Blog > Komentarze do wpisu
Anniversario czyli rocznica.

Dziś mija pierwsza rocznica zakupu naszego domu w Sansepolcro a druga naszej wyprawy w poszukiwaniu nieruchomości w Toskanii. To nastroiło mnie do małej refleksji i spowodowało, żę postanowiłam zanotować tę historię, jeśli znajdę czas pomiędzy skrobaniem ścian a gotowaniem obiadów dla K. i naszych polskich robotników. Dni pędzą jak szalone i za chwilę zapomnimy, jak to się zaczęło.

A zacząło się w 2007, po cudownych wakacjach w Sienie i na Elbie. Wtedy właśnie, zdziwieni własną nieroztropnością, postanowiliśmy rozejrzeć się za jakimś domem we Włoszech. W naszych życiowych planach był pomysł, by zamieszkać za granicą, ale myśleliśmy raczej o Danii, gdzie życie jest przewidywalne i bardziej poukładane niż w Polsce. Włochy od Danii dzielą kulturowe lata świetlne, łączy je tylko umiłowanie do dobrej kawy, ale to za mało, by stwierdzić, że wybór nie ma znaczenia.

W końcu, jesienią 2007, po przejrzeniu setek ofert nieruchomości i długich rozmowach, postanowiliśmy, że szukamy dla siebie miejsca na stałe. Żadnych półśrodków, prób, sprawdzania, wiercenia dziury piętą w podłodze - klamka zapadła. Sprzedajemy nasze mieszkanie w Sopocie, bierzemy kredyt, nabieramy powietrza i rzucamy się głową do przodu. Oczywiście, nie sprawdziliśmy, czy w tym basenie jest woda.

W sumie pięć wizyt, poczynając od pierwszej na przełomie listopada i grudnia 2007, doprowadziło nas rok temu do notariusza Gambacorty, gdzie podpisaliśmy umowę kupna naszego domu. Wszystko odbyło się bardzo nobliwie, z całym rytuałem, w obecności wielu osób w ponurej, chłodnej kancelerii notarialnej. Gambacorta /dla niezorientowanych we włoskim - Kuternoga/ podpisał kontrakt złotym piórem, pobrzękując przy tym złotą, a jakże, bransoletą. Z ulgą wyszliśmy stamtąd na zalaną słońcem Piazza, by napić się wina i odetchnąć. Czuliśmy się zmęczeni formalnościami i oszołomieni własną odwagą. Lub głupotą. Nasz dom, zimna, zniszczona niemiłosiernie średniowieczna kamienica potrzebowała takich szaleńców - straceńców. Zalane sufity, oblazłe tynki, cieknący dach. Szliśmy na wojnę, zaopatrzeni jedynie w pukawki i polską fantazję. Wiele osób w okolicy sadowiło się wygodnie w oknach, by przyglądać się z bezpiecznej odległości, jak oto giną prawdziwi bohaterowie.

Sansepolcro, kilka zdjęć:

uliczkaPiazzaulica w Sansepolcrouliczka II

 

Wczoraj przyjechały z Polski nasze rzeczy, meble, materiały budowlane, okna, sprzęd AGD. Wszystko, dzięki niezastąpionemu Renato wstawiliśmy do wynajętego magazynu, bo nasz harmonogram prac runął dobry miesiąc temu, a terminu transportu nie udało się przełożyć. A plan był taki, że piwnice w naszym domu będą już na tyle przygotowane, by można było przechować w nich wszystko do czasu wykańczania poszczególnych pomieszczeń. Niestety, mimo naszej perfekcyjnej organizacji, wściekłej pracy i czarów nic z tego nie wyszło. Zły wybór wykonawcy na początku budowy pokutuje do dziś. Co prawda szybko pożegnaliśmy pana Silvia i jego ekipę, ale znalezienie nowej firmy zajęło trochę czasu i stąd opóźnienie.

W naszym domu udało się do dzisiaj: położyć kamienną podłogę w ingresso, czyli wejściu. Niestety, brakuje fug. Są wypiaskowane sufity w kilku pomieszczeniach, mamy prawie ukończoną instalację elektryczną, mocno zaawansowaną instalację wodno - kanalizacyjną i grzewczą, w większości wymurowane ścianki, które planowaliśmy i olbrzymią górę gruzu, piątą z kolei, którą trzeba jak najszybciej wywieźć. A na 9 grudnia zaplanowane rozpoczęcie prac tynkarskich, co napawa mnie grozą, ponieważ do tego czasu wszystkie ściany powinny zostać przez nas przygotowane do tynkowania.

Dziś jednak się nie chcę tym martwić, bo mam nowy problem: okna zostały zrobione niestarannie i trzeba je poprawiać. Na szczęście, jakimś siódmym zmysłem poczułam, że pan Witek, stolarz z Kaszub i zarazem wykonawca, musi sam zająć się montażem i dlatego został przeze mnie prawie podstępem ściągnięty kilka dni temu do Włoch. Dzięki temu, po pierwsze miałam możliwość jasno wyrazić swoje niezadowolenie, a po drugie dobitnie określić oczekiwania. We wtorek Witek wraca, ale do tego czasu musi uporać się ze wszystkimi niedoróbkami. Na szczęście dla siebie nie próbował dyskutować, tylko wziął się bez słowa do roboty.

niedziela, 29 listopada 2009, anitaes

Polecane wpisy

  • fragile, fragile

    dla stęsknionych: witajcie w kartonowym świecie wróciłam

  • Epilog.

    Żegnanie się z domem to trochę jak wypuszczanie dziecka w świat. Z nadzieją, że da radę. Że jest mądre i silne. Że sobie poradzi sobie. Że spotka na swojej drod

  • Do widzenia, moi drodzy.

    Nie mówię "żegnajcie", bo przecież nigdy nic nie wiadomo. "Żegnajcie" ma w sobie gorzki smak ostateczności, a ja nie wierzę w ostateczność. ... Przeczytałam wcz

Komentarze
2012/05/10 13:45:59
Dzisiaj zacząłem czytać pani bloga i bardzo mi się podoba... Najpierw zacząłem od końca, a teraz jadę od początku więc trochę jest do przeczytania...Jestem właśnie pod wrażeniem książki Mądrość Toskanii i ciekawi mnie czy znajdę tu podobieństwa. Interesujące jest dla mnie wszystko co związane z tematem Italii :)
-
ipolisa
2012/07/25 16:46:07
Życzę powodzenia! Nie każdy umie walczyć o swoje i po pierwszych trudnościach daje za wygraną.