Blog > Komentarze do wpisu
Zielone oko.

Spadł właśnie pierwszy śnieg. Wszystkie szczyty Apeninów są białe, choć w dolinie jest jeszcze zielono. Patrzę na nie i przypomina mi się pewna rzecz, która prześladuje mnie od dzieciństwa.

Pamiętacie wielkie, skrzynkowe radia ze świecącym okiem? Takie radio stało w naszym domu gdy byłam małym dzieckiem. Potrafiłam godzinami się nim bawić, wpatrzona w niezwykłe nazwy miast, wydrukowane na czarnej szybce. Radio miało przyjemne w dotyku, duże klawisze, które przypominały mi wtedy kwadratowe zęby jakiegoś łagodnego stwora. Były w kolorze ciepłego mleka, jak klawisze fortepianu, tyle tylko, że przy nacisku wydawały z siebie głośne 'klik" zamiast muzycznych dźwięków. Powiedziano mi, że zmieniają długość fal, co natychmiast chciałam sprawdzić, wciskając je jeden po drugim; wyobrażałam sobie, że za ich naciśnięciem fale morskie gdzieś w dalekich oceanach zmniejszają się i zwiększają według mojej woli.

Skrzynka zrobiona była z bursztynowego, polakierowanego drewna, tak idealnie gładkiego, jakby stworzono ją z myślą o głaskaniu. Narożniki były mocno zaokrąglone, pozbawione ostrych kantów, co przywodziło na myśl kształt Syrenki sąsiada, stojącej na podwórzu. Front radia w górnej części pokryty był twardą, beżową tkaniną w drobną, wypukłą kratkę w takim samym odcieniu, pod którą, dokładnie na środku bębniło jakieś kapryśne serce. Czasem były to mocne, regularne uderzenia, zwłaszcza, gdy grała muzyka, a czasem tylko puknięcia, gdy spiker mówiąc akcentował bardziej p lub b. Miałam wiele okazji, by poznać ten rytm: często przykładałam otwartą rękę do materiału - radio stało tuż obok mojego łóżka -i  spędzałam tak wiele czasu, bo z nadejściem każdej kolejnej zimy chorowałam, jak zawsze, na zapalenie płuc.

Poniżej tkaniny, oddzielającej ją błyszczącą listewką z żółtego metalu - wtedy myślałam, że jest z prawdziwego złota - była czarna szybka. Na niej nadrukowane były nazwy dalekich miast, ciasno, blisko siebie, we wzór tworzący dziwne, poustawiane jedna za drugą jodełki. Te nazwy brzmiały tak egzotycznie i pięknie, że jeszcze długo potem marzyłam, by mieć na imię Lizbona lub Cairo. Podobała mi się też Barcelona, ale niestety, nie wszystkie dziecinne marzenia się spełniają, co dzisiaj potrafię docenić.

Kręcąc dużym, rowkowato pociętym pokrętłem po lewej stronie - to po prawej było do regulowania głośności - przesuwałam pionową, pomarańczową kreskę, która wędrowała od jednej strony szybki do drugiej, a ja mijałam kraje i kontynenty i zmieniałam języki i muzykę. Towarzyszył temu trzask i szum, jak urzeczywistniony odgłos wielkich odległości. Ten dźwięk zawsze potem kojarzył mi się z pokonywaniem przestrzeni - mały ruch ręką - szum - i jesteśmy w Londynie. Jeszcze jeden, minimalny - trzask - i mamy Rzym. Magia.

Ale najbardziej niezwykłe było oko. Zielone, jaskrawe, otoczone złotą obręczą, świeciło w ciemności, obojętne na wszystkie ludzkie sprawy. Zaglądałam do niego wiele razy, pewna, że to tam kryje się wszystko co najważniejsze, ale oprócz szklanej przezroczystej źrenicy nie widziałam nic. Byłam przekonana, że za jego sprawą można zobaczyć te tajemnicze światy, ukryte z drugiej strony: Cairo, Lizbonę, morskie fale, śpiewaków, orkiestrę i szum drogi, ale oko nie chciało odsłonić niczego.

Było zimne, martwe i niechętne. Oślepiało, jakby chciało mi dać do zrozumienia, że za ciekawość trzeba zapłacić: tańczącymi przed oczyma, zielonymi kręgami, które nie znikały nawet po długim mruganiu. Tak, oko było tym, co mnie dręczyło przez całe wczesne dzieciństwo. Za oknem śnieg, ja znów chora, z gorączką i to oko, jak ze złośliwej bajki: powiedz tylko zaklęcie jeśli je znasz a zobaczysz co kryję.

Nie znałam zaklęcia. Nikt go nie znał, co szybko odkryłam i co wtedy mocno nadwyrężyło moją wiarę w dorosłe autorytety: jak można nie szukać zaklęcia, skoro pozwoli ono dojrzeć cud? Dorośli wydali mi się wtedy zupełnie beznadziejni, mimo że zdobywali skądś pomarańcze, czekolady i gotowali mi ulubiony ryż na gęsto, z cukrem, masłem i cynamonem.

Radio zniknęło pewnej wiosny, podczas przeprowadzki i nigdy nie wróciło. Potem zastąpił je mały tranzystor, do którego zupełnie nie miałam serca: nazywał się Koliber i był niepoważny w tym swoim skórzanym perforowanym ubranku. Moje zielone oko zostało ze mną na zawsze i dręczy mnie, zwłaszcza zimową porą, gdy pada pierwszy śnieg. Tyle tajemnic nie zostało nigdy odkrytych: Cairo, wzburzone fale w oceanie, szumy i trzaski i muzyka wygrywana na trąbce. Ech...Macie swoje zielone oko? Na pewno macie, każdy ma...

wtorek, 20 grudnia 2011, anitaes

Polecane wpisy

  • fragile, fragile

    dla stęsknionych: witajcie w kartonowym świecie wróciłam

  • Epilog.

    Żegnanie się z domem to trochę jak wypuszczanie dziecka w świat. Z nadzieją, że da radę. Że jest mądre i silne. Że sobie poradzi sobie. Że spotka na swojej drod

  • Do widzenia, moi drodzy.

    Nie mówię "żegnajcie", bo przecież nigdy nic nie wiadomo. "Żegnajcie" ma w sobie gorzki smak ostateczności, a ja nie wierzę w ostateczność. ... Przeczytałam wcz

Komentarze
2011/12/20 18:55:06
Z zapaleniem pluc nie ma zartow, wspolczesnie tez leczy sie je w szpitalu, jak kiedys, nie ma mowy o lezeniu w domu, tylko zapalenie oskrzeli, koklusz, angine i grype mozna bylo wylezec w domu; takie radio pamietam i mam do dzis, przechowane w moim pokoiku, u rodzicow, nie zabralam go ze soba, mogloby zle zniesc podroz na trasie Warszawa-Amsterdam, ale odwiedzam je.
Pozdrawiam:)
-
Gość: OLQA, *.cable.smsnet.pl
2011/12/20 19:06:27
ja zaglądałam w głąb przez literki, bo długo wierzyłam,że można zobaczyć tam grających artystów,teraz pomimo spalonych lamp radio nadal stoi w naszym wiejskim domu i budzi wspomnienia:)
-
Gość: demonwsieci, *.mobileinternet.proximus.be
2011/12/20 19:23:14
mnie tez sie zebralo dzis na wspomnienia ( na moim blogu). "must be something in the air"... moim zielonym okiem jest widok z okna mojej sypialni z czasow dziecinstwa. co noc zasypiajac widzialam rozswietlony ... palac kultury (w warszawie). tak,niestety. ale wtedy byl dla mnie rownie magiczny jak zielone oko twojego radia. ta bogato zdobiona sylwetka. te tajemnicze przejscia w srodku. basen w palacu mlodziezy, ktory wydawal sie jak zywcem wziety z amerykanskiego filmu. korytarze wylozone ciemnym fornirem. marmurowe posadzki. i tzw. ogrod zimowy . wielka przestrzen ze szklanym sufitem i egzotycznymi roslinami oraz fontanna - niczym z bajki, gdzie mialam zajecia plastyczne. a oprocz palacu widzialam z okna skrzyzowanie marszalkowskiej i swietokrzyskiej i ludzi jak mrowki ( mieszkalam raptem na siodmym pietrze) i po raz pierwszy samochod z nowego, lepszego swiata - polonez! mam jeszcze wspomnienia wiejskie ( mazowiecki pola i lasy), ale o tym moze innym razem ;-) a teraz - pozdrawiam przedswiatecznie,marta .
-
slowapolwytrawne
2011/12/20 21:56:11
Mój ojciec zamykał sie ze mną w ciemnym pokoju, włączał to zielone oko, ale wyciszał dźwięki i opowiadał mi bajki o Tralabombie.
-
Gość: ardiola, *.adsl.inetia.pl
2011/12/24 15:26:19
Witam swiątecznie z blyszczacymi swiatelkami dookola,
a ja sluchalam glosnika, pamietam audycje Lucjana Kydrynskiego, tak bylo jakby elegancko wtedy w kuchni. A teraz jak czasami wsiade w autobus wieczorem po moim rodzinnym miescie i widze przymglone swiatla, to mi sie tak czas cofa, szczegolnie w tych dzielnicach, ktore malo sie zmienily. I jade na spotkanie jakis odleglych czasow, kiedy rodzice mnie gdzies wozili. A tak w ogole, to nie lubie wspominac tamtych dawnych lat, umarlego czasu dla mnie, odkad nie zyja moi rodzice i ich rodzenswtwo.
Milych Swiat!