Blog > Komentarze do wpisu
Miłe bujanie nad miastem.

W święta została otwarta dla zwiedzających dzwonnica przy katedrze. Wróciliśmy natchnieni z Asyżu i postanowiliśmy wdrapać się na górę. Najpierw schodami stromymi jak drabina, po drodze mijając głośno grające organy, gdzieś blisko za maleńkimi jak dla krasnoludka drzwiczkami. Potem bardzo wąskim przejściem na samą górę, po drodze podziwiając freski przy kamiennych sklepieniach. A w jednym z ostatnich pomieszczeń zaskoczeni przechodzimy obok stołu zastawionego ciastem i winem, bo to drugi dzień świąt. Obsługa dzwonnicy też ludzie i swoje święta mają.

Na górze widok przepiękny, słońce zaszło chwilę wcześniej, po porannych deszczach niebo zupełnie czyste, żółto-granatowe, a w tle zarys wzniesionego na górze miasteczka Anghiari. A nad naszymi głowami stare, piękne, prawdopodobnie jeszcze gotyckie dzwony i drewniana, solidna konstrukcja dzwonnicy. Któryś z krzątających się tam panów zaproponował, byśmy poczekali 20 minut, do 18.00. Zobaczymy wówczas jak to wszystko działa.

Było zimno, więc zeszliśmy do salki poniżej, gdzie za chwilę zostaliśmy poczęstowani winem własnej roboty i ciastem, które upiekł jeden z dzwonników. Winko było młode, miesięczne i zaszumiało. A zaraz potem wszyscy ze wszystkimi gadają, życzą sobie wesołych świąt, choć od razu widać, że te kilka osób, dzwonnicy i my to ludzie zupełnie przypadkowi.

Potem weszliśmy lekko wstawieni na górę i mogliśmy popatrzeć i posłuchać z bliska, to co codziennie słyszymy z wież kościelnych. W sumie grały cztery dzwony, do czego potrzebnych było pięciu facetów. Najpierw kolejno je uruchamiali, potem liną związali wszystkie serca ze sobą , by ostatecznie na koniec dzwonił jeden największy, poruszany nie jak pozostałe, sznurem, ale nożnie, przez dwóch dzwonników. Aby się rozkołysał, musieli wejść na górę, i depcząc każdy ze swojej strony na drewnianą belkę, doprowadzali do tego, że dzwon stawał dęba. A w tym czasie trzy pozostałe, połączone stalową linką, wydzwaniały melodię, graną przez najstarszego dzwonnika, prawdopodobnie kościelnego.

Niesamowite jest to, że wszystko co oglądaliśmy, każda czynność, jest niezmienne prawdopodobnie od setek lat. Zmieniją się tylko ludzie, ich stroje, może trochę język. A wieża za każdym wzlotem wielkiego dzwonu chwiała się wyczuwalnie, mimo, że zbudowana z solidnych ciosów kamiennych. Początkowo uznałam że to wpływ młodego wina, ale gdy sami dzwonnicy kazali nam przyłożyć ręce do muru, by poczuć chwianie, wiedziałam, że bujamy się naprawdę. A winko było miłym znieczulaczem, by stracić orientację, co tak naprawdę wesoło się chwieje: my, wieża czy dzwony?

miastobujaniewidok nicedzwonienie

poniedziałek, 28 grudnia 2009, anitaes

Polecane wpisy

  • fragile, fragile

    dla stęsknionych: witajcie w kartonowym świecie wróciłam

  • Epilog.

    Żegnanie się z domem to trochę jak wypuszczanie dziecka w świat. Z nadzieją, że da radę. Że jest mądre i silne. Że sobie poradzi sobie. Że spotka na swojej drod

  • Do widzenia, moi drodzy.

    Nie mówię "żegnajcie", bo przecież nigdy nic nie wiadomo. "Żegnajcie" ma w sobie gorzki smak ostateczności, a ja nie wierzę w ostateczność. ... Przeczytałam wcz

Komentarze
2009/12/31 18:23:33
O, jaki ciekawy blog! Z przyjemnością poczytałam. Dobrego roku:)
-
2010/01/01 18:07:04
Ja tez czytam z przyjemnoscia i zycze Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku !