańskiej biedoty w książce Joyce Carol Oates, która zresztą do dziś pozostała moją ulubioną pisarką. Komedia mieszała się z groteską, horror z dramatem a historia techniki z romansem. Mimo tych wstrząsających przeżyć mogę z całą stanowczością powiedzieć, że to wczesne czytanie tylko wzmogło mój apetyt na literaturę ale też zdecydowanie osłabiło chęć zaznajamiania się ze szkolnymi lekturami, które zawsze wydawały mi się kompletnie pozbawioną jaj szmirą, wyssaną z wszelkich uczuć i treści jak jelita zabalsamowanej kobiety*.

*takie porównania to oczywiście pokłosie wczesnodzięcięcych lektur.

Brak emocji przy czytaniu zabija czytanie - ta oto maksyma towarzyszy mi od rana, gdy zaczynam dzień od przeciągnięcia się do zgrzytu kości, a zaraz potem od kawy, koniecznie z mlekiem. Czytanie moich ulubionych blogów jest następne w kolejce. Te blogi to żadne smętne powiastki dla grzecznych dzieci; szukam takich w których palą się gorące uczucia, które mają wyraziste smaki i krwisty charakter, jak chińskie śniadania czy befsztyki florenckie. W których jest ogień, pasja i wachlarz intensywnych emocji, od najczarniejszej czerni do najświętszej bieli. Tak, zbyt wysublimowane lub gładkie blogi są nudną, chłodną kreacją a przecież życie składa się z gorącej krwi i zimnego potu, czasem z domieszką zmrożonej wódki, a nie z jedwabnej chusteczki na kształtnej głowie blogerki Kasi Tusk.

Zaczynam od Krakowa, by sprawdzić, co porabiają koty Li i czy ona sama poprzedniego dnia znalazła na krakowskim rynku bajeczne szczęście, lub coś wręcz przeciwnego, jakąś ludzką, śmierdzącą ohydę. Wiem, że cokolwiek to nie będzie, czy to pety we własnej umywalce, tajemniczy nieznajomy w kolejce do okienka bankowego czy przyjaciółka z gajem oliwnym, Li opowie to światu a świat się nad tym pochyli, z zupełnie nieświatowym zainteresowaniem. W tej opowieści jest i śmiech i łzy i ostatni bigos Dżordża ugotowany przed śmiercią a także złość, tupanie na zły świat oraz gwałtowne i otwarte serce i przepis na zupę z dyni.

Potem wpadam do Warszawy, w sam środek korporacyjnego piekła, takiego prawdziwego, z piekła rodem w dodatku zmieszanego z lodowatą, trudną do ogrzania pustką w sercu i przyglądam się  tej nierównej walce i liczę kolejne rany, zdobyte przyczółki oraz krótkie rozejmy i czekam cierpliwie jak widz w kinie na dobre zakończenie, mimo, że nic nie zapowiada happy endu. Coś mi jednak mówi, że wino - słodkie, wytrawne czy zwykły sikacz, to nie ma tu znaczenia, bo liczy się  czerwona furia - w końcu zostanie wypite, bez specjalnej dystynkcji, prosto z gwinta a zaraz potem poleci butelka, pusta i ciężka i roztrzaska się z przyjemnym brzękiem na głowie ssąco-tnącego potwora zwanego korpokupą i rozlegnie się wesołe pogwizdywanie, a potem zacznie się swobodna, lekka wędrówka w siną dal...dal...dal...

W Irlandii, nad Tramore żyje coś niezwykłego, gorącego i ruchliwego, coś co przypomina mi kudłatego, mokrego szczeniaka na pustej plaży pełnej cudownych patyków - po prostu czysta energia i ciekawość świata, w dodatku rozrzucająca onomatopeje jak alergik zużyte chusteczki. Grzeję się trochę przy tym ciepłym futrzaku, otrzepuję z sypiącego się na mnie piasku i zastanawiam się nad tym skąd w innych tyle ognia, gdy mnie do radosnego życia wystarcza jedynie wygodny fotel, płonące szczapki w kominku i święty spokój... i dobre wino.. kawa... książki... filmy z lat 70-dziesiątych... kurczaki bez antybiotyków... dżem jagodowy... Malaga... pomarańcze Navel...turbot z koprem... miękkie ręczniki... słońce w kuchni...krewetki z rukolą... chałwa Koska....

Jak już jestem na wyspach, to zaglądam do miejsca, gdzie toczy się powolna historia z morzem w tle, opowiadana z głębi męskiego serca, pragmatycznego, choć skłonnego do wzruszeń, serca, dodam, które czasem potrafi zapłakać nie kłamiąc wszem i wobec, że to północny wiatr szczypie w oczy. Pociąga mnie ten horror zmieszany z romansem, no bo jak nazwać gatunek, w którym bohater powieści, szarpany przeciwnościami losu, przewracany i tarmoszony jak trumienna poduszka przez obudzonego pod ziemią umarlaka wciąż jednak wstaje, otrzepuje się i z uporem dąży do własnego domu na wodzie?

Potem  wracam do miejsc gdzie się rozmarzam, i pławię, i wzdycham, krótko mówiąc do miejsc, które zawsze wydają się być lepsze, bo nas tam nie ma. Zaszywam się tam na chwilę, a nawet na pięć, w bieli bielszej niż śnieg, czystej i nieskalanej jak moja dusza, zanim sięgnęłam po pierwszą książkę z kluczykiem na grzbiecie i podziwiam, podziwiam, i znów podziwiam a potem z niezrozumiałym nawet dla siebie samej westchnieniem dalej podziwiam...choć wiem, że białe wnętrza mają to do siebie, że trudno je sprzątnąć, zwłaszcza, jeśli trzeba usunąć z nich krew i mózg, o czym wie każdy seryjny, skandynawski morderca patroszący z rozmachem swoje ofiary.

W kubku widać dno a na drugą kawę jeszcze za wcześnie, i w głowie mi szumi i ściska w żołądku, i odganiam te cudze emocje jak muchy, bo jęczą mi do ucha nieprzerwanie przez cały ranek a czasem nawet do samego wieczora. Siedzą w głowie, drapią w czaszkę, podnoszą ciśnienie, łaskoczą jak piórko pod nosem, grzeją przyjemnie kości niczym słońce reumatyków i dławią łzawo w gardle. Ale, przecież bez emocji nie pisze się dobrych historii, czy już o tym mówiłam? Jutro więc znów tam wrócę, jasne że wrócę, choćby po to, by napić się, swoim dziecięcym zwyczajem, siorb, siorb, świeżej krwi i skubnąć, mniam, mniam, świeżego mięska.

wtorek, 10 stycznia 2012, anitaes

Polecane wpisy

  • fragile, fragile

    dla stęsknionych: witajcie w kartonowym świecie wróciłam

  • Epilog.

    Żegnanie się z domem to trochę jak wypuszczanie dziecka w świat. Z nadzieją, że da radę. Że jest mądre i silne. Że sobie poradzi sobie. Że spotka na swojej drod

  • Do widzenia, moi drodzy.

    Nie mówię "żegnajcie", bo przecież nigdy nic nie wiadomo. "Żegnajcie" ma w sobie gorzki smak ostateczności, a ja nie wierzę w ostateczność. ... Przeczytałam wcz

Komentarze
Gość: TaTa, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/01/10 21:17:30
Chałwa, dziewczyno, chałwa...
-
anitaes
2012/01/10 21:26:12
w rzeczy samej...ale też smaczna:)
-
Gość: TaTa, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/01/10 21:41:25
Chyba nawet lepsza ..:)
-
Gość: Li, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/01/10 22:13:55
ściskam Cię emocjonalnie i całuję gorąco! Wzruszonam...:)
-
slowapolwytrawne
2012/01/10 22:26:04
W filmach brak happy endu wydaje się na ogół bardziej głęboki, niosący przesłanie, mocny i ważny. W moim filmie mogę jednak zgodzić się na nieco różowego kiczu. Będzie happy end, musi :-)
Dzięki!
-
Gość: kinga, *.ists.pl
2012/01/10 23:10:04
A ja do porannej kawy polecam bardzo bardzo: abnegat.blogspot.com/ Odkryłam nie tak dawno i wsiąkłam totalnie. Co prawda jeszcze przez całe archiwum nie przebrnęłam, bo pan doktor solidnie codziennie nowe notki zamieszczał, ale historie są tak smakowite (zwłaszcza wspomnienia z pogotowia), że tylko się cieszę, bo mi lektury nie braknie.

A na zimowe wieczory Alice Munro. Też odkryłam dopiero niedawno ((aż wstyd), ale pokochałam miłością szaleńczą i głęboką. Lekturę dawkuję sobie, czytam po jednym opowiadaniu, tak smakuje lepiej.
-
Gość: Gaia, 109.78.72.*
2012/01/11 11:22:37
a wiesz, ja nadal bez kawy (jeszcze przez okolo miesiac) i poranne czytanie blogow to nie to samo, herbatka ziolowa NIE PASUJE, ani do mnie ani do blogow, ale kobylka u plota rzy i nogami grzebie, wiec tego ten...ufffff... poczekam no :)
i sie wzruszylam tez
:))))))))))))))))))))))))))))))))))))
i przysiegam przysiegam przyloze sie do mojej ksiazki, zeby ja wydac przed czterdziestka (rok i trzy mieisace ;p) i bedzie tam wszystko, co jest tu :) i po raz kolejny ZAPRASZAM, na Tramore i na lomi :)
a chalwa jest DOBRA (mniam), ale tu tez kobylka mi tanczy, wiec juz cicho ! ;)
-
anitaes
2012/01/11 14:48:28
Alice Munro mnie tak uwiera, że nie jestem wstanie jej czytać. Świetna, ale po jej lekturze to tylko gałąź i sznur.
Ognik, daj ty spokój z tą kawą, przyjemności są najważniejsze, dopiero potem pokuta i bicze.
Słowa półwytrawne, nie zapomnij o różowych uszkach króliczka i lateksowych rajtkach - pierdolnąć trzeba z rozmachem!
-
Gość: Gaia, 109.78.72.*
2012/01/11 15:30:04
APAGE SATANAS!!! ja tu silna wole cwicze!!! :ppppppppppp
-
anitaes
2012/01/11 16:07:34
Dobra kawka, pachnąca....mniam....
Nie lepiej ćwiczyć mięśnie brzucha? Przynajmniej będzie widać...:)
-
Gość: M, *.acn.waw.pl
2012/01/11 16:22:37
Z gustami się nie dyskutuje, ale właśnie uzmysłowiłaś mi to, że nudzi i mierzi mnie literatura, no dobrze, książka w której dzieje się mało. Pięćdziesiątkę mam ale do romansów się nie palę, tasiemcowe seriale też nie, ale jak w środku się gotuje, to czytam. Czytam w metrze i przed snem i na leżaku przy turkusowej wodzie. Wartość literatury, to moja subiektywna ocena. Dlatego zgadza się z Tobą to ja mam się czuć z tym dobrze. Banda snobów czyta ale często nie rozumie co "autor miał na myśli"to jest to "mieć a nie być". W gonie znajomych, nie raz usłyszałam odpowiedź a XYZ mówił, że dobra książka. To tak jak np. z Żeromskim jedni go uwielbiają inni nienawidzą za stosunek do kobiet. To też argument. Najważniejsze czytajmy, także blogi. Przemyśliwam nawet nad zakupem elektronicznego czytadła,/bez zapachu nowej książki/ale bez konieczności pomieszczenia ich na półkach. A lektury, no wiele z nich przeczytałam wcześniej niż były w wykazie. Mój syn przed maturą ni w ząb nie rozumiał języka "Chłopów", ale wciągnęli go już w podstawówce Krzyżacy czy Kamienie na szaniec. I co i całkiem mądry facet! Masz racje taki czas, takie potrzeby!
-
Gość: Lola, *.ph.ph.cox.net
2012/01/11 16:47:36
Witaj Anito,
Wyjde wiec zza firanki po przeczytaniu ostatnich dwoch notek. (Gdy trafiam na nowe blogi, mam wrazenie, ze ludzie piszacy kometarze i wlasciciel bloga sie znaja, pija razem ta poranna kawe i glupio sie wtracac.) Trafilam tu od Li i na poczatku Cie lubilam, potem lubilam bardzo, a teraz moge Ci wyznac milosc. Piszesz wspaniale , a jak jeszcze dorzucisz zdjecia to juz mamy do kawy caly deser.
Pozdrawiam z Phoenix
-
anitaes
2012/01/11 16:52:15
M: ale ja nie pisałam, że jak się mało dzieje to kit. Ja napisałam, że kit, jak nie ma emocji, a emocje to nie strzelanina i pościgi samochodowe, no nie? Pozdrowienia dla synka.
-
anitaes
2012/01/11 16:57:20
Lola, ja z tych co tu komentują nigdy nikogo na oczy nie widziałam, co nie przeszkadza mi traktować ich jak dobrych znajomych, co to niejedną moją tajemnicę poznali, jak choćby miłość do hałwy, ups, chałwy. Pozdrawiam i dziękuję za wyznanie miłości, dawno nikt mi nie mówił, że mnie kocha, więc będzie jak znalazł:)
-
Gość: Gaia, 109.78.72.*
2012/01/11 23:32:41
alez kochana ja na miesnie brzucha tez cwicze :p to taka calosciowka jest
a dni do kawy odliczam: Maroko=KAWA :D
i jeszcze Ci powiem jakam twardsza niz Roman Bratny: zrobilam kawe Pieknemu i Jego Dziewczynce, dolozylam po BOSKIM muffinie czekoladowym z GreenMana a sama saczylam herbatke biala waniliowa! ha! i pekam z dumy :D
-
bea-sjf
2012/01/12 12:55:51
Na białe wnętrza skutkuje metoda Dextera- folia, folia i jeszcze raz...
Muszę teraz pamiętać, by obok komputera nie stawiać czosnku, pij dziecinko, na zdrowie i wenę, kto wie, może urodzi się z tego jakiś skandynawski kryminał:).
Dzięki za Twoje pisanie!